MARJA MILKIEWICZOWA

Za murami klasztoru

(Z cyklu: Reportaże „Wiadomości Literackich”)

Jesienią 1920 r. miałam świetną sposobność przyjrzeć się zbliska metodom wychowawczym zacnych siostrzyczek niepokalanek z Nowego Sącza, dokąd rodzice oddali mnie żebym „wyrosła na ludzi” i gdzie zostałam przyjęta jako uczenica czwartej klasy.

Wyrastałam tam „na ludzi” wprawdzie tylko przez trzy tygodnie, ale owe trzy tygodnie najzupełniej zasługują na uwiecznienie.

Kiedy ojciec przywiózł mnie do klasztoru „na stałe”, wprowadzono mnie „przed oblicze” przełożonej, której zakonnica oznajmiła, że przyjechał „86-ty”. Chociaż miałam – na zlecenie klasztoru – bieliznę znaczoną liczbą 86 i wiedziałam, że to idzie o mnie, muszę wyznać, że ta forma zaskoczyła mnie raczej nieprzyjemnie.

Na rozkaz przełożonej zakonnica kazała mi umyć się po podroży. Kiedy postawiła przede mną miedniczkę zimnej wody, wyraziłam zdziwienie, że nie wpuszcza mnie do łazienki, gdzie była bieżąca, ciepła woda i odpowiednie urządzenie. Moje pytanie wywołało grymas niesmaku na twarzy siostry, która oznajmiła: „Do łazienki wpuszcza się tylko w soboty” i dodała: „Radzę uczenicy odrazu przyzwyczaić się do posłuszeństwa. Nie zadaje się w klasztorze niemądrych pytań. Siostry lepiej wiedzą co trzeba robić. Rady dziewczynek są im zupełnie zbyteczne”.

Umilkłam i zaczęłam rozbierać się przed małą miedniczką zimnej wody. Kiedy zamierzałam zdjąć koszulę, grymas niesmaku na twarzy zakonnicy przeszedł w zupełne obrzydzenie. „Pocóż – spytała zgorszona – uczenica wszystko zdejmuje ze siebie? Należy zawsze zachować skromność, nawet wtedy kiedy się jest zupełnie samą. Nie wolno ani na chwilę zapominać, że Bóg ciągle nas widzi!”.

Okazało się, że Bóg przypatruje się i podczas kąpieli – wobec czego trzeba było kąpać się w koszuli, przyczem siostra dyżurna asystowała, żeby ustrzec uczenicę przed pokusą opuszczenia koszuli dla dokładniejszego namydlenia się.

Stosunkowo największa swoboda przy myciu panowała rano. Wówczas można było spuścić koszulę do pasa. Intymniejsza toaleta odbywała się za kolejką, za parawanem, ale o umyciu całego ciała codzień nie mogło być mowy.

Były uczenice, które i poza sobotą wpuszczano do łazienki. Oznaczało to poprostu chłostę. Jeśli się przewiniło w sposób „ciężki”, nie ograniczano się do reprymendy lub kary w rodzaju przepisywania dziesięć razy „Ojcze nasz”, -lecz zamykano w łazience, gdzie uczenica musiała czekać godzinę zanim „sprawiedliwość” zostanie „wymierzona”. Oczywiście, to oczekiwanie było najbardziej deprymujące, co świadczy, że zacne siostrzyczki miały niezgorszą znajomość psychologji.

I ja dopuściłam się „ciężkiego przewinienia”. Religji udzielała nam zakonnica, którą przezwałyśmy „Sową”, gdyż nosiła ciemno-zielone okulary. W czwartej klasie przechodziło się z religji Stary i Nowy Testament, wykładany archaicznym stylem, którego „Sowa” kazała uczyć się na pamięć. Oprócz wyrecytowania lekcji – należało jeszcze odpowiedzieć na parę pytań w rodzaju: „Co Jan Kapistran zrobił na statku?” („Umarł”), lub: „O czem myślał Szymon Słupnik, stojąc przez 48 lat na słupie na jednej nodze?”. Trzeba było odpowiedzieć, że myślał o Panu Bogu, a ja niebacznie odpowiedziałam, że myślał o tem, żeby usiąść, co wywołało stłumiony wybuch wesołości w całej klasie. Było to właśnie owe „ciężkie przewinienie”, automatycznie kwalifikujące mnie do łazienki.

