ZBIGNIEW UNIŁOWSKI

Z południa na północ Parany
KSIĄDZ I NAUCZYCIEL (cz. 2)

Rano oczekiwałem czegoś poważnego, przypuszczałem że mnie ugryzła jakaś „specjalna” mucha kiedy wyjrzałem przez okno, albo że kwiaty jakieś mnie odurzyły. Przecież w takim nieznanym kraju czort wie co może człowieka spotkać. Ale Grzeszczeszyn powiedział mi najpierw: „…młody człowieku, pan jest niewytrwały”, potem: „rozespał się pan, trudno się pana było dobudzić, ale to tak pierwszy dzień, później się pan włoży do niewygód, nie przejmuj się pan tem”. Wcale nie mam zamiaru się przejmować, gniewa mnie tylko ton Grzeszczeszyna, wodzi oczami po ścianach, jest za wyrozumiały, dobry, pełen pobłażania. Przytem za oknami jest sina popielatość, znów wyglądam przez okno, mówię do Grzeszczeszyna, że może stary Bukowski miał rację, jest błoto, deszcz. Nie będzie można wyjechać stąd Bóg wie ile czasu.

– Gdzie panu tam deszcz? – mówi Grzeszczeszyn. Ziewa zapinając spodnie.

– Jakto, – mówię, – nie widzi pan, że pada, spójrz pan na szybę!

– Ale, ładnie jest, zdaje się panu -cedzi Grzeszczeszyn.

Patrzę na niego i widzę, że ma lisią minkę, z paskudnym, niteczkowatym uśmieszkiem. Uprzytamniam sobie, że jestem silny, Grzeszczeszyn sięga mi do ramion, i najlepiej będzie, jeśli go odrazu trzasnę w gębę. Jest taka sytuacja, że niema mowy tu o żartach, poprostu jakaś niesamowitka. Wyraźnie pada, nawet krople spływają po szybie. W tej chwili Grzeszczeszyn mówi:

– Pójdziemy najpierw do księdza Grzywy, potem na miasto, rozpytać się o konie. Nie ma pan czasem agrafki? Bo muszę przypiąć skarpetkę.

Wyciągam agrafkę z worka podróżnego, daję ją tej histerycznej, rozkapryszonej małpie. Zakrywam łóżko kocem, schodzę nadół z myślą o śniadaniu, on idzie też za mną, mruczy coś w rodzaju: „Kurzu w tej szkole, pożal się Boże! je-je-jej!”.

Żonka Marjankowskiego, rozgospodarowana, wesoła kobietka, podaje nam kawę, pyta jakeśmy spali. Jej turkocząca sukienka rozprasza nalot niedobrej rozmowy z Grzeszczeszynem, tam nagórze. Chlipię kawę. staram się nie patrzeć na Grzeszczeszyna, więc siedzę niewygodnie, patrzę w okno, widzę smutne pinjory w zadeszczonej, rozpacznej dali. Przez ścianę, ze szkolnej sali słychać monotonny głos Marjankowskiego. Mówi coś o Sobieskim, o Turkach. Wstajemy ciężko od stołu, jak dwóch parobków, naciskamy kapelusze, Marjankowska mówi nam o obiedzie, aby się nie spóźnić. Grzęźniemy w błocie, rozglądam się po tem Iraty. Jednopiętrowe domki po obu stronach szerokiej, niebrukowanej drogi, vendy-sklepy ze wszystkiem, ziejące mrokiem i stęchłemi zapachami. Drzemiące w słocie Iraty nasuwa wspomnienia z przypadkowych, niepotrzebnych podróży i przejazdach przez Rawę Mazowiecką albo Lubartów. Daleko, w szarzyźnie majaczą postacie na koniach. Sylwetki kilku mężczyzn w capach i szerokich kapeluszach wolno przesuwają się przez drogę, jak widziadła. Wokół cisza, czasem jakieś człapanie. Miasteczko jest przemokłe i zaspane. Grzeszczeszyn wchodzi do vendy, tłumaczy mi, że to venda bardzo bogatego Polaka, Hessla. Idę za nim, gdzie on tam i ja, trudno, tylko żeby mi tak często nie wyjaśniał różnych rzeczy, przecież nie jestem taki skończony niedojda, o tym Hesslu już mi wczoraj wspominał. I żeby był ścisły, ale w ciągu tej krótkiej podróży przyłapałem go kilkakrotnie na mylnych informacjach, mówi sam z siebie, niepytany – okłamuje mnie. Wita nas tęgi właściciel vendy, prowadzi nas do swojej kancelarji. Zapytuje dokąd jedziemy takim tonem jakgdyby miał nam jakąś wizę wystawić. Ale jest to rubaszny, zażywny jegomość, raczej sympatyczny. Siedzimy przy stole, jest tu maszyna do pisania, liczman, dużo rachunków na drutach, pachnie naftą i mąką. Obaj znów mówią na temat księży, wypowiada się Grzeszczeszyn, Hessel od czasu do czasu wtrąca: „Ha, trudno. Jakoś tam będzie, cierpliwości”. Na mnie patrzy dziwnie, powiedziałbym – porozumiewawczo. Właśnie przechodził jakiś młody człowiek. Hessel zatrzymał go, przedstawił nam jako syna, polecił mu coś tam przynieść, coś do wypicia. Nic nie rozumiem o czem oni mówią, ciągle słyszę obce mi nazwiska i nazwy miejscowości, słowa takie, jak zrzeszenie nauczycieli, kółka rolnicze, rosy, hodowla jedwabników. Syn Hessla przynosi wódkę, bułki i masło. Widać, ze stary jest z gatunku tych ludzi, którym trudno rozmawiać na sucho. Podsuwa nam kieliszki, mówi: „Aby nam się dobrze działo”, a ja nagle doznaję jakiegoś straszliwego wstrząsu, bo to co wypiłem było nadwyraz niedobre, jakiś cuchnący ogień, znów ta okropna kaszasa. Poweseleliśmy. Smaruję bułkę masłem, nie wiem dlaczego wstałem i jedząc tę bułkę, przytupnąłem nogą w podłogę. Hessel, gwałtownie jak ulewa, zaczyna się natrząsać z Grzeszczeszyna. Że robi zamęt, obiecuje a nie wykonywa; miał przecież przysłać mu nasiona morwy.    

