Wśród potęgi i grozy górskiej

(Z cyklu: Reportaże „Wiadomości Literackich”)

Ogromna większość mieszkańców miasta, znalazłszy się po raz pierwszy w górach, jest zupełnie bezradna. Konfiguracja terenu, kapryśność klimatu, odległości optyczne, łudząco łalwe lub przesadnie groźne i niedostępne na oko stromizny stoków, architektoniczne (pozorne przeważnie) podobieństwo szczytów, grani, dolin – wszystko to razem jest przyczyną wielu niezrozumiałych i tragicznych wypadków.

Tatry

Lipiec 1912 r. był w Tatrach i Zakopanem niezwykłym miesiącem. Zginęłi wówczas w niezrozumiałych napozór okolicznościach Aldona Szystowska, odłączywszy się na chwilę pod szczyten Krzesanicy od swego towarzystwa.

Kilkanaście wypraw ratunkowych Pogotowia Tatrzańskiego przeszukało wszystkie okoliczne stoki, ściany i doliny. Ani śladu zaginionej!

Zakopane żyło przez trzy tygodnie w denerwującem napięciu. Wypadki górskie były wówczas rzadsze niż dzisiaj, gdyż nie „styrmano się” z takiem rzaleństwem i tak masowo jak obecnie. Kroniki pogotowia zanotowały w latach 1909 -1912 „tylko” dziesięć wypadków śmierci.

Prasa codzienna, jak zawsze w takich wypadkach, zachłystywała się bezsensownemi i głupiemi plotkami, a tymczasem ciało biednej Aldony Szystowskiej rozkładało się w lipcowym upale na skałach 30-metrowego komina w Wielkiej Turni, którą już przeszukano czterokrotnie wzdłuż i wszerz, odgóry i oddołu.

JÓZEF OPPENHEIM

W kronice ekspedycyj, szukających Szystowskiej, po raz pierwszy w zapiskach Pogotowia Tatrzańskiego spotykamy się z nazwiskiem członka straży – Józefa Oppenheima. W r. 1912 mówiło ono niewiele, dzisiaj wypełnia sobą dwudziestoletni okres wypraw ratunkowych, z których niejedna służyć może za wzór ofiarności i poświęcenia.

Któż nie zna słynnego dzisiaj w Zakopanem i Tatrach – Józia Oppenheima?

Historja jego asymilacji tatrzańskiej jest wprost klasyczna na gruncie zakopiańskim, na którym już niejedna roślina ludzka przyjęła się wdzięcznie, chociaż w dość dziwacznych okolicznościach. Przyjechał do Zakopanego na wakacje młody słuchacz, studjujący na politechnice we Friedbergu, i wakacje te trwają do tej pory. Dostał jakieś lekcje, i to było pretekstem do rozstania się raz na zawsze z politechniką niemiecką. Główny powód tego ekscentrycznego posunięcia życiowego, to – Tatry i ich hipnotyczny wpływ, który już niejednego przykuł do nich na całe życie.

Gdy reportaż tatrzański „Wiadomości Literackich” został postanowiony, zaczęły się bezskuteczne polowania na Oppenheima. Nieuchwytna to sztuka. Jeżeli nie zniknie na parę dni w górach, przykuwa się do stolika bridżowego, i żadna siła go nie oderwie. Jeżeli go wreszcie przyłapać, napewno nie będzie miał nastroju lub wymówi się zmęczeniem po „wyrypie” narciarskiej. I tak wkółko. Wziąłem się wreszcie na podstęp: wyłudziłem księgę wypraw ratunkowych Pogotowia.

Groźna i ponura lektura. Pięćdziesiąt wypadków śmierci i drugie tyle ciężkich poranień.

Czyż można się dziwić Oppenheimowi, że stwardniał i znieczulał, że nawet reportaż w „Wiadomościach Literackich” nie robi na nim wrażenia?

Dwadzieścia lat Tatr, grozy, śmierci, krwi, przepaści, podbiegunowych zadymek, połamanych rąk, nóg, kręgosłupów, rozbitych czerepów i rozpryśniętych mózgów, musiało urobić psychikę człowieka i znieczulić ją.

