Wspomnienia o rabacji

W archiwum hr. Ostrowskich w Ujezdzie zachował się nieukończony dzienniczek Emmy Stojowskiej. Pisany ze świeżych wspomnień, uderza świeżością i dziecinnem przejęciem. Panienka opowiada szybko, niedbale (błędy ortograficzne!) – a jednak bez wahania, jako rzecz pewną i słyszaną powtarza wykrzykniki i odgrażania się rozjuszonych chłopów małopolskich: „kazano”, „zapłacą” i t. d. Do historji 1846 r. przybywa jeszcze jeden dokument na potwierdzenie ohydnej akcji rządu austrjackiego, który w podburzaniu włościan przeciw szlachcie miał jeden tylko cel; zabijanie polszczyzny i propagowanego przez agentów z emigracji powstania.

O godzinie 10 wieczór wyieżdżaliśmy ze Lwowa, jaki to był nieład, hałas! Wilmuś Romer zostawał na gospodarstwie, tak się wesoło krzątał, mój Boże! Kto by był przewidział, że już nieszczęście stało za plecyma i że w najboleśniejszą stronę uderzy. Ciocia Klemunia Mączyńska, panny Ceneckie przybiegły się żegnać. Cała dwornia nasza wyległa aż na ulicę, a każden ze świcą w ręku: wyglądało jak pogrzeb, aż nas smutek ogarnął.

Postylion uderzył w trąbkę, z miejsca raźnośmy ruszyli. Księżyc w noc mroźną cudnie oświecał miasto i góry obielone śniegiem. Lwów był śliczny: był to ostatni uśmiech, ostatnie przymilenie nieszczęsnej krainy.

Drugiego dnia stanęliśmy w Tarnowie. Radość niesłychana w całym domu cioci Romerowej. Przywołali ciotki Stryjowskie; te zaprowadziły mnie do moiej Babki, która Bogu i mamie dziękowała, że mnie widzi zdrową. Odwiedziliśmy potem Felisię Pucharecką, która szczerze zastępowała zmarłą Matkę Zdzisławowi i Alfredowi Boguszom, a oba chłopcy takie śliczne, aż lubo popatrzeć. Mama gorliwie błogosławiła Emilowi Puchareckiemu za jego staranie około tych sierót; mówiła: „wytrwaj! Emilu do końca, Bóg ci to nagrodzi i wdzięczność nasza”. A tymczasem Szela już ostrzył kosę, przygotowywał cepy na biednego Emila, który wytrwał do końca, bo miał dzieci na kolanach kiedy go zabijali w Kamienicy.

Wracam się do szczęśliwszej przeszłości. Od Felisi wróciliśmy do Babuni: zbiegł się cały Tarnów. Wieść o przybyciu pani Mysłowskiej poruszyła całą publiczność, składającą się po największej części z dawnych przyjaciół i Sąsiadów i starych sług domu Rejów. Mama nie posiadała się z radości: Tarnów niebem dla niej. A w tym nadjechał mój Ojciec; oświadczył życzenie swoje abym przy niem w Dąbrowy została. I już po Maminym szczęściu. Mama w płacz – ja sobie. Mama w gniew: siadła i pojechała, a ja zostałam u Babki.

Z początku okropnie mi było; choć pośród własnej rodziny, obcą się znachodziłam. Wychowana przez Ciotkę Mysłowską, ją za Matkę uważałam, jej Dom za swój, z jej synem Alfredem więcej oswoioną byłam jak z własnemi Braćmi, których tylko na pamięć kochałam; jej Męża Ojcem zwałam, bo mnie też wykurował i z tamtego świata zprowadził. Dla tych to przyczyn smutno mi było zrazu. Ale gdy Ojciec Braci przywiózł, zwłaszcza gdy nas zabrał do Dąbrowy, kochał, pieścił, dogadzał, zgadywał każdą myśl moją aby ją zadowolnić – wówczas odstąpiły wszelkie tęsknoty, byłam sobie najszczęśliwsza…, tym więcej, że choć mnie dochodził odgłos zbliżającej się burzy, nie miałam jeszcze dość zastanowienia aby pojąć całą ważność podobnych zdarzeń.

Przygoda zaszła w Łyssej Górze, a zupełnie nam dzieciom wiadomą nie była. W piątek z rana siedzieliśmy swobodnie przy śniadaniu. Obecni byli Pan Leon Konopka, Popiel i Stryj Emil. Zaledwo dokończyłam niepomnę już jaką piosnkę, wszczął się krzyk: „dzieci na tamtą stronę! Zamek w ogniu”. Zaledwieśmy doszli do Babuni, przekonaliśmy się, że nie ogień, ale napad chłopów. Panowie porozbiegali się po Zamku. Popiel i Gurski udali się na marmurowe sale na górę; tam już był stary gracialista Brzeziński. Zawarli drzwi żelazne. My zaś dzieci i Kobiety na dole zostali. Pani Kotarska, Babka wraz z nami poklękały i modląc się czekały swego przeznaczenia.

