ANTONI SOBAŃSKI

W Niemczech po przewrocie (cz. 7)
WEHRHAFTIGKEIT

Od specjalnego wysłannika „Wiadomości Literackich”

„Wehrhaftigkeit” – znaczy dosłownie zdolność do noszenia broni, a w znaczeniu, jakie obecnie nadają temu słowu Niemcy, znaczy – zdolność do obrony. Od czasu przewrotu hitlerowskiego jest to jedno ze słów najczęściej spotykanych w prasie. Rozciąga się ono w mojem pojęciu na organizację militarną kraju, na sprawy gospodarcze i na psychikę, a nawet na mistykę narodu.

O tem, czy Niemcy są narodem mistyków, – zdania są podzielone. Nie można jednak zaprzeczać faktowi, że w chwili obecnej naród niemiecki przechodzi wyraźny, choć nieuświadomiony, okres mesjanizmu. Już w kilku przemówieniach Hitlera nuta pogawędki z Bogiem, pogawędki namiestnika ze swoim monarchą, – brzmiała całkiem wyraźnie. Ale nietylko to przypomina Polakowi ekscesy paryskie Towiańskich i Mickiewiczów. Jest w dzisiejszych Niemczech podświadome przywiązanie i kult symboliki. Kult ten, bez wątpienia, – to w pewnym stopniu zdegradowana forma mistycyzmu. Sztandar, żeton, mundur, mensura, Führer, Wagner, swastyka, złote warkocze – wszystko to są symbole. Do tego rodzaju symboli i do ustroju koszarowego, naród niemiecki zdaje się być głęboko przywiązany. Jak mi wyjaśnił, nie bez paradoksalnego dowcipu, pewien przyjaciel w Berlinie, Niemcy mogły się stać ośrodkiem naprawdę twórczego pacyfizmu: należało tylko pacyfizm ten potraktować militarnie. Pacyfistów trzeba było skoszarować, umundurować, trzymać w wojskowym rygorze, a wówczas zastępy ich rosłyby szybko. Takie paxabteilungi, jak udarnicy sowieccy, niosąc ewangelję pokoju, szliby do narodów kochających szabelkę z taką samą bezczelnością, z jaką ministrowie Rzeszy polecieli do Wiednia. Lecz wiadomo, że „dzieci ciemności” zawsze są górą, a pacyfiści, jak nas uczy smutne doświadczenie, psychologami dotychczas jeszcze się nie okazali.

