STANISŁAWA KUSZELEWSKA

Wyspa azaljowa

(Z cyklu: Pisarze polscy o Polsce)

W końcu maja w poleskich lasach zaczynały dziać się cuda. Wtedy do mego studenckiego pokoju w Warszawie wpadała depesza: „Azalje kwitną, przyjeżdżaj”. Nauka szła w kąt. Uczyć się można wszędzie i zawsze, a to dzieje się tylko raz do roku przez kilkanaście dni, i tylko w tym jednym, zapadłym kącie.

Dzika azalja leśna – azalea pontica – rośnie jedynie na Kaukazie i w Azji Mniejszej, bliżej morza Czarnego; w środkowej zaś Europie porasta płat wołyńskiego Polesia, zwany przez botaników „wyspą azaljową”.

Już o kilkadziesiąt kroków od lasu wiaterek przynosi falę ostrego aromatu. Pod marną zieloną olszą i srebrną osiczyną błyska złocisty, wysoki dywan poszycia. Podjeżdżam bliżej. W lesie stoi czad, duszący, słodki, ostry, podobny do woni tuberozy. Polany spienione złotemi krzakami, pnie owinięte złotą siecią, trawy zbryzgane złotem. Złoto jest dwojakie: jasne, płowe, koloru cytryny, i ciemne, ogniste, koloru pomarańczy. Krzaki małe, rozpełzłe, rozczochrane, albo duże, spiętrzone na dwa metry. Kwiat kielichowaty, podłużny, bardzo wątły, łatwo sypiący się z gałęzi. Same gałązki czepliwe, drapieżne, niesforne, dla natarczywego chwytania za odzież zwane brzydko przez Poleszuków: „draposztany”.

Człowiek stoi i patrzy, doszczętnie osłupiały; trudno uwierzyć, że tak kilometrami ściele się to morze barwy i woni, o którem mało kto wie na świecie i które tak gwałtownie zalewa co wiosnę te szare lasy, nizinne, podmokłe, mchowe, niebogate, na dziesiątki tysięcy hektarów rozwleczone. Zresztą, trzeba trochę wierzyć, bo nie wszystko można sprawdzić. Azalja nie puszcza człowieka wgłąb lasu; trzeba jeździć tylko wyrąbanemi od lat drogami, albo chodzić siecią ścieżek, wyciętych w drapieżnej zieleni i zuchwałem złocie wiosennem; zresztą, po godzinnej wędrówce można nie wyjść żywo: ta woń jest jak czad; odurza głowę i wali z nóg. Jadę więc drogą leśną, powoli, noga za nogą. Patrzę, wącham i zapamiętuję. (Czyż wiedzieć mogłam, że na tyle lat?). Za chwilę koń zbuntuje się i zacznie szarpać uzdą. Duszno mu, ostra woń drażni nozdrza. Trzeba wyjechać na skraj i dać zwierzętom pooddychać. Zwierzętom – bo jest i pies. Po lasach wędrowaliśmy zwykle we troje. Koń i pies były dokładnie jednakowej maści: białej, w wielkie kasztanowe łaty. Koń, zwany po polesku „raby”, czyli, jakby się na Mazowszu powiedziało, „srokacz”, był mi wyraźnie nieżyczliwy. Uparciuch, fantasta i domator, niechętnie dawał się wyciągać na głupie i niepotrzebne włóczęgi. Szedł z łaski i ział pogardą. Z mojej strony przeważała irytacja – był za wysoki i niewygodny pod siodło – oraz daremna chęć osiągnięcia posłuchu. Tak, wyznaję, miał nade mną przewagę i zawsze robił to co sam chciał. Jeśli spacer mu nie odpowiadał, bestja zaczynał iść trzęsącego truchta i żadne baty nie mogły skłonić go do uległości i kłusa. Walczyłam z nim „o każdą piędź ziemi”, ale spacer przestawał być spacerem, wobec czego nieraz odstawiałam djabła do stajni, rezygnowałam z pięknego garnituru zwierząt i zapadałam w lasy z łaciatym psem.

To już było zupełnie co innego. Z psem łączyła mnie gorąca i szczęśliwa miłość, pełna wzajemnego zachwytu i ciągłej łakomej chęci wspólnego raczenia się dobrami życia. Ogromny, młody, łaciaty Maj miał maść saint-bernarda po ojcu i lekki, bezbrzuszy kształt kundla po matce. Pióropusz ogona, wesoły, polotny, ochoczy, służył mu do wyrażania entuzjazmu i wszelkiej radosnej gotowości. Jeśli pies na wyraźny rozkaz zostawał czasem w domu, witał mnie zdaleka, stojąc na płocie czterema łapami i zanosząc się szczęśliwym jazgotem. Jakim sposobem potrafił ustać na górnej poprzeczce sztachet, nie wiem. Widocznie utrzymywała go miłość, jak coś tam utrzymuje lunatyka na gzymsie kamienicy. W każdym razie wyrażenie „jak pies na płocie” ma dla mnie sens odrębny. Mój pies bywał na płocie szczęśliwy.

