Z cyklu „Podróż po Polsce”
KRAJ POLSKI CHŁOPSKIEJ

Poznań, w czerwcu 1936.

Jest dobrze po północy, gdy nad naszemi głowami, w mokrem i gorącem powietrzu chwieje się swemi wielkiemi wachlarzami las olbrzymich palm. Oddychamy czemś duszącem, usypiającem, pełnem nieznanych dla nas zapachów. Gdyby jeszcze pogasły lampy elektryczne i była pełnia, księżyc przyświecałby teraz tą pełnią nad palmowym gajem, wyrosłym w środku Poznania. Moglibyśmy tak chodzić a nawet błądzić poprzez wąskie ścieżki wśród egzotycznych krzewów, ocierać się o ljany z lasów dziewiczych, szeleścić kłosami płowego ryżu, ale nie poto nas tutaj zabrano; i oto dziś, tego wieczoru, może zaraz, najdalej za godzinę, zakwitnie na środku podzwrotnikowej sadzawki olbrzymi kielich Victoria Regia. Właśnie kołysze się na wodzie sennej i martwej jak powietrze, otoczony kręgami swych olbrzymich nenufarowych liści, o brzegach zagiętych dogóry jak brzegi wielkich zielonych patelń. Jest w tej chwili dużym jak mała dynia pąkiem, prześwieca biało-różowemi szparami kwiatu. Wszystkie sale wspaniałej poznańskiej palmiarni oddychają w nocy silną wonią tropikalnych gajów. W najskrytszym mateczniku tego lasu Victoria Regia zakwitnie naraz jakby to był nie Poznań, ale zalewy rzeki Ukajali, i poznaniacy nie chcą abyśby stracili moment narodzin cudownego kwiatu. Nieszczęściem, Victoria Regia nie chce zakwitnąć, a poznaniacy także nie chcą ustąpić. Siedzimy przy czarnej kawie pół godziny, godzinę, dwie godziny. Rozchodzimy się po cienistych ścieżkach olbrzymiej szklarni – pałacu. Poznaniacy są najwidoczniej zażenowani że zakwitnięcie Victorii Regii w obecności gości z Warszawy nie dało się wyreżyserować.

Mapa województwa poznańskiego, stan na rok 1930

Mapa województwa poznańskiego, stan na rok 1930

Przez kilka dni od samego rana do późnej nocy wielki turystyczny autocar przerzuca nas do coraz to innych miejscowości Poznańskiego. Pokazują nam nowe fabryki, które „centrala” chce przenieść do Warszawy, pokazują nam muzeum etnograficzne w Śremie, urządzone przez amatora, miejscowego restauratora, zasekwestrowane przez izbę skarbową z tytułu niepłacenia podatków. Opowiadają nam dzieje starosty powiatowego, którego wicewojewoda nie zastał kiedyś w biurze, ale zato „odnalazł go bez trudu na miejscowej plaży; starostę przeniesiono na kresy” – kończy się sentencjonalnie opowiadanie. Wiemy teraz jakie jest przeznaczenie kresów. Pokazują nam fabrykę cukru i [nieczytelne] ogród pałacu Działyńskich. Przez kratę pałacową widzimy zamek kórnicki, jezioro na którem ku podziwowi okolicznych chłopów dwaj magnaci przed pół wiekiem urządzali bitwy morskie, z okrętami na wzór fregat Nelsona i prawdziwemi małemi armatkami. Pokazują nam nawet taką armatkę, z której potem popełnił samobójstwo jeden z tych wielkich panów, słynny podróżnik, hojny mecenas i pruderyjny wydawca listów Jana Sobieskiego. Oglądamy dwór Dezyderego Chłapowskiego, oficera Napoleona i barona cesarstwa, jednego z ludzi którzy najgłębiej zrazili się do Korsykanina i zaczęli na drodze pozytywnej pracy szukać dróg do zwycięstwa. Widzimy czworaki wiejskie z dużemi, paroizbowemi mieszkaniami, widzimy w tych mieszkaniach porządne, mieszczańskie meble, kaktusy i pelargonje w oknach, radjo, maszynę do szycia, rower, wózek dziecinny w kącie, ogródki zamiast cuchnących bajor przed domami, chłopów przyjmujących za obrazę Bożą propozycję mieszkania w niemurowanej chacie. W salonie dworu siedzi jeden z tutejszych chłopów. Trzeba nam było o tem powiedzieć, inaczej nie bylibyśmy wiedzieli. To nietylko to że chłop tutejszy nie będzie się na „pokojach pańskich” sromał, wstydał i żenował, to także dlatego że i w sposobie bycia niejednego z naszych wielkopolskich gospodarzy jest chłopska bezpośredniość zarazem i prostota. Różnica zaciera się i „oddołu” i „odgóry”, zewsząd. My patrzymy na to jak na inny, bardzo od naszego odmienny świat. Istotnie, świat rozpoczynający się za linją wytyczoną przez kongres wiedeński za granicę ziem pruskiego Wielkiego Księstwa Poznańskiego i rosyjskiego Królestwa Polskiego, jest bardzo odmienny.

