ANTONI SOBAŃSKI

W Niemczech po przewrocie (cz. 6)
OBYCZAJE I PRAWO

Od specjalnego wysłannika „Wiadomości Literackich”

Powracam jeszcze do Żydów. Jestem jak endek. Nie mogę się od nich oderwać. Ale byłem w teatrze i zobaczyłem to straszliwe spustoszenie, jakie antysemityzm wyrządził na tym odcinku. Byłem też w Warszawie na międzynarodowym konkursie tańca i widziałem, że wszystko co najlepsze (nie według protekcjonistycznie rozdanych nagród) przyszło z Niemiec i było przeważnie semickiego pochodzenia. Żydzi w samej rzeczy rządzili teatrem i spektaklem w Berlinie. Rządzili niemi ze świetnością jakiegoś Ludwika XIV i szerokością poglądów encyklopedystów. A co jest dzisiaj? Przeszło dwadzieścia teatrów stoi bezczynnie. W innych, do których zachodziłem na kilka minut, kupując sobie bilet na galerję, – „szmira” nieprawdopodobna. W ciągu kilku miesięcy osiągnięto poziom nisko-prowincjonalny. Przecie poza nazwiskami, które wymieniłem w związku z książką dr. von Leersa, brakuje obecnie scenie berlińskiej takich nazwisk jak Granach, Kortner, Pallenberg, Ernst Deutsch, Gitta Alpar, Fritzi Massary, Charell i t. d.

Wymownym obrazkiem życia teatru jest to co się stało po ustąpieniu i wyjezdzie do Austrji Reinhardta. A więc prasa z naciskiem oświadczyła, że Deutsches Theater pozostanie nadal pierwszą sceną Niemiec, oczywiście na znacznie wyższym poziomie, bo już nie pod wpływem żydowskim. Na pierwszy ogień dano jakąś sztukę patrjotyczną o Alzacji. Recenzenci szaleli z zachwytu, a po trzech dniach sztukę zdjęto z afisza. Teatr był pusty, a sztuka wyjątkowo marna. Oto okrutna prawda.

Toteż nic dziwnego, że zanik teatru zaczął poważnie niepokoić czynniki odpowiedzialne. Znamienna w tym względzie była mowa pruskiego ministra oświaty Rusta, skierowana do przedstawicieli narodowo-socjalistycznych organizacyj kulturalnych, a w szczególności do Związku Walki o Kulturę Niemiecką. (Takie „związki walki” są wogóle liczne i w swej zamierzonej działalności mają dążyć ku sprostaniu wszystkim patrjotycznym, społecznym, kulturalnym i filantropijnym potrzebom kraju). W przemówieniu swojem, nacechowanem zupełnie nierewolucyjnym umiarem, podkreślając potrzebę „duchowej demobilizacji” po tak zwycięsko przeprowadzonej rewolucji – p. minister Rust zachęcał do pracy konstruktywnej, a nietylko wyszukiwania „niebłagonadiożnych”, i zatrzymał się specjalnie nad problematem teatru: „Wiadome jest, że teatrowi niemieckiemu niebrak ani utworów, ani autorów dramatycznych, a jedynie brak publiczności, i tutaj Związek Walki powinien rozwinąć całą energję i stworzyć dla teatru poniekąd organizację konsumentów” . Wyobrażam sobie łatwo jak to będzie wyglądało. Bez pytania zarobkujących odciągnie się im od uposażeń jakąś sumę, wzamian za co wyda się ulgowe bilety na jakieś niemieckie „Odsiecze Wiednia” czy innych „Kościuszków pod Racławicami”. Najpierw będą się trochę buntowali, potem przez zmysł skrzętności zaczną wyzyskiwać te jednakże darmowe bilety, a wreszcie przyzwyczają się do poziomu, który znamy z Teatru Letniego i Domu Żołnierza. Będzie im się podobało, i Deutsches Theater nie będzie świecił pustkami. Ale…

