Wspomnienie

W chwili, kiedy go szwajcarskiej „ziemi wydarto popiołem”, powstają razem z nim z grobu wspomnienia. Niema człowieka w Polsce, któregoby z Sienkiewiczem nie wiązało jakieś wspomnienie, bo każdy ma to jedno: chwilę, kiedy po raz pierwszy czytał „Trylogję”. Kto go widział żywego, ten w chmurze pamięci rzeźbi piękną jego głowę. Po raz pierwszy w życiu ujrzałem Henryka Sienkiewicza, kiedy zjechał do Lwowa, Lwów bowiem, miasto jak brylant wprawione w „Trylogję”, miłował go bardzo swoją miłością gorącą i impulsywną, a pogłaskane w swojej hardej mieszczańskiej dumie przez opis gotowania się do obrony, chciało to miasto, ten lew wśród polskich miast, uczcić go tak jak żadne.

Kraków umie czcić umarłych, Lwów tylko żywych; czyni to z takim gestem Wierzynka, nie trwożącego się królów, z taką serdecznością rycerską i piękną, że tylko serca tego miasta zażądać, a odda swoje serce. Tak czyni zawsze, cóż dopiero, kiedy chce uczcić Sienkiewicza, albo potem Konopnicką.

Przyjęcie Sienkiewicza we Lwowie było urządzone w stylu – sienkiewiczowskim. Nie mógł godniej i wspanialej przyjąć Jana Kazimierza ks. Lubomirski w Lubowli, niż Sienkiewicza przyjął Lwów, lwowskie mieszczaństwo, kolorowe, przy karabelach chodzące, trzęsieniami u kołpaków błyszczące, spinające kontusze guzami z wielkich korali lub turkusów. Gdzie był wówczas jaki kontusz w tem arcymieście, wtedy wystąpił do parady razem z niesłychanem bogactwem delij i sobolów arystokracji galicyjskiej. Ale szewc lwowski, czy książę Lubomirski, czy Potocki hrabia – byli sobie wtedy równi: miną, gestem i karabelą, a przedewszystkiem zupełnie zachłanną miłością do tego, który prostą, uczciwą, a tak cudownie bohaterską duszę tego miasta z kronik wyczytał i na nowo opromienił błyskami armatniego ognia pana generała Arciszewskiego i słowy swojemi, grzmiącemi jak śpiżowa surma Gradywa.

Dzień ten pamiętam jako wielką, bajeczną wizję, która mi się na sercu odbija. Byłem sztubakiem lwowskiego gimnazjum, tego dnia jednakże jednym z tysiącznych aktorów wielkiego, wspaniałego widowiska, którego bohaterem był Sienkiewicz.

Lwów jest zawsze rojnym ulem, w którym się coś dzieje, bo gorący temperament tego miasta jest zawsze w stanie wrzenia. Cóż się dopiero działo, kiedy miał w gród ten wjechać imć pan Sienkiewicz, hetman bez buławy, wojownik wielki, choć bez miecza! Oszalała napoły dusza Lwowa. Jeśli tak rzec można: miasto dostało gorączki i wypieków. Ale też urządziło przyjęcie – miły Boże! Kwiaty, dywany, festony, bramy triumfalne – to nic. To każdy urządzić potrafi. Ale żeby do białości rozpalić duszę miasta, to tylko Lwów potrafi. Życie całe stanęło, właściwie zaś wyszło na ulicę, w domu zostali chyba tylko ciężko chorzy. Sienkiewicz miał przyjechać o ósmej wieczorem, – od trzeciej zaś wzdłuż ulic stał tłum, głowa przy głowie. A u brzegu, tworząc szpalery nieskończonej długości, stały najdumniejsze w tej chwili istoty na świecie – my, sztubaki w mundurkach, zdenerwowani, przejęci, a dostojni i marsowi, w trosce wielkiej, aby był porządek, aby nas tłum nie złamał i nie zepsuł linji. Mądrzy ludzie nas tam postawili; niech ujrzy tych, co temu miastu w sercach chłopięcych przysięgli miłość dozgonną.