Grzeszczeszyn mówi teraz o koniach. Żeby Hessel wystarał się nam o konie albo o karosę. Hessel obiecuje, że jak tylko będzie coś wiedział, zaraz nas zawiadomi. Nagle tematy się wypaliły, już niema o czem mówić, żegnamy się, wychodzimy. Jestem otumaniony wódką, zawsze sobie mówiłem, że rano nie należy pić. Znów doznaję wrażenia niesłychanej, lepkiej od bezsensu bzdury. Przecież ta cała rozmowa to było nic. Ale czego ja właściwie chcę? Ma się zaraz dziać coś wielkiego. Może dlatego, że ja raczyłem tu przyjechać. Dlaczego się ciągle przyczepiam do Grzeszczeszyna? Pragnę z niego na siłę zrobić dziwaczną posłać, dominującą potworę w mojej podróży. Moja sprawa, to wszystko pokolei opisać jak należy i nie robić żadnej atmosfery, jakichś tam nastroików. Zwracam się do Grzeszczeszyna, klepię go po ramieniu i mówię:

– No co, kochany panie, mieliśmy pójść do księdza Grzywy? Idziemy, co?

– Zaraz, zaraz – wolnego! Już niech pan mnie zostawi, dokąd mamy pójść młody człowieku.

Przystanęliśmy na środku drogi. Grzeszczeszyn uchwycił się ręką za brodę i zastanowił się. Przewaliło się nad naszemi głowami kilka ociężałych ptaków i opadły na pobliski dach. Znam już je, wiem, że to są ścierwce brazylijskie: corvy. Są czarne, wielkości kury, uważają je tutaj za spełniające funkcje asenizacyjne. Nie wolno ich zabijać, są traktowane jak u nas bociany. Siedzi ich teraz kilka na dachu, wstrętne, ponure, niechlujne w ruchach. Mają napół opuszczone skrzydła, poruszają się ociężale. Symbol beznadziejności, nędzy istnienia.

Więc Grzeszczeszyn postanawia pójść do księdza. Zdążamy tam w rozkracznych podskokach, boleśni. Domek księży jest jak uzewnętrzniony pokój panieński. Anemiczny, czyściutki. Wczoraj wieczór nie dostrzegało się tego tak wyraźnie. Obskoczyły nas czarne, zuchwałe pieski; podskakujące, znaczące nasze ubrania plackami błota. W drzwiach zamajaczył ksiądz czarną, groźną plamą. Wielki mężczyzna z twarzą jak pajda razowego chleba. Nad wypukłemi, brązowemi policzkami tkwiły oczka wypukłe, szkliste, przesłonięte skądś mi znaną mgłą. Zacząłem nerwowo i szybko myśleć, u jakich ludzi widzi się takie oczy. Ale ksiądz machnął przed nami ręką jak łopatą, chwilę przypatrywał się pilnie Grzeszczeszynowi, następnie powiedział: „Wejdźcie panowie do środka” i zaraz potem wykrzyknął:

– Ależ to przecież kochany pan Grzeszczeszyn! Proszę, proszę! Gdzieśmy to się ostatni raz widzieli? A, na zjeździe nauczycielskim! O, to bardzo się cieszę – tu, tu! O, do tego pokoju!

Pokój pachniał jak wszystkie księże mieszkania. Przyjemnie i świeżo. Na ścianie wisiała reprodukcja obrazu przedstawiającego Chrystusa i Łazarza, poniżej to samo na płótnie, tylko jakieś inne, zamazane. Grzeszczeszyn przystanął przed temi obrazami i zapatrzył się okiem znawcy.

– To ja sobie tak kopjuję w wolnych chwilach – wyjaśnił ksiądz.

