ZBIGNIEW UNIŁOWSKI

Z południa na północ Parany
PODRÓŻ DO IRATY (cz. 1)

Z Kurytyby – stolicy stanu Parana w Brazylii – zdarzało mi się wiele razy wyjeżdżać w głąb kraju komicznym pociągiem z zasapaną – niby tłusty kucyk – lokomotywą, z małemi wagonami, roztrzęsionemi w czasie jazdy. Na peronie trzeba było się zjawić o siódmej rano, z niesmakiem w ustach i czadem w głowie na skutek wczesnego wywleczenia się z łóżka. Szarość i chłód stacyjny stwarzał tutaj nastrój mrocznej wilgoci, ale kiedy się powiodło wzrokiem wzdłuż toru, raptem podłe samopoczucie opadało ze mnie jak łachman, bo tam dalej działo się coś bardzo ślicznego; wschodziło słońce oślepiającą bryłą jasności; samotna – wiecznie ta sama – palma drżała smukłem srebrem w namiętnej i już upalnej, poczynającej się sile, i myśl, że pociąg ruszy ze mną prosto w tę kipiel kolorów, stwarzała gwałtowną chęć jechania natychmiast! To prawda, że tam dalej nic się nie działo, doznawało się jeszcze jednego zawodu przy zetknięciu z naturą w Brazylji. Słońce stawało się suche i białe, kolory ginęły, palma traciła swą dziwność, pociąg mijał domki ziejące smutkiem i brudem, jakieś fabryczki, ludzi stojących na drogach i głupio wgapionych w rozdzwonioną, parskającą lokomotywę. W wagonie zaczynało się przewalać wściekłe gorąco, razem z kłębami czerwonego pyłu i sadzy. Zawsze jednak doznawałem pewnego wrażenia, natomiast dziś wszystko maże się i pulchni w uporczywym deszczyku, zasila on jeszcze jadowitą, kurytybską wilgoć, razem z nią przenika odzież i ciało, nawet duszę. Z tą wilgocią, to jest tak jakoś… że wiatry przynoszą parę od mórz, uderzają one o łańcuch gór i… Nie jestem uczony w tej materji!

W Kurytybie, słowem, jest wilgoć.

Zawlokłem worek z rzeczami do wagonu, teraz stoję na peronie i rozmyślam na temat, że właściwie wybieram się w głąb kraju podobno dosyć dzikiego, na dość długą włóczęgę, gdzieś tam są Indjanie, których nie znam, bo poprzednie moje wyjazdy w okolice nie docierały do nich. Poradzono mi także ubrać się odpowiednio jak na tak daleką wyprawę; mam wysokie buty i na ramionach tutejszą „capę”: długą szarą pelerynę, która ma chronić od deszczów i służyć za przykrycie lub poduszkę. W worku leży siedmiostrzałowy rewolwer marki Smith i dużo wielkich, ołowianych kul. Słowem, akcesorja niebezpiecznych zamierzeń. Nadomiar towarzyszy mi człowiek, którego znam krótko i trochę ze słyszenia. Nazywa się Grzeszczeszyn i akurat dla jakichś tam swoich celów jedzie tym samym szlakiem. Właśnie spotkał znajomego, stoją obok i gawędzą. Grzeszczeszyn jest ubrany jak ekonom do wyjazdu w pole, ale ten drugi ma taką samą „capę” jak i ja, oraz wielki czarny kapelusz z paskiem pod brodę. Twarz sucha, sczerniała i pomarszczona, wargi wąskie, nos jak dziób i wielkie, groźnie błyszczące czy. To jest taka postać o jakich dotychczas tylko czytałem. Wogóle przypominam sobie opisy podróżników naszych i obcych, zaraz też przenika mnie marna myśl, że ja przecież jestem taki pisarz od spraw istotniejszych niż głupie podróże i że wogóle miejski i „psycholog”. Jasne jest, że lękam się trudów i nieznanego. Poco tam jadę? Możę zginę gdzieś nędznie od kuli, noża czy pazurów! Bo przecież niedawno czytałem choćby opisy naszych przedzieraczy brazylijskich dżungli; – i cóż? Roi się wprost od stworów dybiących na życie człowieka! Może nie jechać! Czy mnie aby nie szkoda? Przecież w ciszy kawiarenki mogę obmyślać powieści obyczajowe i także rzetelnie przysłużyć się naszej literaturze. Zaraz jednak między te myśli wkrada się obrzydzenie do siebie, i śmiało podnoszę głowę, bo na peronie orkiestra dęta gra hymn brazylijski. Widzę kilkunastu oficerów w mundurach, w rozpiętych płaszczczach wojskowych, w czapkach z czoła, to na ucho. Czekają widocznie na tęgiego cywila, który właśnie przeciska się do nich. Podchodzę do Grzeszczeszyna, który wyjaśnia mi, że to jest „interventor” stanu Parana (to tak jak u nas wojewoda). Wyjeżdża na kilka dni, więc orkiestra żegna go hymnem, a także schodzi się właśnie reszta oficerów, aby mu – podjeżdżającemu – oddać honory. Robi się tłumno i gwarno. W szeregu różnych drobiazgów widzę tabliczkę, gdzie jest napisane, że Kurytyba leży 896 m nad poziomem morza. To tak mniejwięcej jak u nas w Kuźnicach? Już myślę o tych stronach, zaczynam mdło tęsknić za krajem, przypominają mi się różne rzeczy, z tem wszystkiem wsiadam do pociągu, lokomotywa urządza piekielny hałas, popiera go orkiestra, wszędzie mgła, deszcz i czerwone, tłuste błocko parańskie.