O godzinie ósmej padł na miasto głęboki mrok. Tłum szemrał jak spokojne morze. Nagle się zakołysał, bo tam w oddali coś się stało. Dreszcz stu tysięcy ludzi zdobył się wreszcie na jedno słowo: „Przyjechał!” Wtedy się stało coś dziwnie pięknego: tysiąc czy dwa tysiące młodzieży zapaliło pochodnie smolne, krwawe, błyskotliwe, migające i syczące; dodawszy do tego ten blask, który bił z młodych rozognionych oczu, można sobie wyobrazić, jak się stało jasno na wielkiej ulicy, wiodącej od dworca kolei. Efekt był jak z bajki, niewidziany. Ale nawet w bajce chór największy olbrzymów nie wydaje takiego grzmotu z gardzieli, jak ten grzmot okrzyków, który wystrzelił piorunem z chmury tłumu, krwawo oświetlonej pochodniami. Głos ten potężny, urodzony gdzieś w oddali, zaczął się toczyć jak lawina i grzmiał coraz wspanialszy. Gwiazdy poczęły drżeć, przerażone. A to Lwów krzyczał: „Niech żyje!”

W ten szał burzy, w ten krzyk radości, w to huczne morze wjechał Sienkiewicz. Siedział w powozie z jakimiś pięknymi Polakami w kontuszach; dwa siwe araby w zaprzęgu wyrzucały dumnie głowami i tańczyły pięknie, jakby wiedząc, kogo wiozą. Sienkiewicz się uśmiechał, jakoś dziwnie, rzewnie i tak, jakby się tym uśmiechem ratował od łez. Kłonił wciąż głowę i ręką posyłał pozdrowienia. Kiedy nas mijał powoli, płuca dobyły z siebie ostatku sił. Nikt nikomu za żadną cenę nie chciał się dać przekrzyczeć, bo jakżeż inaczej mógł lichy sztubak okazać mu swoją miłość, większą, niż miłość Bohuna do Heleny.

Tłum się chwiał, wył, szalał, wołał, klaskał, huczał i grzmiał; matki podnosiły dzieci na ręce, starcy patrzyli z zachwytem. Dusza Lwowa była szczęśliwa, pyszna, dumna i wniebowzięta.

Miasto huczało tak do późnej nocy; tłumy ludzi, które niedawno machnęły ręką na szacha perskiego, oczekiwanego tylko przez wyrostków przed hotelem, nie ustępowały z przed okien Sienkiewicza.

Wspaniałe się potem odbyły uroczystości, o których nic już nie wiem, gdyż nie potrzeba było przy nich trzymać pochodni; w żakowskiej duszy został na zawsze tylko ten obraz: morze światła, siwe, pyszne araby i uśmiech Henryka Sienkiewicza.

Przypomniałem go sobie, kiedy do Kijowa, na emigrację, przyszła wieść o śmierci wielkiego a jeszcze bardziej kochanego pisarza. Wiadomość ta wydawała się smutniejsza w Kijowie, niż gdziekolwiekindziej. Zatroskana dusza emigracji, ostatnich sił z siebie dobywająca, aby kulturę polską na kresach utrzymać i ochronić potężne drzewo, do którego wojna przytknęła siekierę, pocieszała się tem, że gdzieś za granicami, w wolnych krajach jest garstka ludzi, która na wielkiem targowisku świata nad sprawą polską czuwa, dzieła miłosierdzia pełni, świat o Polsce oświeca i za wszystkich skrępowanych pracuje. To, że Sienkiewicz był wśród nich, to ludzi napawało otuchą i nadzieją. Na wieść o śmierci wszystkim pociemniało w oczach; może nie tyle zabolało emigrację polską w Rosji to, że ubył ze świata polski ambasador głodu, opiekun dobroczynny sierot polskich, lecz jeszcze bardziej to, że śmierć go zabrała, zanim zobaczył wolną ojczyznę. Płakano za niego, za krzywdę, którą mu wyrządziła śmierć nielitościwa.

Pamięć wielką uczczono wspaniale w każdym zakątku Rosji, gdzie byli Polacy, – a byli wszędzie. Tam, gdzie ich było najwięcej, w Kijowie, manifestacje żałobne były wielkim płaczem serca, płaczem dostojnym i męskim.

