Czarny ląd – Warszawa (cz. 3)
W mykwie i pod baldachimem

(Z cyklu: Reportaże „Wiadomości Literackich”)

W poprzednim moim artykule przytoczyłam ciężkie i okrągłe zdania znawców w sprawach dotyczących szkoły żydowskiej i nauki czytania, która ma jakoby dwutysiącletnią tradycję. Bardzo to pięknie, do informacji tej jednak trzeba wnieść małą poprawkę: istotnie uczono czytać, ale uczono wyłącznie mężczyzn. Kobieta w religji Mojżeszowej, to stwór bardzo nisko sytuowany na drabinie zoologicznej; nieczysta w pewnych, regularnie powracających okresach życia, od najbardziej zamierzchłych, biblijnych czasów dziewczyna była własnością swojego ojca, który mógł ją sprzedać, a po wyjściu zamąż stawała się własnością męża i jego braci, co aż do naszych czasów kryje w sobie poważne następstwa.

Odrazu więc, kiedy konferowałam z moim rozmówcą na temat szkoły żydowskiej, i słuchałam dumnych słów o sławetnej tradycji, zapytałam się: „A kobiety?”. Na co odpowiedziano mi cytatą z Talmudu, gdzie naprawdę można znaleźć co kto chce: „Ojciec, który nie kształci swojej córki, a wydaje ją zamąż, robi tak jakgdyby ją związał przed lwem”. Widocznie jednak ojcowie żydowscy mają zwyczaj wiązania swoich córek przed lwem, bo właśnie z braku uświadomienia wynikają tysiączne, nieprawdopodobne niedole prawowiernej kobiety żydowskiej, które życie jej zamieniają w piekło.

Ceniona w domu wyłącznie jako siła robocza, młoda dziewczyna żydowska, skrępowana tysiącem zakazów, wzwyczajona jest przez przewidującą matkę do wypełniania najcięższych prac. Kiedy ma lat osiemnaście lub dziewiętnaście, wydają ją zamąż, ale przed ślubem musi udać się do mykwy, dokąd przez całe swoje życie małżeńskie będzie już regularnie chodziła. Jest to jeden z najwstrętniejszych obyczajów żydowskich.

Pani Szlomowa Blajman miała ze mną wielki kłopot, poprostu nie wiedziała, co zrobić. Umówiłyśmy się mianowicie, że pójdziemy razem do mykwy, ale że wzajemnie wiedziałyśmy o sobie i swoich przyzwyczajeniach bardzo mało, wyniknął z tego szereg nieporozumień, załagodzonych jedynie dzięki taktowi pani Szlomowej.

Panią Szlomową spotkałam któregoś dnia na targu, kiedy sprzedawała papierowe kwiaty, i jakoś odrazu przypadłyśmy sobie do serca. Wyglądała wtedy niezbyt powabnie, bo oprócz wrodzonego zeza, który jej nie zdobi, miała jeszcze wielki watowany kaftan i przekrzyżowaną na nim czarną chustkę, co ją bardzo pogrubiało. Od słowa do słowa, rzecz poszła o tej mykwie, i pani Szlomowa zaprosiła mnie do siebie na szóstą wieczorem, żebyśmy się wybrały razem.

O umówionej godzinie pojechałam dziewiętnastką na ulicę Gęsią. Nikt nie opisze brudu schodów, po których musiałam się wspinać. Drzwi do mieszkania państwa Blajman były otwarte; kiedy weszłam, pani Szlomowa piła herbatę, jej mąż siedział przy stole w szarej cyklistowskiej czapce, a troje dzieci bawiło się na podłodze. Państwo Blajman mają jedno tylko „mieszkanie”, w którem jest i piec kuchenny, a oprócz pięciu wymienionych osób sypia tam jeszcze stara Żydówka, służąca. Ta służąca zajęta była właśnie zmywaniem statków po obiedzie swojej chlebodawczyni, i w przeciwieństwie do niej miała perukę, spod której wyglądały włosy trochę innego koloru. Pokój zresztą umeblowany był „on ne peut plus” nowocześnie, a ściany pomalowane w jaskrawy i monumentalny, futurystyczny deseń. Żeby się upewnić, zapytałam się, czy to malowanie już zastali, ale nie, to sami kazali je sobie tak właśnie ozdobić. Pod oknem stały dwa wielkie, ciemne, dębowe łóżka, przyzwoicie zasłane, a nawprost nich lustrzana szafa. Na oknie było trochę roślin, na które pani Szlomowa zwróciła moją uwagę:

– Teraz to najmodniejsze są kaktuzy, chociaż ja ich nie lubię.

Z trojga dzieci chłopcy mieli typ wyraźnie semicki, natomiast dziewczynka wyglądała na małą Słowiankę. Jak zwykle w rodzinach żydowskich, chłopcy się uczą, a dziewczyna pracuje. Ma lat jedenaście, ale od dwóch lat szyciem na maszynie zarabia pięć złotych tygodniowo i życie. Młodszy chłopak, Lejbuś, chodzi do chederu, starszy do szkoły powszechnej i ładnie pisze po polsku. Ojciec z dumą pokazuje mi kajet, czytam tam równem, poprawnem pismem szkolnego dziecka: „Jan Zamoyski był prawą ręką Stefana Batorego. Za czasów jego kanclerstwa Stefan B. wyruszył na wyprawę”… Tu się pismo urywa, i nie wiem, co się dalej działo z tym Stefanem B, a Icuś też nie wiedział.

Przypominam pani Szlomowej, że już czas na nas. Z żalem odkłada łyżeczkę, którą maczała w stojącej obok cukierniczce, żeby pić herbatę, i idzie robić tualetę, skromnie zakrywszy się otwartem lustrem. Jest dzisiaj niepokojąco cienka, ma na sobie tylko szare bawełniane pończochy, ciemnobiałe majtki, które widać dokładnie spod krótkiej sukni, jaegerowską koszulkę z długiemi rękawami i różową, letnią suknię bez rękawów, z cokolwiek pogniecionemi falbanami, na których wzrok jej męża spoczywa z ciężkiem pożądaniem. Kiedy już włożyła sweter pomarańczowego koloru, pudruje się i różuje, poczem kładzie kapelusz i pluszowe palto.

Idziemy pełnemi wybojów ulicami, które słabo oświetlają łukowe lampy; nie jest zresztą daleko. Skręcamy w Smoczą, a oto już i napis: „Łaźnia, kąpiele i prysznice”. Zaczynam spuszczać się kudołowi po stromych schodach, kiedy pani Szlomowa zatrzymuje mnie: musimy się porozumieć. Tu może jeszcze będzie miejsce na wzmiankę o stanie mojego ducha: byłam – jakby to powiedzieć? – stanowcza, ale niezdecydowana. Nie obmyśliłam mianowiecie pretekstu, jakiego użyję, żeby nie wejść do wody, czekałam na błysk natchnienia, wypatrywałam konjunktury. Wtedy właśnie zatrzymała mnie Szlomowa:

– Czy pani każe sobie także zrobić wamma?

Zaskoczyło mnie to, nie byłam przygotowana na jakieś dodatkowe ceremonje, obce słowo przeraziło mnie. Wamma! Co to jest wamma?

– No taka miska z wodą, takie duże naczynie, gdzie się można umyć.

To była poprostu wanna. Pani Blajman mówiła dalej:

– Tak czy tak zapłaci pani złoty i trzydzieści groszy, to już lepiej skorzystać i wziąć kąpiel. Ja zawsze tak robię. I czterdzieści groszy dla kobiety, ja nie pozwolę, żeby pani dała ani grosza więcej, ja powiem, że pani jest moja kuzynka.