Przez dwadzieścia parę lat styka się na rozhuśtanej linji życia i śmierci z najwyższej klasy objawami idealizmu wysokogórskiego i odrażającą nieraz głupotą i małostkowością odruchów ludzkich. Mając laki „metraż” w ręku, Oppenheim „bimba” sobie w skrytości ducha wszelaką wielkość puszącą się nad miarę. I dlatego tak często na jego pooranej twarzy igra uśmieszek dobrotliwości, zmieszanej z ironją, pogardą, nonszalancją i roztargnieniem, które ustępuje momentalnie gdy w grę wchodzą góry.

Pewnego dnia, na pustej o tej porze werandzie Dworca Polskiego Tow. Tatrzańskiego, gdzie przesiaduje ściągające tu z całej Polski bractwo włóczykijów i ekstrawagantów górskich, zasiadamy z Oppenheimem do rozmowy, która za chwilę owionie nas trupim odorem, wonią prosektorjum, lodowym chłodem Kostnicy i złowrogiem echem jęków tych, co skonali na przepaścistych manowcach Tatr.

ABSURDALNY WYPADEK INŻ. KOZAKA

Wódz Pogotowia jest w „fachowym” nastroju.

Pijemy naturalnie wódkę. Zbyt mamy ponure przed sobą tematy, żeby się obejść bez kieliszka.

Policzki Oppenheima różowieją coraz silniej. Nachyla się ku mnie.

– Do kierowania wyprawami ratunkowemi trzeba wściekłej intuicji. I wie pan co jest najciekawsze, to ten ciągły rozbrat z logiką. W górach ma się do czynienia ze specjalną absurdalnością.

Niech pan posłucha.

Inżynier Kozak, wysoki urzędnik czeskiego ministerstwa komunikacji, wyrusza z córką, synem i jego przyjacielem ze schroniska przy jeziorze Popradzkiem w kierunku Rysów. Ścieżka szeroka i wygodna, że rowerem można jechać. Koło Żabich stawów Kozak prosi, aby poczekano na niego trochę wyżej, gdyż musi odejść na stronę. Odeszli więc jakieś 50 metrów, nie chcąc go krępować, i czekają. Mija pół godziny, ojca niema. Zaniepokojeni, wracają do miejsca, gdzie go zostawili, wołają, krzyczą, hukają – nikt się nie odzywa. Pozostała mu jedna droga: do doliny Mięguszowieckiej, gdyż zostawili go w miejscu, gdzie ścieżki się rozdzielają, jedna na Rysy, druga do stawów Hińczowych. Przypuszczają więc, że poszedł w tamtym kierunku. Młody Kozak biegnie z przyjacielem ścieżką ku dolinie Mięguszowieckiej. Po drodze spotykają turystów wracających od stawów Hińczowych, którzy zapewniają, że nikogo nie widzieli na ścieżce i w dolinie. Wobec tego są przekonani, że ojciec, czując się źle, wrócił do schroniska przy jeziorze Popradzkiem. Po powrocie do schroniska, dowiadują się ze zdumieniem, że i tu go niema. Alarmują więc czeskie pogotowie ratunkowe i posterunek żandarmerii nad jeziorem Szczyrbskiem. W godzinę później zjawia się pogotowie „Karpatenvereinu”, złożone z kilkunastu ludzi, oraz oddział piechoty wysokogórskiej z dwoma psami policyjnemi.

Przetrząśnięto cały las w promieniu dwóch kilometrów, wszystkie załomy skalne. Poszukiwania trwały kilka dni, i na żaden ślad nie natrafiono. Wobec tego zawiadomiono za pośrednictwem konsulatu polskiego w Pradze pogotowie zakopiańskie, prosząc je o zbadanie szlaku prowadzącego z przełęczy pod Chłopkiem do Morskiego Oka i górnych pięter doliny Mięguszowieckiej.

Przeszukaliśmy stoki Mięguszowieckich szczytów od północy i południa, oraz drogę, prowadzącą z Mięguszowieckiej do Hlińskiej przez przełęcz Koprową, lecz bez skutku.