Jeżeli zajmuję się militaryzmem niemieckim, to nie z myślą o nieuniknionej a bliskiej rzezi. Może się mylę, ale w tę rzeź chwilowo nie wierzę. Z pobytu w Niemczech wywiozłem wyraźne wrażenie, że nikt tam w chwili obecnej konfliktu zbrojnego nie pragnie. Młodzi i starzy są zahipnotyzowani słabością Niemiec (czytaj: krzywdą wyrządzoną im w Wersalu) oraz potęgą militarną sąsiadów. O wprost gigantycznej sile armji polskiej np. posiada opinja niemiecka nadzwyczaj wysokie i trwożne wyobrażenie. Więc bije się nietyle na agresję ile na obronę i konieczność zadośćuczynienia za upokorzenia, wypływające z przegranej wojny. Dopiero podczas ostatniej mej bytności w Berlinie zdałem sobie sprawę, jak głębokie i szczere jest poczucie, że w r. 1918 naród został zhańbiony i zakuty w niewolę długów wojennych, odszkodowań, kontroli zbrojeń, okupacji ziem praniemieckich. Jak wciąż bolesną i jątrzącą się raną jest utrata kolonij, jakiem upokorzeniem – plebiscyty. W tym względzie społeczeństwo okazuje coś w rodzaju głębokiego urazu psychicznego. Czy te wszystkie uczucia były w ciągu lat czternastu przez większość opinji ukrywane, a teraz wybuchły, czy też to już hitlerowska propaganda zrobiła swoje, -niesposób dziś osądzić. Faktem pozostaje, że symbole równouprawnienia Niemiec z innemi państwami Europy są czasami cenione wyżej, niż uzyskanie dla narodu jakiegoś znacznego, rzeczywistego plusu, powiedzmy – natury gospodarczej. Rozumiem dobrze europejskich mężów stanu oraz rządy, które nie mogą temu ufać, ale kiedy przeciętny Niemiec mówi dziś: „Dajcie nam równouprawnienie, a będziemy najczujnieszymi stróżami pokoju” – wygłasza te słowa z niewątpliwą szczerością. Szczerości w tym samym stopniu nie można się doszukać w enuncjacjach urzędowych, i prędzej słyszy się zwroty krasomówcze niż prawdziwie programowe, kiedy premjer pruski, kapitan Goering, mówi o sprawie zmiany godła Prus: „Miecz i błyskawice są przywrócone pazurom pruskiego orła heraldycznego. Miecz jest znakiem, że zachowamy pokój i że pragniemy bezpieczeństwa dla naszego narodu. Ale błyskawice są znakiem, że ten, kto spróbuje znowu zniszczyć Niemcy, będzie rażony gromem orła pruskiego”. Te autorytatywne zapewnienia czynników rządzących o pokojowości Niemiec i agresywności sąsiadów są tak ciągle i systematycznie wpajane w społeczeństwo, iż nie należy zbytnio dziwić się kiedy na granicy Polski czy też Saary odbywają się manifestacje z pogróżkami. (Mało to studentów chodziło pod gmach poselstwa niemieckiego w Warszawie). Siedząc kiedyś przy obiedzie z kilkoma panami, zajmującymi tak wysokie stanowiska w partji, że byłem przekonany, iż oni przynajmniej wiedzą, jak się sprawy naprawdę mają, – starałem się im wytłumaczyć pokojowość polityki polskiej, zwłaszcza teraz, kiedy rządowi polskiemu można zarzucić wszystko, tylko nie szowinizm czy uleganie pokusom demagogji. Słuchali mnie sceptycznie, choć naogół posiadam ich zaufanie i informacyj moich nie lekceważą. Kiedy skończyłem mój wykładzik, powiedzieli: „No, ale jednak Gdańsk – zajmiecie lada dzień; czekacie tylko na okazję. Dlaczego nie zabieracie Prus Wschodnich – jest zupełnie niezrozumiałe. Uderzenie od Grudziądza i Grodna, a Królewiec jest wasz. Przecież te nieszczęśliwe Prusy Wschodnie są całkiem bezbronne”. Tu znowu zacząłem wyjaśniać, ale krótko. Nastawienie tych panów było wyraźnie pobłażliwe dla moich dobrych chęci względem Marchji Wschodniej, a wysoce krytyczne co do mego daru orjentacji w nastrojach polskich.

Naród, przeznaczony do wojny, trzeba od samej kolebki wychować w odpowiednim duchu. Pod tym względem ciekawa była mowa ministra spraw wewnętrznych, dr. Fricka, na zjeździe ministrów oświaty krajów związkowych. Właściwie mowa ta ciekawa jest tylko dla tych, którzy o wychowaniu w Rosji sowieckiej, czy też pod rządami Mussoliniego, nic nie słyszeli. Bo i Polacy przywykli już słyszeć o tem, co mówił dr. Frick, „że główną zasadą wychowania powinno być stworzenie ducha służby oraz zidentyfikowanie się jednostki z państwem w przeciwieństwie do liberalnej teorji o indywidualnem myśleniu i wolności”. Przy nauczaniu historji (jednego znajważniejszych przedmiotów) należy specjalnie uwzględniać, czy nawet prawie wyłącznie, ograniczać się do okresu ostanich lat dwudziestu. Wojna powinna być gloryfikowana, a rozbudzenie „sumienia” narodowego we wszystkich jego, nawet najmniejszych etapach, od walk w Ruhrze, aż do zwycięstwa Hitlera, ma być tematem szczegółowych wykładów. Dziecko musi zrozumieć, że jest członkiem stumiljonowej (?) rodziny, z której zwłaszcza po wersalskim „dyktacie” prawie 1/3 znajduje się poza granicami Rzeszy (?). „Wehrhaftigkeit” powinna być tym ideałem, przyświecającym dziecku od maleńkości. Wola państwa, a nie rodziców, będzie odtąd kierowała wykształceniem szkolnem i t. d. Wszyscy aż za dobrze znamy ten refren.

