Z cyklu „Podróż po Polsce”
WŚRÓD SZKŁA I PLAKATÓW

Redakcja „Wiadomości Literackich” udzieliła mi miejsca na cykl artykułów-reportaży, których całość można będzie, zdaje się słusznie, objęć wspólnym tytułem „Podróż po Polsce”. Nie chodzi mi o krajobrazowe cechy Polski, nie mogę kusić się o szczególnie drobiazgowe ujęcie tematów, którym cykl ten będzie poświęcony. Idzie mi o związanie pewnych części naszego kraju z pewnemi wielkiemi zagadnieniami państwowemi, temi zwłaszcza które w kraju występują najsilniej, temi które wiążą się ściśle z chwilą aktualną.

Zdaje się nie ulegać wątpliwości że życie współczesnej Polski ulega zmianom i burzy się w wielu miejscach naraz, wybucha niespodziewanemi zjawiskami. Trudno te zmiany przewidzieć, trudno określić je ściśle – ale byłoby błędem ich nie śledzić. Polskę w stanie stawania się, Polskę rozdroży możliwości, Polskę która zamiera i Polskę która rośnie, Polskę rzeczy złych i dobrych, ale zawsze Polskę rzeczy nowych, pragnąłbym jaknajściślej zawrzeć w tym cyklu. Pierwszy rozdział poświęcam Lwowu – miastu o którem wszyscy mówili i myśleli w tych tygodniach, a jeśli aktualność ostatnich wydarzeń zepchnęła na dalszy plan stale nurtujące Lwów sprawy, nie należy brać tego za złe: – wydarzenia te były zbyt silne i zbyt silnem odezwały się echem.

Lwów w maju 1936.

Pierwszą rzeczą która rzucała się w oczy, to nie zniszczenie, nie zdemolowane sklepy, nie rozbite wystawy, nie obtłuczone tramwaje – ale odezwy. Odezw było bez końca. Była odezwa dwóch biskupów lwowskich, odezwa prezydenta miasta, odezwa obrońców Lwowa, odezwa Federacji Obrońców Ojczyzny, odezwa ukraińska, odezwa Stronnictwa Narodowego, odezwa akademicka i t. d. Rozlepione były wszędzie, od dworca począwszy. Pisma lwowskie drukowały jeszcze inną odmianę odezw: – rezolucje; rezolucje pomniejszych organizacyj społecznych, które z tych czy innych przyczyn zadowoliły się powzięciem uchwały, nieraz złożonej z kilkunastu punktów, i przesłaniem jej do redakcyj. Toteż pisma lwowskie z pierwszych dni po zajściach robią dziwne wrażenie; szuka się w nich opisów, relacyj, wiadomości, a znajduje się odezwy, odezwy, odezwy. Ściany domów tego miasta i szpalty jego pism zapełniły się i – przesłoniły odezwami.

Odezwy, to pierwsza rzecz która rzucała się w oczy we Lwowie, ale mimo ich liczebności, mimo powagi instytucyj, które je wydały, mimo zaklęć jakie zawierały, nie były tą rzeczą która rzucała się w oczy najbardziej. Odezwami temi przypominało miasto pierwsze, nasycone elektrycznością, dni wojny, ale rozbitemi szybami, wielkiemi sklepowemi witrynami wduszonemi w głąb, jak rozbite, próżne oczodoły żywego jeszcze zwierzęcia, przypominały samą wojnę. Wielkie gmachy, gmach ubezpieczalni społecznej, gmach teatru Wielkiego, stały ostrzelane najgęstszym gradem pocisków. Szyby pobito tu dokładnie, co do jednej, zadeptywano butami na drobny mak. Lampy gazowe, wielkie lampy łukowe wisiały potłuczone, porozbijane. Resztki tych szyb szkliły się w ramach do słońca, tuż obok rozlepionych plakatów i odezw. Wybite szyby i plakaty, mnóstwo wybitych szyb i niemniejsze mnóstwo porozlepianych wszędzie plakatów, dopiero razem wzięte, pokazały miasto podzielone na dwa obozy. Lwów, jak w ruskim miesiącu, podzielony był na dwa obozy, a zasieki tego frontu biegły wzdłuż rozbitych szyb i wypróżnionych z towaru lad sklepowych, a także wzdłuż tych plakatów.

