ANTONI SOBAŃSKI

W Niemczech po przewrocie (cz. 8)
WYJAZD Z BERLINA

Od specjalnego wysłannika „Wiadomości Literackich”

Zbliża się chwila wyjazdu. Jeszcze jedna, ostatnia, wizyta. Spodziewam się po niej zdobycia zrozumienia dla spraw kościołów chrześcijańskich w Niemczech. Choć kroki kieruję do katolików – jednakże mam nadzieję usłyszeć trochę i o stanie protestantyzmu. Pod tak silnem ciśnieniem, jakie panuje obecnie, tworzą się przecie najdziwniejsze sojusze. Wszak widzieliśmy w Rosji sowieckiej niewątpliwe objawy pewnej solidarności chrześcijańskiej, której próżnoby szukać np. w Ziemi Świętej. Nadzieje nie zawiodły: znalazłem u moich katolickich informatorów wszystko czego oczekiwałem. Nie będę jednak nawet robił próby naszkicowania obrazu walk i przeobrażeń toczących się w łonie kościołów protestanckich. Trzebaby dobrze znać życie i ustrój trzech głównych gałęzi protestantyzmu niemieckiego, żeby móc zrozumieć to co się obecnie dzieje. Płynność organizacji, dogmatyki i liturgji oraz łatwość, z jaką zbory ewangelickie abdykują z najbardziej, zdawałoby się, zasadniczych rzeczy, łatwość znajdowania kompromisu, stwarza, że Hitler nie miał właściwie, pomimo bardzo stanowczych sprzeciwów Hindenburga, zasadniczych trudności w przeobrażeniu protestantyzmu w narzędzie zupełnie podległe narodowej rewolucji, nie dając mu jednakże żadnych przywilejów religji panującej. T. zw. „totale Staat” nie może, oczywiście, patrzeć życzliwem okiem na żadną religję. Religja, to konkurencja. Nacjonaliści, to najskrajniejsi monoteiści. Jedno jest bóstwo: państwo. Reszta, to opjum dla ludu. Nie wątpię, że wśród protestantów działy się i zapewne jeszcze się dzieją – tragedje. Cierpieć musi wielu purystów, ale cierpią przypuszczalnie głównie ci, którzy widzą dzieło może całego swego życia zniszczone. Mam na myśli ludzi, pracujących w organizacjach wyznaniowych. Tragedje te jednak są bez wyjątku tragedjami cichemi. Głośnych protestów nie słychać. Pamiętam tylko jeden w sprawie oczekiwanego zakazu przyjmowania na wiarę protestancką – Żydów. Protest ten zresztą okazał się skuteczny, gdyż ustawa, normująca obecny stan kościołów protestanckich, nie jest zaopatrzona w paragraf aryjski. (nieczytelny akapit) Kiedy się widzi zlikwidowanie wewnętrznego życia politycznego Rzeszy przez starcie z mapy Niemiec wszystkich partyj; kiedy zagadnienia robotnicze i społeczne przestały być aktualne dzięki bezwzględnej koordynacji; kiedy się w dodatku wie, że ten stan rzeczy trwać może ad infinitum, gdyż nawet głód, spowodowany wrogiemi konjunkturami gospodarczemi, nie przestraszy rządzących, jak ich nie przestraszył i w Rosji, dopóki Reichswehra, SS, SA i Stahlhelm są nakarmione i zadowolone (a ten świetny aparat terroru liczy zaledwie około 800 000 ludzi) – wówczas kwestja katolicka staje się, czy też powinna się stać, problematem największej wagi. Gdyby życie było logiczne, w rękach katolików spoczęłyby losy rewolucji, ale ponieważ logika na arenie politycznej nie króluje, więc w rękach katolików spoczną nie losy tylko odpowiedzialność za rewolucję. Bo jakże inaczej napiętnować niesłychaną bierność katolików niemieckich, zgrupowanych w zwarte jednostki geograficzne, w jednostki cieszące się doniedawna (widocznie niedosyć) autonomją polityczną (patrz Bawarja) i mające, też doniedawna, reputację bardzo „rzymskich”. Stawiano ich przecie zawsze za przykład wszystkim katolikom, plączącym sprawy wiary z szowinizmem. A cóż się okazuje? Heca antyżydowska jest najdalej posunięta w Nadrenji, kraju katolickim. Zwracam wybitnemu działaczowi katolickiemu uwagę na wysoce niechrześcijański charakter tego ruchu. Otrzymuję wymijającą odpowiedź, że w Meksyku Żydzi nie bronili prześladowanych katolików.