Nabożeństwo żałobne ze wspaniałem kazaniem księdza Szlagowskiego stało się manifestacją dalekiej ojczyzny, manifestacją, która zdumiała Rosjan powagą swoją i dostojeństwem.

Literatura i sztuka uczciła wielkość, szlachetność i jasność Sienkiewicza akademją w Teatrze Polskim w Kijowie. Wiele widziałem ceremonij uroczystych i w nastroju podniosłych, tak uroczystej i tak podniosłej, jak ta kijowska akademja, nie widziałem. Brały w niej bowiem udział tysiące ludzi zbolałych, lecz niezłomnych, sercem zaczepionych o nadzieję, nad przepaścią nieznanej i chmurnej przyszłości stojących, tłumy ludzi, śpiących z głową wspartą na kamieniu lub na tłómoku wiecznego wędrowca, gnanego z kąta w kąt Rosji. Sienkiewicz to był dla nich symbol żywy i wspaniały ojczyzny, śpiewak jej potęgi i hartu i rycerskości. Zbiedzona dusza tułacza w nim czerpała otuchę, jego opowieścią podsycała swoją dumę narodową, aby się nie ugiąć i nie upokorzyć. To on, nikt inny tylko on, podszeptywał duchem ludziom emigracji, aby ten polski hart ubrać w mundur polskiego żołnierza i dać mu szablę; wziąć z Kremla sztandary i iść miarowym krokiem do ojczyzny, on -ten sam, który później duchem był na Murmaniu i później pod Warszawą, kiedy zapalał rycerską młodość dusz, on -Sienkiewicz, twórca właściwy duszy żołnierza polskiego.

Jak w kościele na nabożeństwie, taki nastrój panował na tej akademji. Tłok był niesłychany. Powaga i milczenie. Na scenie ustawił Wincenty Drabik trybunę kirem obitą. Po obu stronach sceny ogromne trybularze dymiły nieustannie, jak żałobne pochodnie. Mówcy przemawiali krótko, słowami żelaznemi, bez roztkliwiań i narzekań jęku. Mówił: autor „Jasnych wód” – Edward Paszkowski, jako prezes literatów i dziennikarzy, zaczem Józef Flach, zaczem Wojciech Dąbrowski. Coraz większe wzruszenie ogarniało słuchaczów. Kiedy stanąłem na trybunie, widziałem przed sobą twarze blade, usta zacięte, wzrok skupiony, oczy błyszczące. Mówiłem wiersz, zaczynający się od słów: „Płacz, wszystka ziemio polska…”

Źle uczyniłem. Wezwanie to wywołało z głębi serc wielkie łzy na lśniące oczy. Ostatnie rymy mojego pokornego wiersza były pomieszane ze łzami mojemi.

Rozluźniły się twarde, emigracyjne dusze; to też kiedy ś. p. Michał Tarasiewicz mówił o śmierci Podbipięty, a Juljusz Osterwa cudownie odczytał „Latarnika”, wzruszenie nie miało już miary. Ktoś cicho łkał… To jakaś dusza, rzucona na skałę wśród obcego morza. Ktoś bezdomny.

Były to słodkie łzy wzruszenia, które skrzepły nazajutrz, a wspomnienie wielkiego ducha, wywołane na teatralnej sali, uderzyło w serca z siłą i potęgą. Nazajutrz wzięto się znów, tylko z większą furją, do pracy mrówczej: wojna burzyła, a polska racja stanu, co na tej ziemi siała kulturę, budowała na nowo.

Ach! Był tam na tej akademji chłopaczek młody, bledziutki, z rozgorzałemi oczami, który przywędrował z Humania. Nazywał się Eugenjusz Małaczewski. Po kilku latach napisał książkę, urodzoną z wielkiej prostoty Sienkiewicza, jedną z najpiękniejszych naszych książek. A o tem, że spełnił powinność swoją i na wojnie zdrowie stracił, zameldował posłusznie hetmanowi swojemu, Sienkiewiczowi, umarłszy, zjedzony chorobą i niezmiernem napięciem ducha.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close