Kiedy mnie „Sowa” tam zamknęła i usłyszałam jej kroki oddalające się na długim korytarzu, – otworzyłam pośpiesznie oba krany, zrzuciłam z siebie ubranie i weszłam do kąpieli. Gdy po niespełna godzinie powróciła celem wymierzenia kary, zastała mnie nie w ubraniu, w pozycji klęczącej, ale – nago w wannie. W imię sprawiedliwości muszę wyznać, że „siostra od religji” mądrze wybrnęła z sytuacji: poprostu podała mi ręcznik i bez słowa opuściła łazienkę. Oczywiście, z chłosty nic nie wyszło.

O ile siostra, przezwana „Sową”, uczyła z zamiłowaniem Starego Testamentu na pamięć, o tyle druga zakonnica uczyła matematyki dla „umartwiania się”, co sprawiało, że żadna z nas nie rozumiała z wykładu ani słowa.

Już znacznie znośniejsze były lekcje polskiego i historji, a najlepiej były postawione języki obce, których uczyłyśmy się metodą konwersacji, gdyż po polsku wolno było mówić tylko podczas wykładów i w niedzielę. Mimo to ogólny poziom nauczania był bardzo niski, co nie wróżyło dobrych rezultatów przy maturze, ktorąśmy miały zdawać przy gimnazjum rządowem, gdyż w r. 1920 klasztor jeszcze nie posiadał praw.

Zato modlitwa nie pozostawiała nic do życzenia. Narzucałyśmy się Panu Bogu w sposób zupełnie żenujący i – idealnie automatyczny. Rano, zaraz po robótce, – pacierz, drugi – po umyciu się potem – msza. Po mszy, a przed śniadaniem, znów modlitwa, którą powtarzało się przed i po każdem jedzeniu, przed i po każdej lekcji, przed i po każdej ważniejszej czynności dnia. Słowem, modliłyśmy się ściśle 26 razy dziennie, nie licząc mszy.

Oprócz licznych pacierzy, siostry podszeptywały inne, skuteczne sposoby przypodobania się Panu Bogu, jako to podsłuchiwanie i donosicielstwo. Dziewczynka, która wydawała się dostatecznie „prawomyślna”, miała wyznaczoną zaszczytną rolę szpiega: wypytywała koleżanki o ich znajomość życia, o stosunek do religji, do klasztoru, a przedewszystkiem – do poszczególnych zakonnic. „Prawowierna owieczka” mogła „pracować” w spokoju – nigdy nie wydano jej imienia. Zatem wszystkie nowe uczenice obdarzały całą klasę jednakową nieufnością. Zbyteczne objaśniać, jaka atmosfera moralna tam panowała.

Rezultatem tych donosów było odpowiednie segregowanie uczenic. Jedne miały dość dużą swobodę działania, i na te, rzecz prosta, padało ogólne podejrzenie, inne nie miały prawa rozmawiać z żadną koleżanką bez asysty którejś z „najgrzeczniejszych”, wreszcie były i „parszywe owce”, odseparowane od reszty klasy do tego stopnia, że nie wolno im było z nikim siedzieć ani podczas wykładów, ani podczas jedzenia, a w czasie pauz nie wolno było żadnej dziewczynce do nich się odzywać.

Ażeby zostać „parszywą owcą” wystarczało wiedzieć, jak się rodzą dzieci. Cóż mówić o „potworze moralnym” który znał przyczyny powstawania ludzi, albo był w dodatku „zgangrenowany moralnie”, gdyż ciążył na nim „grzeszny” pocałunek jakiegoś chłopca.

Tak więc trzynastoletnie, czternastoletnie i piętnastoletnie dziewczynki musiały obłudnie udawać, że wierzą w bociana, a równocześnie – w wieku rozwojowym i w życiu pozbawionem wszelkich sportów – krew burzyła się niesłychanie i temperamenty szukały ujścia na wszelkie sposoby.