Rewolucja narodowa jest niewątpliwie ruchem ludzi młodych. Nowe Niemcy są budowane przez młodych i dla młodych, a jednocześnie descyplina wojskowa, na której tle rozgrywa się obecny dramat, wytwarza dziwnie kontrastowe sytuacje. Władze uniwersyteckie wraz z ministrem Rustem starają się ująć w jakieś karby rozwydrzonych przez rewolucję studentów, a tenże Rust w auli uniwersytetu berlińskiego podczas przemówienia do młodzieży akademickiej beszta wprost profesorów za to, że powsadzali nosy w księgi i retorty i nic ich nie obchodziło co się działo w duszy młodych.

To też naogół nie liczy się na profesorów. Marny to materjał agitatorski. Nie nadawała się również do agitacji większość organizacyj studenckich. Dowodzi tego ich zlikwidowanie. Stworzono natomiast posłuszną „Deutsche Studentenchaft”, jedyną instytucję studencką, oficjalnie uznaną przez władze, no i przez „Myśl Narodową”. Anonimowy współpracownik tego pisma, nie czekając na koniec moich reportaży, zarzuca mi brak zainteresowania duchem tej organizacji. Przykro mi niezmiernie przyznać wrogowi, wprawdzie tylko poczęści, rację. Bo choć zrobiłem potrzebne kroki i poznałem typowych hitlerowskich korporantów, jednakże nie potrafiłem długo z nimi rozmawiać. Byłem nimi dość przestraszony, trochę jak sztuką „Schlageter”, pomimo że wielu z nich, to ludzie inteligentni i sympatyczni. Tylko że taka wizja przyszłości nie nadaje się do długiego oglądania. Rewelacyjne momenty z moich rozmów z niedojrzałymi szowinistami dałyby „Robotnikowi” pełne zadowolenie: ci młodzi nie lękają się wcale mistycznej siły mścicielskiej, jaką zawiera w sobie przelana krew robotnicza. Nowaczyński uważałby przytoczone cytaty za rozsądne opinje narodowo myślącej młodzieży. Ale ja chcę uważać je za przejściowy objaw przejściowego okresu, przeżywanego przez ludzi w przejściowym wieku. Nie będę więc rozmów tych opisywał. Poco jątrzyć? Studenci, których spotkałem, powtarzają trochę bardziej szczerze to co ministrowie wykrzykują dla tłumów. Ale iluż to polskich burschów jest dziś pokornemi owieczkami p. Sławka. Wystarczy pochodzić rok bez posady.

A w życiu studenckiem jakież są objawy „Wehrhaftigkeit”? Póki wykłady jeszcze trwały, przymusowemu wyszkoleniu wojskowemu poświęcano w niektórych wyższych uczelniach aż cztery godziny tygodniowo, a co drugi „weekend” spędzano w obozie lub „w terenie”. Przymus ten dotyczył nawet mego znajomego, którego jeszcze rodzice naturalizowali się w Holandji. Żydów do tych ćwiczeń nie dopuszczano. Mieli zato więcej czasu na naukę. Niech się tylko zmieni kurs, i znowu ci nieznośni Żydzi będą lepszymi lekarzami i sprytniejszymi prawnikami.