Dopiero późną jesienią wyjaśniła się ta tajemnicza historja. Było to w październiku. Kilku juhasów wybrało się na Korzeń Litworowy i na stokach Żabiej Turni Mięguszowieckiej natknęli się na zwłoki Kozaka. Miał przy sobie wszystkie rzeczy: zegarek, portfel z pieniędzmi i t. d. Ciało było już w stanie rozkładu, tak że nie można było stwierdzić jakichkolwiek obrażeń. Ale ponieważ zwłoki leżały w terenie zupełnie łatwym, między dużemi maliniakami, trzeba przypuścić, że Kozak, zamiast iść ścieżką do oczekujących na niego, poszedł przed siebie, wgórę, i błądząc kilka godzin, wskutek wycieńczenia dostał ataku sercowego i umarł.

Oppenheim odsapnął. Wychyliliśmy po nowym kieliszku.

– I niech pan sobie wyobrazi, że cała ta absurdalna tragedja rozegrała się w piękną, słoneczną pogodę, bez odrobiny mgieł i chmur. Wypadek ten potwierdził mi, że mam rację nie szukając nigdy tam, gdzie ludzie szukają i gdzie pozornie powinien był pójść zaginiony, lecz zupełnie gdzieindziej. Przekonałem się już nieraz, że błądzący zatraca zupełnie poczucie kierunku i drogi i pcha się naoślep.

Z NARAŻENIEM WŁASNEGO ŻYCIA…

Znam prawie wszystkich przewodników zakopiańskich. Są wśród nich wspaniałe typy prawdziwych „tygrysów” górskich. Gdyby nie oni, Tatry długo jeszcze opierałyby się przybyszom z dolin, nie mającym przed kilkudziesięciu laty najmniejszego wyobrażenia o technice wysokogórskiej. Dzisiejsza falanga młodych, narwanych ekwilibrystów i „kamieniarzy” niesłusznie pogardza tymi ludźmi, traktując ich z lekceważeniem jako coś niższego od siebie.

Los jednak jest sprawiedliwy i daje starym tygrysom aż nazbyt liczne okazje do satysfakcji moralnej.

Niejeden z „bohaterów tatrzańskich” (często we własnej wyobraźni tylko), patrzący na nich zgóry, z dumą obwieszonego hakami pożeracza ścian, płyt, przewieszek i uskoków, wraca przytroczony do bambusa, na ich ramionach, uratowany przez nich nieraz z narażeniem życia. Zapłata, którą otrzymują za udział w wyprawach Pogotowia, jest zupełnie niewspółmierna z wysiłkiem, ofiarnością, poświęceniem i trudem, jakiego wymaga ratownictwo górskie.

Dla zilustrowania tych przymiotów, cechujących członków Pogotowia, opowiada mi Oppenheim historję niejakiego Remleina.

– Żył, był… przed trzema laty w Poznaniu fabrykant siatek drucianych Remlein. Przyjechawszy w słynne Tatry, wybrał się z towarzyszem na wiecieczkę.

I oto późną jesienią, w październiku lub listopadzie, zjawia się jakiś młodzieniec i zawiadamia Pogotowie, że był na wycieczce z owym Remleinem. Wyszli zwykłą drogą na Giewont, a potem przez Czerwone Wierchy chcieli zejść do Zakopanego. Otóż, schodząc z Czerwonych Wierchów, towarzysz jego uległ wypadkowi. Ponieważ Remlein, spadając, złamał nogę, więc zostawił go i daje znać o tem Pogotowiu. Pokazujemy mu mapę, na podstawie której stwierdza, że wypadek zdarzył się na progu doliny Małej Łąki. Wysyłam więc w nocy kilku przewodmików, z „Wujkiem” – Ritterschildem na czele. Teren jest łatwy i prosty, zniesienie rannego będzie więc nietrudne. O 5-ej nad ranem telefonują mi z doliny Kościeliskiej, że Remleina nie znaleźli we wskazanem miejscu i proszą o pomoc! Młodzieniec ów poszedł z Pogotowiem, lecz nie może się zupełnie zorjentować w terenie. Wyruszyłem więc zaraz z nową wyprawą. Okazało się, że Remlein leżał na urwiskach progu doliny Litworowej, opadających ku Wańtuchom. Informacje były więc mylne, zupełnie odwrotne. O 1-ej ekspedycja dotarła do rannego, który znajdował się nad brzegiem przepaści, przeszło 200-metrowego uskoku. Miał złamaną prawą rękę i lewą nogę w udzie. Ważył dziewięćdziesiąt parę kilo. Po opatrunku rozpoczął się niesłychanie ciężki i ryzykowny transport rannego do doliny Miętusiej. Ze względu na wagę niepodobieństwem było ciągnąć go wgórę, połamane członki nie pozwalały również na spuszczenie na linach. Musieliśmy go znosić na rękach, urwiskiem 200-metrowem, gdzie cała ekspedycja Pogotowia wisiała dosłownie w powietrzu, bez normalnej asekuracji. Urwisko to ma około 60° nachylenia! Gdyby jeden z członków Pogotowia obsunął się, kosztowałoby to życie połowy wyprawy. Po długich godzinach zdołano szczęśliwie dotrzeć do doliny Miętusiej, skąd odwieziono rannego do Kościeliskiej, gdzie po zastrzykach znieczulających karetka pogotowia miejskiego odstawiła go do szpitala. W trzy tygodnie potem stan jego zdrowia był już natyle dobry, że miał (z nogą w gipsie, coprawda) jechać do Poznania. Tymczasem niespodziewanie przyszło w nocy obustronne zapalenie płuc, i rano Remlein już nie żył.