*

Przez długi czas mieliśmy go za świat urobiony poprostu na wzór i podobieństwo Niemiec i tem rozwiązywaliśmy sobie wszystko. Ale cechą, która Poznańskie czyni tak bardzo odmiennem od całej reszty Polski, to nie jest niemieckość lub dryl pruski, to jest dobrobyt, a raczej, powiedzmy ściślej, jest zachodniość tutejszego gospodarstwa. Życie gospodarcze i społeczne tego kraju rozwijało się od lat stu w pełnym związku z rozwojem tego życia w całej Europie zachodniej. Jak ono, było rolnicze, cierpiące na przeludnienie agrarne, w połowie ub. w.; jak ono, zostało ogarnięte gorączką emigracji przemysłowej w kilkanaście lat później; jak ono, uregulowało swą sprawę agrarną trojakiemi drogami: emigracji handlowej do miasteczek, robotniczej do nowych centrów przemysłowych, parcelacji i intensyfikacji; wreszcie jak ono, zapoczątkowało nowoczesny rozwój rolnictwa i przemysłu rolniczego.

Na odrębność Poznańskiego złożył się silniej i w daleko wyższej mierze ustrój gospodarczy, niż tyle u nas omawiana sprawa narodowościowego nacisku. Pług reform społecznych i ekonomicznych przeorał go tysiąckroc silniej niż tromtadracja landratów, hukanie pism nacjonalistycznych, paragrafy i ustawy antypolskie. Państwo, które temu krajowi ukształtowało ustrój jego życia, szablon jego myślenia, system jego organizacji, schemat pracy, odeszło, skurczyło się, zwęziło, jak wcześniejsza o wieki niemieckość starego Krakowa ograniczyła się wreszcie do niedzielnej mszy z kazaniem niemieckiem u Świętej Barbary. Ale wprowadzony tu ustrój został, opiera się, trwa i odgradza. Ustrój ten zrobił wiele. Że spolszczył poznańskie miasta i miasteczka, że usunął z nich Żydów, to prawda, ale to prawda bardzo wąska i bardzo ciasna. Na konto tego ustroju trzeba tu zapisać prawie wszystko, bo prawie wszystko on tu nietyle może stworzył sam, ale raczej i prędzej dopomógł do stworzenia, ułatwił, umożliwił. Gdzieindziej z niemniejszą niż tu energją były podejmowane niemniejsze niż tu i tutejszym podobne próby; bywali i gdzieindziej działacze na miarę patrona Jackowskiego czy księdza Wawrzyniaka, mieli takie same idee, takie same cele. Pozytywizm gospodarczy, praca społeczno-narodowa miała z Prusem na czele swych najlepszych formulatorów właśnie gdzieindziej, poza granicami tego kraju. Realizatorów znalazła jednak tylko właśnie tutaj, i właśnie tutaj powstały sklepy nie wyidealizowanych Wokulskich, Wokulskich bez dziadka kasztelana i wywodu z heroldji, zagrody podniesionych społecznie Ślimaków.