W lecie, tak samo jak w Polsce, mnóstwo obozów „przysposobienia”; zwłaszcza studenci obejmujący posady rządowe muszą wykazać się „obozem”. Program takiego obozu zawiera „gimnastykę, sporty terenowe, marsze i biegi w maskach, marsze z przeszkodami, marsze w pełnym rynsztunku bojowym, ćwiczenia w wyzyskiwaniu terenu przy akcji bojowej”. Połowa dnia jest zajęta „tymi sportami”. Wykłady teoretyczne dotyczą tematów polityki populacyjnej i kolonizacyjnej, stosunków politycznych i gospodarczych w Europie wschodniej, przemysłu wojennego, krzywdy traktatu wersalskiego i świętej czystości rasy.

Jadąc z moim znajomym autem do jego majątku pod Berlinem, przejeżdżałem przez Döberitz, sławnego jeszcze sprzed wojny terenu ćwiczeń wojskowych, rewij i parad. Służy on obecnie ćwiczeniom wojskowym i manewrom Reichswehry, Stahlhelmu, SS i SA. a czasem wszystkim razem. Jeszcze niedawno odbyły się tam manewry w związku z powołaniem do ćwiczeń wojskowych przeszło pięciu tysięcy byłych oficerów. Nawiązuje się rozmowa na temat przysposobienia. Mój amfitrjon jest jednym z niewielu ludzi, którzy już przed wcieleniem Stahlhelmu do bojówek hitlerowskich należeli do jednej i do drugiej organizacji. Podczas wojny był oficerem gwardji. Jest konserwatystą, monarchistą i typowym, choć dość inteligentnym, wojskowym. Zaczął więc opowiadać mi, jak regulamin obozu Stahlhelmu jest identyczny z regulaminem wojskowym, jak jego ludzie uczą się robienia map, jak praca nad tymi ludźmi jest wdzięczna i owocna. Mknęliśmy ślicznym dwuosobowym samochodem po świetnej, choć wąskiej i bardzo krętej, szosie, mijając co chwila jakieś urocze jeziorko zgubione wśród falistych pagórków pokrytych lasem. Mrok zapadał, powietrze było przesiąknięte zapachem wilgotnej zieleni. Popatrzałem na mego gospodarza-szofera. W czerstwej sile swych czterdziestu lat, z blaskiem radości życia w jedynem, pozostawione mu przez wojnę, oku, w mundurze niczem nie różniącym się dla laika od wojennego „feldgrau”, – siedział uśmiechnięty przy kierownicy i cieszył się, że wieczór jest tak upajający, że auto tak świetnie „ciągnie”, że w swojej pięknej rezydencji będzie gościł podczas „weekendu” miłych przyjaciół, że w poniedziałek jedzie na kilkudniowe manewry i będzie „robił żołnierzy”. Pomyślałem sobie raz jeszcze, popatrzywszy na niego z dużą sympatją, że jednak w teorji odrębności ras musi być jakiś duży procent prawdy.