Sposoby te były niebylejakie. W sprawach erotycznych rej wodziła trzynastoletnia dziewczynka, Mulatka, z ojca Polaka i z matki Murzynki. Wkrótce podzieliła klasę na pary, czyli „małżeństwa”. Sama zawarła „ślub” z wątłem stworzeniem o płowych włosach i dużych, jasnych oczach, głęboko podkrążonych. Tą swoją towarzyszkę tyranizowała w iście sadystyczny sposób. Wiedziała, że przyjaciółka ją poprostu uwielbia, więc zadręczała ją potwornemi scenami zazdrości o byle spojrzenie. Lubiła patrzeć, jak mała płacze. Ogłosiła niebieski za swoją barwę i kazała nosić swojej „żonie” niebieską przepaskę. Zakonnice patrzyły na to ze wzruszeniem. Uznały zabawę za dziecinną, a niebieski kolor bvł przecież godłem Matki Najświętszej.

Z nastaniem nocy ów błękit zamieniał się szybko w purpurę. Gdy tylko zgasło światło i siostra dyżurna udała się na codzienną modlitwę, rozpoczynał się przedziwny niepokoj: skrzypiała posadzka, rozlegał się tupot bosych nog, skrzypiały łóżka, wreszcie z wszystkich części sypialni dolatywały charakterystyczne, tłumione jęki. Czasem słychać było również płacz – to mała dziewczynka o jasnych włosach szlochała w poduszki, podczas gdy Mulatka „zdradzała” ją z jedną z koleżanek, co, mówiąc nawiasem, poczytywane było za „rozkoszny” zaszczyt, o który ubiegała się prawie cała klasa.

Żaden narkoman nie usiłuje tak nakłaniać do narkomanji, jak te młodziutkie dziewczyny usiłowały wciągnąć każdą nową koleżankę do swego nocnego życia. Nie szło tu wyłącznie o lęk przed wydaniem. Szło o coś istotniejszego, szło o całkowite wyżycie się, nie krępowane obecnością biernego „widza”, który mimowoli słyszy a udziału nie bierze.

Modlitwa wieczorna dyżurnej siostry trwała długo. Zanim zakonnica przyszła na wypoczynek, dziewczynki zdążyły popowracać do własnych łóżek, w których
zasypiały ołowianym snem po chwilowem zaspokojeniu rozszalałych, bo ustawicznie rozpętywanych zmysłów.

A o godzinie trzeciej, siostra dyżurna wstawała, paliła światło, ubierała się -wszystko poto, żeby sprawdzić czy która z uczenic nie ukryła, w chłodną noc, rąk pod kołdrę.

O szóstej rozlegał się matowy głos: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” – blada, niewyspana zakonnica, o ustach skrzywionych grymasem wiecznego znudzenia, obchodziła sypialnię i budziła dziewczynki. Rozpoczynał się nowy klasztorny dzień. Znów te same 26 pacierzy, oprócz mszy, i znów te same pięć posiłków: rano – kawa podobna do pomyj i czarny chleb, na drugie śniadanie – razowiec i dwa niedojrzałe jabłka, na obiad – postna zupa, kapusta, kartofle. Na podwieczorek dostawałyśmy to samo co na drugie śniadanie, a na kolację -resztki obiadu. Ostatecznie, w koszarach nie karmią lepiej, a w więzieniu jest podobno zniecznie gorzej. Nie byłyśmy głodne, apetyty służyły wspaniale, menu stawało się raczej obojętne.

Kiedy po upływie dwóch tygodni rozdawano uczenicom cenzurki, nowoprzybyłe nie otrzymały stopni wogóle, bo -zasłużyły na dobre… „Dobry stopień, -objaśniła nam zakonnica, – to nagroda, na którą trzeba sobie zasłużyć czemś więcej niż dobrze odrobioną lekcją. Siostry muszą dokładnie poznać charakter uczenicy, zanim zaczną ją obdarzać chwalebną cenzurą”.

