Z Warszawy do Krakowa z trumną Słowackiego

I

Staję spokojnie na warcie przy trumnie prostej, czarnej, drobnej. Ale drobna ta trumna ciąży straszliwie. Jak gdyby jej waga była symbolem wagi duchowej. Nad trumną Matka Boska, czarniawa i łagodna, podobna do Ostrobramskiej, uśmiechnięta.

W purpurowych drzwiach wagonu-kaplicy ucieka Polska. Okryła się w ten dzień pogodą i zapachami. Pomiędzy Piotrkowem a Radomskiem wzdłuż kolei ciągną się cudowne łąki. Właśnie rozsypane kopice zbierają na wozy. Albo za Koluszkami brzegi nasypu kolejowego pokryte całe dzikiemi różami. Wątłe eglantyny niby różowe motyle zasypały naszą drogę.

Slowacki_pochowek

Warszawa, 26 czerwca 1927 – orszak z prochami Juliusza Słowackiego wyrusza z przystani przy Trzecim Moście ku Katedrze św. Jana (Ag. Fot. „Światowida”)

Wszędzie tłumy. Nie wiedzą, gdzie jest trumna Słowackiego. Dopiero gdy pociąg mija dostrzegają otwarte tylne drzwi. Rzucają się ku nim ruchem fali. Gdy z okien wagonu śledzimy ten ruch, ma się wrażenie, że wir mijającego pociągu niby liście suche czy płatki kwietne pociąga za sobą ludzi…

W pociągu duszno i gorąco, ale za oknami pole ściele się jak dywan. Najpiękniejsza to pora lata.

Stoimy więc na warcie. Oto jest Częstochowa. Armaty walą wpobok pociągu. Fabryki zbiegły się do toru kolejowego, i ryczą ogłuszająco. Gdy cichną chwilami, słychać dzwonienie wszystkich jasnogórskich dzwonów. Most zawieszony nad koleją czerni się tłumem i paciorkami różowych twarzy dzieci. Skauci z pochodniami stoją wzdłuż toru. Pociąg staje, warta częstochowska pręży się przed purpurowemi drzwiami, biskup z księżmi śpiewają prostą i wzruszającą pieśń. Każą nam odmówić „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Marja” za duszę Juljusza.

Za Częstochową tłumy biegną torem, wyciągają ręce. Dwie panie płaczą. Wjeżdżamy w wielką chmurę. Przed nami strzelista sylweta jasnogórskiej wieży jak rojem młodych wieżyc otoczona rojem kominów. Długo je tak widzimy. Niedarmo w przemówieniu swem burmistrz Częstochowy powiedział, że bicie dzwonów kościelnych i ryk syren zlewa się w jeden hymn modlitwy i pracy na cześć poety. Czy może powiedział inaczej (bo widać jest socjalista), ale coś w tym rodzaju. Tak przynajmniej sobie dzisiaj tę uroczystość częstochowską wyobrażam.

Gdy wyjeżdżamy więc za Częstochowę, chmura zakrywa nam niebieską siatką widok na miasto. Ale do wycia syren i bicia dzwonów przybywa dźwięk nowy: potężny grzmot. Nagle w oczach naszych piorun zapala olbrzymią stertę słomy. Płomień bucha gwałtownie do góry, i w minutę wielki ciąg dymu, jak nad gigantycznym zniczem rozciągnięty, przekreśla w powietrzu widok miasta, błękit szafirowej chmury, szary tuman rzęsistego deszczu.

II

W Zagłębiu jest jak w Warszawie na ulicy, takie tłumy zaległy z obu stron tor kolejowy, po którym przechodzi pociąg. Szkoły, dzieci, straże ogniowe, sokół, strzelec, organizacje robotnicze; napisy, sztandary, hymn państwowy, w coraz to innem tempie grany.

Dzieci tworzą szpaler z obu stron pociągu i zasypują mnóstwem kwiatów pędzące wagony. Całe chmury lecą maków, bławatków, trawek puszystych. Przez okno wpada bukiecik prostych gwoździków („kartuzki”), związany silnie śliczną nitką fioletowej włóczki. Składamy go na trumnie: tak dojechał do samego Krakowa.

W Katowicach przemówienie biskupa Lisieckiego. Jedyne, które przypomniało Polsce wieszczą rolę jej poetów i przyrównało ich do proroków Izraela. Wzruszające, olbrzymie tłumy. To samo w Sosnowcu. Szopienicach Mysłowicach, – wszędzie.