Wogóle tych kilka cichutkich protestów, czyto w sprawie wolności prasy i słowa, czyto piętnujących objawy brutalności rewolucji, – robiły wprost przykre wrażenie, kiedy się wiedziało jakie możliwości w sensie kulturalnej opozycji czekały tylko na wyzyskanie przez katolików. Zakneblowanie potężnej prasy katolickiej, zamknięcie i konfiskata majątku licznych związków i organizacyj katolickich nie wywołały sprzeciwu. Wiem dobrze, że sprzeciw może być równoznaczny utracie wolności. Ale, o ile mnie pamięć nie myli, kościół katolicki miał już w historji swoich męczenników. Ci katolicy jednak, którzy dzisiaj są uwięzieni, cierpią za swoją przeszłość, cierpią z powodu konjunktury politycznej, ale rzadko kiedy cierpią za akty odwagi cywilnej. Nad tem właśnie ubolewał jeden z moich informatorów, ksiądz, który potem został zresztą aresztowany. On rzeczywiście „cierpi dla sprawiedliwości”. Mówił mi prawie z entuzjazmem, że tylko czeka na więzienie czy obóz koncentracyjny, że jedynie przez pokazanie narodowi męczenników można wyrwać go spod hipnozy nacjonalizmu. Jeżeli za czasów Kulturkampfu, – ciągnął dalej, -aresztowano nawet biskupów, o ileż jaskrawsze powinny być dzisiaj objawy walki, kiedy duch rewolucji jest o tyle bardziej zasadniczo obcy i wrogi duchowi wszelkiej religji. Bo przyznać trzeba, że jeżeli rzadko uświadamiamy sobie, a może nawet negujemy fakt, że kultura, w której wychowaliśmy się, jest kulturą chrześcijańską, – w dzisiejszych Niemczech przekonamy się, stosując metodę eliminacji, że to co panuje w Europie poza Niemcami (zostawiam oczywiście nauboczu Rosję), jest może oddalonym, ale jednakże refleksem „przewrotu chrześcijańskiego” sprzed tysiąca dziewięciuset lat. Nic bardziej niechrześcijańskiego, niż obecny przewrót niemiecki. Nacjonalizm, to kult nizinny. Nie rozwija się on w cieniu Góry Oliwnej ani nawet Olimpu.

Miałem też sposobność zetknięcia się z katolickimi pacyfistami. Ludzie ci, a raczej resztki tej grupy, którzy znajdują się jeszcze na wolności w Niemczech, to rzeczywiście cudowny element ludzki. Rzadko spotykałem w życiu ludzi tak bezwzględnie uczciwych, tak niezdolnych do kompromisu. Dziś ich dążenie do intronizacji ideałów chrystjanizmu przez braterstwo ludów może się wydać prawie śmieszne. Lucjan Rydel i pani generałowa Ludendorff, oto typy dzisiejszych popularnych teologów. Ale niemieccy pacyfiści katoliccy nie bali się tej śmieszności, tego odosobnienia. Prędzej Rzesza bała się ich i przedsięwzięła od czasu rewolucji odpowiednie kroki, aby ich wpływy unieszkodliwić.

Ale tymczasem p. von Papen, ten sam, który wygłosił cytowaną przeze mnie mowę w Monastyrze, który wystąpił z Centrum, który pozwolił w następstwie na rozwiązanie partyj katolickich i na wszystkie antykatolickie poczynania swego rządu, – podpisuje w Rzymie konkordat, jakiego nie potrafił wyłudzić od Watykanu sam wielki Bismarck, i zostaje odznaczony wysokim orderem papieskim, choć pewno nie „Pro Ecclesia et Pontifice”.