*

Naprawdę nie wiem, dokąd jedziemy. Gdzieś w lasy, znane mi z okropności opowiadanych na zimno przez tych którzy je znali. Prócz tępego zdenerwowania i oszołomienia, przeżywam ordynarny niepokój. Niema we mnie nic z młodzieńca, rozgrzanego żądzą przygód. Trudno, muszę się ująć w garść i poznać wnętrze Brazylji, skoro już tutaj jestem. Więc jadę i kombinuję jakby tu, w razie czego… Wagon trzęsie tą moją nieszczęsną, kombinującą głowiną. Za oknem wlecze się pejzaż deszczowy, podobny do widoków z wagonów całego świata o takim czasie. Tylko pinjor, ten posępny arystokrata brazylijskiego drzewostanu, majaczy wyniośle na widnokręgu, o pniu nagim i wysokim, z kręgiem wygiętych ku niebu gałęzi u samego szczytu. Jak parasol wielkoluda. Czasem mignie wiotka i rozwiana na wietrze palma albo zażywny, jasnozielony krzak banana. Ale dzisiaj to wszystko nie sprawia wrażenia egzotyzmu, a boleśnie znieruchomiałe krowy podkreślają raczej zwyczajność krajobrazu.

Grzeszczeszyn nagle przedstawił mnie swemu znajomemu, który podał mi niemiłym zwyczajem tubylców końce palców. Znajomość ta ożywiła mnie trochę, chociaż słowa nie przemówiliśmy do siebie, bo Brazyljanin dalej rozmawiał z Grzeszczeszynem. To co mówił, było bardzo nieciekawe; rozwlekłe, powoli wypowiadane zdania odpowiadały sennej atmosferze w wagonie. Mówił o pogodzie, o jakiejś bójce i o spadku cen na świnie. W monotonnie zmieszanym rytmie kół, w szmerze deszczu na szybach i przyciszonych rozmów, słowa jego ciekły, mazały się po wagonie. Otuliłem się „capą”, chłód parański dokucza mi w ostatnich dniach bardzo; czekam na to słońce brazylijskie, które „pali”. Teraz jest początek września, za dwa tygodnie zacznie się tutejsza „primavera”, narazie wieczorami opada przejmująca mgła, wydaje się wtedy że można ją ugryźć jak kłębek waty. Podobno w grudniu, styczniu i lutym mają tu być wielkie upały; myślę o tem z utęsknieniem.

Brazyljanin opowiada o Polakach-kolonistach znad rzeki Ivahi, jak żyją, ile który ma alkrów ziemi, on też mieszka trochę za Theresiną, wymienia nazwiska, wreszcie mówi, że naród to dla niego dziwny.

– Ja naprzykład urodziłem się tutaj, jestem dość pracowity, nie tak jak inni „giente do matto”, mam dwadzieścia alkrów ziemi, z tego rosuję jakieś osiem, mam dwa konie, czterdzieści świń, trzy krowy, karosę, dom, niezłą gospodarkę. Ale ja się tutaj urodziłem, mam już czterdzieści lat. A tu przyjeżdża Polak, dziesięć lat temu, może go znasz – Gonczak; z pustemi rękami, kupuje sześć alkrów ziemi, nie ma pieniędzy na konia, jego żona nagotuje fiżonu na cały dzień, bez tłuszczu, i jedzą to tak z dzieciakami. I pomyśi tylko, senhor żreszcze… trzeszczy… szczuszczu… ależ macie imię trudne dla mnie, teraz ten Polak ma siedemdziesiąt alkrów ziemi, ze sześć koni, ze sto świń, dużo bydła, wszystko przez dziesięć lat, i to na moich oczach, bo przy mnie ma ziemię. Dawniej on chodził do mnie na robotę, teraz ja do niego! A to nie jeden, bardzo dużo jest takich. Co to jest? Ja też pracuję, i nie mogę narzekać, powodzi mi się, ale on przez dziesięć lat dorobił się trzy razy więcej niż ja. Tfy, czary jakie, barbaridade!