NA WSCHODNIEJ ŚCIANIE GANKU

Siedzieliśmy któregoś wieczoru kwietniowego z redaktorem „Wiadomości Literackich” w Klubie Zakopiańskim, po powrocie z narciarskiej wycieczki przez Polski Grzebień na czeską stronę, gdy Oppenheima wezwano do telefonu. Wrócił z wiadomością, że Birkenmajer zginął na Ganku. Szczegółów mało. Szli podobno z Grońskim od Czeskiej albo od Kaczej. Oppenheim wydaje telefonicznie dyspozycje. Jutro wyrusza wyprawa do Białej Wody.

Nazajutrz jedziemy samochodem wślad za Pogotowiem do Roztoki i dalej już na nartach na polanę pod Wysoką, a stamtąd do Kaczej, w górnej partji stromego i pokrytego szrenią progu.

Stoimy nad stawem w Kaczej dolinie. Pogotowie zlustrowało już przez lornety cały teren, lecz nigdzie ani śladu.

Olbrzymie kotły skalne pod Żelaznemi Wrotami zawalone masami świeżego śniegu. Gładkie, przepaściste ściany skute lodem i bardzo ośnieżone. Trudno wprost zrozumieć, jak na takim gładkim murze skalnym może się utrzymać tyle śniegu.

Przed nami potężna, pionowa ściana Ganku, przecięta przez środek wielkim żlebem, niby białą szeroką taśmą.

– Tu jest na trzy dni roboty, gdybyśmy chcieli iść w tę ścianę, – mówi Oppenheim. – Akcja z tej strony wykluczona.

Wzrok nasz przykuwa do siebie gigantyczna ściana. A więc tam, gdzieś w podszczytowych partjach, rozegrała się tragedja. Prawdopodobnie na Galerji Gankowej. Na ścianie nic nie widać, nawet przez najsilniejsze szkła. Jeden tylko punkt zwraca uwagę. Na jednej trzeciej wysokości ściany oddołu, na białej stromiznie źlebu, czernieje drobna plama, która przez lornetę wygląda pozorne jak sylwetka człowieka, opartego pochyło o czekan.

Oppenheim nie ma jednak żadnych złudzeń.

– Mamy tutaj między sobą znakomitych koziarzy, którzy odróżnią natychmiast każdy kształt nie będący skałą, lodem czy kosówką.

Tu mrugnął znacząco do jednego z przewodników, mającego za sobą dwadzieścia kilka lat wypraw ratunkowych…

DWIE DOBY KURNIAWY

W czwartek wyruszyli Birkenmajer i Groński do doliny Kaczej i rozbili biwak u podnóża ściany. Pogoda była słoneczna. W piątek rano rozpoczęli wspinaczkę, lecz lawiny zepchnęły ich z powrotem. Zrobili wówczas 45 metrów rynny. Po przejściu porannych lawin, spowodowanych słońcem, koło 12-ej po raz drugi wchodzą w skałę i do 1-ej w nocy wydostają się ponad rynnę, wynoszącą 150 metrów. Zaczynają wykuwać grotę w żlebie o stromiźnie około 45°, ustawiają w niej namiot. Pierwsze uderzenia kurniawy. Założenie biwaku trwało do świtu. Dzień i noc, przeznaczone na odpoczynek i jedzenie. W niedzielę rano wypogodziło się. Po odkopaniu namiotu i rzeczy zasypanych lawinami, które przelatywały przez całą dobę nad nimi, wyruszyli o 7.30.