Co będzie dalej? Dobrzy katolicy są często oburzeni na oportunizm i bierność episkopatu niemieckiego, który nietylko nie protestuje w samych Niemczech, ale jakoby mylnie i łagodząco informuje Papieża. Czy pesymiści w sprawach konkordatu mają rację – okaże przyszłość. Nawet dla laika wydaje się rzeczą niemożliwą, ażeby „der totale Staat” nie mieszał się do szkolnictwa wyznaniowego, tej najdrażliwszej strony życia katolickiego. A co będzie poprostu z niedzielnemi kazaniami? Nawet kapelan wojskowy nie potrafi mówić zupełnie „po linji”, o ile czuje się naprawdę księdzem. Chyba że kościół zażąda od swych wiernych nowego rodzaju męczeństwa, a mianowicie złożenia ofiary z zasad i z przekonań.

Trzeba jechać – a nie chce się. Nigdy nie zakosztowałem tak często opiewanego uroku Wschodu, przeciwnie, całe życie czułem instynktowny „Drang nach Westen”. Zachód nigdy nie wydał mi się tak zgniły jak Wschód. Wsiadanie do pociągu, jadącego w kierunku wschodnim, jest dla mnie zawsze prawdziwą przykrością. Więc choć w Niemczech widziałem bezsprzeczne objawy zdziczenia, położenie Berlina i warunki życia robią z tego miasta jednak coś bardziej europejskiego od Warszawy. A pozatem od Berlina zaczyna się „mój koniec świata”. Gdyby moje pojęcia o geografji sięgały czasów przedkopernikańskich, nie wątpiłbym po przejechaniu wschodnich przedmieść Berlina, że tu zbliżam się do krańca świata. Przedmioty, na których może spocząć oko, stają się coraz rzadsze, koloryt coraz bardziej wyblakły, i kto wie, czy ta sina linja lasów na widnokręgu, łącząca szarawe niebo z mało-zieloną ziemią, – nie jest właściwie szparą, przez którą widać nicość. Zresztą studjowanie najnowszych map niewiele w tym względzie przyniesie pociechy, bo jeżeliby objechać kulę ziemską na wysokości geograficznej Berlin – Warszawa, droga przedstawiałaby się dość beznadziejnie. Urozmaicenia nader słabe: Ural, Bajkał, sowiecka część Sachalinu, południowy cypel Kamczatki, góry Skaliste Kanady, dno zatoki Hudsona, Labrador, no i wreszcie południowa Irlandja i Europa. Jak widzimy, o egzotyce niema mowy. A Łowicz nie każdemu wystarcza.

Ale co tu się zastanawiać – jechać trzeba. Wsiadam do pociągu. W moim przedziale siedzą już dwie panie o rysach wybitnie semickich, każda z córeczką w wieku lat siedmiu, ośmiu. Na dworcu żegnają je mężowie. Ruszamy. Moje panie pokazują sobie swoje domy, koło których przejeżdżamy, i rozmawiają po niemiecku o rzeczach błahych: nawet podsłuchiwać niewarto. Oddaję się medytacjom, przechodzę myślą wszystko com widział, com słyszał, hipotezy jakie budowano, przepowiednie jakie wygłaszano.

Widziałem więc kraj, w którym odniosła zupełne, miażdżące zwycięstwo rewolucja narodowa. (Zdaje się, że po wypadkach we Włoszech przed dziesięciu laty, a teraz w Niemczech, określenie to posiada już zupełnie ścisłe, prawie naukowe znaczenie). Widziałem kraj jeden i niepodzielny. Jest to według mnie prawie jedyne wielkie dzieło Hitlera. Należy jednak uniknąć nieporozumień co do przymiotnika „wielki” w powyższem zastosowaniu. Dzieło Hitlera jest wielkie, bo nikt tego dotychczas dokonać nie potrafił, bo może być brzemienne w następstwa dla przyszłej historji Europy; ale nie jest wielkie jeżeli chodzi o kulturę Niemiec i o spokój naszego kontynentu. Powyższe twierdzenia nie wymagają chyba argumentacji. Prawie zupełna konsolidacja Rzeszy stała się jednak faktem, i jak dotychczas, tak dalecy duchowi pruskiemu południowcy nie skarżą się ani jawnie nie żałują utraty swych praw do niezależności i poddania się kompletnego pod batutą Berlina. To że Hitler jest Austrjakiem, nie odgrywa tu żadnej roli.