Ten towarzysz Grzeszczeszyna to typowy ,,kaboklo”, można już o nim mówić, że jest nie biedny. Ludzi tych nazywa się właściwie „giente do matto” – ludzie z lasu. Kaboklo to nazwa pogardliwa, w oczy się tak nie mówi. Kaboklo przez swoje lenistwo, gnębiony przytem przez choroby, żyje bardzo nędznie, póki ma trochę pieniędzy, nie weźmie się do żadnej pracy. Przeważnie wszyscy są bardzo biedni, ale ludźmi pracującymi pogardzają, Polaków nazywają mułami: „Polaco burro!” 1) są ambitni, z przeczulonem poczuciem godności i honoru, łatwo się obrażają i obrazy nie darują, zabijają. Mają piękne i długie nazwiska, są uprzejmi i gościnni, cenią przyjaźń bardzo wysoko. Bogactwo ziemi pozwala im wegetować, uważają, że ich kraj jest tak piękny a życie tak krótkie, iż jedynie człowiek bez czułej duszy może się zajmować czemś tak zwierzęcem i wstrętnem jak praca. Znajomy Grzeszczeszyna jest już nieco spolszczony, ma majątek, jest inny niż ci z lasu, mieszkający ze swą rodziną samotnie. Ci, co mieszkają w pobliżu cudzoziemskich skupisk, przejmują trochę ich obyczaje. To co piszę jest powierzchowne, aby poznać ich psychologię trzeba lata żyć między niemi, każdy przyjeżdżający tutaj cudzoziemiec uważa, że są łatwi do poznania, i po kilku tygodniach pobytu w interiorze wygłasza stanowcze opinje o tych ludziach. Aby choć trochę scharakteryzować lenistwo i powolność kabokla, przytoczę dwa – podobno autentyczne – zdarzenia.

Kilku kabokli odwiedziło świeżo osiadłego kolonistę polskiego. Pogawędzili sobie, jak zwykle o błahych sprawach; kiedy odchodzili, żona kolonisty dała im bochenek żytniego chleba, oglądali ten bochenek, powiedzieli, że zjedzą później, poczem wyszli, uszli kilkanaście kroków i rozdłubali chleb na mnóstwo kawałków. Po kilku minutach kolonista przechodził obok nich i zapytał zdziwiony: „Co wy robicie, przecież to się je!”. „Tak, ale my szukamy nasienia!”. Trudno im sobie wyobrazić, że można coś przetworzyć. U nich wszystko rośnie, prawie wszystko jest gotowe.

Drugie zdarzenie. Drogą w lesie przejeżdżał samochód ciężarowy jakiejś kompanji, szofer widzi wlokącego się pieszo kabokla i proponuje mu, aby usiadł obok niego. Kaboklo wsiadł, ale po kilku minutach jazdy powiedział, że chce zejść. „Dlaczego?” – pyta szofer. – „Za prędko!!”.

Pociąg nagle zaczyna wściekle gwizdać i raptem zatrzymuje się. Nie widać nigdzie budynku, więc wyglądam oknem i jestem doprawdy wzruszony, bo przecież o czemś takiem słyszało się tylko w anegdotkach z dawnych czasów. Na torze leży krowa, żuje sobie i nawet nie patrzy na pociąg, za nią stoi cielę zapatrzone, znieruchomiałe, prześlicznie głupie. Żołnierz jakiś poszedł zganiać krowę z toru, na pomoc maszyniście. Za chwilę jedziemy, mijamy krowę i cielę; patrzą powłóczyście za pociągiem. Żołnierz przezornie usiadł na innej ławce, dziewczynka popatrzała za nim smutno, potem przytuliła się do matki i usnęła. Kiwamy się wszyscy w wagonie, papieros mi nie smakuje, ciągle mam przykre poczucie bezsensu tej podróży. Odwracam się do okna, żadnej zmiany, równina, trochę zieleni, w zieleni mignie jadowicie czerwony kwiatek, palma, banan, wszystko w deszczu, cała ta „terra de cruzeiro do Sul”.