Stopień ze sprawowania mógł więc fatalnie wpłynąć na stopień np. z historji, a o nienaganne sprawowanie się było niezmiernie trudno, gdyż najdrobniejsza rzecz uchodziła za przewinienie. Tak więc karano chodzenie do ubikacji bez biletu. Z czynnością tą była związana cała, prawdziwie biurokratyczna procedura: na prośbę uczenicy siostra dyżurna wręczała jej drewnianą tabliczkę, którą należało zawiesić od zewnątrz, co oznaczało, że ubikacja jest zajęta, a więc nie wolno brać za klamkę, bo to ją… obluzowuje. Rzecz prosta, szło jedynie o nieustającą kontrolę gdzie, jak długo i poco uczenica się znajduje.

Regularnie co roku z którejś ze średnich lub starszych klas „wiała” jakaś „parszywa owca”. W r. 1920 mnie przypadł zaszczyt podtrzymania owej „tradycji zakonu”.

Ostatniego dnia mego pobytu w klasztorze poczułam już przedsmak wolności i dopuściłam się „kryminału” całkiem świadomie. Był cudny dzień. Park tonął w orgji barw jesiennych. Na horyzoncie

ukazał się czarny waż ukochanego pociągu. Na długim pięknym tarasie grzało słońce, a w klasie recytowało się akurat Stary Testament na pamięć. Wszystko więc przemawiało za tem, aby zostać poprostu na tarasie. Kiedy, przed samym końcem lekcji, weszłam do klasy, „Sowa”, rozgniewana, zapytała, czy „ona jest nade mną, czy też ja nad nią”. Odpowiedziałam wyzywająco, że „chwilowo jeszcze siostra jest nade mną”, – co pociągnęło za sobą surowe represje. Notuję ten incydent, gdyż miał on, dla mnie, w następstwie, pewne znaczenie.

Kiedy nadeszła noc, rozpoczęła się koszmarna walka ze snem. Wiedziałam z doświadczenia, że jeśli się zdrzemnę na chwilę, obudzę się dopiero na pobudkę, – trzeba więc było wogóle nie spać. Kiedy wreszcie wybiła druga, zaczęłam się cichuteńko ubierać i pakować najniezbędniejsze rzeczy w rodzaj plecaka z ręczników i zapasowych sznurowadeł do bucików. Musiałam się przytem poruszać niezmiernie ostrożnie, gdyż naprzeciw mojej trójściennej celi spała wielce „prawomyślna” koleżanka, a tuż za cieniutkiem i niezbyt wysokiem przepierzeniem znajdowało się łóżko siostry dyżurnej.

Kiedy już byłam zupełnie gotowa do wyjścia, zapaliło się nagle światło. Byłam pewna, że zakonnica usłyszała wszystko, – ogarnął mnie paniczny strach, i doprawdy, nie wiem skąd starczyło mi przytomności umysłu, żeby wsadzić plecak pod łóżko i włożyć nocną koszulę na suknię. Ledwo zdążyłam przymknąć oczy i przybrać pozę przepisaną regulaminem (ręce na kołdrze), zakonnica wyszła z za przepierzenia i przeszła mimo mojej celi. Obchodziła poprostu sypialnię, była zaspana i jak najdalsza od jakichkolwiek podejrzeń, ale ja o zwyczaju obchodzenia sypialni nie miałam przedtem pojęcia.

Kiedy światło zgasło i siostra zaczęła lekko pochrapywać, z walącem sercem, pełzając na czworakach, wydostałam się na korytarz. Był niezmiernie długi. Po obu jego stronach znajdowały się cele zakonnic. Podłoga skrzypiała straszliwie. Na końcu majaczyła mleczna szybka drzwi wyjściowych. Przez wiele lat ten korytarz śnił mi się nocami, i był to nie sen, ale koszmar.

Kiedy wreszcie dotarłam do drzwi, prowadzących na schody, okazało się, że są zamknięte. Na szczęście, przewidziałam to i za dnia zabrałam klucz od bocznych drzwiczek, łączących salę rekreacyjną z sienią.

O tem żebym mogła wyjść poprostu drzwiami nie było mowy – były zaryglowane i mogły być strzeżone. Kiedy otworzyłam olbrzymie, skrzypiące drzwi od parlatorjum, usłyszałam zaspany głos przełożonej: „Kto tam?” Serce skoczyło mi do gardła. Nie wiedziałam, że tuż obok znajdowała się sypialnia przeoryszy i że w dodatku, na noc drzwi przejściowe pozostawały otwarte. Przekonana, że już nie mam nic do stracenia, otworzyłam pośpiesznie okno, wcale nie zważając na zachowanie ciszy. Okazało się potem, że to mnie uratowało: zakonnica pomyślała, że siostry posługaczki już wstały i zaczynają sprzątać. Zasnęła więc spokojnie.