Czy rewolucja w tych, wreszcie zjednoczonych, Niemczech siedzi mocno w siodle? Na to pytanie słyszy się przeważnie odpowiedź pozytywną. Zgóry zaznaczam, że w przepowiednie nie mam zamiaru się bawić. Postaram się tylko myśleć logicznie, ale i to w polityce i w historji niedaleko prowadzi. Kiedy się zastanawiać skąd może przyjść wróg, groźny dla rewolucji, – z punktu widzenia Nazi trudno nie być optymistą. Katolicy, jak już pisałem, zawiedli. Socjalizm umarł śmiercią naturalną, tą papenowską „Strohtod”. Jest to zresztą bardzo przejmująca historja, że drogę do obecnego stanu rzeczy w Niemczech utorowała właśnie socjal-demokracja. Mogła ona też doprowadzić do komunizmu, ale właśnie ten paniczny strach wspólnego frontu z komunistami, choćby stworzonego na krótki okres czasu, dostateczny dla zorganizowania strajku generalnego, jeszcze tak niedawno, bo między 30 stycznia a 5 marca b. r., – spowodował, że Hitler zwyciężył i że klasy pracujące zostały pozbawione i głosu w życiu społecznem i broni do walki o swe stanowisko w narodzie. Skąd jednak ta zupełna bierność socjalizmu niemieckiego? Tłumaczono mi, że głównem niedomaganiem tej partji był brak ludzi młodych na stanowiskach decydujących. Obserwować to zresztą można także i w innych krajach, choćby we Francji i w Polsce. Starzy leaderzy socjalistyczni w Niemczech nie byli dostatecznie demagogicznie nastawieni. Za mało urządzali wieców, za mało histerycznie nawoływali tłumy, za rzadko przyjmowali wiązanki kwiatów od dziewczynek w bieli (jak to ciągle czyni Hitler), a przedewszystkiem byli kunktatorami i politycznie ludźmi małoodważnymi. Doszło do tego, że wielu synów przywódców socjalistycznych zalicza się do zagorzałych hitlerowców.

Prawodawstwo, zmierzające do utrzymania obecnego stanu posiadania rewolucji narodowej, z każdym dniem staje się bardziej drakońskie. Istnieją specjalne rozporządzenia przeciwko „ludziom zrzędzącym” („Missmachern”). W biednych dzielnicach Berlina i prawie we wszystkich tańszych lokalach innych dzielnic właściciel lub obsługa są w porozumieniu z wywiadem policyjnym. Praca jaczejek jest niemal zupełnie uniemożliwiona. Jak już pisałem, Niemcy znajdują się w prawie hermetycznie zamkniętym kręgu terroru. A każdy rząd, który swą bezwzględność posuwa poza granice prawa i dbania o dobrobyt i szczęście obywateli, jest zwykle rządem dość długotrwałym. Przewraca się dopiero wtedy kiedy zaczyna się wahać i mieć skrupuły.

Tymczasem pogłoski o pomrukach tłumu, rozczarowanego brakiem konkretnych dobrodziejstw rewolucji, idą zawsze w parze z wiadomościami o corazto nowych obostrzeniach prawnych i nowych przywilejach dla organów władzy rządu i partji. Trochę mniej najzupełniej zbędnej, wiecowej demagogji oszczędziłoby zapewne pracującym warstwom niemieckim niejednego objawu niezdrowo rozbudzonego apetytu. Słowo „apetyt” używam tu i w przenośnem i w dosłownem jego znaczeniu. Dziwnym zbiegiem okoliczności w chwili, kiedy o tem myślę, pociąg zatrzymuje się we Frankfurcie nad Odrą. Jest niedziela. Słyszę śpiew. Znajoma melodja. To oddział szturmowców śpiewa w odjeżdżającym pociągu środkową zwrotkę Horst-Wessel-Lied:

Die Strasse frei den braunen Bataillonen,
Die Strasse frei dem Sturmabteilungsmann,
Es schaun aufs Hakenkreuz voll Hoffnung schon Millionen,
Der Tag für Freiheit und für Brot bricht an!