Byłem oczywiście na programowej i rozreklamowanej sztuce Johsta „Schlageter”. Zapytałem już wprzeddzień portjera w hotelu, czy trudno będzie dostać miejsce. Odpowiedział trochę zdziwiony, że przeciwnie, nic łatwiejszego. Przyszedłem po rozpoczęciu przedstawienia, rozejrzałem się po sali i zobaczyłem, że jest nawpół pusta. Pomyślałem, że to pewno bardzo już długo grają. Tymczasem okazało się, że to dopiero trzynaste przedstawienie. Publiczność oklaskuje niejednomyślnie: jedni – wszystko, drudzy – nic. Sztuka jest grana, jak na to co się dzisiaj widzi w Berlinie, dobrze, ale przede wszystkiem uczciwie i sumiennie. Nie będę pisał o treści „Schlagetera”, bo sztuka stała się skandalem europejskim, i cała prasa pełna była czerpanych z niej cytat. Powiem tylko, że reakcja widza, nierozmiłowanego w panujących stosunkach i umysłowości, jest wprost bolesna. Człowiek siedzi podczas tego przedstawienia trochę skulony i nie wie, czy jest bardziej zgorszony, czy zdumiony. Z jednej strony wali się nań niesłychana gloryfikacja brutalności, wstecznictwa oraz pychy i odrębności narodowej, z drugiej – „przeciera uszy”, słysząc długi monolog prezydenta prowincji, dawnego robotnika-socjalisty, który wstydzi się swych spracowanych rąk. Autor daje do zrozumienia, że jest się naprawdę czego wstydzić, że robotnik powinien pozostać robotnikiem. Są to – przyznajmy – akcenty nowe. Dawka nienawiści, zaślepienia i brutalności, oraz braku chęci zrozumienia świata innego niż niemiecki, jest tak silna, że przez całą dobę nie mogłem się uspokoić. Wciąż sobie powtarzałem: „Tyle więc jest tej patriotycznej nienawiści w powietrzu, a zdawałoby się, że w stosunku do zbiorowości jest to uczucie tak nienaturalne”.

Sprawa filmu nie przedstawia się lepiej. W ośmiu kinach śródmieścia wyświetlano podczas mego pobytu „Blutendes Deutschland” („Krwawiące Niemcy”); pozatem niemieckie filmy z całkiem nieznanemi nazwiskami i – o dziwo! – dwa „przeboje” sezonu: jeden Kiepury, drugi Schmidta. Kiepura – Polak, Schmidt -stuprocentowy, już nie Żyd, ale żydek. Obaj znakomici śpiewacy – znakomicie śpiewają. Kiepura zrobił niewiarogodne postępy: – mówi płynnie po niemiecku, gra z humorem i prostotą. Ale czem tłumaczyć, że filmy te były tolerowane? Odpowiedź: Hugenberg znajdował się jeszcze u władzy, Hugenberg był możnym panem w „Ufie”, – oba wspomniane filmy nakręciła właśnie Ufa.

Byłem oczywiście na „Blutendes Deutschland”. Jest to film propagandowy narodowego socjalizmu, polegający na zlepku aktualności filmowych od czasów przedwojennych aż po chwilę obecną. Pokazana jest potęga i blask cesarstwa, rewje wojskowe sprzed r. 1914, ale, rzecz ciekawa, nie widać cesarza, tylko – cesarzową. Potem następuje okres wojny. Napisy wychwalają go jako czas bohaterstwa, próby i ofiarnej służby ojczyźnie. Z ekranu przemawiają nastroje świadczące, że celem piszącego scenarjusz było przekonanie młodych, iż wojna nie jest naprawdę taka straszna jak ją malują. Ale fotografowana nie wygląda lepiej, zdjęcia bowiem, bardzo zresztą udane, pokazują najohydniejsze masakry, odzwierciadlają wiernie brud, brutalność i znużenie żołnierza. Trzeba już chyba dobrze znać swoją widownię, żeby móc taki film wyświetlać jako „propagandowy”, Oglądamy wreszcie powojenne „smutnoje wriemia”. Tu widzimy – tak przynajmniej się wydaje – pracę nie filmowo-reporterską, ale studjową, gdyż sceny rozruchów komunistycznych i barykad są brane przeważnie w nocy. Jest to świetne o ile chodzi o nastrój, ale nie daje zupełnie poczucia autentyczności. Pozatem widzimy zamarłe fabryki i okupacyjne wojska w Nadrenji. Wvszystkiemu ma być winna republika weimarska i jej żydowsko-marxowskie rządy. Każdy napis to podkreśla. (Za „marxowskie” uważa się dziś w Niemczech wszystko co jest liberalne czy lewicowe). Pokazują nam np. nędzę w mieszkaniu rodziny bezrobotnego, przyczem napis brzmi mniejwięcej tak: „Tak się działo, zanim narodowi socjaliści objęli rządy”. Ktoś mógłby pomyśleć, że coś się od tego czasu poprawiło. Film kończy się poczdamskim tryumfem z dn. 5 marca i łopotem flagi ze swastyką. Widowisko jest długie, naogół nudne i dość niechlujnie sklecone. Publiczność – bierna.