Zimne powietrze październikowej nocy przywróciło mi przytomność – strach zamienił się w zupełne otępienie. Wsparłam się o framugę otwartego okna i przeczekałam, aż oddalą się psy z nocnym stróżem. Kiedy wymiarkowałam, że są już po drugiej stronie domu, – spuściłam się z okna i całym ciężarem zawisłam na rękach, trzymając się kurczowo chropowatej krawędzi muru, który ranił mi palce. Instynktownie zgięłam się w kabłąk i zesztywniałam, co sprawiło, że upadłam szczęśliwie, bo na plecak. Wykonywając ten, bądź co bądź, ryzykowny skok, -miałam jedyną obawę: żeby czasem nie stłuc flakonika perfum, znajdującego się w plecaku. (Były to moje pierwsze perfumy, w dodatku dostałam je od pewnego chłopca, który pocałował mnie w usta, co napewno jedynie ochroniło mnie od poddania się niezdrowym nocnym zabawom moich koleżanek).

Perfum wprawdzie nie stłukłam, ale okropnie zakręciło mi się w głowie gdy znalazłam się nagle na asfalcie trotuaru, otaczającego klasztor. Wstrząs był tak silny, że przez szereg miesięcy chwytałam się, zasypiając, krawędzi łóżka, bo zdawało mi się, że lecę w przepaść.

Z tego wpółomdlenia szybko wyrwało mnie szczekanie wracających psów. Zerwałam się i wpadłam w gąszcz żywopłotu, dzielącego mur od parku. Myślałam, że już jestem u celu. Przeliczyłam się.

Świeżo malowany wapnem i o połowę wyższy ode mnie mur okazał się nie do przebycia. W głębi parku znajdowała się rzeka jako dalszy ciąg oszańcowania. Przebrnąć w ubraniu, w zimną noc, przez wodę o nieznanej głębi, i to, w dodatku, nie umiejąc pływać, – było bardzo ciężką ostatecznością. Zdecydowałam więc poszukać najpierw jakiegoś innego wyjścia. Narazie, należało znaleźć bezpieczniejszą kryjówkę, gdyż psy mogły mnie wytropić każdej chwili. Dopadłam pierwszego większego drzewa i wdrapałam się na jego szczyt. Starając się opanować drżenie, które trząsło mną jak febra, -zaczęłam wreszcie wciągać buty, dyndające dotychczas na sznurowadłach, przywiązanych wokoło bioder. Podczas tej czynności doznałam poprostu olśnienia: przypomniałam sobie, że grobowiec zakonnic znajduje się za ażurową kratą. Wdrapać się po niej na mur stawało się poprostu bagatelką.

Kiedy już zamierzałam zejść z drzewa, rozległy się dzwony klasztorne. Była to zwykła pobudka sióstr niebieskich (posługaczek), ale mnie wydało się, że dzwonią na alarm. W rezultacie, było to jednoznaczne, gdyż zakonnice odrazu zauważyły przy sprzątaniu, że dzieje się coś niezwykłego: stale zamykane na noc okno parlatorjum było otwarte… Odrazu nasunęła się im myśl, że ktoś uciekł. Wystarczyło obejść sypialnie, aby utwierdzić się w tem przypuszczeniu.

Natychmiast rozpoczął się pościg. Ledwo przebrzmiały dzwony pobudki, zaczęły migotać w parku latarki. W powodzi odgłosów zaczęłam rozróżniać dwa głosy, które zbliżały się coraz bardziej. Były to głosy siostry dyżurnej i „siostry od religii”. Przystanęły na chwilę pod mojem drzewem. „Sowa” wypowiadała się na temat złego dozorowania sypialni. Łatwo sobie wyobrazić, co biedna siostra dyżurna musiała wysłuchać. (Dowiedziałam się zczasem, że zdegradowano ją za moją ucieczkę do roli posługaczki).