Grzeszczeszyn plasnął w dłonie i opuścił je na „podołek”.

– Jakie to jest śliczne, proszę księdza. Taki talent.

Ksiądz machnął ręką, pousadawiał nas w fotelach i powiedział, że zaraz przyjdzie, tylko przyniesie piwa. Wyszedł. Grzeszczeszyn jeszcze wpatrywał się w obrazy, cofał się parę kroków, to znów stawał tuż przy obrazie.

– Panie, powiedz pan: ksiądz i do tego tak ślicznie maluje. Ile w tem koloru.

Rzeczywiście wzrok Grzeszczeszyna wyrażał zachwyt i jeszcze coś: ekstazę, zażenowanie, szczęście. To wszystko zauważyłem w nim jak tylko zobaczył księdza. Twarz mu wyszlachetniała. Ksiądz przyniósł cztery butelki piwa, ponapełniał szklanki, wypił swoją jakoś chciwie, smacznie. Wyjął gdzieś tam styłu chusteczkę (przypomniał mi się Reymont, bo „zapachniało jak z trybularza”), wytarł nią usta i czoło, splótł ręce i oparł na nich brodę, poczem powiedział:

– Więc w podróż, w podróż po świecie? O, dawno nie wyjeżdżałem, pracy tyle, zło się tu u nas wylęgło, trzeba je niszczyć, trzebić. Co to! psy! A szelmy, say, say!

Rzucił się do tych piesków z dziwną pasją, wyganiał je jakby to była grupka szatanków. Wreszcie trzasnął drzwiami, usiadł i powiedział:

– Pijcie panowie piwo.

Grzeszczeszyn jest podniecony, mówi piskliwie, z gardła.

– Ach, słyszałem, słyszałem, proszę księdza. Księża narodowi zakorzeniają tu niepokój. Mój Boże, co za czasy, poprzyjeżdżali jacyś wycirusy, bez Boga w sercu, tumanią ludzi. Myśmy musieli się zatrzymać u Marjankowskiego, może mi się uda przekonać tego wichrzyciela. Mam misję i muszę ją wypełnić. Ach, jak cierpię, gdy widzę łotrów podnoszących głos na prawych duchownych.

– E, nie jest tak źle. Damy sobie z nimi radę – odpowiedział ksiądz. – Nie trzeba się znów tak przejmować. A wiecie co, moi drodzy? może zjemy coś i napijemy się czegoś mocniejszego, co? Mam dobrą kaszasę, starą. Cichutko, zaraz każę ją podać i coś do przegryzienia. No bo jakże tak na sucho?

Grzeszczeszyn ukrył twarz w dłoniach i wysyczał czy wyjęczał: pocziwina – wszelkie łajdactwa rozbiją się o jego dobroć. Zaciągnąłem się papierosem łapczywie i poprawiłem się w fotelu. Z rozkoszą byłbym zrobił teraz Grzeszczeszynowi jakąś wyrafinowaną krzywdę, naprzykład zanurzyłbym mu twarz w łajnie, już nie wiem, coś w tym rodzaju W tej chwili był ohydnie sztuczny, śliski, trudno to wyrazić. Za jakiego durnia musiał mnie uważać, skoro sobie pozwalał wobec mnie na takie komedje. Raptem sporzał na mnie kwaśno i żałośnie i powiedział:

– E, pan tego wszystkiego nie rozumie!

– Rozumiem to, że jest pan skończona małpa – powiedziałem wreszcie.

Twarz mu się skurczyła, nabrała wyrazu. Powiedział słodko:

– Pan się upił, młody człowieku.

Ksiądz wszedł dużemi, energicznemi krokami. Zatarł ręce, powiedział coś na temat pogody i że zaraz nam podadzą przekąskę. Na chwilę zaciekawiły go nasze miny i zaraz dodał:

– Mówmy o czemś weselszem, wy jesteście młodzi, ja też nie stary. Co tam słychać w Kurytybie, mówcieno ploteczki, moi drodzy.

Więc mówili o rzeczach dla mnie dziwnych, nieznanych mi zupełnie. Grzeszczeszyn zachowywał się teraz wspaniale; mówił powoli, a gdy mówił, patrzał w oczy księdzu, był opanowany, czułem że wie o mojem zdenerwowaniu, że strzeliłem głupstwo ubliżające nie jemu a sobie. Ja czułem się teraz marnie, ubogo i niepotrzebnie. Kiedy pomarszczona, znajoma mi od wczoraj pogodna staruszka z okna przyniosła karafkę z żółtą wódką i coś do zjedzenia, kiedy ksiądz przyjemnie zmrużył oczy i napełnił kieliszki, nie czekając na słowa księdza, coś w rodzaju: „Aby nam się dobrze działo”, wychyliłem gwałtownie kieliszek i kiedy go postawiłem, spotkałem się ze wzrokiem Grzeszczeszyna, wyrażającym upomnienie, zrozumienie i może jeszcze litość!