Ale co jest ciekawsze od każdego filmu widzianego dziś w Niemczech, to dodatki dźwiękowe. Kronika tygodnia, poświęcona w 90% sprawom niemieckim, i to politycznym, trwa czasem blisko godzinę. Ciągłe zjazdy, obchody i manifestacje są powodem do przemówień i enuncjacyj Hitlera, Goeringa i Goebbelsa ze wspomnianym już dzikim, demagogicznym rykiem. Śmiesznie wygląda tylko sam Wódz, choć tylko on jeden za każdem swojem pojawieniem się na ekranie wywołuje burzę oklasków. Zato bardzo patetyczne wrażenie robi stary prezydent Hindenburg. Można stać się odrazu konserwatystą, porównywając jego zachowanie się, postawę i ton w przemówieniach ze sposobem bycia „ludzi nowych”. Wprost przykro patrzeć jak czuje się nieswojo ten, co tu gadać, imponujący starzec. Jego brak sympatji dla obecnych poczynań narodowych socjalistów, a zwłaszcza negatywny stosunek do antysemityzmu – stanowi dziś publiczną tajemnicę. Jedyny „jego” człowiek, Hugenberg, został usunięty, i prezydent jest dziś całkiem osamotniony nietylko pośród swego otoczenia i ludzi u władzy, ale i w społeczeństwie. Strzegą go tak „pieczołowicie”, że nie ma wprost możności nawiązania kontaktów tam gdzieby chciał.

Ale wróćmy jeszcze do filmu. Więc dawni reżyserzy i aktorzy w przeważnej części wyjechali, i studja w Pradze, Wiedniu i Budapeszcie, które stały pustkami od początku kryzysu, zostały podobno odnajęte berlińskim wytwórcom na kilka lat. Nietylko więc teatr ale i film niemiecki można uważać za chwilowo (i oby tylko chwilowo) nieistniejący w artystycznem tego słowa znaczeniu.

Opera, rzecz prosta, trwa. Niemcy są tak muzykalni, że potrafią „śpiewać i grać” sami. Ale fakt, że właśnie są tak muzykalni, zrobił z Niemiec Mekkę ludzi muzyki. Żydów i innych „obcoplemieńców” (Toscanini) było więc, zwłaszcza kapelmistrzów, bardzo wielu. Brak takich ludzi, jak Bruno Walter, daje się więc jednakże boleśnie odczuwać, i projektowane wypuszczenie znaczków pocztowych, ilustrowanych tematami wagnerowskiemi, nie przeważy tych strat.

Jak widać, „czistka” przeprowadzana jest z całą sumiennością. „Niemcy dla Niemców” nigdy nie były tak bliskie urzeczywistnienia. Z obcemi rasami wiadomo już, jak się załatwić, ale i wśród swojej, najświetniejszej ze wszystkich ras, trzeba zrobić porządek. Trzeba żeby się rozmnażała. Strach przed brakiem mięsa armatniego jest większy niż skrupuły przed stwarzaniem miljonowych zastępów bezrobotnych. Trzeba więc rodzić, rodzić, rodzić! Trzeba według zasad eugeniki dobierać małżeństwa, a sterylizować nieodpowiednich do prokreacji, pozostawiając im życie „alkowy” jedynie dla rekreacji.

