Wspomnienie o Franciszku Fiszerze

Wiele zdań rozmaitych napiszą o Franciszku Fiszerze, artyście słowa mówionego a człowieku niepospolitych zdolności. Może nikt jednak, oprócz kilku zaledwie osób, nie zachowa o nim serdecznego wspomnienia jako o przyjacielu „ludzi ze wsi”. Bo przecież – na wsi urodzony – całą młodością swoją do wsi przylgnął i on – pogodny cynik i żywe wcielenie paradoksu – do końca dni swoich zazdrośnie krył w duszy głęboki do wsi sentyment.

Pamiętam – było to kilkanaście lat temu – moje pierwsze spotkanie z Fiszerem.

Franciszek Fiszer

Franciszek Fiszer i Bolesław Leśmian grający w szachy u Bliklego – rys. Jerzego Zaruby, 1936 rok

Przyjechał, jak to od szeregu lat czynił, do domu starych przyjaciół, gdzie ja raczej byłam osobą „nową”, świeżo zaaklimatyzowaną w okolicy, bardzo niepewnie pełniącą rolę pani domu. Po wydobyciu z samochodu swojej wspaniałej postaci, trzymając w ręku paczkę owiniętą w gazetę, w której mieściła się cała jego garderoba, – bez żadnego wstępu, odrazu zwrócił się do mnie z zapytaniem: „Czy znane jest pani miejsce, gdzie może się znajdować drugi tom poezyj Heinego?”. Wydanie Heinego, zniszczone i niekompletne po destrukcyjnym postoju żołnierzy czerwonej armji, wróciło z powrotem na półkę bibljoteczną, a ponieważ rządy w bibljotece należały do moich zadań życiowych, więc znalazłam żądany przez Fiszera tom.

Fiszer zmuszał nie tylko do szukania takiego czy innego tomu poezji, prozy literackiej czy filozoficznej, ale czytał je głośno, mówił o nich, analizował, krytykował, wynosił pod niebiosa, albo mieszał z błotem… Ze wspaniałym entuzjazmem człowieka, dla którego istniała jedna tylko sprawa – najważniejsza: – książka, czy zdanie, nawet słowo przeczytane w książce. Zupełnie nieświadomy swego apostolstwa, Fiszer wstrząsał mózgami, tkwiącemi w mimowolnem lenistwie wiejskiego bytowania, rozpłomieniał wyobraźnię, magnetyzował słowem, chłostał dowcipem – zmuszał do myślenia.

Sam spędzał całe noce na czytaniu, a kiedy podczas okupacji niemieckiej brakowało nafty, skazany na lekturę w dzień, przenosił się nie dalej niż do altany w parku, gdzie, jak twierdził, nie przeszkadzały mu „bezduszne” odgłosy codziennych zajęć służby. W tej to altance siedząc, podczas trwania kanonady dwóch wrogich artyleryj, rosyjskiej i niemieckiej, klął najpotężniejszym basem przelatujące nad głową pociski, że mu „nie pozwalają myśleć spokojnie”… Bo właśnie doszukiwał się prawdy w sielankowych teorjach Jean Jacques’a.

Były to lata, kiedy przebywając dłużej w naszym domu, zajmował pokój obok pokoju innego drogiego gościa – poety Jana Lemańskiego. Sąsiedztwo miłe, ale i kłopotliwe dla Lemańskiego, bo jeżeli Fiszer zamieniał noc na dzień i przy małej lampce, otoczony kłębami dymu z fajki, poszukiwał nowej treści, tkwiącej w słowie pisanem, Lemański, człowiek o głębokiej wewnętrznej równowadze, daleki był od zakłócania normalnego trybu życia wiejskiego. Niejednokrotnie wśród nocy budził go potężny bas Fiszera: „Panie Janie, panie Janie – zginęła mi pipka”… I nie pomagało wymowne milczenie albo udana obojętność – Lemański, poeta o gołębiem sercu, musiał wstawać ażeby odszukać przyjacielowi fajkę, najczęściej zagubioną wśród niezliczonej ilości książek… w jego własnem łóżku.

Tyle drobnych wydarzeń i historyj zabawnych dałoby się opowiedzieć o Fiszerze i jego życiu na wsi. O jego niepohamowanym wstręcie do bezpośredniego kontaktu z przyrodą i o jego miłości do ciszy wiejskiej; o jego wspaniałym apetycie, opartym na głębokiej kulturze podniebienia, i o jego namiętności do gry w szachy, w której łączył genjalne pomysły prawie napoleońskich ataków z wybitnym brakiem cierpliwej rozwagi; o jego pogardliwej wyniosłej złośliwości i prawdziwie rycerskiej dżentelmenerji; o jego niepożytej młodości, tej młodości serca i umysłu, która już na łożu śmierci podyktowała mu odpowiedź na zapytanie lekarza, odpowiedź pełną cyranowskiej brawury: „Mam lat 28″…

Dużo, bardzo dużo osób było na pogrzebie. Szli na czele ludzie znani, ze świata artystycznego i intelektualnego stolicy. Na samym końcu, zupełnie zgubiona wśród tłumu, szła pani Marja Grochowska, żona przyjaciela Fiszera i najwierniejsza może z żyjących przyjaciół, której dom w Przytułach do ostatniej chwili był jego jedynym rodzinnym domem.

Podobnie było z całem jego życiem: najwspanialszą paradę intelektu zabrała stolica, dla nas – „ludzi ze wsi” – została garstka książek Fiszera i wspomnienie o nim, tem trwalsze że w ciszę wiejską wrośnięte.

Marja Jabłońska.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close