Brzmi to jakoś nieaktualnie. Co do chleba – gdzież jest ta nadzieja? Urzędowe dane statystyczne pokazują pewne zmniejszenie bezrobocia, ale należy pamiętać o istnieniu obozów dobrowolnej pracy, ciążących na budżecie państwa, a także o tem, że ci co utracili posady z powodów politycznych czy rasowych, nie są zaliczani do bezrobotnych. Jeżeli zaś chodzi o wolność, wiemy tylko, że w dodatku do już opisanych gwałtownych represyj, jakie stosuje rząd niemiecki, zaczęto w ostatnich czasach aresztować rodziny zbiegłych zagranicę emigrantów politycznych, ażeby w ten sposób zmusić ich do powrotu i ukarać.

Widziałem więc kraj rządzony według wzorów wziętych potrochu z Rosji i z Włoch. Komunizm jest zbrodnią. Mandaty socjalistyczne do wszystkich ciał ustawodawczych czy samorządowych zostały ogłoszone za nieważne. Partje przestały istnieć. Pozostaje więc tylko partja narodowo-socjalistyczna, ale kto rządzi nią naprawdę? Hitler – Goering – Goebbels? A może jeden z nich? A może Kerrl, albo Rust, albo Freisler, albo Heines? A może poprostu sztab generalny Reichswehry? Niesposób powiedzieć. Jak w Rosji, mamy tu prawe i lewe odchylenie. To lewe odchylenie wydaje się odchyleniem przyszłości. Może i Otto Strasser powróci jeszcze do łaski. Ale z drugiej strony przemysł zachodni też mocno stoi na nogach, i wygląda jakby nie tracił, ale przeciwnie, zyskiwał gruntu pod niemi. Powinno się pamiętać, że w swych początkach cały ruch Nazi był finansowany przez kapitał i przemysł chrześcijański i żydowski jako środek obrony przeciwko zmorze komunizmu. W obecnej chwili broń zdaje się chwilami obrócona przeciwko jej dostawcom, a już w każdym razie przeciwko junkrom. Są tacy, którzy twierdzą, że wszystko w dalszym ciągu spoczywa w rękach kapitału przez duże K. Przypuszczam, że wersja ta jest przesadna, tak samo jak przesadne są przypuszczenia, krążące wśród lewicowej inteligencji, że w krótkim czasie dojdzie niechybnie do wielkich buntów wśród rozgoryczonych i rozczarowanych tłumów bezrobotnej biedoty.

Możliwa jest też monarchja. Wiele elementów socjalistycznych patrzy dziś z upragnieniem na tę możliwość. Ufają, że z powrotem monarchji powrócą też bardziej kulturalne formy rządzenia i sprawiedliwości. O cesarzu Wilhelmie niema, zdaje się, mowy, pomimo żartu o rzekomym telegramie Kronprinza do ojca: „Vater, komm bald zurück, wir sind das kleinere Uebel” („Ojcze, powracaj prędko, jesteśmy mniejszem złem”). Mówi się, jako o kandydatach, o synach cesarza oraz o innych książętach krwi, nawet nie Hohenzollernach. Masy są na tę ewentualność monarchji zupełnie przygotowane. Gdyby do tego doszło, entuzjazm byłby niewątpliwie wielki, ale kierownictwo partji, a zwłaszcza lewo-uchyleniowcy nie zdają się bynajmniej dążyć ku temu.

Widziałem, i to może najważniejsze, kraj rządzony prymitywnym instynktem szczepu i jego odrębności. Ani na chwilę podczas pobytu w Berlinie nie mogłem zapomnieć o tem odrodzeniu prymitywu. Jaskinia, maczuga, owłosiony małżonek, broniący kobiety z cofniętem czołem, -takie obrazki stają wciąż przed oczami, kiedy się żyje w atmosferze gloryfikacji poczucia stadnego.