Wtem weszła nasza gromada Dąbrowska. Pokłonili się grzecznie Babuni, prosząc aby się nie bała, gdyż oni muszą wypełnić rozkaz cyrkułu szukając broni w Zamku. I w istocie, zachowali się spokojnie nie robiąc najmniejszego nadużycia. Zaledwie ci wyszli, na drugiej stronie Zamku dały się słyszeć krzyki, wrzaski, nie mające podobieństwa ludzkiego głosu: zdawały się bydź rykiem bydlęcym złączonym z grzmotem. Chłopstwo z Łyssej Góry uzbrojone Cepami, Widłami, Kosami – w nieprzeliczonym gminie wcisnęło się na Zamek, w pień rąbiąc co nadybywali i krzycząc: „gdzie Kotarski? za niego tysiąc ryńskich obiecali, dajcie go nam”. I tak gnali nas z pokoju do pokoju, aż doszedłyśmy do pustych pokojów. Gdy oni zajęci byli rabunkiem, darciem i paleniem papirów i książek (nad któremi się szczególniej pastwili myśląc, że to ich Regestra – to jest: chłopskie, gdyż to lud był obcy), wtenczas przemknęliśmy się na dziedziniec. Część Chłopów, która się już dostała na pirwsze piętro, dopatrzywszy nas, wołali aby nas zatrzymać. Bóg tak zrządził, że nim oni się porozumieli, dostaliśmy się do Żyda, ale tam dla nas żadnej nie było pewności. Dopiero prawdziwy nasz wybawca, urzędnik akcyzy Raczyński, zabrał nas do siebie, a Orzeł Austryjacki, przybity nad drzwiami, był rękojmią naszego bezpieczeństwa. Jednak i tu nie dowierzali gdy Chłopi słyszeć się dali, że chcą potopić Braci małych moich, a boną ich, Panią Trębecką, żywcem zakopać, bo podług ich rozumienia, ona miała skądeś Polaków sprowadzać. Poczciwy mieszczanin, przebrawszy Chłopców i Panią Trębecką, przechował ich u siebie.

Tu dopiero dowiedzieliśmy się, że nasz kochany Ojciec, chcąc nie dopuścić napadu Chłopów na Zamek i oszczędzić przez to życie wszystkich, którzy się weń znajdowali, – za zbliżeniem się chłopów wsiadł na konia, wyjechał naprzeciw nim i wołał: „mnie szukacie, otóż mnie macie”. Na te słowa ściągnęli go z konia, zaczęli go bić i kaleczyć, a Ojciec im mówił: „zabijcie, ale do Cyrkułu nie odwoźcie, bo mnie tam dłużej męczyć będą”. A oni na to: „pójdziesz do cyrkułu kiedy go się boisz” i nazad odziali i odesłali do cyrkułu, a sami rzucili się na Zamek i tam Brzezińskiemu żebra połamali, aż kości sterczały. Panu Gurskiemu nos i uszy obcięli, lokaja Pani Kotarskiej na miejscu ubili. Stryja Emila z Rudy bijąc przyprowadzili boso i w koszuli na Zamek; gdy padł zemglony na podłogę, guwernantka chciała mu podać wody: chłop strzelił do niej, nie trafił, ale i ona zemdlała. Ekonom ocalił się przysięgając na Chłopską wiarę. Odziali go w płóciennicę, dali kosę w rękę i postawili na swoim czele. I jeszcze tam bili i zabijali, ale już nie pamiętam nazwisk, ale to wiem dobrze, że tak Trupów jak i niedobitków na jedną furę spakowali, również fury od Kotarskiego z zabitymi przywieźli przed Dom, w którym byliśmy ukryci i zapytali urzędnika: cóż z Trupami robić? kto będzie płacił? Odpowiedział im: „ten kto zabijać kazał”, a oni na to: „to trzeba do Tarnowa”. Widzieliśmy na własne oczy jak strugi krwi płynęły za furami.

Zapomniałam jeszcze spomnieć o Panu Józewczyku, guwernerze moich braci. Tenże kryjąc się był wypatrzony od baby, która zaczęła zwoływać chłopów. Józefczyk jej zagroził: „jeżeli mnie śmierć spotka z ich rąk, dusza moja wiecznie prześladować cię będzie”. Istotnie był wzięty od chłopów, a gdy ktoś fałszywie doniósł o jego zabiciu, baba zupełnie zmysły straciła: wszędzie się jej Józewczyk zwidywał, tak dalece, iż nawet w każdej łyżce strawy duszę Józewczyka znachodziła.