Dziękuję jej za dobre intencje, ale ciągle jeszcze nie widzę wyjścia. Tymczasem pani Szlomowa przeprasza za niedyskrecję i pyta dalej:

– A gdzie pani mieszka?

Odpowiadam, że mieszkam w hotelu.

– A pani mąż także?

Odpowiadam, że mój mąż jest jeszcze w Holandji i że przyjedzie dopiero za parę tygodni. Pani Szlomowa patrzy na mnie nierozumiejącym wzrokiem:

– Jakto za parę tygodni? To poco pani tu przyszła?

Okazuje się, że prosto z mykwy idzie się do mężczyzny i że wobec tego, że go niema, niema sensu robić takich ceremonij i nawet poprostu nie wypada. Odpowiadam:

– To ja to sobie teraz obejrzę, żeby pani potem nie fatygować i odrazu trafić, a przyjdę dopiero jak mój mąż przyjedzie.

Nie wiem, czy pani Szlomowa mi wierzy, w każdym razie ma tyle taktu, że udaje jakby tak było. Wchodzimy do wnętrza, w małym przedsionku siedzi mały Żydek i drzemie. W korytarzu, do którego dostajemy się następnie, rozmawia w żargonie kilka umywaczek. Moja towarzyszka mówi coś do nich i bez ceremonji otwiera najbliższe drzwi.

Jest to poprostu kabina z dwiema wannami, z których jedna jest w tej chwili zajęta. Stoi w niej młoda jeszcze kobieta, zupełnie naga, a „negelsznejderke” opracowuje jej paznogcie u nóg aluminiowym scyzorykiem. Kobieta, która stoi w wannie, jest tak zdziwiona naszem wejściem, a może tylko tak bierna, że nawet nie opuszcza nogi, którą postawiła na brzegu wanny, zato stara podnosi na mnie oczy i macha scyzorykiem trochę naoślep, aż się boję o zdrowie tamtej.

– Tu jest kabina na dwie osoby, ale jak pani dopłaci, to pani może być osobno.

– Ale jeżeliby pani nie miała pieniędzy, – dodaje szybko moja towarzyszka, – to może pani taksamo wejść do wanny z jakąś drugą i zapłacić połowę.

Widzę, że wiernie strzeże moich interesów. Teraz możemy zejść do właściwej mykwy. Prowadzą do niej wdół strome drewniane schodki, widać, że jest przerobiona z piwnicy. Na tych schodach napół siedzi, napół leży postać niewieścia, podnosząc wgórę oczy, żeby mnie dojrzeć. Wygląda dość ponuro. Drewniane schody są śliskie, poręcz oblepiona mydłem.

Dwie Żydówki w średnim wieku, o krótko obciętych, wełnistych włosach i obfitych, białych kształtach, stoją w wodzie, w małym basenie, który raczej ma pozór beczki, mieszczącej podług przepisu czterdzieści miar wody, czyli, jak podobno ściśle obliczyli rabini, 44 118 1/2pojemności wielkiego palca. Na znak, który daje tamta, leżąca ciągle na schodach w pozie pełnej nonszalancji, obie tłuste damy zanurzają się po głowę w mętnej wodzie i trwają taj dość długo. Tamta odmawia modlitwę, potem mówi głośniej „koszer”, i dwie piramidy białego ciała wynurzają się z wody, zlekka tylko prychając i ociekając wodą. Ich wełniste włosy nie są wcale mokre, ich oczy obracają się ku mnie z automatyczną ciekawością i patrzą na mnie przez chwilę, jakby przez cały czas tylko o mnie myślały. Ale oto nieubłagana na schodach daje znowu znak, i nieczyste znowu się zanurzają. Czas, który przebywają pod wodą, wydaje mi się niepokojąco długi, tem bardziej że w ciemnej wodzie wcale ich nie widać, tylko od miejsca zanurzenia się rozchodzą się koncentryczne koła, a woda z cichem pluskaniem ociera się o cembrowinę. Aż po raz drugi „koszer!” zawoła leniwa służka, patrząc dogóry, na stopy kobiet, które nad nią przechodzą. I po raz trzeci zanurzają się wełnistowłose.