Najwyższym punktem tego miasta jest dawny Wysoki Zamek, kopiec patrjotyczny, barokowe, rokokowe i gotyckie wieże kościołów, katedr i cerkwi, zielone szkarpy wzgórz. Pola wdzierają się w miasto, żadnego „lasu kominów!”. To właśnie zastanawia i uderza. Kominy kilku zakładów fabrycznych ukryły się jakby w dolinach: hangary lotniska ostrzej występują w panoramie miasta niż dachy fabryk. Lwów nie jest miastem przemysłowem. We Lwowie jest tradycja, są silne spory narodowościowe, jest patrjotyzm o którym piszą teraz wszystkie odezwy, jest dumne godło „semper fidelis”. Partje socjalne we Lwowie były zawsze słabe, zawsze nieznaczne, partje nacjonalistyczne wszystkich odcieni – silne, wpływowe. A jednak ten pochód, w którym szli ławą wszyscy, liczył nietylko Polaków, liczył Ukraińców czy Rusinów, liczył Żydów, i polskie, ukraińskie, żydowskie imiona, Stanisławów, Wasylów i Mojżeszów znajdziemy na liście rannych i aresztowanych uczestników pochodu.

Nie będę pisał o samym przebiegu pochodu. Mimo przeszkód posuwał się on właściwie szybko. Ludzie pokrwawieni i obdarci znaleźli się naraz w śródmieściu, na Legjonów, na Akademickiej. O tej porze skończyły się już biura a zapełniło corso i kawiarnie. Muzyka grała w kawiarniach, i w okna tych kawiarni posypał się grad ciężkich kamieni. Wówczas już szyby zaczęto tłuc, jedne za drugiemi, masowo, wszędzie. Gazety pisały że była w tem jakaś sprawna organizacja, wskazywały na niszczenie aptek ze środkami leczniczemi i opatrunkowemi, ale ludzie lwowscy mówią naogół zgodnie że był to jakiś szał niszczenia. Na ulicy było pełno ludzi. Otóż ludzie ci patrzyli biernie i osłupiale jak rozbijano szyby, jak wywracano zatrzymane tramwaje, jak podpalono stację benzynową, jak płomień jej buchał jaskrawo nad brukiem.

Te pierwsze akty demolowania miały przedewszystkiem charakter niszczenia, nie grabieży. Jedyne co ludzie z przedmieść raczą przeciwstawić słowom plakatów i dzienników, to uporczywe twierdzenie, że nie rabowano, nie grabiono, nie kradziono, tylko niszczono. Jedyne sprostowanie, jedyna odpowiedź, ale odpowiedź na wszystkich ustach. Nie jest to prawda, bo wypadki rabunku były, może były nawet liczne. Ale niezaprzeczalne jest że akcja miała charakter przedewszystkiem niszczycielski, a charakterystyczne i powszechne jest wybranianie się od rabunku a przyznawanie, niemal ostentacyjne, do niszczenia.

Wieczorem pojawiły się na ulicy patrole i oddziały które nie natrafiły na żaden opór, przed któremi rozsypani uczestnicy pochodu ustępowali powoli. Jeszcze dwie godziny, a zrobiło się niemal zupełnie ciemno. Wszystkie lampy były przecież rozbite. Nocy tej i dnia następnego i jeszcze następnej nocy samochody policyjne robiły olbrzymie wypady. Aresztowano na ulicy, aresztowano wedle listy notorycznych przestępców i wedle listy podejrzanych o komunizm i O. N. R., aresztowano jakby dla udaremnienia nowego ataku: rzeczywiście, można było powiedzieć, że nowy atak, jeśli miał być, udaremniono. Ilu ludzi znalazło się w aresztach śledczych, niewiadomo. „Ilustrowany Kurjer Codzienny” który podał cyfrę 600, a dwa dni później poprawił ją na 1 000.

