JULJAN TUWIM

Wspomnienia o Łodzi

(Z cyklu: Pisarze polscy o Polsce)

Miałem skrupuły i objekcje, gdy mi redaktor „Wiadomości Literackich” zaproponował napisanie artykułu o Łodzi. Oczywiście: miasto rodzinne, laureat, sentyment, przywiązanie… Tak. Ale jednak od piętnastu zgórą lat mieszkam stale w Warszawie, do Łodzi przyjeżdżam rzadko na kilka godzin, jako „gość”, straciłem więc kontakt bezpośredni z miastem i jego ludnością. Łódź stała się tylko wspomnieniem. To już „duchami napełniona łódź”. Smutno mi, gdy to stwierdzam, ale tak jest. Więc garstka wspomnień.

*

Podczas spaceru sylabizuję szyldy. „Mamusiu, co to jest zahnarzt?” (wymawiam tak jak się pisze). Dowiaduję się, że „zahnarzt” to po niemiecku dentysta. Szyldy były nietylko rosyjskie, ale i niemieckie. Wogóle napół niemieckie miasto. Sklepikarz: Anders, Stolarz: Lauke. Tapicer: Otto. Sklepy: Zielke, Liessner, Postleb, Fabrykanci: Scheibler, Grohmann, Geyer, Kindermann, Steigert. Ogród w śródmieściu: Meisterhaus. Dzieci, z któremi się bawię na podwórzu, nawet rdzennie polskie, mówią płynnie po niemiecku. Piosenka jakiegoś pętaka: „Hopsasa, kiełbasa, leberwurszta szmekt gut”. Królewną mego serca jest przez kilka miesięcy prześliczna blondyneczka: Frieda. W mieście jest stały niemiecki teatr; spektakl dla dzieci: „Schneewittchen”. A na liście królów kurkowych m. Łodzi od r. 1826 do r. 1852 figurują tylko cztery polskie nazwiska. Reszta, to pp. Heinemann, Teuchert, Trautmann, Fritsche, Lamprecht, Kopisch, Schulz, Richter i in. (Oskar Flatt: „Opis miasta Łodzi”, Warszawa 1853; str. 144). W r. zaś 1534 „Lodzia miasteczko” miała na liście czynszowników następujące m. in. nazwiska: Klimarz, Rożek, Prokop, Kozieoczko, Zieleźnik, Piturzyńskie, Rzeczucka, Jałocka, Kula, Dybisz i Dupka (ks. St. Musnerowski: „Przyczynki do monografji Łodzi”, Łódź 1922; str. 18).

*

I straszne mnóstwo czarnych „uniformów” żydowskich. Ich nosiciele używają poczwarnej, charczącej mowy, znowu napół niemieckiej. Daleki oczywiście od antysemityzmu, zawsze byłem, jestem i będę przeciwnikiem umundurowanych brodaczy i ich hebrejsko-niemieckiego bigosu oraz tradycyjnego kaleczenia mowy polskiej. Najwyższy czas, panowie, obciąć długopołe kaftany i kręcone pejsy, a także nauczyć się szacunku dla języka narodu, śród którego mieszkacie. Czarna hałastra chasydzka została we wspomnieniu o dawnej Łodzi jak koszmar.

Bardzo niewiele było spolszczonych i z kulturą polską zrośniętych rodzin żydowskiej progenitury: Barcińscy, Silbersteinowie, Kernbaumowie, Heymanowie, mecenas Piotr Kon, mój wuj Bernard Krukowski, Maybaumowie, Hertzowie, ten i ów z Poznańskich i jeszcze kilkanaście nazwisk.

Asymilowały się niekiedy i patrycjuszowskie rody niemieckie a nawet (znam kilka takich wypadków) potomkowie rosyjskich urzędników lub oficerów. Rdzennie polską ludnością Łodzi była garstka inteligencji (lekarzy, inżynierów, adwokatów) i olbrzymia masa proletarjatu.

*

Miasto było przypadkowe, nagle wyrosłe, obliczone na kokosy „wyższych dziesięciu tysięcy”. Przy czerwono-brunatnych fabrykach – pałacyki miljonerów. Obok wielkich nowoczesnych domów pozostały w centrum miasta jakieś przedpotopowe chałupki. Proszę spojrzeć na domek nr. 75 przy ul. Piotrkowskiej albo na inny stojący za hotelem „Savoy” na ul. Traugutta (dawniej: Krótka). Budowano tę Łódź bezładnie, bezplanowo, szybko i tandetnie.