III

Wszystko to jest niczem w porównaniu z przyjazdem do Krakowa. Pociąg zatrzymuje się na stacji, poczem odczepiony wagon z trumną przetaczają na most wznoszący się nad ulicą Lubicz. Zatrzymał się i zaraz otoczony jest gronem oficerów, literatów, przedstawicieli magistratu. Profil biskupa Sapiehy i krótkie, śpieszne modlitwy. Schodzimy z wagonu z srebrnym wieńcem literatury w ręku. Wskazują nam schody…

U stóp mam jakąś olbrzymią salę, pełną świateł i kwiatów. Muzyka gdzieś gra – a my zstępujemy, z wieńcem jak z monstrancją, przepaścistemi purpurowemi schodami w ten olbrzymi i śmiertelnie cichy tłum.

Mijamy czworobok biało ubranych kobiet ze snopami białych kwiatów, sznury mnogiego duchowieństwa, stajemy przed t. zw. ścisłym komitetem. Muzyka cichnie robi się jak makiem zasiał – i stromemi schodami spełza czarna ciężka trumna. Jak mrówki oczepiają ją ze wszystkich stron ludzie, przeważają się, wysilają, podtrzymują, niosą, okrążają, a ona zwolna i majestatycznie obniża się ku wspaniałym noszom, ustawionym u stóp zamienionego w monumentalny gmach mostu. Cisza taka, że słychać lot muchy. W tej ciszy walą armaty.

IV

Mimo że – jak nam oświadczono – „udział literatury nie jest przewidziany”, wywalczamy sobie miejsce zaszczytne w pochodzie na Wawel i po uciążliwej drodze (leje jak z cebra) wchodzimy nowo odmurowaną „senatorską” bramą na podwórzec arkadowy Wawelu. Z wysokich dachów, z rynien w kształcie smoków spadają kaskady. Ziemia na podwórzu przetwarza się w lepkie ciasto. Nie odstrasza to jednak tłumów. Przykryte czarnemi parasolkami, wyglądają jak mokre raki ruszające się w koszu (porównanie Lechonia). Pierwsze piętro krużganków wyłożone koronacyjnemi arrasami Zygmunta Augusta przekształcono w wspaniałą lożę. Gdy trumna niesiona na ramionach przedstawicieli wszystkich stanów wchodzi na podwórzec, loża zapełnia się czarnemi paltami: rząd, przedstawiciele sejmu, prasa. Gdy trumna spoczywa ustawiona na wzniesieniu u stóp jagiellońskich arrasów – zjawia się nad nią wspaniała postać marszałka Piłsudskiego.

Pierwszych słów nie słychać. Ulewny deszcz bębni w parasole tak głośno, że zagłusza wszystko. Ale ledwie Marszałek powiedział parę zdań, deszcz cichnie, gaśnie, ustaje, i mądra, prosta, nieliteracka mowa staje się dostępna dla wszystkich uszu.

Porusza w niej Piłsudski zagadnienia wieczne i proste, stylem żołnierskim, przypominającym przepięknie w swej oszczędności zdania „De bello gallico” Cezara. Przed ostatniemi słowami duża pauza, a potem: „W imieniu Rządu Rzeczypospolitej polecam panom zanieść tę trumnę do krypty królewskiej, – by królom był równy!” – Głosem donośnym, gromkim. Moment kulminacyjny uroczystości. Potem to już tylko tłok i nieporządek w bramie, bitka pod drzwiami katedry.

Zostaje „spędzenie wieczoru który zrobił się przejrzysty i pogodny. Dzięki uprzejmości dyrektora Nowakowskiego (wpuścił nas oraz delegację Szkoły Sztuk Pięknych z Warszawy do orkiestry) -komitet nietylko dla „literatury” ale nawet dla sekretarza i przedstawiciela komitetu warszawskiego biletów do teatru „nie przewidział” – widzieliśmy prześliczne przedstawienie „Balladyny”, najlepsze chyba jakie oglądały sceny polskie. Złożyły się na to cudowne wprost kostjumy i dekoracje Stryjeńskiej i wielka kultura teatru krakowskiego, która włożyła w usta artystom wiersz Słowackiego czysty i niczem nieskażony. Artyści ci grali zupełnie niepospolicie – zwłaszcza męska część zespołu (np. Kirkor, Gralon, Kostryn).

Jarosław Iwaszkiewicz.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close