*

Śmialiśmy się i śmiejemy z słynnych poznańskich ogłoszeń, o kanapie do sprzedania, na której właścicielka gotowa jest coś stracić, o fabryce kiszek z naturalnym popędem. Podziwialiśmy że to całe społeczeństwo jest „nareszcie” polskiem społeczeństwem chłopskiem, że zdrenowano tu całą żeromszczyznę i rabację, że Deczyńscy nie są już oddawani w rekruta, przez dziedzica, że powstanie, Polska i wszystko nie jest już dla nich rzeczą pańską, dworską i szlachecką. Otóż i te rzeczy, z których myśmy się śmiali, i te, które naszym entuzjastom wyciskały łezkę zachwytu, pochodzą z tego samego źródła. To są rzeczy, które przyszły razem, razem idą, od siebie oddzielić się nie dadzą. To są rzeczy takie same jak w polonji amerykańskiej, gdzie „Chicagoski Dziennik Związkowy” ogłasza najspokojniej, że na jakieś religijno-narodowe cele odbędzie się tam a tam „wielka afera karciana”, ale gdzie też wychodzą największe polskie pisma i gdzie istnieją jedyni nowocześni polscy miljonerzy. To są wreszcie rzeczy -ludzie mali, nie obraźcie się! – takie same jak nowotwory ukraińskiej mowy tyle wyśmiewane przez dumnych Polaków ze Lwowa i Trembowli. To są różne objawy tego samego procesu: Poznańskie i Chicago, to jedyne punkty gdzie nastąpiła prawdziwie polska rewolucja klasowa, gdzie chłop objął – wszystko, zasiadł w sklepie, banku, szkole, uniwersytecie, kancelarji adwokackiej, i wszędzie zachował się tak jak lokator domu budowanego nie dla niego, domu w którym mu jest niewygodnie i w którym wszystko przemienia, stawiając w salonie inkubator do wylęgania kurcząt a wnętrza fortepianu używając za nadprogramową szufladę. Nowe pojęcia, przedmioty i czynności nie znajdują w jego słownictwie odpowiednich określeń, chwyta je nagwałt z obcej przekręconej mowy, dorabia je sobie sam szybko i tandetnie, używa składni językowej taksamo wadliwie jak „wadliwie” posługuje się serwetką czy nożem przy stole, ale ma już swoje snobizmy, ma już swoje Victorie Regie. Możemy o takiem społeczeństwie powiedzieć to samo co zwykle mówimy i Czechach, Ukraińcach, o reemigrantach z Ameryki, – najczęściej zresztą bardzo niesłusznie, – że są ludzie bez „manier”, że jest to społeczeństwo „chamskie”, ale właśnie w tem uchwyceniu podkreślamy istotną cechę tego społeczeństwa że jest ono nowe, młode, świeże, że w swem nieokrzesaniu posiada niewyświechtaność, że w swym braku poloru posiada siłę. Siła, młodość, nowość i świeżość ujawniają się w rozmaity sposób, ale wszystkie te objawy są nieodłączne.

Co zrobiła reforma agrarna która w ciągu dwudziestu kilku lat przebudowała dawny, odziedziczony po Rzeczypospolitej szlacheckiej, zaostrzony jeszcze staropruskiemi ustawami o dziedzicu, ustrój agrarny? Oto chcąc przeciw szlachcie ziemiańskiej, przez całą połowę w. XIX jedynego promotora irredenty, wygrać chłopa, zorganizowała go w silną rolniczo warstwę zamożnych gospodarzy, odciągając nadmiar ludności bezrolnej lub małorolnej do miasta, do tworzącego się przemysłu posedańskiego cesarstwa. Uprzemysłowienie Niemiec i rozbudowa wielkich miast pociągnęła ku sobie z Poznańskiego wielkie siły. Pociągnęły żydostwo miejscowe, które w wielkim ruchu handlowym stolicy znalazło więcej pola do pracy; pociągnęły za sobą większe jeszcze zapewne, nigdy – rzecz dziwna – nie obliczone u nas, masy proletarjatu polskiego. Ale jednocześnie inna fala wsi polskiej poszła na miasto. Nastąpiło nieskoordynowane i pośpieszne zlanie się niemieckich form życia burżuazyjnego z chłopską naturą przybysza. Taksamo jak wychodztwo za morzami kojarzyło swoją polskochłopską przeszłość z amerykańskomiejską przyszłością. Być może że skojarzenia te wypadły bezładnie, chaotycznie, nieharmonijnie. Być może że uniknęłoby się wiele śmieszności i rzeczy rażących gdyby ten proces rozłożyć na długie lata, gdyby stopniowo masa chłopska przeciekała do miasta i stopniowo tworzyły się formy polskiego życia miejskiego, jak powstały one we Włoszech. Ale właśnie charakter przemian w Poznańskiem miał mimo cały swój konserwatyzm, społecznie biorąc, najwybitniej rewolucyjny charakter, i ten kraj który w swych dziejach nie miał ani roku 1846 ani roku 1905, jest tu krajem specjalnie najmniej anachronicznym w Polsce, gdzie tyle rzeczy przypomina jeszcze życie Europy sprzed 1848 r… Piast po raz drugi zwyciężył szlacheckiego Popiela.