Miasto ma w r. 1820 zaledwie 112 „dymów” i 800 (osiemset) mieszkańców; w r. 1829 – mieszkańców 5140, w r. 1838 – 12100, w r. 1851 – 18200; dziś – 630000. W ciągu stu kilkunastu lat ilość łodzian zwiększyła się więc osiemsetkrotnie! Coś niezdrowego było w tym pędzie i rozroście. Fabryki i warsztaty mnożyły się w tym samym nieomal stosunku. Łódź trzęsła się w febrze rosnących fortun, maszyny nie mogły nadążyć, wszystko pochłaniał nienasycony rynek rosyjski. Majątki grubych ryb fabrykanckich szły w dziesiątki miljonów rubli. Gdy pani fabrykantowa wyjeżdżała zagranicę, pociąg podjeżdżał pod jej pałac (fakt). Dynastje włókiennicze tworzyły kastę, której obyczaje, kaprysy i fantastyczne wyczyny stawały się legendami. „Sup priamo iz Pariża” – to nie wymysł Chlestakowa, ale nieomal normalny szczegół z trybu życia dawnych łódzkich miljonerów. Zamiast dbać o miasto, w którem się obłowili, rozbijali się po zagranicach, trwoniąc olbrzymie sumy na szampany, dziwki i nowe wspaniałości, sprowadzane wagonami do łódzkich pałaców. Były naturalnie wyjątki, były jednostki uspołecznione, przywiązane do miasta i kraju, ofiarne, ale tych na palcach jednej (w pięść zaciśniętej) ręki policzyć można. A że okupanci ze wschodu także o miasto niewiele dbali, więc się maleńka fabryczna osada rozrosła wprawdzie i gęsto zaludniła, ale potwornej brzydoty nabrała. Chaos architektoniczny Łodzi jest niewiarogodny. Widok „pryncypalnej” ulicy Piotrkowskiej przyprawić może o obłęd. Proszę zwrócić uwagę na ilość i wygląd szyldów ponawieszanych na domy, a przy sposobności zajrzeć na podwórze domu nr. 79. Cóż powiedzieć o innych, podrzędnych ulicach? Byłoby wskazane, aby p. minister oświecenia wysłał do Łodzi karną ekspedycję architektów.

*

Przyjezdnym pokazuje się tu olbrzymie fabryki. Taka Widzewska Manufaktura lub zakłady Scheiblera i Grohmanna, to były doprawdy potęgi. Hale jak place. Trzask, rumor, pęd, błyskanie kół, pasów transmisyjnych, walców, wrzecion: mechaniczna burza, na trzy zmiany szalejąca, ogłuszające pandaemonium produkcji, którą dawniej pożerał rynek rosyjski. Niechby znowu otworzył swoją paszczę – a Łódź zakwitnie. Tajemnicze miasto! Gdy fabryki łódzkie dostają jakieś większe zamówienie, gdy zjawia się „konjunktura” – zaczyna tam świecić słońce, zakwitają bzy, słowiki turkocą w Helenowie, błoto mieni się spektralnemi kolorami a ospali lodzermensze stają się ubermenschami, odzyskując gibkość ruchów, żywość spojrzeń, bystrość myśli. Pietryna wre. Grynbergi, Grynfeldy, Grynsteiny i Goldbergi uwijają się po mieście jak opętani, wyskakują z dorożek, wskakują do kawiarni, telefonują, zapisują, telegrafują, jadą, wracają, znowu jadą, notują, obliczają: „Fynef und cwancyk… „zyben und drasyk… hundert achcyk … „gemacht, zrobione, to ja do niego zadzwonię, panie Grynholz leć pan do Grand Cafe, ja pójdę tymczasem do banku, hallo panie Goldberg, no co? hallo panie Grynszpan, załatwione?”… Sto tysięcy skaczących, nieprzytomnych Grynmacherów wprawia Łódź w drgawki geszeftu. Ten febryczny stan łódzkiej ulicy ma fachową nazwę: „Ruszyło się”.

Byłem w Łodzi parę dni temu. Cicho, smutno, nudno. W ogromnej sali „Grand Cafe” siedział jeden jedyny Grynsztok i czytał w „Wiadomościach Literackich” nagrodzone wiersze turniejowe.