Wszystkie znane zasady hodowlane mają być zastosowane do rasy ludzkiej. Będą więc, jak u krów, ludzie kategorji I, II i t. d. Małżeństwa między przedstawicielami różnych kategoryj będą utrudniane, a związki z obcokrajowcami -wprost zakazane. Taki jest program. Słychać hasło „Wir müssen uns vernordern” („Musimy się spółnocnić”). Toteż o kobiecie, która sobie utleniła włosy, mówi się żartobliwie: „Sie hat sich vernordert”.

Z powodu takiego programu poradnie matrymonjalne i eugeniczne miasta Berlina zostały wszystkie zamknięte do czasu – jak głosi komunikat magistratu -obsadzenia ich przez lekarzy o nowych poglądach i sformułowania przez wydział higjeny społecznej nowych ogólnych zasad ich działalności.

Wogóle dużo jest mowy o „naszych pięknych dziewczynach i kobietach”, o „naszych dorodnych chłopcach” o „naszej pięknej rasie blondynów”. Jest w tem wszystkiem jakiś niepokojący, zmysłowy, narcyzowsko-kazirodczy posmak, który dziwnie odbija od jednocześnie głoszonej pruderji. Przecież Niemcy to naród niesłychanie skomplikowany i psychicznie i płciowo. Choćby wziąć pod uwagę tak jak nigdzie rozpowszechniony homoseksualizm Dziś jest to, oczywiście, surowo ścigane. Twierdzi się, że Żydzi zaszczepili pederastję, że jest to objaw bardzo nieniemiecki, i pod tem hasłem rozgromiono wraz z jego bibljoteką instytut badań seksualnych dr. Magnusa Hirschfelda. Instytut, z punktu widzenia nauki, był niewiele wart, ale śmieszne jest zarzucanie Żydom, jednemu z najbardziej płciowo zdefinjowanych narodów świata, tego co jest typowe właśnie dla ras nordyckich.

Wszystkie więc bary, uczęszczane przez pederastów i lesbijki, – te tak typowo berlińskie instytucje, – zostały zamknięte. Wszyscy transwestyci schronili się do S. A. i tylko, jak powiadają, skarżą się na trudność chodzenia na niskich obcasach. Zato wśród ludzi, stojących najbliżej Hitlera, jest kilku takich, których brak instynktu „podtrzymywania gatunku” jest notorycznie znany. Tym panom nie dzieje się żadna krzywda. Chodzi o to, aby mocno siedzieć w partji i głośno wykrzykiwać na cześć Führera i „das Deutschtum” (niemieckość), a pozatem wolno się kochać choćby w kaczce, byle kaczka była zupełnie prawomyślna.

W kwestji rasy operuje się pojęciami i określeniami nienaukowemi i nieścisłemi. W rzeczywistości przedstawiciele rasy nordyckiej, najlepszej, stanowią dziś w Niemczech podobno zaledwie 6% ludności. Zresztą na Śląsku, na Pomorzu i w Brandenburgji co drugi szyld sklepowy, to nazwisko słowiańskie, a mówiąc ściślej – polskie. Ale śmieszna, pseudo-naukowa „wystawa rasowa” z wykresami, modelami gipsowemi, relikwjami znaków runicznych, zmierza do wyjaśnienia, że „najstarszą” swastykę w Europie, wykutą w kamieniu, znaleziono gdzieś w Norwegji, w okolicach kręgu polarnego, i że schodząc na południe, rasa się zdegenerowała.

Żeby się więc odrodzić, czyni się liczne wysiłki w kierunku wyodrębnienia się i odróżnienia od innych narodów. Na odwrocie kart pocztowych o tematach hitlerowskich widzimy wydrukowane „Deutschgeboren” zamiast „Hochgeboren”, albo zwyczajnie „Herr”. Ten napis wygląda jednakże zupełnie bluźnierczo, gdy pod nim widać nazwisko Polaka pochodzenia żydowskiego. Miałem sposobność ujrzeć takie świętokradztwo.