„Chodź, odprowadzisz mnie na bobry, księżyc jest w pełni” – mówię którejś lipcowej nocy. Dobrze. Koło jedenastej księżyc stoi wysoko, ogród cały w rosie i w białych gwiazdach tytoni. Do bobrowych siedlisk jest dwa kilometry od końca ogrodu. Idziemy coraz ciszej, coraz ostrożniej. Już. Skraj lasu, to bagno, moczar, jeziorko w rozmiękłych brzegach, a może szeroka, rozpełzła, prawie nieruchoma rzeczułka, poprzerastana kępami kwaśnej trawy i pokreślona zwaliskami pni. Drzewa te zostały spiłowane zębami bobrów i głaciutko utoczone na śliczny stożek. Pójdą na podwaliny bobrowych domków. Trzy kępy są szczególnie duże, rozsiadłe na pniach, nastroszone stosem chrustu – trzy siwe garby na czarnej wodzie. To domki stare, zamieszkałe.

Włażę na najniższy konar rosochatej gruszy, stojącej pod lasem. Stąd będzie widać bobry, jeśli wyjdą. Księżyc świeci tak jasno, że możnaby szpilki zbierać. „Maj, – powiadam, – idź sobie teraz, bo nie wyjdą”. Patrzy z wyrzutem. „Musisz. Poczekaj na mostku”. Odchodzi bez szmeru. Wiem, że będzie czekał na mostku.

Siedzę na konarze godzinę, prawie dwie. Świat jest czarnosrebrny. Nocny wiatr leciutko dygoce w liściach. Nagle, jeden stożek nawodny zmienia kształt. Mały, długi, ciemny zwierz siada „na dachu” swego domku i gapi się w księżyc. Ja gapię się również. Po półgodzinie oboje mamy dość: bóbr znika bezszelestnie, ja zeskakuję z gruszy i unoszę do domu rzadką a cenną zdobycz: podpatrzenie bobra. Poleszuki stróżują czasem całemi tygodniami nadaremno; coprawda, ich zamiary są mniej bezinteresowne niż moje.

Za bobrowemi moczarami ciągnie się sarni zwierzyniec: osiemdziesiąt hektarów liściastego lasu, ogrodzonego płotem. Tam najbujniej rosną azalje, tam też można podpatrzeć życie sarn. Porządku w zwierzyńcu pilnuje stary Czech. Ma przeszło siedemdziesiątkę, ale twarz młodą, różową i ładną. Mieszka w chacie w głębi lasu od lat trzydziestu, ma ślepawą żonę, dokarmia sarny i zbiera rogi, gubione przez kozły. Ma też zwyczaj wychodzenia przed chatę i – jak Wojski na rogu – trąbienia na własnem gardle. Zawołanie jest zawsze jednakowe, czemuś takie: „Hodi – naaa!”. Słysząc to, sarny i kozły sypią się zewsząd. W lecie wolniej i raniej licznie, w zimie całe stado, pięćdziesiąt sześć sztuk, zjawia się galopem na polankę przed chatą. W lecie sarny są rude, w zimie całe jednolicie bure. Śliczny, czarny, prawie kwadratowy, wzruszający ogonek leży grzecznie i zawsze jednakowo na białym, puszystym zadku. W lecie Czech rozdawał marchew, w zimie siano.

Sarny, widywane „towarzysko”, w krochmalonym fartuszku cywilizacji, nie smakowały mi jednakże. Którejś więc nocy majowej, już o pół do drugiej zapadliśmy z psem w krzaki zwierzyńca, niedaleko sarniego wodopoju. Leżymy i czekamy na świt. Zwolna szarzeje niebo, toną gwiazdy. Kolo trzeciej rumieni się wstążka horyzontu między pniami olch, nad wałem azalij, już lekko świecącym w szarości. Budzą się czyjeś ćwierkania. Liście drżą porannym dreszczem. Potem widać morze mgieł nad bagniskiem. Po kolana w mgle stoi gaik puszystej brzeziny, trzęsąc zielone krople majowych liści. Nad lasem pali się płomienista zorza. Mgła zniża białe kłęby i rozkłada je miękko wśród krągłych górek mchu, spiętrzonych na moczarze. Pół do czwartej. „Maj, leżeć!”. Z brzeziny wynurza się zwolna żywy, rudy, futrzany sznur i miękko, cicho, po mchowych sprężynach, w kłębach mgły, sunie ku strumieniowi. „Maj, leżeć!”. Pierwszy idzie kozioł, ogląda się czujnie – i zezwala. Za nim sarny – osiem sztuk. Idą tanecznie, naiwnie, pełne ufności, skoro prowadzi on. Piją. Rudy wieniec w białej mgle, na cierpkiej zieleni moczaru. W oddali czerwony płat zorzy i żółta taśma azalij. Czy można uwierzyć, że taki obraz dziurawią ludzie wystrzałem?