*

Wierszyk napisany w Łodzi w r. 1911:

Jakby tu miasto przystroić w rym?
Miasto jesienią, posępne, nudne…
Szary i siny i bury dym
I kraty ulic, skupione, brudne.
Z okien swych widzę mdły nieba łach,
Podwórze pełne wapna i gliny,
Mury fabryczne, spękany dach
I rozrzucone wszędzie kominy.
Więc jak tu miasto ustroić w rym?
…Mgła, szarość, smutek, kominy, dym…

*

Wspomniałem o Helenowie. Był to dla nas, dzieci łódzkich, zaczarowany ogród. Wysokie cieniste drzewa, piękne klomby, trawniki, stawy, groty i zwierzęta w klatkach. Odbywały się tam feeryczne zabawy z fajerwerkami, lampionami, serpentinami, confetti… Rżnęły dwie orkiestry; Niemcy pili piwo („Schützfest” czy jak to się tam nazywało); wątłe dziewczęta fabryczne piszczały w ciemnych krzakach; udekorowani cykliści udawali generałów; puszczano balon na uwięzi; na loterji fantowej można było wygrać prosię i maszynę do szycia. Potem zawsze był deszcz. Pędziło się do tramwaju, do zielonej czwórki. Łodzianie! czy zielona czwórka ciągle jeszcze idzie z Widzewa do Helenowa i z powrotem? A może nie z Widzewa lecz z Górnego Rynku? Bardzo mi smutno, że już nie pamiętam…

*

A Ty – czy pamiętasz ten wrześniowy wieczór w Helenowie? Ten ze scherzem b-moll. A spacer po Lipowej, Podleśnej i Pańskiej pamiętasz? A wiatr i białe płoty na Pustej? A tę uliczkę (Kolejną czy Węglową?) która z Krótkiej prowadziła na dworzec? Wyobraź sobie, że się już inaczej nazywa, że ją jakoś uporządkowano, oczyszczono, zeuropeizowano nieomal. Co za brak szacunku dla… zabytków! Czy nie uważasz, że powinna była zostać nietknięta: ciemna, głucha, zrozpaczona…

*

Inne jeszcze nazwy ulic: Pasaż Szulca, Pasaż Majera („Na ulicy Majera szuka panna frajera”), Andrzeja, Przejazd, Nawrot, Ewangelicka, Główna, Wólczańska, Rzgowska, Lutomierska, Brzezińska, Drewnowska, Cegielniana, Kamienna, Wschodnia, Zachodnia, Północna, Zawadzka, Długa, Konstantynowska… A na Bałutach m. in.: Teppera, Fiszera, Rajtera, Zimmera, Maurera… I gdzieś na samym krańcu miasta: ulica Pitagorasa. A na przeciwległym: Demokratyczna.

Łódź otaczają przedmieścia: Radogoszcz, Doły, Stoki, Zarzew, Chojny, Rokicie, Retkinia, Bruss, Zabieniec…

O nazwach ulic i przedmieść w rozmaitych miastach wartoby napisać całą rozprawę. W tych imionach odbija się oblicze miasta. Posłuchajmy: Tkacka, Fabryczna, Składowa, Przędzalniana, Towarowa, Przemysłowa, Kanałowa, Wapienna, Głucha, Ciemna, Pusta, Cmentarna… oraz ulica Golca.

*

Pisać o nędzy proletarjatu łódzkiego, o wyżółkłych ojcach, wychudłych matkach, gruźliczych dzieciach, szczurzych podwórzach, cuchnących rynsztokach, ciemnych norach zwanych jeszcze „mieszkaniami” (przyszłość je dopiero po imieniu nazwie: to są groby, za które ci nędzarze płacić muszą za życia komorne), pisać o potwornych warunkach „higjenicznych”, na które skazana jest ludność największego po Warszawie miasta wolnej, niepodległej Polski, ludność, która w r. 1905 najobficiej zalała krwią „polski Manchester”, pisać o tych, co skazani na oddychanie dymem, kurzem, sadzą, wyziewami farbiarni i wychodków, bez nadziei patrzą, jak się kolos przemysłowy rozkłada i stacza, jak się poprostu staje niepotrzebny, staje się kulą u nogi rolniczego kraju, – nie, o tem pisać nie mogę. Łódź bezrobotna, to absurd. Łódź, której kominy nie dymią, to cmentarz. Tragicznym banałem brzmiałoby każde słowo.