Istniejąca zawsze do pewnego stopnia, zwłaszcza u mężczyzn, odrębność mody niemieckiej została przez rewolucję narodową podtrzymana i podkreślona. Mężczyźni chętnie pokazują gołe kolana, a i mężczyźni i kobiety noszą krótkie, na dwa rzędy guzików zapinane, kurteczki z jakiemś tyrolskiem zacięciem. Niedawno też powstał w Berlinie urząd mody narodowej pod przewodnictwem żony Goebbelsa.

Tak we wszystkich dziedzinach życia istnieje dążność do wycofania się z kontaktu ze światem. Tego się tak nie formułuje, ale tak się to jednak rozumie. Na uniwersytecie w Dreźnie, przy udziale całego gremjum profesorów, z rektorem na czele, odbyła się ceremonja „pręgierza”. Do pnia, umieszczonego w środku dziedzińca uniwersyteckiego, przygważdżano karty z nazwiskami „przestępców uniwersyteckich”. Więc obok nazwiska profesora, który nie zdjął kapelusza przed grobem Nieznanego Żołnierza, przybito nazwiska dwóch studentów filologji słowiańskiej, którzy odbyli jakieś kursa na uniwersytecie warszawskim.

Nagwałt wprowadza się wszędzie pismo gotyckie. Książki, oczekujące na drugi nakład, wycofano, bo muszą się ukazać drukowane gotykiem. Nazwy stacyj kolei podziemnej, tak jak i ulic, zamienia się w szybkiem tempie, bo były pisane literami łacińskiemi. Żaczęto oczywiście od Adolf Hitler-Platzu. Dawniejszy Reichskanzlerplatz po dn. 5 marca przemianowano na cześć Wodza, ale tablice otrzymał jeszcze łacińskie. Sam widziałem jak tą gaffę wstydliwie naprawiano. Znajomy mój w bronzowej koszuli wpada zdyszany do baru hotelu Adlon, żeby się ze mną umówić na następny dzień. Śpieszy się ogromnie, ma pięć minut do pociągu i chce mi na kartce napisać swój nowy adres. Trzy kartki zniszczył, bo nie mógł wybazgrać się gotykiem. Była to niema scena niepozbawiona humoru.

A teraz wspomnę o dwóch bardziej jeszcze niepoważnych ale charakterystycznych objawach separatyzmu duchowego Niemiec. Jeden, to pismo codzienne „Die Arische Rundschau”, które w jednakowym stopniu zwalcza Żydów, katolików, jezuitów (oddzielnie), masonów i komunistów. Ciekawa spółka wrogów. Mniejwięcej te same ideały przyświecają generałowstwu Ludendorff. Stary generał był w początkach rewolucji uważany za trochę zanadto tego… Ale dzisiaj sama rewolucja „podciąga” się do niego jak może. Generał jest właścicielem firmy wydawniczej w Monachjum, a w Berlinie, na Friedrichstrasse, ma swoją własną księgarnię. Patrząc na wystawę i typ okładek, możnaby myśleć, że się stoi przed witryną „librairie speciale” w paryskim Palais Royal. Papier i wykonanie – tandetne, ornamentacje secesyjne, dużo nagich ciał kobiecych, włosów i lilij wodnych w ozdobach i winjetach. Wieje od tej wystawy ks. Oraczewskim czy też p. Wotowskim. Niektóre dzieła wyszły spod pióra generała, większość, to dorobek literacki generałowej. Jest ona i płodną autorką i gorącą zwolenniczką germańskiego boga. Tak dużo i szczegółowo opisywała swoje bliskie z nim porozumienie, że została nawet skazana za bluźnierstwo przez niemoralne sądy republiki weimarskiej. Inni autorzy, których dzieła można tam nabyć, są mi całkowicie nieznani. Zaszedłem do sklepu po dwie karty pocztowe, obie z wizerunkiem Fryderyka Wielkiego i z jego aforyzmami: na jednej przeciwko katolicyzmowi, na drugiej przeciwko masonom. Sprzedający wręczył mi kopertę. W kopercie znalazłem po 6 sztuk każdej pocztówki. Zaprotestowałem, ale sprzedawca wytłumaczył mi, że sześć otrzymałem za cenę jednej, że będę może miał sposobność rozdania tych kart wśród znajomych. Zadziwiający, zaiste, kramik nienawiści.