Ale rozmowy w przedziale przerywają mi tok rozmyślań. Po tematach obojętnych, moje towarzyszki podróży zaczynają dyskutować kurs złotego. Aha, może jadą do Polski. Zjawia się konduktor. Zerkam na bilety. Są do Łodzi. Już wiem trochę więcej. Następuje dyskusja, czy i kiedy należy się przesiadać. Wreszcie nadchodzi kontrola paszportów. Z woreczków wyłaniają się niewątpliwe, polskie paszporty konsularne. Serce rośnie -rodaczki. Ale rozmowa ciągle jeszcze jest niemiecka, i to niemiecczyzną zupełnie poprawną. Opuszczamy ostatnią niemiecką stację. Jedna z dziewczynek siedzi przy oknie, wygląda znudzona, wystukuje bezmyślnie palcami po szybie jakąś melodję i coś nuci pod nosem. Przysłuchuję się. Tak, nie mylę się: „Deutschland, Deutschland über alles”… Słyszy to matka i nagle odzywa się językiem Esterki i Mickiewicza: „Dziecko, poco ty to śpiewasz, ty przecie umiesz i polskie piosenki, zaśpiewaj lepiej coś po polsku”. Rewelacja. Dziecko posłuszne, choć dalej znudzone, zaczyna bez zapału ale wyraźnie podśpiewywać: „Oto dziś dzień krwi i chwały”… W tej chwili pociąg wjeżdża na stację Zbąszyń.

Wyprawa moja skończona. Jestem już w Polsce. Pojechałem do Berlina oglądać rzeczy nowe; obserwować zjawiska, których badanie w Warszawie nie jest możliwe. Ale czy tak jest naprawdę? Gdy się posiada wyobraźnię, wiele z tego co się dzieje w Niemczech można zrozumieć i odtworzyć, przeczytawszy uważnie jakieś pismo sanacyjne i jakieś pismo endeckie. Bo czyż i sanacja i endecja są wolne od zarazków faszyzmu, hitleryzmu, czy jakiegoś innego „izmu”, którego najbardziej charakterystyczne cechy, to bezwzględność, tolerowanie brutalności, poddanie sprawiedliwości wymaganiom racji stanu i zagarnięcie władzy przez stosunkowo małą grupę ludzi młodych, silnych i zgranych. Ale pozatem już i w Polsce czyni coraz większe postępy ta sama, jedyna myśl przewodnia, która panuje wszechwładnie w Niemczech, Włoszech i Rosji, myśl o celowości, z jaką należy używać społeczeństwa, i ta sama beznadziejność, jaka przypada w udziale jednostce. Przychodzi wciąż na myśl „Życie termitów” Maeterlincka. Jest to jeden z najbardziej ponurych i wstrząsających reportaży o społeczności, działającej sprawnie i celowo. Wszystko – dla podtrzymania rodzaju, nic – dla pocieszenia i nagrodzenia jednostki. Straszna, doprawdy wizja tego co nas czeka. W ten obraz przyszłości instynkt świata stara się wmalować jakiś promień szczęścia. We Włoszech jest ciepło i słonecznie, więc termitom tamtejszym zupełnie źle być nie może. Kościoły, coraz bardziej wkraczające w życie jednostki, obiecują szczęście po śmierci. Rosja zapewnia szczęście naszym prawnukom, co mało pociesza ludzi pozbawionych instynktów dynastycznych.

Niemcy są najuczciwsze: nie obiecują one szczęścia, ale tylko ogromny szmat ziemi, rządzony przez Niemców i ciągnący się od skolonizowanej Syberii po Nancy i Gandawę i od nordyckiego kręgu polarnego – po Sycylję Barbarossy. To kolosalne państwo, oczyszczone z wszelkiego indywidualizmu, będzie grząskie od krwi swych synów i krwi wroga, ale odrębne od reszty świata i od reszty świata odosobnione.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close