Wreszcie są czyste, magiczna czynność zdjęła z nich brud, którym okrywają je perjodycznie funkcje ich ciała. Teraz wychodzą ociekające z wody, nakładają na siebie prześcieradła i idą się ubrać. Jedna z łaziebnych patrzy za niemi z upodobaniem, a oto już trzy następne wchodzą do wody, żeby użyć jej zbawiennych własności. Łaziebna zwraca się do mnie:

– I widzi pani, jaka tu czysta woda? Jej się można napić, pani się sama przekona. Sura, przynieś szklankę!

Podziękowałam. I kiedy znowu we dwie suniemy wgórę po drewnianych, skrzypiących schodach, uważając, żeby nie nadeptać na tamtą, rozciągniętą, która od czasu do czasu mruczy „koszer” monotonnym głosem, – moja towarzyszka wskazuje mi małego Żydka, który wytrwale drzemie w ciemnej poczekalni.

– Jak pani drugi raz przyjdzie, niech pani nie zapomni dać mu parę groszy tak żeby dotknąć jego ręki. To on już będzie ten mężczyzna, i pani się wcale nie będzie obawiać kogo spotkać w drodze do domu. A jakby pani miała późno wracać, brama była zamknięta i dozorca musiał otwierać, to niech pani aby czasem nie da mu do ręki pieniędzy, tylko położy na ziemi, bo musiałaby pani wracać.

– Czy tak rabin każe? – pytam.

– Mój mąż, to nawet wcale nie wymaga, żebym ja chodziła do mykwy, ale ja muszę, mój ojciec był chasydem. Mój mąż mówi, że jemu wystarcza jak ja się w domu trochę umyję.

Myśl moja wraca do tej skulonej, drzemiącej i śmiesznej postaci, przycupniętej w ciemnej poczekalni na rogu twardej ławki. Tam on siedzi, magiczny kochanek wszystkich kobiet, które wieczorem przechodzą przez ciemną wodę mykwy, widomy kształt ich pożądań, cel marzeń. Mały, drobny, zgarbiony, na swoich plecach wątłego, żydowskiego chłopaka musi dźwigać ten ezoteryczny ciężar, a ciemna, duszna masa zmysłowej atmosfery przewala się i kłębi koło niego, zaledwo go dotykając. Wczepiony kurczowo cienkiemi palcami w drzewo ławki, broni się od tego ciężaru, starając się zająć jaknajmniej miejsca, stać się nieznaczącym, prawie nieobecnym, nieledwie niewidzialnym. Wzrok jego jest mętny, powieki spuszczone, cała postać wyraża brak zainteresowania, niejako niebranie udziału w tem wszystkiem co się koło niego dzieje. A wąskim, kapiącym od wilgoci korytarzem idzie nieskończona procesja kobiet, młodych i starych, brzydkich i uroczych, ale oszyszczających się dla mężczyzny, będących w wieku odpowiednim dla dzielenia i wywoływania uciech mężczyzny, chociaż granice tego wieku wahają się od pączkującej zaledwie młodości do późnej, kobiecej jesieni.

Opuściwszy mykwę i dostawszy się w przepisowy sposób do domu, narzeczona czy żona żydowska jest gotowa na przyjęcie swojego pana i władcy. Przewidują [nieczytelne]tę sprawę w sposób ostateczny: polecają załatwiać obcowanie męża z żoną w piątek wieczorem, raz na tydzień, przed świętem, żeby mieć wolne myśli na święto. Opowiadała mi pewna młoda mężatka żydowska, jak pobożny mąż jej, dbając, żeby mu się nie strefiła jakiemś niepożądanem spotkaniem, umówił się z łaziebną z mykwy, i ta starsza kobieta odprowadzała zawsze delikwentkę po odbytej ceremonji do domu.