Ale to co chyba najbardziej różni narodowo-socjalistyczne Niemcy od – cokolwiek powiemy – istniejącego jeszcze demokratycznego świata, ba, nawet od Polski, – to prawodawstwo i wymiar sprawiedliwości.

*

Pisałem o bezprawiu jako o najjaskrawszym objawie każdej rewolucji. Ale niemniej charakterystyczny dla już zwycięskiej rewolucji jest jej stosunek do istniejącego prawa, jej tendencje w stwarzaniu nowych praw i wreszcie temperament, z jakim nowe ustawy wydaje lub stare przekształca. Z tych trzech punktów widzenia przewrót narodowo-socjalistyczny ukazuje się nam znowu jako typowa rewolucja: do starego prawa -niedowierzanie, a nowe ustawy lub rozporządzenia, mające moc prawną, wydaje się z frenetycznym zapałem, wkraczając we wszystkie dziedziny życia.

Pozwolę sobie przytoczyć kilka ustępów z przemówień wygłoszonych na „Manifestacji Prawników” w Berlinie. Obchód ten odbył się pod hasłem: „O niemieckie prawo i niemiecki wymiar sprawiedliwości”. Zgromadził przedstawicieli sądownictwa, prokuratury, narodowo-socjalistycznego związku adwokatów; obecni byli również ministrowie Sprawiedliwości Rzeszy i krajów związkowych oraz delegaci narodowo-socjalistycznej organizacji prawników austrjackich.

Przywódca frakcji narodowo-socjalistycznej w pruskim Landtagu, nadprezydent Brandenburgji Kube, mówił: „Sędzia powinien być sprawiedliwy, ale objektywizm ma swoje granice tam gdzie idzie o sprawę narodu. Żywotne interesy narodu sędzia musi stawiać bezwzględnie ponad prawem formalnem”.

Dalej przemawiał sam organizator manifestacji, pruski minister sprawiedliwości Kerrl. Jest on uosobieniem tego radykalnego, powiedzmy – beznadziejnie logicznego kierunku w narodowym socjalizmie, który tak groźnie przedstawia się dzisiaj nietylko dla komunistów czy junkrów, ale nawet dla ludzi stojących na szczytach rewolucji. Do grupy przestraszonych można chyba śmiało zaliczyć i samego Hitlera, Kerrl bowiem już kilkakrotnie pozwolił sobie wobec Führera na niesubordynację. Powiedział on m. in.:

„Przezwyciężona została wreszcie zarozumiałość intelektualistów. Przedstawiciele tego poglądu myśleli kategorjami wszechświatowo-obywatelskiemi, wszechświatowo-gospodarczemi i wszechświatowo-politycznemi, ale naród tymczasem schodził na psy”. Przyszłe prawo „nie może być zależne od jakiejś litery czy paragrafu, dojść będzie można do niego jedynie przez charakter niemieckiego sędziego”. Przyszły sędzia „nie będzie kierował się paragrafami czy literą prawa. Musimy odejść od nadmiaru szablonów i fabrykowania ustaw, które tak dalece przewidują każdy możliwy wypadek, że sędzia ma zawsze pełne usta gotowych formułek”.