Na małej stacyjce zatrzymujemy się krótko, wychodzimy do stoliczka z kawą. Jest już osłodzona w czajniku, stara mulatka napełniła filiżanki, pije się w tłoku, potrącają mnie ciągle, kawa jest za słodka, przez co traci smak, ale ogrzewa, czyni umysł jaśniejszym. Duża filiżanka kosztuje dwieście reisów (sześć groszy). Grzeszczeczyn ze swoim towarzyszem wypijają przed kawą po dużym kieliszku „kaszasy”, wódki cuchnącej denaturatem, pędzonej z trzciny cukrowej. Ta wódka jest niesmaczna i słaba, innej w Brazylji niema, poza zagranicznemi trunkami. Głowę moją otacza zapach tego paskudztwa, wracamy do wagonu, przez okno patrzę na peron, kręcą się po nim romantyczne postacie w „capach” i wielkich kapeluszach, długie ostrogi, groza! Ocierają się o nich słabowici, brudni kabokle o szlachetnym, godnym wzroku. Kilku murzynów zagląda do okien wagonu jak do klatki ze zwierzętami.

Znów jedziemy, lubelski pejzaż, w wagonie nastrój ospały, czasem ktoś głośniej rzuci zdanie, przelotne chwile ożywienia, nowa twarz, przykra podróż, żałosna bzdura. Oto duże miasteczko Ponta Grossa, tutaj przesiadamy się, godzina do drugiego pociągu. Grzeszczeszyn żegna się ze swoim kaboklem, klepią się po ramionach, taki zwyczaj, cała Brazylja się klepie – znaczy przyjaźń, serdeczność 2). Grzeszczeszyn prowadzi mnie do Polaka, Bukowskiego, właściciela hotelu. Mamy się tam dowiedzieć gdzie i jak lepiei jechać. Miasto dobre, czyste – Kalisz. Na koniu jedzie jakiś Rinaldo Rinaldini, Grzeszczeszyn mówi do niego: „Jak się masz, Zieliński!” „A, nic, deszcze!  I pojechał dalej, wyniosły, małomówny. Bukowski wita nas, niedbale, jakbyśmy dziesięć razy dziennie składali mu wizyty. Na głowie ma pończochę, wąsy mu sterczą jak u huzara, każe nam podać obiad, ciągle chodzi jak nakręcony, znika w pokojach, zjawia się, mówi dalej to czego nie dokończył gdy wychodził, usiadł na chwilę, podsunął półmisek, znów wstał, dręczony własną, chroniczną, hotelową nudą. Odradza nam jazdę do Iraty – to miasteczko, do którego chce jechać Grzeszczeszyn, a także i ja muszę tam chcieć jechać, bo nic nie wiem, muszę tam jechać gdzie Grzeszczeszyn.

– Złapią was deszcze i będziecie gnili w Iraty ze dwa tygodnie. Lepiej przenocujcie u mnie i jutro pojedziecie kaminionem 3) do Prudentopolis. Po kiego djabła macie się narażać! No, mówię czy nie – nie jedźcie do Iraty, co?

Wsadził ręce w kieszenie spodni, rozkraczył się i raptem mówi do mnie:

– Ma pan jaki interes w interiorze, poco pan jedzie do interioru?

– Mówił mi Wietkowski w Kurytybie, że parę miesięcy temu zostawił u pana kapelusz. Mam go odebrać. Jest u pana ten kapelusz?

– Duży, riograndeński kapelusz? Jest, dałem go do odświeżenia, kosztuje dziesięć milów, wykupuje pan za dziesięć milów?

– Zapłacę. Jadę do interioru tak, rozejrzeć się. Chcę poznać, jakie tam życie.

– No i czego pan odrazu nie odpowiada, tylko zawraca pan głowę kapeluszem. Kapelusz jest. Czego pan nie je? Gra pan w szachy?

Odpowiadam, że nie gram w szachy. Bukowski powtarza to samo: – hę, nie gram w szachy. Poszedł po kapelusz.

Grzeszczeszyn powiada, że to co mówi Bukowski nie jest ważne. Jedziemy do Iraty, to stara kolonja polska, warto żebym zobaczył. Bukowski przyniósł mi piękny kapelusz o szerokich skrzydłach, płacę za niego i za obiad, wstajemy od  stołu i powiadamy, że idziemy na stację. Jedziemy do Iraty. Dowidzenia.

Bukowski idzie za nami w stronę drzwi i mruczy: – Nic, tak jak woda po psie. Ja mówię żeby nie jechali, zgnijecie tam, nie lepiej to przenocować u mnie?

– Dowidzenia, jedziemy do Iraty – woła z ulicy Grzeszczeszyn.

Słyszymy trzask drzwi. Idziemy pod domami, bo deszcz siepie teraz ostro. Na stacji odbieramy rzeczy od bufetowego, stajemy pod murem na peronie i czekamy na pociąg.

Grzeszczeszynowi nie chce się ze mną mówić, ani mnie z Grzeszczeszynem.