Filarem, na którym śniegu było stosunkowo niewiele, przeważnie trawki i lód, uszli do 11-ej około 70 metrów. Ulokowawszy się w siodełku, zjedli obiad złożony z trzech „dań”: herbaty, kiełbasy smażonej z „grzankami” i kompotu ze śliwek. Do tego odpowiednia ilość chleba i na deser czekolada. Był to ich ostatni normalny posiłek. Tego dnia od rana padał śnieg, popołudniu zaczęła się znowu kurniawa.

Birkenmajer, który miał prowadzić przez cały czas, po przejściu 60 metrów oddał prowadzenie Grońskiemu. Na biwaku Groński zdecydował: „No, teraz ja ciebie do prowadzenia nie puszczę, bo zabiera to za dużo czasu”. Tamten nie oponował.

Po obiedzie, uznawszy, że czasu jest już za mało, zeszli z filaru w źleb, który okazał się jednak zbyt lawiniasty, wyszli więc z niego na prawo, w kierunku zachodnim. Teren przeważnie zaśnieżony, stromy – grzęda trawiasto-skalista w lecie. Tą grzędą wspinali się do 11-ej w nocy w bezustannej kurniawie. Czasami tylko odsłaniały się im jakieś skałki i ginęły znowu w kłębach śnieżycy. Birkenmajer, który świetnie wystudjował ścianę, orjentował się pomimo kurniawy bardzo dobrze. Gdy po pokonaniu 300 metrów od 12.30 do 11-ej w nocy, znaleźli się na początku Galerji Gankowej, byli przekonani, że tu będzie cisza, tymczasem dostali się w jeszcze gorsze piekło niż na ścianie. Próbują założyć biwak, wiatr porywa im podłogę od namiotu. Odgrzebują więc trochę śniegu i siadają przytuleni do siebie, przykryci górną częścią płachty namiotowej. Są zupełnie przemoknięci. Wiatr z łatwością dostaje się pod przykrycie i szerzy spustoszenie, porywając rękawicę Birkenmajera, pudło z żywnością, i co najgorsze, gasi co chwila z największym trudem rozpaloną maszynkę. Czasami tylko udaje się im podgrzać trochę ciepłej wody, którą piją.

W poniedziałek o 7.30 ruszają Galerją Gankową ku przełęczy Rumanowej. Okazuje się jednak, że Birkenmajer nie może iść. Groński odbiera mu plecak, a gdy i to nie pomaga, zaczyna go podtrzymywać, prowadząc za rękę. Lecz sam jest również osłabiony, zostawia więc najpierw jeden worek, potem drugi.

Birkenmajer przewraca się co chwilę i niema siły wstać. Groński podnosi go, stawia na nogi, zachęca do marszu i zmusza do zrobienia każdego kroku, komenderując: „Lewa noga, prawa, czekan naprzód!”.

JA NIC NIE WIDZĘ…

Do uszu walczącego z burzą śnieżną i słabnącym w rękach człowiekiem dobiega poprzez wycie kurniawy wstrząsająca skarga:

– Ja nic nie widzę…

Widocznie zaczęła się już agonja wyczerpanego organizmu, w którym tliły juz tylko resztki, nie sił fizycznych, bo tych zabrakło, lecz woli. Jeszcze parę słów skargi na odmrożoną, pozbawioną rękawicy rękę, – którą trzymał za pazuchą, – i bezwładny upadek w śnieg.

– Czy ty chcesz umrzeć? – krzyczy mu do ucha zrozpaczony towarzysz.

– A coby się stało gdybym umarł? -odpowiada tamten słabym szeptem.

Ma tylko tyle sił, żeby prosić o wykopanie jamy w śniegu, do której schowa się przed wichurą.