Piliśmy wódkę, przekąski były na ząb, ksiądz często mówi takie słowa: „Co tam, panowie! No, trzaśnijmy jeszcze po jednym! Wypić można, byle w miarę!” Wszelkie symptomy pijackie, bo teraz już wiedziałem, że ksiądz to alkoholik, przypomniałem sobie wrażenie jakie na mnie zrobił gdy go zobaczyłem, jego wypukłe, szkliste oczy i nalaną twarz. Byłem odurzony, zły, wykrętnie odpowiedziałem księdzu na pytanie, co mnie tu sprowadza. Rozmowa ożywiała się, gasła, wreszcie ksiądz zaproponował aby pójść obejrzeć kolegjum, które się buduje, i przy okazji złożyć wizytę siostrom. Wstaliśmy, poszurgaliśmy trochę nogami, ksiądz wziął kapelusz i parasol i ze słowami przy drzwiach: „Proszę, proszę, pan będzie łaskaw, ja tu gospodarz” – wyszliśmy na rozmokły trakt. Nic się nie poprawiło na niebie, było brudne jak pomyje, wiatr ciął rzadkim deszczykiem, marszczył kałuże na drodze. Szliśmy w milczeniu, ksiądz lewą ręką podciągał sutannę, podskakiwał, pomagał sobie parasolem w utrzymaniu równowagi. W oddali ostrzyła się wieżyczka kościoła, właśnie zbliżała się do niej spasła, brunatna chmura, brzuchem nadziała się na szpic, pomyślałem sobie nieprzytomnie, że teraz z tego brzucha wypłynie może coś wstrętnego. Ale nic takiego się nie stało, tylko ksiądz wskazał parasolem w stronę wieżyczki i powiedział: „O, tam jest nasz kościół”. Grzeszczeszyn zapytał, gdzie, ale właśnie tam już nic nie było widać bo chmury zakryły. Kiedy jest niepogoda i kiedy się widzi nieskończoną czerwoną budowlę i obok poukładane cegły, a wokół jakieś strużyny i wogóle nieporządek, to jest to widok nieprzyjemny i nadzwyczaj nudny. Kolegjum było, owszem – solidne, postawne, miało być kiedyś skończone. Obchodziliśmy wokół to kolegjum, ksiądz nam tłumaczył gdzie co będzie, bronił ręką kapelusza przed wiatrem, wyjaśniał ile brak cegieł, wszystko to było bardzo ludzkie, istotne – ale dla mnie obce i nieciekawe, przyznaję się do tego rzetelnie. W pobliżu stały jakieś domki, stamtąd z okien wyglądały – prawdę mówię – upiorne twarzyczki kobiece, obserwujące nas z chłodną, bezmyślną ciekawością.

– No to teraz pójdziemy do sióstr powiedział raptownie ksiądz.

Lecz nie, społecznik-Grzeszczeszyn polecił sobie obliczyć ile jeszcze potrzeba pieniędzy na ukończenie gmachu, on zrobi składkę, tak, on napewno przyczyni się aby było jaknajlepiej. Już w Kurytybie słyszałem cośniecoś, że Grzeszczeszyn jest bardzo ubogi, że właściwie jest to człowiek bez znaczenia, że ma bzika na punkcie pracy społecznej i że bardzo źle to robi a nawet szkodzi. I teraz zatrzymuje nas na deszczu. Więc ksiądz zaraz obliczy, nie ma ołówka, daję mu ten ołówek – oblicza. Grzeszczeszyn ma twarz skupioną, powiedziałbym – cierpiącą.

– Potrzebaby jeszcze ze sto dwadzieścia tysięcy milrejsów – mówi ksiądz.

– No, tak… to się jakoś zrobi – powiada Grzeszczeszyn.

Idziemy do sióstr, widać poruszenie twarzyczek w oknach. Grzeszczeszyn obiecuje przysłać nasiona morwy: trzeba, aby ten placyk nie był taki pusty. W drzwiach witają nas dwie siostry – smutne ptaki w czepcach. Siadamy w pachnącym czystą stęchlizną pokoiku – znów się mówi o morwach – przyśle je Grzeszczeszyn, napewno przyśle. Ksiądz siedzi – zuchowato czerwony na twarzy – naprzeciw jednej z sióstr. Chwytam ich spojrzenia – co mi jest? Jakieś pijane przypuszczenia. Może wydaje mi się, ale te spojrzenia wcale nie są takie znów duchowne, raczej poufne i porozumiewawcze spojrzenia mężczyzny i kobiety. Brr, jestem stanowczo przedenerwowany, przesiąknięty wyimaginowanemi nastrojami, atmosferą tajnych dziwności w tej mieścinie. Teraz siedzę w tym chłodnym pokoiczku, słucham bezpłciowej rozmówki, murrurur, cszup-czszup, pszz – i wspominam szeroką, widną przeszłość, twórczą i męską. Wstają, pokazują ochronkę, tu salka taka a tu taka. Gdzieniegdzie migają śmiertelne twarzyczki, upiorki takie blade.

– Dowidzenia, szczęśliwej podróży, tylko niech pan nie zapomni o morwach, panie Grzeszczeszyn!