Obok nas spacerują podróżni, różnie poubierani, przeważnie jednak po europejsku i nawet dość elegancko, psują sobie tylko swój szyk niedbałem poruszaniem się, kapeluszem nabakier i wogóle niedopinaniem. Jest to zresztą cecha prawie wszystkich Brazyljan, to niedbalstwo zewnętrzne. Przy okazji, czy też dlatego, że mi to dopiero teraz przyszło do głowy, przyglądam się Grzeszczeszynowi. Poznałem go kilka dni temu w jakiejś kawiarni, rodak, zgadaliśmy się o interiorze, on właśnie jedzie na północ, oglądać tereny. Patrzę na niego i dopiero teraz orjentuję się jak bardzo w ostatnich dniach byłem roztargniony, skoro nie spostrzegłem zewnętrznej dziwności Grzeszczeszyna. Ma on krótkie nogi – iksy, szerokie biodra, od nich idzie tułów krzywo, bardziej na prawą stronę, szyja cienka z karczkiem chłystka, na tej cienkiej szyi głowa wielka, odstające uszy. To wszystko jest niechlujnie ubrane, koślawe buciory, sztylpy z grubej skóry, zeschłe, popękane, potem trochę spodni khaki i marynarczyna czarna, wizytowa, z wąskiemi rękawami, bardzo poplamiona. Kapelusz zawadjacki, na lewe ucho, spojrzysz pod ten kapelusz, zobaczysz twarz i wybuchniesz śmiechem, bo ta twarz, to karykatura drapieżności, pełna i cała w dziobach po ospie, oczka – brudne szafiry, nieregularnie rozstawione, niby w pośpiechu powtykane, nos zakrzywiony dodołu i nabok, zachodzący na usta, tak że nawet przykro myśleć o tem, bo Grzeszczeszyn pewnie nigdy nie zaznał rozkoszy pocałunku, jakże czuła kobietka miała się dostać do jego ustek. Przypomniałem sobie, że Grzeszczeszyn w czasie podróży zwrócił się do mnie kilkakrotnie dość ostro, tonem nie znoszącym sprzeciwu, i pomyślałem, że pewnie w całej naszej podróży zechce mnie wziąć, jak to się mowi, „za mordę”, więc teraz, patrząc na niego, ocknąłem się niejako, zainteresowała mnie przeszłość, stał tu obok mnie, mały, sięgający mi do ramion, śmiesznie poważny, „męski”. Kiedy podjechał pociąg, kiwnął na mnie zakrzywionym palcem i pobiegł drobnym kroczkiem, krzywy, nóżki w iks. Tak zwana „skuka” poszła precz. Grzeszczeszyn bardzo mnie zainteresował.

Siedzimy teraz w wagonie przepełnionym, głośnym od ruchu i rozmów. Przed nami siedzi trzech pijanych kabokli. Są nieruchomi, mówią powoli, cedzą, nie przerywając sobie. Stoi przed nimi młody człowiek z mocno zafrasowaną miną i tłumaczy jednemu z nich, płomiennookiemu w kapeluszu obszytym skórą nakrzyż, że nie może jechać, ma ku temu powody.

– Zapłacę ci podróż, a dom mój jest na twoje usługi, jedź przyjacielu, ja cię polubiłem!

– Nie mogę, bardzo chcę, ale nie mogę, czekam na pracę, obiecano mi.

– U mnie znajdziesz pracę, siadaj, jedź. Blisko mego domu jest tartak, właściciel, to mój „camarado”, u niego popracujesz, jedź ze mną.

– Wybacz, z tobą nie mogę jechać.

– Dlaczego?

– Bo tak już jest!

– To jedź, siadaj!

– Nie, nie mogę…

Namowa jest bardzo powolna i uporczywa. Słucha jej z powagą cały wagon. To kwestja przyjaźni, poznali się tutaj w mieście, gdzieś przy bufecie, dużo wypili, trudno im się rozstać, za chwilę pociąg rusza. Odmawiający jest szczerze zmartwiony, taką przykrość robi przyjacielowi. W tym kraju te rzeczy bardzo się ceni, co wart pieniądz i dobra doczesne! Tu, w środku, jest cała wartość, w duszy.

– Jedź, zobaczysz moją ziemię nad Ivahi, zapolujemy, jedź!

Ale pociąg rusza, więc klepią się serdecznie, młody człowiek wyskakuje w biegu, macha ręką, drugi siada prosto, twarz jego wyraża powagę smutku. Zaczęła się trzęsionka, Grzeszczeszyn ziewa, odwraca się do mnie i pyta rubasznie, pobłażliwie:

– No jak tam, znosi się jakoś podróż, hm, co nieprzyzwyczajonemu. No, głupstwo, będzie gorzej.