Bez zaświadczenia z mykwy rabin nie udziela podobno ślubu, a skoro rozwody są bardzo łatwe i wśród Żydów niema starych panien, tem bardziej więc ściśle należy przestrzegać przepisów. Stosując się do nich, i ja także w parę dni po bytności w mykwie znalazłam się na żydowskim ślubie.

Bardzo często w prawowiernych rodzinach zdarza się, że narzeczeni po raz pierwszy widzą się w dniu ślubu. Tu jednak tak nie było. Ślub, na który byłam zaproszona, odbywał się na Gęsiej, w domu jednego ze znanych rabinów, tylko bowiem bardzo zamożni i postępowi Żydzi pozwalają sobie na ślub w synagodze, którego udziela wtedy któryś z rabinów na miarę współczesną, podczas kiedy śpiewy religijne prowadzi jakiś sławny kantor. U warstwy, jak tutaj, średnio-zamożnej śluby odbywają się przeważnie w mieszkaniu rabinów, ponieważ domy prywatne nie mogą pomieścić dużej ilości zaproszonych gości. Dopiero po ślubie odbywa się przyjęcie dla ścisłego grona osób w domu rodziców młodej pani.

Ten ślub, na którym byłam, nie był zresztą ślubem odbywającym się podług wszystkich zasad i obyczajów, brakowało tam śpiewów i tańca rytualnego, przytem mężczyźni byli złączeni z kobietami i rozmawiali z niemi, co absolutnie nie mogłoby się dziać w środowisku chasydzkiem. Ojciec panny młodej jest siodlarzem, obie córki, Ruchla czyli Rachela, ta, która wychodziła zamąż, i młodsza, Łaja, już także zaręczona, pracowały u niego dotychczas jako robotnice.

Kiedy weszłam, panna młoda, w białej sukni, z welonem i zielonym wiankiem na głowie, siedziała przy stole, otoczona kilkorgiem dzieci sąsiadek i kuzynek. Była to tłusta blondynka lat dwudziestu czterech, o bardzo jasnych włosach i różowej twarzy, śmiejącej się i opatrzonej paroma podbródkami. W dużym pokoju, dokąd wchodziło się z przedpokoju, zadeptanego setkami nóg, stał na środku duży stół, nakryty kapą i zastawiony kieliszkami i talerzykami, zboku dębowy kredens, naprzeciwko otomana. Krzesła wyniesiono,
bo ścisk był taki, że wprost nie można się było poruszyć, mnóstwo kobiet, w futrach i kapeluszach, i mężczyzn, w płaszczach i melonikach albo miękkich kapeluszach na głowach, zajmowało każdy wolny centymetr podłogi.

Ceremonja się rozpoczyna. Prowadzony przez dwóch mężczyzn swojego rodu, pan młody zbliża się do oblubienicy i szybkiemi ruchami opuszcza jej na twarz zasłonę z białej iluzji. Stojąca obok mnie czarnooka, piękna kobieta, ubrana w eleganckie futro z wiewiórczym kołnierzem, objaśnia żywo i wesoło, jakby tłumaczyła dawną tradycję, trochę się nad nią natrząsając:

– On tak musi robić na pamiątkę, bo kiedy Jakóbowi dawano Leję zamiast Racheli, to ona była w zasłonie na twarzy, tak że on się wcale nie mógł zorjentować, kogo bierze. I chociaż ptaszek wołał: „Leja, Leja!”, on wcale na ptaszka nie zwrócił uwagi. Więc od tego czasu każdy pan młody, choćby przedtem widział narzeczoną nie raz ale pięćdziesiąt tysięcy razy, musi jej twarz zakryć, że niby nie wie, kogo bierze, i że jej nigdy nie widział.