*

Rok 1905. Kałmucy ze srebrnemi kolczykami w uszach jadą stępa na małych konikach. Trzymają gotowe do strzału karabiny. Patrzą wgórę. Nie otwierać okien, bo zastrzelą. Na rogu grupka robotników. Kałmuk spina konika ostrogami, wpada śród nich, bije kolbą. Rozpierzchli się. Na ulicy pusto i cicho, tylko podkowy człapią w chodnik. Stuknął rewolwer. Drugi wystrzał, trzeci… Kałmucy galopują, strzelają naoślep. Dopadli młodego chłopca w granatowej bluzie. Kula w czoło. Chłopiec rozkrzyżował się na płocie, zdziwiony że go zabili, – i runął w kałużę własnej krwi. Kałmucy pędzą dalej.

…Wywrócony tramwaj na Piotrkowskiej. „Tram wpoprzek ulicy”. Beczki, deski, drabiny, druty – barykada. Śród tego rumowiska czają się ludzie. Za niespełna dziesięć lat będą się taksamo czaili w okopach. Zza rogu, ostrożnie, z nastawionemi karabinami, wynurza się oddział policji. I już strzelanina. Matka porywa mnie z balkonu do pokoju. Na ulicy trzask, krzyki, tętent. Wszystko trwało parę sekund. Wychylam głowę przez drzwi balkonu. Kilku leży nieruchomo. I miota się, leżąc, zdychający koń z przytroczonym kozakiem.

…Kiedyś o czwartej popołudniu zaczęły przeraźliwie wyć w całem mieście syreny fabryczne. Ulice zaroiły się niezliczonemi tłumami robotników. Co się stało? W mieście ma być pogrom. Podobno na Nowomiejskiej już biją. Kto bije i kogo? Chuligani Żydów. Przyjechali dziś z Białegostoku, żeby bić i rabować. Więc robotnicy wyruszyli z fabryk, żeby bronić.

…Czarny, zwarty tłum wypełnia szczelnie ulicę. Tę czerń (mówię o kolorze) przerzynają na całą szerokość ulicy purpurowe wstęgi wieńców: „Ofiarom carskich zbirów”… Z tej czerni, jak płomienie, wybuchają co parę kroków czerwone sztandary. Tłum śpiewa:

Dalej więc, dalej więc nieśmy śpiew,
Nasz sztandar płynie ponad trony,
Niesie on zemsty grom, ludu gniew,
Przyszłości rzucając siew,
A kolor jego jest czerwony,
Bo na nim robotników krew.

Rozdają proklamacje i „Robotnika”, drukowanego przy ul. Wschodniej przez Józefa Piłsudskiego.

…Panny w Kraszewie, Bedoniu, Andrespolu, na Wiśniowej Górze i innych podmiejskich letniskach czytają broszurki: „Karl Marx i jewo uczenje”, „Czto takoje socjalizm?”, „Praca i kapitał”… Dostarczają im tej lektury czarni, brodaci studenci w binoklach. Niejeden z nich rządzi dzisiaj zaprzyjaźnioną republiką sowietów.

*

Reymont nazwał Łódź „ziemią obiecaną”, Bartkiewicz – „złem miastem”. Mówią też: „polski Manchester”, „gród bawełniany”, „kominogród”. Wszystko to dzisiaj już nic nie znaczy. Miasto przeżywa tragedję. Kolos a nędzarz, olbrzym wegetujący, którego ogrom nie ma dziś ani sensu ani usprawiedliwienia. Miasto bez tradycji, bez podania, bez mitu, bez ogniw łączności z historją i kulturą narodu. Rok 1905, to jego jedyna legenda. Sąsiednia Łęczyca ma chociaż Borutę.

*

Pierwsze pismo polskie w Łodzi „Dziennik Łódzki” ukazało się dn. 6 stycznia 1884 r. Drukował je mój dziadek Leon Krukowski.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

1 komentarz

  • Tomasz B. 4 kwietnia 2016 at 08:34

    Ponieważ obecnie Łódź żyje z kulturą na bakier chyba warto wracać do wspomnień, które wydają się być bardzo aktualne. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.

    Odpowiedz
  • Napisz komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

    Close