A ustrój zachodnioeuropejski, tak jak go wreszcie wypracował schyłek XIX w., nie zatrzymał się na spolszczeniu poznańskiego miasta przez schłopienie go, nie zatrzymał się na stworzeniu jedynego w Polsce mieszczaństwa które wywodzi się nie ze zrujnowanego dworu, ale ze zbogaconej wsi. Ustrój ten, mimo sprzęgnięcia go po 1918 r. z nowym organizmem państwowym, gdzie w harmonijny chaos układa się feudalizm „dołów” z etatyzacją „góry”, nie zatrzymał się w swoim rozwoju, trwa, wydaje skutki. Zmieszczaniałe chłopstwo przyniosło do Śremów, Śród, Nakieł i Gniezen swoją starą, prymitywną, uczuciową, prostą i płytką religijność, ale połączyło ją też z mocnem postanowieniem nie dać się zepchnąć z tego standardu życiowego, na który po tylu wiekach poniewierki zdołało się wydostać: Poznańskie jest religijne, ale jest religijne mieszczańsko. W miastach poznańskich nie widzi się Żydów, ale widzi się i mało dzieci. Przyrost naturalny tego kraju, gdzie wychodzą dziesiątki doskonale prowadzonych katolickich pism ludowych, jest niesłychanie nikły. W powiecie gostyńskim zaznacza się spadek urodzin. Powiat gostyński jest najbogatszym rolniczym powiatem Polski, powiatem arystokracji chłopskiej i powiatem bezdzietnym. To są wszystko rzeczy, których również nie złączył ze sobą przypadek. To są rzeczy, które taksamo dał ten właśnie i taki właśnie ustrój.

Ustrój, lepiej niż jakikolwiek inny czynnik, przeprowadził tu aż do najdalszych granic miedze własności prywatnej. Ustrój, który rozdrabniane, nędzarskie, poletkowe gospodarstwa rolne zamienił na małe chłopskie ordynacje, przyznał każdemu z tych ordynatów chłopskich osobne ławki w kościele, czego w wielu okolicach wschodniej Polski nie mają już nawet ziemiańscy kolektorzy. Ustrój nie zatrzymał się nawet przed bramą wysokiego kościoła. Wszystko jest więc podzielone i przydzielone, niewspólne, własne. Ustrój rosyjski w Polsce starał się granice własności prywatnej zacierać; Muchanow propagował miry, wspólne pastwiska, serwituty gromadzkie, tu w Poznańskiem rozgradzano wszelką wspólnotę, jak ją rozgrodzono na Zachodzie. W ludnem i rozgraniczonem Poznańskiem prowadzi się jedyną bodaj w Polsce formę rozwiązania bezrobocia przez osadzanie bezrobotnych na roli, na dawnych hałdach podmiejskich, w małych ogródkach, z pobudowanemi wśród zagonów kartofli domami, między któremi pojawiają się już pierwsze drzewka owocowe, przyszłe sady. To wszystko pobudowane znowuż na resztkach i szczątkach wspólnej własności gruntowej; na dawnych ziemiach parafialnych czy miejskich, dawnych pastwiskach gminnych, gruntach wydartych meljoracją spod grozy zalewu Wartą, ziemiach wywłaszczonych przez Prusy pod tereny forteczne. W reszcie kraju bezrobotni ci będą armją robotniczą przenoszoną od Soły do Prypeci, Tu będzie się zmierzało najszybciej do tego żeby spowrotem dać im ziemię na własność. Znowuż w Niemczech jest miljon takich ogródków działkowych, znowuż wszystkie przedmieścia, wszystkie zbocza torów kolejowych przy miastach obrosłe są haszczą takich ogródków.

Sowieckie reportaże o budowie Dnieprostroju wspominają o dosyć częstym fakcie ucieczki robotników od tej pracy. Trzeba pamiętać że Dnieprostroj nie był budowany przez kadry zesłańców, warunki pracy nie były szczególnie ciężkie, że robotnik rosyjski nie jest, jak angielski czy niemiecki, przyzwyczajony do łazienki i do puddingu, Jednak robotnik rzucał pracę, dezerterował, czego robotnik budujący Gdynię nie robił. Oto w Rosji zaciera się granica między położeniem bezrobotnego a pracującego. Podobnie na kresach, przy niskiej płacy robotnika a taniości życia, różnica między bezrobotnym a posiadającym pracę niemal zanika. Tam istnieje raczej różnica między posiadającym własność a nieposiadającym jej, i dobrobyt, bardzo zresztą względny, związany jest z faktem własności.