Trudno wypowiedzieć co te chłopy wyrabiali w opuszczonym już Zamku Dąbrowskiem. Spijali i jedli co nadybali. Jeden zatruł się witryjolem, drugi wlazłszy na dach, gdzie niegdyś była sadzawka, spadł wdziurę i dopiero 3 dnia znaleziono go jeszcze trochę oddychającego. Trzeci, chcąc ukryć przed innemi malutki zygarek włożył go w usta i połknął; tak zginął.

Wszyscy ludzie nasi zjednoczyli się z chłopami i rabowali do woli. Jedynie tylko lokaj, który był zawsze przy Ojcu, pozostał wierny i uciekł wraz z nami, a furman nazwiskiem Kopeć, skrywszy Babuni karetę w mieście, dopadł konia i poleciał do Tarnowa, gdzie dostawszy się do Generała Moltkie, rzucił mu się do nóg, póty płakał i prosił, aż dopóki nie wyżebrał assystencyi. Przyjechał do nas z siedemdziesięciu żołnierzami. Wszystkie kobiety poczepiały się jak mogły, a księdza Proboszcza, który ukrywał się różnie przez dwa dni, schowaliśmy do karyty.

Żołnierze z wydobytymi pałaszami prowadzili nas przez dwie mile wśród niezliczonego tłumu chłopstwa, ciągle zarzucającego nas obelgami. W drodze zdybywaliśmy niedobitków i Trupów, którzy złączyli się z nami… i tak gęsiego przybyliśmy do Tarnowa. Tu Generał Moltkie wybiegł naprzeciw nas, największe okazywał współczucie. Zgromadziło się mnóstwo ludzi do Babuni, bo jeszcze miała dach nad głową. Nie było co jeść, czem się odziać, aż się żydy Dąbrowskie zmiłowali i przysłali piniędzy i tak z wielkiego państwa zeszliśmy na żydowską jałmużnę.

A co za okropności w Tarnowie się działy! Jak zaczęli zwozić do Tarnowa to całe miasto było pełne rozjuszonych i uzbrojonych chłopów. Wszystkich porzucali przed cyrkuł. Tych co jeszcze żyli szwoleżery kolbami dobijali. Chłopi wiercili rany widłami i cała publiczność Tarnowska zdjęta rozpaczą patrzyła na to, a zapobiedz nie mogła. Gdyby ciocia Anusia Romer nie wypadła do Biskupa i nie zmusiła go swojem naleganiem do oparcia się jako sługa Boży tak okropnej obrazie praw Boskich i ludzkich, byliby wyrżnęli do jednego. Biskup poszedł do starosty, a ksiądz Serwątski na miasto i mową swoją powściągnął lud, ale go zaraz zaaresztowali.

Tymczasem więźniów znieśli na Kaminobrockiego salę. Ciocia Romerowa i Frania Romerówna po kostki tam w krwi broczyły gdy rannych opatrywały. Doktór Klerman odznaczał się prawdziwą ludzkością. Niech mu to Bóg nadgrodzi. Ale był tam oficer nazwiskiem Ludwig: cóż to za podłe stworzenie! Pastwić się nad bezbronnymi, rosoły wyliwać chorym, obrażać słowem obelgi nieszczęśliwe ofiary – to były jego rycerskie czyny.

Na domiar własnych nieszczęść dowiadujemy się o strasznym morderstwie Wuja Dominika Reja. To prawdziwy męczennik. Trzy razy go mieszczanie odkradali, jednak po trzechdniowem męczeństwie skończył w Dębicy w miasteczku na gościńcu. Zabrał z sobą do grobu żal rodziny i uwielbienie współrodaków, bo też był dobry, poczciwy, – taki zupełnie, jak to opisują i opowiadają o dawnych Polakach. A tak pięknie umiał mówić do ludzi, że do kogo bądź przemówił. już sobie serce zjednał, a biedni jego synowie, jeden 12 letni, a drugi 8 letni (Stanisław i Mieczysław) – co nie wycierpieli! Chłopi ich prowadzili boso i w koszulach z Latoszyna do Dębicy, gdzie ich starego Francuza gwoździami nabijali. Jakby oni to opisali, to kto by czytał, włosy by na głowie stanęli.

A tu znów przyjechały obydwie Ciotki Boguszowe, córki Babki mojej. Panie Jezu Chryste, zlituj się nad nami! cóż te nie opowiadały. Po wymordowaniu wszystkich Boguszów, siedziały dwa tygodnie w chałupie Szeli. Stara Pani Boguszowa służyła.

[Na osobnej kartce]

Łaskawy Panie Zalewski!

Mama taka zgryziona, całą noc nie spała. Jeszcze z rana na dobitek przyszedł list, że Tatko Antoś słaby. Dla tego proszę Pana aby z pewnością przyszedł dziś wieczór. Sługa uniżona Emma Stojowska.

[Nad nagłówkiem pamiętnika]

Mile Emma souvenez vous de moi. Emilie Huber.

[Tem samem pismem w końcu zeszytu]

J’ai été heureuse huit jours dans ma vie.

Emma Stojowska.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close