I przypomniałem sobie monastyrską, dziś już historyczną, mowę wicekanclerza von Papena, który przecie mówił: „Z pacyfizmu wyrósł niebojowy pogląd na życie. Zaczęło się to od literatury, lubującej się w przedstawianiu człowieka silnego, jako brutalnego głupca i uświetnianiu postaci każdego słabeusza”. „Wszędzie wietrzono potrzeby: od potrzeb niezrozumianej kobiety do wymogów płciowych więźnia. Zamiast wzniecać energję do walki życiowej, chciano każdemu rozesłać niejako dywan pod nogi. Życie miało się stać wygodną ulicą, kiedy tymczasem z boskiego założenia jest ono stromą ścieżką. Miłość bliźniego zginęła i ustąpiła miejsca uspołecznieniu, pielęgnującemu słabość kosztem siły. O karze śmierci wypisywano grube księgi”. „Choroba, nędza – te wielkie kamienie probiercze ludzkich cnót – miały być doszczętnie wytępione. Pacyfistyczna literatura o wojnie dawała do zrozumienia, że ten, kto padł na polu chwały, umarł śmiercią nienaturalną. Literatura ta nie miała żadnego zrozumienia dla starej żołnierskiej pieśni: „Niema piękniejszej śmierci na świecie, niż być zabitym przez wroga”. Nie rozumiała ona staro-germańskiego wstrętu do „Strohtod” (śmierci na słomie). Uwiąd, spowodowany zwapnieniem żył, zdawał się jej bardziej męski. Pacyfistyczne powieści wojenne nie mogą się dość naopisywać strasznego wyglądu poległych. Tak jakby „zwłoki pokojowe” były estetyczniejsze, jakby nie było znacznie ważniejsze, w jakim duchu człowiek umarł, niż jak trup jego wygląda. Czem dla mężczyzny jest pole bitwy, tem dla kobiety macierzyństwo. Kobieta stacza walkę ze śmiercią, kiedy wydaje na świat nowe życie. Ale jak pacyfizm życiowy chciał położyć kres śmierci na wojnie z powodu odrażającego wyglądu umarłych, podobnie próbował uczynić też z macierzyństwem”. „Decydujący pozostaje w tym względzie fakt, że ludzie nie widzą już znaczenia świata jako obowiązku utrzymania rodzaju, a myślą tylko o sobie samych. Zanik męskiego bohaterstwa odpowiada podobnemu zanikowi u kobiet. Ta myśl powoduje w nas nietylko troskę o istnienie naszego narodu, która przyniosła nam ze strony pacyfistów zarzut, że chcemy użyć kobiet jedynie do wydawania na świat mięsa armatniego, -ale w o wiele większym jeszcze stopniu troskę o stan duchowy naszych kobiet”. „Jest zbrodnią przeciwko porządkowi świata kiedy ludzie i narody pogardzają prawem utrzymywania rodzaju. Samobójstwo można popełnić nietylko na sobie samym, ale również na rodzaju i ciągłości życia. Utrzymanie tej ciągłości jest uwarunkowane złożeniem ofiary z indywidualności. Matki muszą się zużywać, aby dawać życie dzieciom; ojcowie muszą walczyć na polach bitew, ażeby swym synom zapewnić przyszłość” (?). „Już podczas wojny było widać, kto jest urodzonym wojakiem. Można było jasno odróżnić prawdziwie walczące oddziały od balastu. Ci, którzy byli tylko balastem, zdjęli po wojnie mundury. Burzliwe lata 1914 – 1918 zapadły w ich pamięci jako nieprzyjemny epizod. Inaczej było jednak z tymi, których bohaterski duch nie został złamany i którzy także wśród rzezi walki gospodarczej wciąż odczuwali i wysoko stawiali gotowość do poświęcenia, koleżeńskość i spoistość narodu. Dla nich, pomimo całej goryczy i wszystkich cierpień, wojna pozostała narzędziem łączności narodowej, bohaterskim okresem ich życia, z którego czerpali nadzieję radosnej przyszłości. Widzimy więc, że bojowa tradycja wojny wciąż żyje wśród pewnej mniejszości jako zadatek przyszłości narodu”. Duch wielkich bitew wojennych i duch narodowej rewolucji jest jeden. „Przedstawiciele tego ducha to ci żołnierscy ludzie, którzy zachowują bojownicze cechy duszy i ciała. Czy idzie o SA, czy o Stahlhelm – jest to ten sam duch potwierdzenia życia („Lebensbejahung”), potwierdzenia ofiary z życia, duch, który utrzymał się przez lata goryczy i wreszcie się wyzwolił, ażeby dać początek nowej, heroicznej epoce”. Kończąc swe przemówienie, von Papen powiedział o Hitlerze, że przed śmiercią będzie on mógł pomyśleć o sobie: „Niemiecką żołnierskość z jej nieśmiertelnemi cechami obowiązkowości, odwagi, bezwzględnego poświęcenia dla ziemi swej krwi i ojczyzny swych ojców -postawiłem nanowo pośrodku kręgu myśli narodu niemieckiego. Narodowi temu dałem znowu za przykład – zołnierza niemieckiego”.