W ustroju Poznańskiego jest inaczej. W ustroju, jaki ma po dziś dzień Poznańskie, przy stosunkowo – jak na stosunki polskie – wysokiem wynagrodzeniu, stosunkowo – znowuż jak na stosunki polskie – wysokich cenach wszystkiego, między położeniem człowieka który ma pracę, i człowieka który jej nie ma, istnieje głęboka różnica. Duża demokratyzacja stosunków czyni wszystko lub wiele, dostępne temu kto zarabia, posiada pracę. Ten kto jej nie ma, jest w wyższym stopniu niż w reszcie Polski zależny od funduszy, czynników, i instytucyj publicznych, w większym stopniu wydziedziczony i spauperyzowany. W takim kraju bezrobocie jest zjawiskiem dziesięćkroć tragiczniejszem.

*

Gdybyż tu powstała była wielka kultura literacka! Oto jeszcze pytanie. Gdyby ci Kałamajscy i Zakrzewscy, Ratajscy i Ratajczakowie mieli braci i synów piszących, gdyby obok księdza Wawrzyniaka był Prus, zamiast Wilkońskiego Reymont. Ale wszystko co tu pisało, emigrowało z Poznańskiego nie tylko jako z ziemi, ale jako ze stosunków, z procesu dziejowego, ze zmian społecznych. Gdzież tego Poznańskiego lat przedwojennych szukać u poznaniaka, który pozostał wielkim chłopem wiejskim, u Kasprowicza gdzież szukać tego co się tu stawało, u Przybyszewskiego, asymilanta niemiecko-skandynawskiej recesji? To co się tu działo z niezwykłą na Polskę konsekwencją, niestety, nie miało swego poety, pisarza, dziś takoż nie doczekało się swojej Marji Dąbrowskiej. Jest to większa szkoda niż się wydaje: tego typu przemian społecznych nie było w całej reszcie Polski owego czasu. Tyle nowych elementów nie wydostało się na powierzchnię nigdzie w Polsce. Literatura wyrosła z nich, obok nich, i dla nich byłaby obrazem tych przemian, portretem tych ludzi. Świadectwem epoki. Być może że dla tych warstw polskich innych dzielnic, które mozolniej odbywają proces dążenia ku górze, byłaby to literatura bliższa, bardziej dostępna, zrozumiała i swoja, literatura ze szlacheckim rodowodem. Jakąby była? Być może że przypominałaby Knuta Hamsuna, może pisarzy skandynawskich, bardzo być może że miejscami nawet literaturę sowiecką, która śledzi przedewszystkiem proces dojścia do władzy i podniesienia się na obce sobie szczeble wielkich mas ludowych.

Literatury jednak poznańskiej nie ma, istnieje tylko głód literatury. To pobożne i mieszczańskie środowisko importuje z Warszawy i reszty Polski ogromną moc czasopism właśnie najbardziej lewicowych. Ten kraj, którego gazety posiadają spore jak na Polskę nakłady i i bardziej przyziemny, konkretny, amerykański sposób ich redagowania nie dowierza własnej literaturze publicystycznej. Perjodyki, sprowadzane z Wilna, Lwowa, z Chełmna, z Naprawy, powiewają na każdym kiosku. To są jeszcze jedne egzotyki, jeszcze jedne Victorie Regie, Spokojne, umiarkowane Poznańskie jest łase na nowinki polityczne, polityczne zdrożności, jak w epoce Łukasza Górki było łase na nowinki religijne. Ustrój, jaki mu nadano w ciągu wieku, najbardziej może wyraźny z ustrojów ziem polskich, pozostawia szeroki margines do tęsknot ku lepszemu. Ale Warszawa nie jest jedynym importerem nowinek: w szynkach i restauracjach, kiedy jest Parteitag, głośniki radjowe chwytają nietylko Hitlera, czy Goebbelsa, ale Fricka, Darrego i innych bogów brunatnego Olimpu, ludzie siedzą, słuchają, myślą. Tamten świat za Zbąszyniem jest uformowany tak jak (nieczytelne) przeżywa bóle bliskie ich bólom. Być może że znalazł leki bliskie ich marzeniom o lekach. I jeśli dziś wieczorem słucha się w Poznańskiem mów niemieckich ministrów przez niemieckie radia, nie myślcie że jest to skutek dawnej pracy germanizacyjnej. To więzy gospodarcze, więzy psychiki społecznej przetrwały granicę.

Ksawery Pruszyński

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close