Mój Kodak trzasnął. Sarny spłoszyły się, zerwały, ale zupełna potem cisza przekonała je swoim spokojem.

Miasteczko Emilczyn, z którego robiliśmy z Majem wypady leśne, miasteczko, że tak powiem, prywatne, stanowiło ośrodek majątku, większego niż średnie księstewko niemieckie i objeżdżanego mozolnie co pewien czas przez właściciela, poczciwego schyłkowca, który nie liczył wypitych kieliszków, ani posiadanych folwarków, nie znał granic pijaństwa, ani swoich włości. Znał natomiast – swoje konie. Czasem chodziłam je oglądać. Wszystkie były zapewne piękne i cenne, ale tylko do jednego biło mi serce. Ogromny, stary, śnieżno-biały ogier stał w osobnym boksie na końcu stajni. Pienista grzywa sięgała mu nóg. Pod każdą z cienkich pęcin wyrastał buńczuk białego włosia i spływał na kopyta. Spod obłoka grzywy spoglądały wielkie, mądre, smoliste oczy, głębokie jak noc, lśniące jak gwiazdy. Czarny aksamit nozdrzy byłby zapewne niezrównanie miękki, gdyby ktokolwiek ośmielił się go pogłaskać. Koń starych legend, koń ze świata, którego niema, sam jeden przetrwał tu, na wyspie azaljowej, pośród niegodnych ludzi. Widok tego zwierzęcia był tak patetyczny, że zabarwiał mi się zawsze rytmem Wyspiańskiego: „Błąkasz się, królu krwawy, i ku mnie wiedziesz konia”…

Patrzałam długo, wzruszona zachwytem, i nigdy nie pozwoliłam sobie na żadną niewczesną poufałość. Pana azaljowych włości zmiotła wojna, zmełła rewolucja. Ale czy zawahał się wzniesiony cios, kiedy zza chmurnej grzywy spojrzał przeciągle koń legendy, niewinny duch średniowiecza?

Białemu ogierowi nie narzucano już żadnych rozkazów. Otaczano go wygodami i szacunkiem. Przyjmował wszystko z powagą – stał i przekwitał.

Po wschodniej stronie miasteczka, przeciwnej niż azaljowe lasy, ciągnęła się puszcza brzozowa, poszyta tylko wysoką trawą i bogatym, różnorakim kwiatem: w maju jaskrem, w czerwcu storczykiem, w lipcu dzwonkami. Grzybów nie zbierało się w tej brzezinie na koszyki, tylko odrazu zajeżdżało się wozem. Ale kwiaty i grzyby to nie rarytas. Puszcza brzozowa kryła inny dziw: głazy narzutowe. Było ich z piętnaście w promieniu kilkuset kroków. Największy miał cztery metry wysokości i chyba z dziesięć długości. Głazy nie były rodzime, bo kamieni lub skał w okolicy ani poświeć. Same torfowiska i piachy, czasem ubogi szczerk. Na szosę do Zwiahla sprowadzano kamienie zdaleka.

Azalje, bobry i owe głazy – były to ciekawostki Emilczyna, na których oglądanie zjeżdżali się ludzie z bliskiego Kijowa i z dalekiej Warszawy. Dwa krzaki azalij, pomarańczowy i cytrynowy, zamieszkały nawet przed samą wojną w warszawskim ogrodzie botanicznym, wykopane i przewiezione przez krajoznawców (pp. Wisznickiego i Kulwiecia). Rokrocznie chodzę oglądać suchotnicze kwitnienie tych krzaków – tyle tylko zostało w Polsce z Emilczyna.

Jeszcze mniej zostało w życiu z mego psa. A zresztą – może więcej. Zostało coś co nazwaćby można „złamanem sercem”. Potrafię jeszcze szanować i lubić psy – ale c’est tout.