Ksiądz wyszedł z nami, żegnamy się na rozstaju, z uśmieszkami jak szkiełka na twarzy. Oglądam się za księdzem: wiatr miota jego sutanną, ksiądz zatacza się zdziebko, czarny jest, parasol nad nim czarny – dziwny sprzęt w rękach człowieka. Biorę Grzeszczeszyna pod rękę i mówię mu coś o przeproszeniu, że się uniosłem, że jestem nerwowy. Powiada:

– Głupstwo, tego nie było, tego się nie pamięta, chodźmy prędko, bo się spóźnimy na obiad.

Częstuje mnie papierosem, jest dobry, wybaczył mi.

Jemy teraz obiad u sympatycznych Marjankowskich. Opowiadam jakie na mnie zrobiły wrażenie dzisiejsze wizyty. opowiadam ja, bo Marjankowski mnie o to pyta. Mówię, że to wszystko jest może interesujące dla tutejszych ludzi, ale dla człowieka, który świeżo przyjedzie z Europy, bardzo szare, małe i ubożuchne. Że przytem dręczy mnie niepogoda, że tutejsze deszcze są dziwnie posępne, tęskliwe. Mówię o wizycie u sióstr, że ksiądz zachowuje się tam tak swobodnie, za bardzo po męsku…

– Bo przecież żyje z tą mniejszą – mówi Marjankowski poważnie.

Patrzę na Grzeszczeszyna, ale on się za czemś ogląda, wreszcie powiada, że mu potrzebna jest sól, że lubi słono. Marjankowski mówi dalej:

– Wie pan, ja tu niby z nim, jak to się mówi, walczę. I nie wypadałoby mi o nim źle się wyrażać, zwłaszcza o jego prywatnych historjach. Ale ten jego stosunek z przełożoną jest wszystkim wiadomy. Ludzie tutaj są tacy, że się szybko do największych dziwactw przyzwyczajają i lubią spokój. On przy tem wszystkiem jest zdecydowany alkoholik, często zdarza mu się mszę odprawiać po pijanemu, raz nawet zatoczył się z monstrancją przy ołtarzu. Chodzi sobie często do tych sióstr, one mu tam warzą różne nalewki, śpiewają mu – żyją sobie dość dobrze, tak pospołu. Widzi pan, ja jestem człowiek młody, muszę się wyżyć, mam dużo energji, czytam Russella, czytam Boya – oni mnie nauczyli co to jest człowiek, świat wali naprzód jak wściekły, a tu taki lump w sutannie robi sobie z ludności stado owiec, rzeczywiście pasterz. Teraz to się trochę po moim przyjeździe zmieniło, ale dawniej to przecież on ze swego stolca kapłańskiego zbierał masę pieniędzy, i gdy się w tem zorjentowałem, to aż mi się niedobrze zrobiło, tak ludzie byli nim otumanieni. Sprowadziłem księdza narodowego, ten znowuż tuman i niedołęga -ot, ksiądz bez praktyki. No, o tyle jest potrzebny, że chrzty i pogrzeby robi za darmo. Ludzie zaczynają się trochę orjentować, Grzywa robi nagwałt kolegjum, oczywiście poto aby umocnić swoje wpływy. Kolonja jest bogata, udało mu się zebrać trochę pieniędzy – ale teraz koniec, zabrakło. Teraz tak trzebaby wykombinować, żebyśmy my ukończyli to kolegjum, żeby ostatnie słowo zostało przy nas. No, robi się cośniecoś – zobaczymy co będzie dalej. Pobędzie pan tu w Brazylji nieco dłużej, to się pan zorjentuje we wszystkiem. Chorobą i pasorzytem naszych kolonij tutaj jest ksiądz-misjonarz. Wyleczy się z tego – będzie zdrowie, będzie rzetelna, twórcza i ludzka robota.

Grzeszczeszyn siedzi niemrawo uśmiechnięty, i gdy patrzę na niego, przychodzi mi na myśl, że przecież on nie posiada za grosz wyrazu, że ta twarz nic nie mówi. Ot. dupo-twarz. Widzę, że Marjankowski nie ma właściwie wyraźnego stosunku do niego, traktuje go jakoś niepewnie. No, ale dość już o tym Grzeszczeszynie, postać ta korci mnie bardzo, i ciągle się nią interesuję. Wstajemy od stołu i w sali towarzystwa Marjankowski nakręca patefon. Żałosne melodje kaboklerskie snują się między nami, wytwarzają nastrój banalnej lecz przyjemnej tęsknoty, pobudzają umysł do wspomnień o kraju, zdają się łączyć ze szmerem kropel na szybach, niesposób się z tego otrząsnąć, choć się wie, że jest to bardzo naiwne.