Pierwsze odezwy pojawiły się dopiero w sobotę. Szkła było pełno na ulicy, jeszcze można było znaleźć ślady krwi, jeszcze nie powstawiano nowych lamp. Strajk generalny się nie udał, bo pracowano w głównych zakładach miejskich, ale strajk generalny publiczności widać było na wszystkich ulicach. Miasto było jednocześnie puste i pełne, natłoczone gapiami i pozbawione przechodniów. Ludzie chodzili po mieście, krążyli po szlaku pogrzebowym, poznaczonym śladami walki. Tylko maszyny rotacyjne drukarń biły niezmordowanie odezwy. One jedne, one pierwsze korzystały z dziwnej konjunktury. Szkło podrożało w cenie, ale zaraz spadło; nie kupował go nikt, a jednocześnie krążyły pogłoski że niebawem, w drodze urzędowej, władze sprowadzą zapasy tanich szyb.

Przez niedzielę, poniedziałek, podobno przez dni następne, jeszcze trwały masowe aresztowania, jeszcze jeździły wielkie policyjne samochody, ale tempo wypadów słabło. W szpitalach zapełnionych jak więzienia umarło kilku ciężej rannych, dostawiono do nich szereg nowych rannych, okaleczałych i pobitych. Ale i to się kończyło. Produkcja odezw i produkcja rezolucyj wzmagała sie zato coraz silniej. Radziło niepodległościowe „Zarzewie”,radzili profesorzy lewicowi i prawicowi, pisma z niezachwianą pewnością oceniały, komentowały, uzgadniały to co zaszło z tem „co pisały i o czem przekonywały od-dawna”. Skarżono się na zanik sił społecznych, na zwiotczenie sprężystości organizacyj. A przecież, sądząc z plakatów, opierając się na odezwach, polegając na rezolucjach, mało które miasto może się w tej mierze co piękny Lwów powołać na swych kilkadziesiąt najrozmaitszych, szanowanych, wpływowych, możnych organizacyj społecznych. Na tyle, na tak wiele.

Szara masa ludzka, masa z przedmieść, masa robotnicza i rękodzielnicza, dziś masa nędzarska, spłynęła pierwsza, jak wielka fala, przez miasto, w pyle i okrzykach, w huku strzałów kierowanych ku płynącej nad głowami czarnej, krótkiej trumnie, spłynęła zostawiając szlam połamanego żelaza, porozrzucanych kamieni, potłuczonego tupotem tysięcy nóg szklistego, ostrego żwiru. Fala władzy, jedyna którą spotkała na drodze, wcisnęła się spowrotem w uliczki patrolami żołnierzy w stalowych hełmach, z bagnetami nasadzonemi na karabin, popędziła z hukiem ciężkich, obładowanych i zamkniętych samochodów obławy policyjnej. Fala społeczna poszła po nich wszystkich trzecia, ostatnia. Papier plakatów i odezw, czerń słów i podpisów pozatykał także swoje sztandary, woła także swojemi słowami. On może woła nawet najgłośniej. W słońcu majowem tego pięknego miasta, przez które przeszedł huragan, tylko plakaty, białe w słońcu, jasne na tle szarych czy żółtych domów, mają swobodę słowa, wołają głośno, swobodnie, pełnie. I wołają przeraźliwie, przeraźliwie pusto.

Kto mógł nagle, spod ziemi, spod bruku powołać legjon proletarjacki w tem mieście, które prawie nie ma robotników, w którem ruch socjalistyczny snuł się dotąd, anemicznie wciśnięty w rzeki nacjonalizmów, kto mógł przełamać się przez miasto? Niewiele fabryk, w tem kilka państwowych, uspołecznionych, jak monopolu tytoniowego. Robotnicy podzieleni na szereg związków zawodowych, rozbici na nacje. Mówią mi: młodzież. To prawda że wszędzie było pełno młodzieży, z Zamarstynowa, z Persenkówki, z Podzamcza, z Łyczakowa, z rogatek Janowskich. Może to „bluźnierstwo”, ale było jej tyle ile w obronie Lwowa. Mówią o bezrobotnych. Kto są bezrobotni Lwowa? Mówią że wielu murarzy. Otóż Lwów się nie buduje. Ruch budowlany Lwowa jest nikły, niezmiernie nikły. Ludzie nie budują we Lwowie. Dlaczego ludzie nie budują we Lwowie?