Siły Grońskiego wyczerpały się również. Zaczyna marznąć, czuje, że prawą rękę ma zupełnie martwą. Wygrzebuje jednak wgłębienie w śniegu, chcąc spełnić prośbę, lecz gdy odwraca się w pewnym momencie do towarzysza, widzi wyszczerzone zęby w rozwartych ustach i martwe, bielmem zaszłe oczy.

Sprawdza serce – nie bije, wkłada palec do ust – nie czuje oddechu.

Birkenmajer nie żyje.

Przesuwa więc go resztkami sił do wygrzebanego zagłębienia, aby uchronić ciało przed lawinami, i zabrawszy czekan, rusza ku przełęczy Rumanowej, aby ratować przynajmniej własne życie. Pada co chwila, przewracany przez wichurę. Nie czuje palców u nóg, widocznie są odmrożone. Brnie po kolana w śniegu, słania się, lecz idzie ostatnim wysiłkiem woli.

W dolinie Złomisk, koło koleby, mija grupę narciarzy. Lecz nie prosi ich o pomoc. Idzie dalej o własnych siłach. Ambicja nie pozwala mu na to – jemu, należącemu do elity alpinistów polskich!

Ze schroniska ujrzano słaniającego się człowieka-widmo, idącego, a raczej zataczającego się na zmarzniętej płaskiej tafli stawu.

Spod kaptura wiatrówki wyzierała sino-żółta, obrośnięta i oblodzona twarz o błędnym wyrazie i wyszczerzonych oczach.

Pierwszem jego słowem, wypowiedzianem z najwyższym wysiłkiem zmartwiałemi wargami, było pytanie o godzinę. Gdy się dowiedział, że jest dwunasta, zdziwił się.

– O, to długo szedłem, – wyszeptał z trudem.

Od chwili śmierci towarzysza na Galerji Gankowej, człowiekowi temu wystarczyło jeszcze woli na długie cztery godziny, aby dowlec do schroniska swe zamarzające ciało po oblodzonych, przepaścistych źlebach, stokach i zawalonych śniegiem dolinach.

TRZEBA WYCIĄĆ NIEKTÓRE MIĘŚNIE…

W Dworcu Polskiego Tow. Tatrzańskiego na pierwszem piętrze znajdują się pokoje, z których korzysta wielu członków Towarzystwa, przyjeżdżających do Zakopanego.

W jednym z tych pokojów, koszarowo ponurym i prymitywnie urządzonym, siedzi na żelaznem łóżku młody człowiek o pulchnej, nalanej twarzy i moczy nogi w miednicy. Pokaźnych rozmiarów stopy ledwie się mieszczą w tej blaszanej poobijanej łupinie. Przygląda się im uważnie pochylony nad miednicą, poruszając od czasu do czasu palcami, jakby chciał sprawdzić, czy ma w nich władzę.

To Groński, towarzysz Birkenmajera, który w tej chwili leży jeszcze na Galerji Gankowej, zmarznięty na kamień, smagany wściekłemi podmuchami mroźnej dujawicy.

Groński, wytarłszy ostrożnie ręcznikiem stopy, jakby się bał je urazić, wyciąga się powoli na łóżku.

Z tego widma, które przeraziło ludzi przy Popradzkim stawie, nie zostało ani siadu. Na ogolonej młodzieńczej twarzy nie znać żadnych śladów przebytych trudów i tragicznych przeżyć. Czasami tylko przewija się przez nią niepokojący, nawowy uśmiech.

Próbuje, nie po raz pierwszy napewno, wytłumaczyć sobie powody katastrofy, w której o mało sam nie zginął.

– Birkenmajer był wrażliwy na noclegi. Niewygodny biwak odbijał się silnie na jego formie. Noc, spędzona w wagonie w drodze z Poznania, potem w Kaczej jeden biwak w prymitywnych warunkach, drugi w ścianie. Wiedząc, jakie mogą być tego skutki, zwłaszcza po doświadczeniach alpejskich, namawiałem go w ścianie do odwrotu.

Gdy kurniawa waliła na nas, tak, że na parę metrów nie było nic widać, mówiłem mu: „Witek, wracajmy!”. Odwrót był zasadniczo możliwy. Mogliśmy zjechać na hakach.