Pan młody liczy wprawdzie lat dwadzieścia pięć, ale wygląda dużo młodziej. Jest zastanawiająco małego wzrostu, ma oczy [nieczytelne], o czerwonych z przemęczenia powiekach. Melonik, który ma cały czas na głowie, wygląda na nim jak maskaradowe przebranie. Ale teraz, kiedy panna Ruchla wstała, widać, że i ona jest niewysoka, tylko że ma taki długi tors i że będą do siebie zupełnie dobrze pasowali.

Zwracam uwagę, może niezupełnie taktownie, że pan młody płacze.

– Nie, nie, – odpowiadają, – on tylko jest taki poważny, on to bierze bardzo na serjo.

Pan młody nie ma matki, więc nie wypada także, żeby pannę młodą do ślubu prowadziła matka, zrobią to za nią dwie ciotki. Oto podchodzą już do narzeczonej, pochlipujące i uroczyste, czarne stroiki z koguciemi piórkami chwieją im się na perukach, a tam w kącie rozwijają już baldachim, czyli „chuppę”, który okryje nowożeńców swoim cieniem. Ponieważ, popchnięta przez ciekawy tłum, stoję zupełnie blisko, oczy moje nie mogą się oderwać od tego baldachimu, którego każdy szczegół wiernie spostrzegły. Są to cztery drążki z drzewa, polakierowanego na bronzowo, z haczykami ugóry. Na te haczyki zaczepione są kółka czworokątnego dywanika koloru czerwonego w malinowe róże. Pana młodego podprowadzono już pod baldachim, stoi samotnie pośrodku, ciągle bardzo smutny. Żeńskie członkinie rodzin podchodzą do niego jedna po drugiej i popłakując ścicha, namiętnym pocałunkiem wpijają mu się w usta, co on z powagą odwzajemnia. Jest to zapewne pożegnanie.

Teraz drobnym kroczkiem sunie uśmiechnięta szeroko panna Ruchla, podprowadzana przez dwie ciotunie. Wymijając drążki, trzymane sztywno przez szamesów, te trzy dość korpulentne osoby kręcą się wkółko pod baldachimem, ponieważ podług rytuału panna młoda musi obejść trzy razy wkoło swojego przyszłego męża. Odbywa się to powoli i majestatycznie. Wreszcie nadchodzi rabin, stary, siwy Żyd z długiemi pejsami, w kapeluszu z szerokiemi kresami, podaje panu młodemu kieliszek wina, z którego ten, ciągle boleśnie uśmiechnięty, odpija i resztę oddaje do wypicia pannie młodej.

Jeszcze jednak nie koniec ceremonjom. Teraz pan młody musi stłuc ten kieliszek na szczęście. W kompletnej ciszy słychać pod baldachimem tupnięcie wątłej nogi młodego człowieka, raz, drugi raz – i ciągle nic! Ale oto papa coś szepcze, młodzieniec robi silniejszy ruch nogą i – trach! – z trzaskiem pęka kieliszek, który już rabin nogą odgarnia, żeby nie przeszkadzał.

Rabin mówi modlitwy, rabin czyta błogosławieństwa, mamrocze pod nosem umowę ślubną, którą trzyma przed sobą, spisaną na kawałku papieru, a która opiewa, jak to pan młody musi swoją żonę utrzymywać, ile jej sprawiać sukien, jak leczyć ją, gdyby zachorowała, czem karmić, kiedy będzie głodna. Tymczasem drżący młodzieniec wkłada Ruchli na wskazujący palec obrączkę.