Trzeba przejechać za park Stryjski. Na dużych pięknych wzgórzach tego miasta zaczęta, niedokończona, urwana, budowa nowoczesnej dzielnicy. To było zaraz po wojnie, to miała być dzielnica i nowoczesna i polska, tu miał się skoncentrować polski wysiłek gospodarczy Lwowa, jak przedtem, w listopadzie, u stoków Cytadeli i góry Kadeckiej skoncentrował się wysiłek orężny. Ta dzielnica się nie buduje. Przed wojną marzono o wielkim Lwowie. Wyciągnęły się w różne kierunki miasta szlaki ulic, jak wysunięte konary drzewa. Konary te nie obrosły w gąszcz nowych gałęzi i odgałęzień. Widziane zgóry, wyglądają dziś jak ręce wyciągnięte na całą swą długość ku czemuś co miało przyjść, miało być, a nie było.

Ludzie mówią jeszcze że Lwów „gospodarczo usycha”. Gdy się patrzy na te ulice tak silnie, zdecydowanie wytyczone, ulice, od których nie odbiegły w różne strony rzędy dalszych ulic, widzi się prawdę tego usychania. Myślę o Krakowie, który buduje się nieprzerwanie, gdzie Błonia, Podgórze, Płaszów, Olsza, otoczone są wieńcem nowych zupełnie osad, gdzie Bronowice ze wsi stają się przedmieściem, gdzie miasto sięga po Przegorzały i Bielany, gdzie narosły całe dzielnice małych domów, niskich, spokojnych, domów małych, spokojnych, ludzi. Kraków przed wojną wapniał w muzealny stalaktyt, i to było, ostatecznie, w logice rozwoju. Kraków po wojnie rozrósł się niesłychanie. Lwów od wojny zastyga.

Lwów zastyga, i na tle ulic wyschłych, wyciągniętych daremnie ku dzielnicom których niema, na widok okien wybitych i patetycznych plakatów, wieczorem gdy sam tylko księżyc – ale zato jak teatralnie – oświeca barokowe fasady Rynku, czarną kamienicę Wenecką, gzymsy kamienicy Sobieskich, świętego Jura i Bernardynów, wszystko co piękne i stare uplastycznia się tak pięknie jak nigdy jeszcze. Właśnie dlatego że wszystko wokoło smutne, zniszczone, zamarłe. Tylko w Bruges oddycha się pełną atmosferą przeszłości, tylko w Helsingor, niegdyś wielkim porcie Bałtyku, dziś mieście hamletowskiego zamku, widzi się piękno całe hanzeatyckiego renesansu. Biedny Lwów stanął na chwilę na tej samej drodze co Bruges i Helsingor. I wtedy widzimy że stary Lwów spogląda na nas barokiem miast włoskich i niemieckich, Norymbergą i Padwą, że jego katedra ormiańska patrzy wschodnio, że jego święty Jur patrzy taksamo rusko jak Ławra Peczarska Kijowa i święty monastyr poczajowski. Wtedy zobaczymy, że na szyldach lwowskich widnieją nazwiska angielskie i rumuńskie, mołdawskie i ormiańskie, żydowskie i niemieckie, wtedy zobaczymy, że Lwów, semper fidelis, był budowany przez amalgamat narodów, języków i ras.