Odpowiadam, że wszystko dobrze, „powolutku”, jednocześnie odmawiam pomarańczy, którą nas częstuje jakiś przechodzący kaboklo. Wciąż trzeba czegoś odmawiać – piwa, ciastek, owoców, ciągle ktoś częstuje. Grzeszczeszyn mówi mi dużo o sobie. Jest specem od kolonizacji, nikt nic nie wie. On czyści, segreguje, utrącił wielu ludzi na wysokich stanowiskach, nędznych karjerowiczów.

– Szary ja jestem, panie, niepokaźny, ale ci panowie, tam w kraju wiedzą cośniecoś o Grzeszczeszynie. Oczywista, to nie ja, to nie ja – poprostu talent, znajomość duszy chłopskiej. Mam tu misję przez siebie samego narzuconą – misję tę wypełnię. Jaka – o tem później! Przyczaiłem się na posadzie skromnego nauczyciela w Antonio Olindo, zarabiam trzydzieści milów miesięcznie, ale tam kuję rzecz wielką, ci panowie, tam z kraju, nie prędko się podniosą po moich ciosach. No, pan nic nie wie, głupstwo, nieświadom jeszcze! W Brazylji się z głodu nie umiera, przetrzymam, a ja tu panie miałem kiedyś wielkie stanowisko, jeśli chodzi o kolonizację. No głupstwo! Martwisz się pan, że ja nie mam pieniędzy – hehehe! Pal pan, młody człowieku, „ainda senhor vera minha victoria! 4).

Poufale i szeroko wetknął mi papierosa w zęby. Rozgadał się; jestem znośny; chcę coś wiedzieć, to tylko od niego; naogół dobrze mi z oczu patrzy. Powoli przestał mówić, zaczął się przysłuchiwać rozmowie trzech pijanych kabokli, wreszcie przysiadł się do nich, dużo mówili, pili piwo.

*

Robi się mroczno. Nie wiem dlaczego pociąg tak często przystaje; raz się zatrzymuje przed jakimś sklepem, to znów w szczerem polu. Zwracam na to uwagę, i widzę, że przy drodze poukładane jest drzewo, gotowe, porąbane. Zabierają trochę tego drzewa do lokomotywy, fiufiu! i jedziemy dalej. Także często przystają aby nabrać wody. Zapalono lampy, żółte światło rozmazało się po wagonie, w tem świetle twarz Grzeszczeszyna nabrała demonicznego wyrazu. Przez okno widzę uciekające małe domki, coraz więcej zabudowań, wkońcu stajemy przed zatłoczonym peronem, na budynku stacyjnym wisi tablica z napisem: Iraty. Grzeszczeszyn jest znów przy mnie, ożywiony, pomaga mi ściągać rzeczy z półki. Po wyjściu z wagonu zostawiamy je w kancelarii stacji i wleczemy się w błocie, w deszczu i mroku do miasta. Mijamy szare budynki, ziejące straszliwą, prowincjonalną tęsknicą. Z trudem stawiamy kroki w błocie, plaszcze ono niemile, ludzie przechodzący obok nas wykonywają dziwaczne ruchy, starają się stąpać po lepszych miejscach. Doznaję głupiego uczucia, smętnej nijakości, działa na mnie ta uboga obcość. W drodze Grzeszczeszyn zastanawia się gdzie przenocujemy: u księdza czy u wojującego z nim postępowca, jakiegoś nauczyciela Marjankowskiego. Ja chcę do hotelu.

– Nie, jakże! Jest pan przecież wśród Polaków, wstyd byłoby mieszkać w hotelu, najlepiej będzie u księdza, tylko gdzie on mieszka? Zaraz, zapytamy się tego gościa z parasolem, co gada z tym grubym…

Zresztą wszystko mi jedno, byleby gdzieś się położyć. Może jutro nie będzie mnie to wszystko tak denerwowało. Człowiek z parasolem, to Polak, ale o jakiejś wstrętnej, scudzoziemszczałej twarzy. Opatulony jest szalikiem, nie ma palta. Żegna się ze swym towarzyszem i namawia nas, aby koniecznie odwiedzić księdza Grzywę.

W tej wilgotnej, rozpaćkanej ciemnicy jego słowa lepią się, cuchną podgorączkowaniem, są natrętne.

– Koniecznie panowie, bo Marjankowski to łajdak, bolszewik, tak! Ksiądz Grzywa, to szlachetny duchowny, nie zwraca uwagi na tego marniaczynę, ech, panowie, ważne rzeczy tu się dzieją. Uwaga!

Stoimy przed torem, z lewej strony syczy lokomotywka. Obok stoi słup z wąską, pionową tabliczką. Przytwierdzona do niej lampka oświeca słowa: „Pare -Olhe – Escule – Passe (Stój – Patrz – Słuchaj – Idź)”. Słowa te mieszczą się jedno pod drugiem, zatrzymują nas kilka minut. Myślę o tym szmatławcu, naszym przewodniku, który powiada, że w tej parszywej dziurze dzieją się ważne rzeczy. Pociąg przemknął, pełen łebków w oknach.