Rano pokazało się słońce w Iraty, ale deszcz pada ciągle – nie przeszkadzają sobie wzajemnie. Ciągle nie możemy jechać dalej, nie ma na czem, drogi rozmokły. Pali się dużo papierosów, swoim zwyczajem zadaję dużo niedyskretnych pytań żonie Marjankowskicgo. A to jak się poznali, a czy go kocha, czy dobrze im tu razem, czy nie tęskni za krajem. Odpowiada na wszystko, dodaje jeszcze parę słów od siebie, świetna kobietka z tej pani Marjankowskiej. Wierci się koło kuchni, coś tam sieka, furkocze jej powiewna sukienka. Marjankowski ma przerwę w lekcjach, więc wychodzimy na plac przed dom i kropimy ze smithów do celu. Ocknięte wystrzałami, ciężko odrywają się od ziemi corvy. Wszyscy trzej dobrze strzelamy, nic sobie nie mamy do zarzucenia. Na obiad przyszła ze swej szkoły, oddalonej o cztery kilometry od Iraty, panna Genia. Budzi we mnie bardzo zdrowe choć ordynarne pragnienia, natomiast Grzeszczeszyn robi się sentymentalny, oczka robią mu się smutne. Piotr Płaksin -psiakrew! Panna Genia pali papierosy, choć jej szkodzą, jest marlenowata, co mnie rozbycza i denerwuje. Ponieważ panna Genia jest tam, w tej swojej szkole, nauczycielką, więc Grzeszczeszyn obiecuje poprawić jej byt, on już to zrobi, że panna Genia zostanie „przeniesiona” do Kurytyby, poco ma się w tej dziurze marnować. Ona słucha, uśmiecha się poprzez kłęby dymu, przechyla głowę dotyłu, jest troszkę oszołomiona vermouthem – najwytworniejszym trunkiem jaki tu można dostać, jest nawet dość interesująca.

Już dość nasłuchaliśmy się patefonu, Grzeszczeszyn, roztańczony, wodzirejowaty, usiadł przyjemnie znużony na krześle, ja nie tańczyłem, bo nie umiem, panna Genia zabiera się do powrotu, musi wrócić do siebie, zanim się zrobi ciemno. Pójdzie sobie górną ścieżką, nic chce abyśmy ją odprowadzali na takie błoto. Zupełnie słusznie. Poszła, zostawiła po sobie trochę kobiecego ciepła w naszych bardzo tego spragnionych sercach. Do kolacji Marjankowski opowiada nam o różnych strasznych zdarzeniach, jak łatwo tu, w lasach, postradać życie. Tak mnie pokrzepia na duchu do dalszej podróży. Po kolacji idziemy do kina, bo jest kino w Iraty. W sali tupią nogami postacie groźne, w wielkich kapeluszach, gryzące orzeszki i obejmujące swoje dziewczęta. Tak, tutaj już jest trochę Ameryki.

Z kina wysypujemy się jak z worka w gęstą czerń ulicy, jacyś niewykończeni wewnętrznie. Więc powstaje pomysł zabrania do domu wódki; Grzeszczeszyn ma to załatwić. Widzieliśmy jak wszedł do spelunki ziejącej na milę morderstwem, jak przy bufecie wsunął coś do kieszeni i jak wyszedł do nas zdrów i cały. Ale w domu okazało się, że Grzeszczeszyn nabył rzecz straszną, mianowicie kupił butelkę „pingi”, wódki, przy której nasz denaturat jest nektarem. Uradziliśmy, że ma to odnieść i kupić za osiem milów butelkę underbergu; jest to ziołowa, gorzka wódka, przypominająca „angielską gorzkę”. Poszedł, wrócił z tą wódką i z dwiema butelkami piwa. Wypiliśmy po jednym kieliszku tego trunku, conajmniej z pięć minut trwało milczenie, wreszcie gwałtownie i nieopanowanie Grzeszczeszyn wyrzucił z siebie szereg nazwisk kobiet, które jakoby miał, potem zaśmiał się niesamowicie, wstał, uderzył pięścią w stół, wykrzyknął: No, lejcie jeszcze, do jasnej cholery! Dziś ja się muszę upić!

Siedzieliśmy przy stole przez chwilę oszołomieni wybuchem Grzeszczeszyna. Ja, własną ręką napełniłem mu drugi kieliszek i zanim zdążyłem nalać nam, Grzeszczeszyn wessał chciwie wódkę, krzyknął jeszcze raz: „Lać, lać dalej!”. Więc nalałem mu – a jakże – znowuż, Grzeszczeszyn i to wypił, poczem wydął swe wątłe piersi i wyrzekł zimno, ze świstem:

– Dziś mógłbym zabić człowieka.

Teraz dopiero roześmieliśmy się we troje bardzo wesoło i serdecznie. Grzeszczeszyn, nie zwracając uwagi na żonę Marjankowskiego, zaczął nam opowiadać niesłychanie drastyczne i intymne przeżycia. Wychylił się bardzo nad stół i wymówił nazwisko pewnej mężatki.

– Oho, ta! Może ją mieć każdy za piętnaście milów. Tak, panowie! A jak była rewolucja, to kto poderżnął gardło brzytwą generałowi Caio Machado? Ha, nie wiecie, to teraz się dowiecie: ja! Grzeszczeszyn, własną ręką, bo jestem nieubłagany gdy chodzi o sprawę.