Myślałem o tej mowie, kiedyśmy zajechali. Przyjęcie miało być kawalerskie. Pani domu i dzieci były nad morzem. Na ganku spotkali nas inni, już wcześniej przybyli goście. Kilka osób było mi już oddawna znanych. Wiedziałem też, że znają się z gospodarzem dużo dawniej niż ja. Od lat widywałem ich razem w Berlinie: stanowili jedną paczkę. Zdziwiłem się więc trochę, kiedy zamiast przywitać się poprostu, dwaj młodzi ludzie podeszli pokolei do samochodu, stanęli na baczność, „ruki po szwam” flanelowych spodni, oczy w słup, i czekali aż gospodarz poda im rękę. Dwaj chłopcy, o których mowa, – to młodzi arystokraci, w wieku 22 lat. Jeden z nich skończył Oxford. Ubrani są wyraźnie nienarodowo, a zato w Londynie. Temu rok leżeliby rozwaleni, jak każdy z nas, na otomanie i piliby whisky, podając trochę starszemu od siebie panu rękę bylejak. Dziś kwestja kilku miesięcy w różnicy wieku stanowi o tem, kto przed kim staje na baczność. Przy kolacji, dość gęsto zakrapianej, znowu zauważyłem kompletne zmechanizowanie ruchu ramion i łokci przy podnoszeniu do ust kieliszka czy kufla. Znów oczy w słup i oczekiwanie, pełne czujności na rozkaz picia, a gdy już nastąpiło nieme zezwolenie na wychylenie kieliszka – wdzięczne rozrzewnienie w oczach, rumieniec dumy na młodych policzkach. W miarę jak alkohol działa – mechanizacja ruchów i lojalna koszarowość spojrzeń staje się coraz wyraźniejsza. Mało co w Niemczech tak mnie uderzyło. Spytałem nazajutrz dobrego przyjaciela, który zdawał mi się być niezarażony „koszarową gorączką”, czem wytłumaczyć niesłychaną metamorfozę w obyczajach tych młodych. Powiedział, że bardzo trudno zanalizować powody, ale że widocznie wypływa to z najbardziej zasadniczych cech charakteru niemieckiego. Powiedział to zresztą nie bez lekkiego zmieszania. Trudno osądzić, czy to są właśnie odpowiednie metody dla stworzenia tego „Herrenvolk” (narodu panów), o którym tyle jest mowy?

Przy kolacji wynikła dość ciekawa i zupełnie szczera rozmowa. Dowiedziałem się tym razem już nie z trybuny, prasy, sceny czy ekranu, ale w zaufaniu, z ust moich młodych towarzyszy, że pragną naprawdę umrzeć za Hitlera. Postuk kielichów i mowa o śmierci za Wodza dały mi na chwilę wrażenie, że to wszystko nie może być rzeczywistością, że jestem przeniesiony w jakiś rezerwat dla prarekwizytów teatralnych, że wszystko na co patrzę, to malowane płótno i togi z drelichu. Ale w dalszej dyskusji wypłynął temat stosunkowej wartości oddziałów SA w porównaniu do Stahlhelmu. Wciągnięto mnie do rozmowy jako postronnego obserwatora. Powiedziałem bardzo spokojnie to co myślałem, a mianowicie, że należy mieć nadzieję, iż Stahlhelm nie utraci zupełnie swej odrębnej fizjonomji, bo jest to jednakże element hamujący ekscesy rewolucji. Nie zdążyłem skończyć zdania, kiedy mój przyjaciel mocno kopnął mnie pod stołem. Szepnął mi w ucho, że młodzi ludzie, siedzący z nami przy stole, należą do SA i mogą się rozgniewać. Byłem zdumiony. O tem, że są w SA dobrze wiedziałem, ale nie wiedziałem, że w kółku swoich ludzi nie można prowadzić, nawet na zimno, dyskusji na podobne tematy. Więc jakto? Młodzi stoją na baczność, ale młodych nie wolno krytykować. Rekwizyty zaczynają nabierać rumieńców życia. To co się dzieje, to chyba nie jest jednak powrót do r. 1914, to jednak rewolucja.