– A ten Marjankowski, to myślicie panowie, że nie kradnie. Hoho, mnie wygryzł z towarzystwa, byłem tam prezesem, w lewo, panowie. Ja ostatecznie posiadam tutaj fabrykę wody sodowej, nie jestem pierwszym lepszym łatkiem, nauczycieliną. I jakież to życie bez księdza? Z kim on walczy! Teraz jest sam prezesem w tem towarzystwie. Tutaj panowie, zaklaskajcie przed oknem, to może ksiądz wyjrzy.

Stanęliśmy przed ładnym czystym domkiem. Grzeszczeszyn klaskał, pomagał mu trochę fabrykant wody sodowej. Zapaliła się elektryczna lampa u drzwi, z okna wyjrzała wesoła, pomarszczona staruszka.

– A co tam, panowie, co?

Obaj mówią, że chcą do księdza. Księdza niema, jest u zakonnic. Ona nie wie, kiedy wróci, może się zasiedzi. Gaśnie lampa, skrzypi okno. Fabrykant radzi do hotelu.

– On panów przekabaci, ten marniaczyna. Ja was tam nie zaprowadzę, nie przyłożę do tego ręki.

Wreszcie Grzeszczeszyn wyprasza pokazanie domu, chociaż zdaleka. Jestem rad z obrotu sprawy, jasne, że czuję sympatję do tego łajdaka Marjankowskiego. Plust, chlup, potrącamy się, idziemy w inną stronę. Fabrykant przycichł, tylko gwiżdże ironicznie. Skręcamy tu, skręcamy tam, wkońcu przechodzimy płotek, fabrykant mówi ponuro, wskazuje parasolem: „to to” i znika w ciemnościach jak szatan, rozgwizdany, chichoczący. Przed oknem Grzeszczeszyn znów klaszcze, to zwyczaj całej Brazylji, dom prywatny, to świętość, żadnego dobijania się. Z okna pyta ktoś energicznie:

– Co za cholera się tu tłucze?

– To ja, Grzeszczeszyn, panie Marjankowskil Przyjechaliśmy!

– Zaraz otwieram, idźcie tam od frontu, trochem niezdrów, wyleguję się, zaraz…

Ten ci to Marcinkowski, co tu tyle złego narobił, co ma nas „przekabacić”! W drzwiach stoi dwudziestoparoletni chłopak, ładny, wesoły, z czupryną. Taki typ co to żadnej dziewusze nie przepuści, bez opłaty stemplowej. Zaprasza nas do środka, powiada że wrócił niedawno z jakiejś „lapy”.

– Lapa, to sanatorjum dla chorych na płuca, pan tu niedawno, to pewnie nie wie. Coś nietęgo byłem ostatnio z gardłem, teraz lepiej, miesiąc tam siedziałem, dopiero dwa dni temu wróciłem. Wcześnie się kładę, odpoczywam, gawędzimy sobie z żoną, nie pali się światła, plucha taka. Siadajcie panowie, ja zaraz wrócę, trochę się przyczeszę. Grzeszczeszyn, to was aż tu przyniosło, już wracam!

To pewnie jest sala tego „towarzystwa”, gdzie siedzimy, bo dużo krzeseł, pisma, książki na półkach. Moje buty wyglądają jak stępory, tak są oblepione błotem. Grzeszczeszyn informuje mnie, że ten Marjankowski, to może i porządny chłopak, tylko młody i nerwus. Grzywa, to jest ksiądz! Jutro zaraz pójdziemy do niego. Szkoda żeśmy go nie zastali, trudno, trzeba będzie przenocować u tego młokosa, lepiej to niż wydawać na hotel.

– Ale czekaj pan, ja mu tu dam szkołę, ja mu wybiję z głowy te ateuszostwa, niedarmo – panie – tu zdrowie straciłem na robocie społecznej. Ja go się zapytam, kto to go upoważnił do tych walk religijnych? Z narodowym księdzem sztamę trzyma, smarkul. Będziesz pan widział.

Więc to jest poznawanie puszcz, dzikiego życia brazylijskiego! – myślę sobie. Po nieciekawej i męczącej podróży spotykam się tutaj z jakąś marniutką polityczką i atmosferą Lubartowa na jesieni. Patrzę na Grzeszczeszyna jak na okiennicę czy inny słupek. Teraz widzę, że jest brudas, ma brudny kołnierzyk, czarno za paznokciami, śmierdząca mina. Są tacy mężczyźni, że jak się spojrzy na ich twarz, to się wie, że są brudasy i śmierdzą, choćby nie wiem jak elegancko byli ubrani. Grzeszczeszyn jest mi już wstrętny, nie wiem jeszcze, może się do niego przekonam, ale w tej chwili twierdzę, że jest paskudna posturka.