Już prawie dniało, kiedy zakonnice zaprzestały poszukiwań w parku. Zeszłam czem prędzej z drzewa i pomykając za żywopłotem, dopadłam kraty cmentarnej. W okamgnieniu znalazłam się na murze. Po skoku z pierwszego piętra na asfalt trotuaru – skok na miękkie kartoflisko stawał się miłym sportem. Przeszkody malały coraz bardziej: już pozostawało tylko przejść przez kartoflisko i przeleźć przez otaczający je płot, który, w dodatku, okazał się dziurawy, – byłam więc wreszcie na szosie.

Szłam przed siebie i w ten sposób dotarłam, całkiem bezwiednie, do stacji Nowego Sącza. Przed stacją, na placu nie było jeszcze żadnego ruchu. Stały tylko konie klasztorne… Jak na złość mgła zaczęła się zupełnie rozpraszać, więc ukryć się było niepodobna. Furman klasztorny patrzył uporczywie na drzwi stacyjne, ale wystarczało, aby odwrócił głowę, a byłabym zgubiona. Doznałam w całej swej dosłowności i grozie ochoty zapadnięcia się pod ziemię.

Kiedy strach zaczął zamieniać się we mnie w bezsilną rozpacz – otworzyły się drzwi jednego z małych domków, okalających plac. Stanęła w nich jakaś kobiecina z wiadrem w ręku. Dopadłam do niej i zaczęłam ją błagać, aby wpuściła mnie na chwilę. Motywowałam swoją prośbę tem, że przyjechałam odwiedzić młodszą siostrzyczkę w klasztorze, jest bardzo wcześnie, nie znam drogi… Kobieta natychmiast udzieliła mi gościny, rozczulona moją misją. Dostałam wielką miednicę wody do umycia się „z drogi”, czysty ręcznik z szarego płótna, a potem – stanęła przede mną szklanka herbaty, obok której leżał kawał chleba.

Po śniadaniu kobieta oznajmiła mi że idzie do miasta po zakupy, a równocześnie wskaże mi drogę do klasztoru. Kiedyśmy wyszły na plac, furman klasztorny obrzucił nas obojętnem spojrzeniem i szeroko ziewnął. Rzecz prosta, nawet nie przyszło mu na myśl, że dziewczyna wychodząca pod eskortą bogobojnej mieszkanki bogobojnego Sącza – to ta sama, która uciekła.

Przechodząc obok jakiejś cukierni, zobaczyłam za kontuarem dwie młodziutkie, roześmiane dziewczyny. Wydały mi się dziwnie „swoje”, postanowiłam zbadać, czyby mi nie pomogły, i weszłam do cukierni.

Rozmowa nawiązała się bardzo łatwo. Po chwili wiedziałam, że właściciela sklepu, ojca dziewczynek, akurat niema, – pojechał do starego Sącza na doroczny jarmark i wróci nazajutrz. Dowiedziałam się również, że kiedy były małe, ojciec straszył je, że pójdą do klasztoru, jeżeli nie będą grzeczne, niecierpiały więc tej instytucji. Wyczułam „siostrzane dusze” i zwierzyłam się przed niemi. Początkowo nie chciały wierzyć. Potem wpadły w entuzjazm. W szarem życiu małego miasteczka taka historja, w której mogły w dodatku wziąć udział, była naprawdę cudownem zdarzeniem.

Moje nowe przyjaciółki zabrały się energicznie do akcji ratunkowej. Przedewszystkiem ukryły mnie w swem prywat-nem mieszkanku, za sklepem. Ledwo się rozgościłam, wpadła do sklepu zafrasowana zakonnica i zaczęła się rozpytywać, czy nie widziano zbiegłej uczenicy. Rozpromieniona twarz młodej sklepowej musiała się jej wydać podejrzana, bo zażądała wpuszczenia do sąsiedniego pokoju.

Szelmowska odpowiedź dziewczynki uratowała sytuację: „Owszem, – zgodziła się, – może siostra wejść, tylko że akurat mój tatuś się tam myje”. Zobaczyć myjącego się „tatusia”, to było stanowczo ponad siły biednej mniszki. Pożegnała się śpiesznie i uciekła.