Komisarz państwowy dr, Franck, prezes związku narodowo-socjalistycznych prawników niemieckich, określił narodowy socjalizm jako rewolucję germańską. Podkreślił, że po raz pierwszy pojęcie rasy jest uwzględnione przez prawo i że prawo to nie wegetuje w zakresie łamańców oderwanego myślenia, ale odżywa nanowo w świadomości narodu. Jest niemożliwe, żeby ten porządek prawny, który doprowadził naród do upadku, pozostał nadal, kiedy chodzi o odbudowę państwa niemieckiego. „Jak się to już stało w Bawarji, tak samo będziemy się też starali w całej Rzeszy, żeby egzaminy z prawa rzymskiego były natychmiast i w każdej formie wstrzymane. Państwo niemieckie będzie mogło w przyszłości żądać, żeby interesy jego i jego ludu stanowiły jednocześnie podstawę objektywizmu sędziowskiego”. Każda neutralność jest zła albo obłudna. Państwo nie ma zamiaru uprawiać dalej tego odurzenia humanitaryzmem, jakie praktykowano w przeszłości. „Ośrodkiem naszej pracy jest lud, a przestępcę będziemy tak ścigali, że się nauczy drżeć przed władzą”.

Po dr. Francku dziekan wydziału prawnego na uniwersytecie berlińskim, Geheimrat Heymann, w ciągu obszernego przemówienia uskarżał się na scholastykę (jak się wyraził), która się pono rozpanoszyła, zwłaszcza w prawie cywilnem. Wyraził nadzieję, że prawo niemieckie, które wzięło swój początek z prawa chłopskiego (Bauernrecht), znowu zacznie posługiwać się chłopskim rozumem, a nie jak dotychczas, metodami scholastycznemi.

Wreszcie dyrektor departamentu ministerstwa sprawiedliwości i prezes pruskiego związku prawników Nazi, dr. Freisler, złożył przy akompanjamencie burzliwych oklasków, w imieniu pruskiego ministra sprawiedliwości, urzędowe oświadczenie, że ci, którzy walczyli o wolność Niemiec (?) i których stary system uznał za morderców, – są teraz uroczyście uznani za bohaterów narodowych. „Niema tu żadnego dociekania prawa formalnego i żadnego wyroku sądu. Sumienie ludu przemówiło”.

Co to znaczy? Jest to aluzja do t. zw. „Feme-Mord”ów, czyli skrytobójczych morderstw, wykonywanych na zasadzie wyroków sądów tajnych (kapturowych). Jak wiadomo, wiele tego rodzaju wypadków zaszło podczas powstania na Śląsku, w okupowanych rejonach na zachodzie Rzeszy, i wogóle w związku z „Putsch”ami i walkami partyjnemi. Np. dzisiejszy prezydent policji wrocławskiej, który od dn. 1 maja b. r. jest jednocześnie dowódcą nadgrupy I SA, – siedział do przewrotu styczniowego w więzieniu właśnie za takie morderstwo. Obecnie, jak donoszą gazety, powierzono mu rolę „usmiritiela” na Pomorzu pruskiem, gdzie ma pokazać opornym junkrom, stahlhelmowcom i niemiecko-narodowym, co to jest subordynacja względem narodowej rewolucji.

Co dodaje enuncjacji dr. Freislera specjalnego posmaku rewolucyjnego, to fakt, że podobno wielu jest takich, którzy pamiętają, choć starają się jaknajszybciej o tem zapomnieć, dr. Freislera jako czynnego komunistę. Gdyby się o tem nawet nie wiedziało, łatwo byłoby wpaść na tę myśl, słuchając końcowego ustępu jego przemówienia, które jednocześnie zamykało obchód. Położył on, jak i jego przedmówcy, nacisk na to, że przy ferowaniu wyroków nie można kierować się fałszywym objektywizmem. Prawem jest zawsze to co służy życiowym potrzebom narodu. Prawnicy niemieccy wrócą teraz do pracy i będą tworzyli państwo karności (Zucht), porządku, zdrowego rozwoju „krwi niemieckiej”, państwo chłopów, robotników, żołnierzy – państwo Adolfa Hitlera.

Czy to o takich sędziach w Berlinie głosi tradycja wieku oświecenia?… Czy rosnące w potęgę Prusy Fryderyka Wielkiego – ale i Woltera – pisały: „Il y a des juges a Berlin” – gotykiem?

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close