Marjankowski wraca, chudy, gładki, sylwetkowy, i siada obok nas.

– Ciągle pan bujasz po świecie – zwraca się do Grzeszczeszyna.

– Robi się co można. Jak tam u was kartofle tego roku?

– W Iraty rodzą się najlepsze kartofle – informuje mnie Grzeszczeszyn.

Marjankowski odpowiada, że są tu ważniejsze kweste niż kartofle, i odrazu traci w moich oczach razem z temi swojemi ważnemi kwestjami. Zaczynają ze sobą rozmawiać, wymawiają nazwiska, które mi są nieznane, wkońcu już nie słucham nawet tego co mówią. W starym „Światowidzie” widzę gębę znajomego bęcwała, że niby coś tam napisał czy wystawia. Oglądam inne pisma, dużo fotografij z powodzi w Polsce. Znów „Światowid”, na pierwszej stronie fotografja arystokratycznej grupki na balu, bardzo przystojni ludzie, trochę ładnych hrabianek, wszystko jedno, choć i hrabianki, zdrzemnąłbym się z którąś z nich tu, w tem Iraty. Za ścianą nieznana mi żona Marjankowskiego coś pitrasi, skwierczy to, łączy się ze słowami Grzeszczeszyna: …a przecież ksiądz Myszka nalał im za za kark gorącego łoju. Podchodzę energicznie do Marjankowskiego i zadaję mu szereg pytań istotnych: ile zarabia, ile dzieci chodzi do szkoły, dlaczego wykłóca się z księdzem Grzywą? Wstaje i tłumaczy mi wszystko szczegółowo. Księdza Grzywę nazywa „Rzymianinem”, bo jest to ksiądz rzymsko-katolicki.

– Wcale się z nim nie wykłócam, tylko nasz chłop na tutejszym gruncie nie jest tak ciemny jak w kraju, i wszelkie księże bujania i wyłudzanie grosza nie może tu mieć miejsca.

Potem mi mówi dużo na ten temam i rzeczywiście jeśli to jest prawda, to ten ksiądz jest niedobry człowiek, niema co gadać. Do pokoju wchodzi kobietka z zadartym noskiem i prosi nas do stołu. Ładniutka jest ta żona Marjankowskiego, i nic dziwnego, że sobie z nią gawędzi w ciemnościach, o tak wczesnej porze. Jemy różne smaczne historyjki, i gdy się przytem patrzy na tak młodą, przystojną parę, wszystko nabiera zdrowego sensu życiowego, nawet słowa Grzeszczeszyna, że… „ci panowie z Polski przysyłają tu różnych bałaganiarzy, a ja, który wiem cośniecoś jestem im niewygodny, bo lubię prawdę; ale to się wyklaruje”. Po kolacji znów słowa: spółdzielnia, szkolnictwo. Siedzę z nimi, przyklejają się do mnie te słówka, omal że się nie trzymam stołu, tak mnie ciągnie szerokie łóżko Marjankowskich. Wreszcie, żeby coś powiedzieć, pytam się Grzeszczeszyna kiedy się nabawił ospy, w jakich warunkach. Rzucam przytem podłą uwagę, że musiał być kiedyś ładnym chłopcem. Grzeszczeszyn bardzo grzecznie mi odpowiada, że zachorował na ospę na Górnym Śląsku, robił właśnie propagandową „robotę”. Marjankowski patrzy na mnie i zaraz proponuje nam jakiś pokój na górze, tylko go trzeba wpierw uprzątnąć. Z radością myślę, że zaśpię ten nudny, oleisty dzionek mojej podróży po Brazylji. Idziemy nagórę, rzeczywiście pokój trzeba uprzątnąć ze śmieci i zakurzonych butelek, tylko potem należy coś w niego wsprzątnąć, bo jest bez łóżek.

– Trzeba poznosić łóżka – powiada Marjankowski.

Tylko oni pracują, znoszą te deski, składają je, stukają młoteczkiem, bo ja otworzyłem okno i zasnąłem na parapecie jak nieopanowany wałkoń, leniuch.

Zbigniew Uniłowski

————————–
1) Ma to zresztą tylko znaczenie pogardy kabokla dla pracy. „Tylko osioł pracuje”. Pozatem kaboklo żywi dla polskiego kolonisty podziw i lęk.
2) Zwyczaj z dawnych czasów, kiedy witający się wzajemnie doszukiwali się broni.
3) Samochód ciężarowy.
4) „Jeszcze pan zobaczy moje zwycięstwo!”.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close