Kiedyśmy ochłonęły po uniknięciu strasznego niebezpieczeństwa, przemiłe dziewczyny zaczęły naradzać się co począć. Do wieczora było dużo czasu, a pociąg odchodził prawie w nocy. Ułożyły mnie więc spać, bo upadałam ze znużenia.

Kiedy noc zapadła, wyruszyłyśmy naprzełaj, polami, do przystanku kolejowego, gdyż o wyjeździe ze stacji Nowego Sącza nie było mowy, – zakonnice strzegły ją pilnie naprzemian, co było do przewidzenia, a o czem osobiście przekonała się w ciągu dnia jedna z moich dziewczynek. Dotarłyśmy do przystanku w samą porę. Pociąg zatrzymał się na sekundę. Wskoczyłam.

Przybyłam do domu, ale epopea klasztorna nie zakończyła się na tem. Matka orzekła, że mój niecny postępek, to „hańba dla całej rodziny”, i – napisała do zakonnic, że kajam się, obiecuję poprawę, błagam o przebaczenie i – o ponowne przyjęcie mnie do klasztoru.

List został wysłany. Ale i ja napisałam: że się nie kajam, nie obiecuję poprawy, nie błagam o przebaczenie, a jeśli, mimo to, przyjmą mnie z powrotem -uprzedzam, że objaśnię wszystkim koleżankom jak się rodzą dzieci, że będę usiłowała powtórnie zbiec, a w razie nieudanej – odbiorę sobie życie (byłam na to zupełnie przygotowana). I dodałam: „Siostra od religji postąpiła niesłusznie, karząc mnie za odpowiedź, że tymczasem ona jest nade mną, – była przecież taka chwila kiedy ja byłam nad nią, a mianowicie wtedy kiedy mnie szukała pod drzewem, a ja byłam na drzewie”.

W kilka dni potem nadeszła odpowiedź. Przełożona odsyłała rodzicom mój list. Sama pisała lakonicznie. Treść tego cennego autografu brzmiała: „Nie możemy przyjąć Marysi z powrotem, gdyż nasz klasztor jest zakładem wychowawczym a nie domem poprawczym dla nieznośnych dzieci!”

Kiedy w roku szkolnym 1923/24 zdawałam maturę, winszowałam sobie mego nieposłuszeństwa: – gdybym była została w klasztorze, byłabym dopiero w siódmej klasie. A już całkowicie zachwiała się moja wiara w nieomylność dorosłych, gdy dowiedziałam się, w parę lat później, że moje klasztorne koleżanki wogóle nie dostały matury. W dalszych klasach poziom nauczania pozostał ten sam co i w klasie czwartej. Na egzaminie dojrzałości ogólne ścięcie się było zupełnie nie do uniknięcia. Rzecz prosta, taka zbiorowa „klapa” dyskwalifikowałaby zakład, a nie uczenice. I oto – przedziwnym zbiegiem okoliczności – właśnie na parę tygodni przed maturą, t. j. wówczas, gdy czesne za klasę ósmą zostało całkowicie wniesione przez rodziców wszystkich uczenic, – przeprowadzono nagle rewizję w sypialni, podczas nieobecności siostry dyżurnej, która, jak zwykle, udała się na modlitwę wieczorną. I cóż się okazało? Jak zwykle, żadna z uczenic nie znajdowała się sama w łóżku – wszystkie „stare małżeństwa” leżały parami.

Wybuchł straszliwy skandal. Za „ciężką obrazę moralności” cała klasa została natychmiast wypędzona z klasztoru a więc – nie dopuszczona do egzaminu dojrzałości, jaki miała składać niebawem w gimnazjum rządowem. Klasztor „nie mógł ścierpieć” pod swoim dachem takich „parszywych owiec” ani chwili dłużej. Był przecież „zakładem wychowawczym, a nie „domem poprawczym” dla „moralnie zaniedbanych dziewcząt”.

Nikt nie zdawał, więc nikt się nie ściął. Klasztor wyszedł „z honorem”. Kosztem opinji i przyszłości kilkunastu młodych dziewcząt – uratował swoją opinję.

Cel uświęca środki.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Close