Jest ostatni dzień wakacyj. Wyjeżdżam do Warszawy. Pies chodzi od kuferka do mnie i spowrotem; obwąchuje i rozumie. Bronzowe oczy są pełne miłości i rozpaczy. „Odprowadzisz do kolejki” – mówię na pociechę, ale sama wiem, jak słaba to pociecha. Do wąskotorówki jechało się kwadrans końmi, aby za miasteczko. Na skraju wrzosowego zagajnika stoi już pusty, czerwony wagonik i prycha zabawkowa lokomotywka. To prywatna linja Emilczyna dla zwozu drzewa. Wagonik osobowy raczy przewieźć mnie uprzejmie. Linja idzie osiem kilometrów lasem i w głębi lasu dosięga drugiej, szerokotorowej również prywatnej, która biegnie 54 km lasami Emilczyna aż do małej stacyjki załadowczej, leżącej opodal Sarn, na magistrali Warszawa – Kijów.

Więc pies odprowadza mnie do wąskotorówki. Jeden długi uścisk – już maszynista rusza. Jechać prędzej! Nie widzieć bronzowych oczu! Co to? Pies goni. Zdyszana lokomotywka biegnie co sił sosnowym zagajnikiem, pusty wagonik ciska mną, niczem piłką. Wychodzę na tylny pomost i patrzę, jak biały, puszysty kształt pędzi pomiędzy szynami. „Uważaj! Wracaj!!”. Nie słucha. Wagonik przyśpiesza, pies gna. Migają sosenki, suną liljowe smugi wrzosu. Wagonik przyśpiesza -pies staje. Jeszcze nie wierzy własnym oczom, jeszcze ufa. Chwila – i zamykają go ściany sosen, duszą liljowe pasy wrzosowiska.

W jedenaście miesięcy później wybuchła wojna i oddzieliła mnie od Polesia. Doniesiono mi tylko krótko, że pies zdechł z tęsknoty.

Ale owego dnia – któż mógł to przewidzieć? – urzekła mnie jazda przez lasy.

Już widać szeroki tor i budkę dróżnika. Stąd pojedziemy drezyną. Czterech ludzi kręci koło. Siedzę na ławeczce bezczynnie, śmigam po szynach i wstydzę się swojej roli próżniaka. Ale nie mam rady – tak już jest (a raczej było) w tym kraju, Po chwili zapominam o wszystkiem. Puszcza!

W ostępach grabowych jest latem zupełnie ciemno, zimno i nago. Teraz graby pożółkły, rozesłały sobie na sianie jasny dywanik liści i wpuściły w gąszcz trochę światła. Partje dębowe są bogate, jakgdyby przyciężkie i dojrzałe w soczystych barwach, rudych i czerwonych. Na polankach wystrzelają tłumy kwitnących, amarantowych świec. Mietlice, kostrzewy i stokłosy – trawy nazwane najśliczniejszemi z polskich słów – kwitną po raz drugi rumiano, srebrzyście i płowo. Biały i żółty miodnik rzuca się kiśćmi z nasypu. Skabjozy chwieją liljowe poduszeczki. Małe dzwonki uchowały się jeszcze po rowach. Przy każdej budce dróżnika miga zwiędłe, rude kartoflisko, wspaniały tłum słonecznikowych twarzy i poetyczna czerwień nawisłej jarzębiny.

Ludzie zatrzymują drezynę na mostku, schodzą do strumienia i piją wodę. Schodzę z nimi: to ostatnia okazja narwania niezapominajek i mięty. Od tego mostku las, jak okiem sięgnąć, stoi w wodzie. Na skraju karłowate sosenki i kępy mchu, powleczone zieloną nicią z nanizanemi koralami: tak rośnie żórawina.

Już zachód. Czerwone słońce rozpala moczary, budzi żaby i nasyca las zapachem wieczoru. Pachnie wilgoć i urodzaj jesieni. Nic nie dzieli go od wiosny mego serca. Wieczór jest cierpki, przejmujący, wonny – jak młodość. Puszcza jest bogata, rozległa, pełna dźwięków i obietnic – jak przyszłość. Może skrzypi drezyna, może płyną kilometry i godziny. Nie wiem o tem.

Nagle wyskakują sągi drew, sągi drew aż do widnokręgu. Ciemnawo. Coraz ciemniej. Zdaleka błyskają żółte światełka stacyjne, wetknięte w czarność lasu. Zielony i czerwony znak semaforu. Za chwilę pociąg gwizdnie rozdzierająco, żałośnie jak puszczyk, wbiegnie na azaljową wyspę, zasyczy gorącem żelazem w rosie leśnej – i pójdzie w świat.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close