Nie chciał…

Groński milknie. Przygląda się swym stopom. Widać na nich szare plamy.

– Trzeba będzie wyciąć niektóre mięśnie – mówi spokojnie.

Czy człowiek, któremu na każdym metrze oblodzonej, prostopadłej ściany grozi śmierć, może się przejmować zmartwiałemi od odmrożenia mięśniami?

Trzeba wyciąć…

Niektórzy z tych ludzi mają stępioną wrażliwość. Jak narkomani zwiększający dawki, potrzebują coraz silniejczych wrażeń, coraz mocniejszych skurczów serca na gładziznach ścian, u których stóp majaczą we mgle oddalenia złowrogie piargi…

POŚMIERTNY CIOS

O 5-ej rano, z pierwszym brzaskiem, wyrusza od Popradzkiego stawu ekspedycja po ciało Birkenmajera.

Śpieszą się. Każda godzina jest droga. W zimie pogoda w górach zmienia się z błyskawiczną szybkością. Lada chwila może się zerwać kurniawa i rozszaleć na kilka dni. Nowe śniegi przywalą zwłoki grubą warstwą i będą musiały tam leżeć aż do wiosny, jeżeli lawiny nie strącą ich w przepaść, w czeluście źlebów i kominów, gdzie poszarpane na ostrych granitach, przestaną być kształtem człowieka, zamieniając się w garść pogruchotanych kości i poszarpanych strzępów ubrania.

Ekspedycja dociera wreszcie na miejsce. Na oblodzonej stromiźnie Galerji Gankowej nawet raki nie trzymają. Ci, co zsuwają się do ciała, muszą być asekurowani zgóry. Zwłoki leżą na samej krawędzi Galerji, przymarźnięte do twardej szreni. Ciemna bryła dziwacznego kształtu na bieli śnieżnej. Czy to trup wikinga północy w kapturze, okalającym szczelnie zastygłą twarz?

Gdy czekan zawadził o zmarźnięte wargi, rozległ się ponury dźwięk, jakby potrącono kamień lub bryłę lodu.

Związany dwiema linami, rozpoczyna skamieniały zdobywca szczytów ostatnią swą wędrówkę po bezdrożach tatrzańskich, ostatni trawers ponad przepaściami. Każda z nich mogła być jego grobem. Los chciał inaczej. Grobem stała się własna wola, której nakazom nie mogło sprostać ciało tego człowieka. Wola może się porwać nawet na nieskończoność, lecz serce, płuca i mięśnie nie mogą przekroczyć wyznaczonej im granicy fizycznej. I oto nagle na tym ostatnim trawersie tatrzańskim wyślizgują się zwłoki z rąk mdlejących od wysiłku i spadają trzydzieści metrów, uderzając o oblodzony granit.

Pośmiertny cios… Gdyby Birkenmajer żył, byłby to cios ostateczny, śmiertelny. Trysnęłyby strumienie krwi, rozprysnąłby się mózg. Lecz w tem ciele wszystko już teraz jest lodem, i od tego strasznego uderzenia pozostało na czole tylko bezbarwne wgłębienie, bruzda, w którą możnaby włożyć palec.

Trawersując strome zbocze Małego Ganku, ekspedycja musiała zużyć wszystkie liny, żeby zaasekurować się i pokonać tę oblodzoną, eksponowaną stromiznę bez wypadku.

I oto na zakończenie niewytłumaczona, tajemnicza zagadka!?

Jak po tej wąskiej, oblodzonej listwie, zawieszonej nad przepaścistemi uskokami, przeszedł półprzytomny i napół żywy Groński, bez raków i bez asekuracji?!

To niezrozumiałe przejście, dokonane zostało chyba w jakimś transie lunatycznym. Znajdując się na wysokości dwóch tysięcy metrów, po trzech dniach i trzech nocach walki z burzą śnieżną i kilkusetmetrową ścianą, nie miał nic do stracenia. Szedł przed siebie jak somnambulik! Stępiona świadomość, ograniczona tylko do tlejącej w nim jeszcze resztki instynktu życia, zdołała go jednak przeprowadzić poprzez wszystkie niemożliwości.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close