Miasta tak zbudowanego niema w Polsce. Wilno jest podzielone poprostu przez pół na to co wschodnie i na to co zachodnie. Cerkiew Romanowska, to czysta Moskwa; ceglana i czerwona Św. Anna, to gotyk nietylko niemiecki, ale królewiecki, krzyżacki. Granica kultur idzie tam środkiem wileńskich bruków. We Lwowie niema nigdzie granicznych słupów. We Lwowie będzie romańska cerkiew Ormian a barokowa kopuła św. Jura, będą Niemcy i Włochy, Ruś i Flandrja, Rzym i Bizancjum pomieszane jak stragany na rynku. A nawet Niemcy, to będzie grób krzyżackiego wielkiego mistrza który odbył wyprawę w służbie… Rzeczypospolitej. Granica różnych kultur biegnie tu nie poprzez ulice, ale poprzez gzymsy tej samej budowli, tego samego kościoła, pałacu, cerkwi. Granica narodów tego kraju, jak o tem pisał w „Buncie Młodych” człowiek tutejszy, Stanisław Łoś, biegnie nie granią miedzy dworskiej i chłopskiej, nie poprzez powiaty i gminy, ale poprzez środek łożnic małżeńskich. Głęboką ratio tej ziemi, jej istnienia i rozkwitu, jest łączność wszystkich jego elementów. Lwów stopił w jedno kultury które gdzieindziej skojarzyć się nie dały. Ten stop, im bardziej był różnorodny, tem silniej trwał w politycznej polskości kraju, ale też utrzymanie, wznowienie tego stopu, jego amalgamatyczność jest kwestją życia i zaniku Lwowa.

Rano, gdy się przyjeżdża do tego miasta, gdy jeszcze nikogo niema, idą ulicami od przedmieść baby w chustach z bańkami mleka. Mleko bulgocze w bańkach rozstawionych w wagonach pociągów podmiejskich, a wagony polskich kolei państwowych rozbrzmiewają mową do polskiej podobną a niepolską. Codziennie z wieńca wsi ruskich nachodzi ten babski najazd, i codziennie na targowicach baby, rozstawiające swoje mleko, kapustę i rzodkiewki, mówią mową niepolską. Wtedy redakcje biją na alarm, że pochód ruski wsącza się w centrum Lwowa.

Pochód ruski wsącza się w centrum Lwowa jak się wsącza odwiecznie i wszędzie wieś do miasta. Pochód ruski wsącza się dziewczynami które idą służyć w mieście, Kaśkami Kariatydami, ciężkiemi, bezbronnemi, urodziwemi. Pochód ruski wsącza się studentem, synem chłopa, a czasem nawet aż „urzędnikiem” – zazwyczaj… woźnym z magistratu. Pochód ruski jest przyjmowany i przerabiany przez miasto. Dziewucha zrzuci chustkę i będzie chodziła z żołnierzem który jest Polakiem, student nie znajdzie dla siebie miejsca, woźny z magistratu będzie się bał, będzie miał rodzinę, będzie drżał o posadę, będzie głosował na B. B. W. R., modlił się w kościele, mówił po polsku. To jest prawda, i to także jest prawda że miasto dzisiejsze robi wszystko co można aby tych ludzi wchłonąć bez śladu, ale z roku na rok wytryska szyld nowego ukraińskiego sklepu, nowej kooperatywy, nowej torgowli. Choć każdy stragan witają redaktorzy gromkiem biciem w werbel.

I miasto się nie buduje. I miasto, które ma mało robotników, ma dużo bezrobotnych.

Ludzie lwowscy, ludzie z Małopolski Wschodniej, budują się w Krakowie. Niema ochotników na kolonizację na tym terenie, gdzie prócz tego wedle wskazań polskich poważnych ekonomistów, przeludnienie i głód ziemi dosięga szczytu. Ludzie nie chcą mieszkać i budować się w bastjonie. Miasto się nie buduje i nie będzie się budowało póki trwać tu będzie nastrój niepokoju, walk, zamieszek ulicznych. Miasto się nie będzie budowało, i nie będzie pracy dla tych ludzi co tu już są i tych ludzi których co roku przybywa na przedmieściach.

Ksawery Pruszyński

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close