W poniedziałek o świcie gospodarz mój odwozi mnie do Berlina. Na zielonych łąkach Döberitz widzę znowu jakieś mundury. To już nie Reichswehra czy Stahlhelm, ale coś bardzo podobnego, -to mundury noszone w obozach dobrowolnej pracy. Tak samo jak w innych organizacjach, przechodzi się też w tych obozach kurs przeszkolenia wojskowego.

Sport w Niemczech dzisiejszych przestał być rozrywką. Państwowy komisarz do spraw sportu czuwa nad tem, ażeby żaden wysiłek młodych mięśni nie był stracony dla sprawy rewolucji i narodu. Całą Rzeszę podzielono na szesnaście okręgów sportowych z różnemi mniejszemi podokręgami (rodzaj sportowych P. K. U.). Od komisarza zależy cała hierarchja półkomisarzy i ćwierćkomisarzy sportowych. Na konferencjach działaczy sportowych jest głównie mowa o stronie państwowo-wychowawczej sportu. Organizacje sportowe nie Nazi są tolerowane, tylko o ile mają na celu „czysty sport”.

Dziwne jest w tem wszystkiem, że te same ćwiczenia wojskowe, które uważane są nietylko za obowiązek, ale i za przywilej każdego lojalnego obywatela, są jednocześnie stosowane jako najprzykrzejsza kara dla więźniów politycznych w obozach koncentracyjnych. Tworzy się w tych obozach druga, choć może mniej oddana rządowi, Reichswehra. Przecież ostatnie badania wykazują, że liczba więźniów w obozach Rzeszy wynosi dziś około stu tysięcy ludzi. Cyfrom tym rząd, oczywiście, gwałtownie przeczy.

Tyle o wojsku cywilnem. Ale „Wehrhaftigkeit” na tem się nie kończy. Dzisiaj w sprawach gospodarczych ministerstwo wojny zabiera głos jeszcze bardziej decydujący, niż resorty powołane wyłącznie do opieki nad ekonomicznem życiem kraju. Jeżeli samowystarczalność jest dzisiaj w modzie, to gdzieżby jej więcej hołdowano niż w Niemczech, w tym kraju, który od dziewiętnastu lat czuje się stale oblężony. Ale pomimo tego chronicznego „stanu wyjątkowego”, obraz polityki gospodarczej Niemiec dzisiejszych przedstawia się dość mglisto. Poglądy to ścierają się dziwnie przypadkowo, to znowu najnieoczekiwaniej biegną zupełnie równolegle. Jedyną wspólną cechą poczynań, czyto sztabu generalnego, czyto skrajnych elementów partji narodowo-socjalistycznej, – jest radykalizm. Sztabowi jest obojętne, w jaki sposób wyżywi kraj, głównie interesuje go wojsko podczas wojny, a partji chodzi tylko o to, aby wreszcie dać masom coś bardziej konkretnego, niż frazesy, – choćby cudzą własność.

Przemysł działa sprawnie, więc należy go oszczędzać. Zakusy skrępowania wielkiego, zachodniego przemysłu, robione w początkach rewolucji, spełzły właściwie na niczem. Ograniczyły się do jakichś powierzchownych objawów koordynacji. Przemysł pod wodzą p. Kruppa von Bohlen zwyciężył. Cóż mu, poza partją, może dziś stać na przeszkodzie? Chyba tylko konjunktura zagraniczna. Wewnątrz kraju ruch robotniczy został zupełnie złamany. Nowi, regjonalni, komisarze pracy posiadają uprawnienia dyktatorskie co do normowania płac, czasu trwania i warunków pracy. Muszą czuwać nad spokojem w przemyśle, a policja dostała wskazówki bezwzględnego dla nich posłuchu. Tak wygląda więc kraj, którego ministrowie kończą każdą mowę stereotypowym zwrotem do robotnika niemieckiego: „Dla ciebie budujemy tę świetlaną, przyszłą Rzeszę”.