Marjankowski pił właśnie piwo i parsknął tak śmiechem, że opryskał nam głowy.

– Ależ panie, przecież Caio Machado żyje, siedzi w Sao Paulo!

– To może brat tamtego, czy co u licha – wyszeptał ponuro Grzeszczeszyn. – E, zresztą bierz was djabli, -upiłem się jak rzemieślnik. Głupstwo, tańczmy, grajmy – kto wie, co człowieka może jutro spotkać!

Przeszliśmy do sali. Grzeszczeszyn szalał, tańczył sam przy dźwiękach „Śmierci Azy”. Wychyliliśmy się na chwilę z Marjankowskim przez okno, aby zobaczyć jaka pogoda zapowiada się na jutro, gdy raptem usłyszeliśmy za sobą pisk pani Marjankowskiej; obróciliśmy się i zobaczyliśmy pochylonego Grzeszczeszyna jak biegł szczypiąc palcami powietrze za łydkami niewiasty. Usadowiliśmy Grzeszczeszyna na krześle, zanosząc się od śmiechu. Mruczał coś o swem parszywem życiu i konieczności zrobienia czegoś wielkiego. Tak nas ciągle absorbował sobą, że ciągle byliśmy tylko nim zajęci. Siedzieliśmy teraz sennie, przeglądając pisma. Grzeszczeszyn wstał powoli z twarzą bladą i zdumioną, szybko podszedł do okna, otworzył je i zwisł tam jak szmata, w okropnych, przejmujących torsjach. Wynieśliśmy się do drugiego pokoju, Marjankowska zaczęła słać łóżko, a myśmy patrzyli sobie w oczy i bardzo serdecznie zanosiliśmy się od śmiechu.

Postać Grzeszczeszyna zjawiła się przed nami niby duch. Trzymał rękę na sercu i wyszeptał grobowo:

– Idę spać.

Rano wstałem z energją; myjąc się, podśpiewywałem sobie jak stary kawaler. Pogody nie było, za oknami ciekło jeszcze z nieba. Zdołu, spod podłogi dochodził mnie energiczny, kobiecy głos. Czasem słyszałem portugalskie słowa. Grzeszczeszyn spał nawznak, a może i nie spał, bo choć oczy miał zamknięte, mina jego była błoga, jakby wsłuchana w coś – marząca. Schodząc nadół, wypadało mi przejść przez salę szkolną, z dzieciakami w ławkach wpatrzonemi w tablicę. Przy tablicy stała bardzo ładna panna, brunetka w białym, lekarskim płaszczu. Rysowała coś na tablicy i objaśniała w języku portugalskim. Skłoniłem się i poszedłem do kuchni, przywitałem się z panią Marjankowską i zapytałem, kto jest ta panna. Wyjaśniła mi, że to nauczycielka, Brazylijka pochodzenia polskiego. W każdej polskiej szkole musi być wykładowca w języku portugalskim. Pijąc kawę wspomniałem o wczorajszym, wesołym wieczorze, pogawędziliśmy trochę o pogodzie, powiedziałem kilka słów na temat kłopotu, jaki im sprawiamy sobą, otrzymałem zapewnienie, że na tej pustce jest to raczej dla nich tylko przyjemność, poczem wyszedłem przed dom, ale zaraz przejęła mnie wilgotna mgła, więc stanąłem w drzwiach i paląc papierosa, z rękami w kieszeniach przewałkoniłem tak z dziesięć minut.

Znów mnie ogarnęła nuda, przeszedłem przez salę, zerknąłem w stronę nauczycielki, powtórzyłem sobie jeszcze raz w myślach, że jest ładna, i przemierzywszy trzeszczące schody, wszedłem do pokoju. Grzeszczeszyn jeszcze leżał, palił papierosa, a na mój widok poruszył się w łóżku kokieteryjnie, wstydliwie. Powiedziałem mu dzieńdobry, posterczałem trochę w oknie, bo Grzeszczeszyn zaraz odezwał się do mnie tonem kapryśnej wymówki:

– Zamknij pan okno, bo przecież zimno, Jezusmarja!

Usiadłem na swojem łóżku i zacząłem przewracać kartki geografji portugalskiej, którą wiozłem ze sobą. Nadole brzmiały powolne i mocne słowa dziewczyny. Grzeszczeszyn uniósł się na łóżku i powiedział:

– Panie, niech pan zejdzie nadół i powie tej nauczycielce co tam uczy, żeby tu do mnie przyszła, niech pan powie, że do Grzeszczeszyna, to ona już będzie wiedziała. Niech przerwie lekcje. A pan niech tu nie wchodzi z pół godziny, niech pan połazi trochę po mieście…

Odłożyłem książkę na bok, wstałem i podszedłem wolno do łóżka Grzeszczeszyna. Z początku uśmiechał się z wysuniętym językiem, ale na widok mojej miny, posunął się do ściany, podciągnął kołdrę pod szyję i wyszeptał:

– No co…

Zatrzymałem się nad nim i chwilę patrzałem jak na robaka. Widziałem, że zbladł i nerwowo wpatrywał się we mnie. Powiedział cicho:

– Ojej, jaki pan dziwny, co panu szkodzi…

Przecież nie będę go bił, bo jakże bić takie paskudztwo. Odwróciłem się w milczeniu i poszedłem ku drzwiom. Dogoniły mnie słowa:

– Powiedz jej pan, powiedz! nie bądź pan ten co ryje…

Kiedy przechodziłem obok niej po raz trzeci, spojrzała na mnie dość ostro i zaraz odwróciła się. Mruknąłem po portugalsku coś w rodzaju przeproszenia. Do obiadu włóczyłem się w pobliżu domu z obrzydliwem samopoczuciem, w czasie jedzenia wyraziłem zniecierpliwienie w związku z przymusowym postojem tutaj. Marjankowski odpowiedział mi, że w Brazylji używa się ciągle słowa „patiencia” – „cierpliwości”! Jakoś mnie uspokoili, ględziło się o tem i owem, w pewnej chwili weszła znajoma mi od rana nauczycielka, przywitała się z nami wesoło, do mnie powiedziała: „A, to pan tak ciągle w tę i nazad”… Grzeszczeszyn zaczął się jej przypominać, że byli razem na kursach w Kurytybie. Nie pamięta go, nie może go sobie przypomnieć. Odwołała nabok Marjankowską, bo przyszła w interesie. Znów całe popołudnie graliśmy w preferansa, przy kolacji mówiło się wiele o Sowietach, ale to wszystko było wodniste, bez humoru. Toteż wcześnie poszliśmy spać. Leżeliśmy już w łóżkach, w głowie tłukły mi się idiotyczne myśli, coś tak bez sensu, że aż brzydziłem się samym sobą. Przytem wwiercały mi się do ucha obleśne słowa Grzeszczeszyna:

– …a raz miałem jedną malarkę w Częstochowie – żyłem z nią – wie pan… Namalowała raz mój portret w smokingu i obtoczyła mnie namalowanemi nagiemi kobietami… to ja jej mówię: „Coś ty Nenka zwarjowała, przecież jakże ja to komu pokażę… taką nieprzyzwoitość”… No to ona zmalowała te baby… Tak, mówię, to teraz rozumiem… bo tylko powiedz pan…

Wcześnie rano obudził nas Marjankowski z wiadomością, że Hessel przysłał carosę, która jedzie do Prudentopolis. Pokój pełen był słońca, jasności, pogody. Nadole czekał na nas rudy Ukrainiec, handlarz owoców, ze swoją carosą. Siedem drzemiących mułów i jeden koń stało w zaprzęgu. Carosa była szeroka, miała płócienny dach – cygańska buda na czterech kołach. Z ochotą zbierałem swoje drobiazgi, uradowany pogodą i ruszeniem nareszcie z miejsca. Pożegnaliśmy się z Marjankowskimi, powiedziało się trochę słów na temat ich gościnności, umówiliśmy się z karośnikiem co do opłaty za przejazd, po dziesięć milrejsów od osoby, i muły leniwie ruszyły. Z piętnaście minut jechaliśmy przez miasto. Iraty na skutek rozstania z niem wydało mi się milsze pogodniejsze, takie sobie ciche, prowincjonalne miasteczko. Droga nieco podeschła, była czerwona i tłusta. Leżałem na deskach, trzęsło mną jak worem, sielankowo gryzłem sobie jakąś trawkę. Grzeszczeszyn siedział obok Ukraińca, który mu opowiadał, że przywiózł tysiąc pomarańcz, nie mógł ich sprzedać, wreszcie sprzedał je wendziarzowi za dwadzieścia milów. Stracił, my pokryliśmy mu tę stratę. Jakieś cztery kilometry za miastem, Grzeszczeszyn poprosił aby chwilę poczekać na niego, sam pobiegł do pełnego wrzasków dziecięcych budynku, przywitał się tam na ganku z wiotką postacią kobiecą, chwilę stali, on coś zapisał, potem ona odprowadziła go do furtki, i teraz zobaczyłem pannę Genię. Kiwnęła do mnie ręką, przechyliła głowę z leniwym uśmiechem na twarzy. Kiedyśmy ruszyli, patrzałem na nią, w jej błękitne oczy pełne uśpionych, dziewczęcych tęsknot. Odwróciłem się i spotkałem tuż za sobą zmętniałe i kleiste oczka Grzeszczeszyna, wpatrzone we mnie ze śmieszną badawczością.

– Ja ją kocham, tę pannę Genię – wyszeptał spierzchniętemi wargami.

Wyraz twarzy miał idjotyczny, jego wyznanie obruszyło mnie. Czyż myśli -dureń – że mnie to cokolwiek obchodzi. I mówi mi takie rzeczy w tej carosie, w Brazylji, w słońcu. Potnik – psiakrew! Robił na mnie wrażenie starego potnika.

Zbigniew Uniłowski.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close