– Mazełtow! Mazełtow! – wołają obecni. I gaszą świeczki, które przez cały czas, zapalone, trzymali w dłoniach, „żeby młodej parze było jasno na drodze życia”. Niebieskie dymki zasnuwają całą salę i kołyszą się od podmuchu, który idzie z otwartych drzwi. W pewnej chwili jest w całym pokoju niebiesko, tyle tylko że w niektórych miejscach mniej, a w niektórych bardziej przezroczyście. Przez bledniejący opar przeświecają czarne kapelusze i podniesione kołnierze. Patrzę, patrzę, i wydaje mi się, że zaraz będzie tak jak w kinie: ten niebieski dymek przewieje przez obraz, obraz zniknie, dym zniknie, i pokaże się nowy zupełnie pokój, nowi, odmienni ludzie, a może teraz pejzaż, zaśnieżone drzewa, noc, gwiazdy? Za każdym razem, kiedy w jakiemś egzotycznem środowisku przeprowadzam moje wywiady, wydaje mi się, że jest w tem coś nierealnego, tak dalece to co oglądam jest dziwne, do niczego przedtem spotykanego niepodobne.

Mrugam oczami, nie, to ten sam pokój u rabina na Gęsiej ulicy.

(akapit nieczytelny)

Ach, to była przecież rytualna szata, szata chłopięcej niewinności, którą nowożenicc obowiązany był przynieść w darze oblubienicy! Teraz już jest małżonkiem, już ją zdjął za szafą w drugim pokoju, i trochę marznie w wytwornym smokingu i nieodłącznym meloniku na głowie, kiedy wszyscy są w grubych futrach i fokowych czapach. Pani Ruchla uśmiecha się wdzięcznie do tych, którzy jej winszują wszystkiego najlepszego, a rodzina już częstuje czekoladowym tortem, podziobanym na szklanych spodeczkach na maleńkie porcyjki, i winem palestyńskiem o ostrym smaku rodzynek, które rozlewają w maleńkie kieliszeczki i roznoszą, nie omijając żadnego z gości. Wszyscy się cieszą, rozmawiają, śmieją się wesoło, jakby to był właśnie najszczęśliwszy w życiu każdego ewenement, z tortu kawałkami opada gęsty krem, zlepiając suknie i palce dam, gęste wino przelewa się przez brzegi kieliszków.

Jak już zaznaczyłam, ślub na prowincji i w małych miasteczkach odbywa się cokolwiek inaczej, chociaż oczywiście zasadnicze ceremonje, łącznie z ceremonją „chuppy”, odbywają się i tu i tam. W ośrodkach tych przedewszystkiem kobieta przed ślubem musi ogolić głowę i włożyć perukę, czego się już tak ostro nie pilnuje w Warszawie. Następnie młoda para odprowadzana bywa do domu ze śpiewami i tańcami, przy których główną rolę odgrywa „marszelik”, coś pośredniego między wesołkiem a marszałkiem dworu czy mistrzem ceremonji. Do obowiązków marszelika należy wygłoszenie mowy do nowozaślubionych, przytem mowy bywają podobno nieraz bardzo dowcipne i pełne naturalnego humoru.

W odbywających się następnie rytualnych tańcach obnoszona bywa w tryumfie wielka chała, z którą potem marszelik tańczy, unosząc ją wysoko nad głową. Z tańców wyróżnia się wdziękiem i powabem „brojgestanc”, czyli taniec zalotnej albo obrażonej. Tańczą go oboje małżonkowie, udając minami i ruchami, ze wolą się unikać i że są wzajem na siebie obrażeni. Przepraszając się, godząc, to znów broniąc, tworzą powabne figury tańca, który należy do ceremonji, taksamo jak „micwetanc”, „taniec dobrego uczynku”.

Przed pokojem ślubnym zatrzymują się przyjaciele pana młodego, wpuszczając tam młodą parę samą, dawniej jednak zatrzymywali się bądź w przyległym pokoju, bądź na dworze, oczekując na pokazanie im prześcieradła z dowodami dziewictwa panny młodej. Ten dziki, barbarzyński zwyczaj zachował się w małych miasteczkach do dziś, tylko że prześcieradło wywiesza się na drugi dzień w oknie na widok publiczny.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close