Póki co, rząd zdaje się być skłonny do tolerowania inicjatywy prywatnej w przedsiębiorstwach stosunkowo niewielkich i posiadających prostą budowę administracyjną; pozostawia zaś sobie kontrolę i kierownictwo nad kartelami czy też polityką ogólną poszczególnych gałęzi wytwórczości i handlu. Gabinet Rzeszy wydał nawet niedawno ustawę, normującą mianowanie komisarzy do poszczególnych przedsiębiorstw i tworzenie przymusowych karteli wszędzie, gdzie widać robotę „ludzi niepewnych”. Słychać hasło powrotu do średniowiecznych podstaw ekonomicznych. Dąży się do państwa stanowego. Istnieje wyraźna tendencja rozbijania koncernów na pojedynczo działające towarzystwa akcyjne. Łatwiej dać sobie z niemi radę, a pozatem duże koncerny nabierają zawsze cech międzynarodowych i są związane tysiącami nici z zagranicą.

Wszystko to wydaje się niewtajemniczonemu – chaotyczne i bezplanowe. Niektórzy twierdzą, że rząd i partja naprawdę nie ustaliły żadnych wytycznych życia gospodarczego, a tylko kierują się teorją i dążeniami. Jedna rzecz zdaje się być konkretna – to walka wypowiedziana junkrom, czyli agrarjuszom wschodnim. Reforma rolna czeka ich podobno niechybnie, a przeprowadzenie jej będzie tem łatwiejsze, że latyfundja te są tak nieprawdopodobnie przeciążone długami iż wystarczy nie udzielić ich właścicielom ulg podatkowych czy prolongat kredytów, – żeby każdy z majątków poszedł w krótkim czasie pod młotek. Będzie wówczas miejsce na kolonizację. Za co jednak przeprowadzi się tę kolonizację, skąd weźmie się pieniądze na roboty publiczne, które mają być wykonane przez obozy dobrowolnej pracy, a w przyszłym roku także i przymusowej, -na to pytanie nikt nie potrafił mi odpowiedzieć. Ale jak wiemy, na cele wojskowe czy organizacje napół militarne gotówki nigdy i nigdzie nie zbrakło. Czasem i często brakuje na zbudowanie ochronki czy szpitala, czasem nie można wykończyć wału ochronnego nad rzeką, która wylewa, ale na pociski i gazy trujące starczyć musi. Więc i w Niemczech – jakoś się to dzieje. Tylko że swoboda w rozporządzaniu funduszami na podobne cele musi być chyba jeszcze większa niż w krajach jawnie militarnych, charakter bowiem konspiracyjny zbrojeń niemieckich zwalnia tych, którzy stoją przy kasach, od legitymowania się przed społeczeństwem czy komisją parlamentarną.

Gwałt, podniesiony z powodu rzekomego nalotu obcych aeroplanów, rozsypujących „bibułę” nad Berlinem, kiedy jednocześnie Maybach – Motoren – Werke wykonywają ogromne obstalunki silników samolotowych wprost na zamówienie ministerstwa Reichswehry, – przypomniał mi rozmowę w samochodzie podczas przejazdu przez Döberitz. Zapytałem, pamiętam, czy ćwiczenia bojówek i Stahlhelmu robione są z bronią. Dostałem na to odpowiedź: „Przecież traktat wersalski nie pozwala na nic takiego”. I przypomniał mi się strasznie stary, ale śmieszny kawał o panience z miasta garnizonowego, która pytała matki: Mama was ist ein Leutnant?”

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close