Droga wiodła przez Narvik

Wiedziałem już, że będę pisał recenzję z książki Ksawerego Pruszyńskiego „Droga wiodła przez Narvik” *), gdy w „Wiadomościach Polskich” (nr. 60) czytałem dużą recenzję ze swojej „Historji”. I czytając tę recenzję, poprzysiągłem sobie, że nie tylko Pruszyńskiego, ale nikogo na świecie nie skrzywdzę tego rodzaju sprawozdaniem jakiem mnie uraczył mój przyjaciel, kuzyn i dobroczyńca, a świetny publicysta polski, ukrywający się także pod pseudonimem Krzysztof Nienaski. Bo co to było tamta recenzja! – Na wstępie, paręset komplementów, superlatywów i pochwał, niczem argumentowanych, nie popartych żadnemi dowodami, czyli tego rodzaju pustych wychwalań, które zwykłemu człowiekowi, o ile nie jest ministrem, wstyd wogóle słuchać, bo są i przesadne i na niczem nie oparte. Później dopiero, następowała właściwa recenzja, polegająca na tem że recenzent prześlizgiwał się po tematach poruszonych w mojej książce, wykazując w tych tematach besserwiserstwo dla czytelnika niewątpliwie bardzo interesujące, ale dla autora książki, któryby się chciał czegoś dowiedzieć o wartości tego co napisał, dosyć irytujące. Otóż powiedziałem sobie: broń mnie, Panie Boże, abym się kiedyś w sposób podobny do czyjejś pracy ustosunkował. To co napiszę o książce Pruszyńskiego poniżej, będzie nieraz bardzo krytyczne. Ale z recenzją jest jak z nekrologiem. Gdy czytam nekrolog, że zmarły był zawsze zacny, prawy, dobry i że życie jego było świetlane i gdy się w tym nekrologu niczego prócz pochwał nieumiarkowanych nie pisze, sądzę, że mam do czynienia z nekrologiem kupca korzennego, który poza handlem nie ujawnił w niczem żadnej indywidualności. Książka, jak i człowiek, składa się, jak klawisze fortepianu, z białego i czarnego, i białe i czarne czeredują się z sobą i są nierozłączalne. Dlatego uczciwy, rzetelny stosunek do książki, jak i do człowieka, musi łączyć pochwałę z zarzutem i oskarżeniem, a gdy tego niema, niema także żywego stosunku do książki i do człowieka.

Książka Pruszyńskiego „Droga wiodła przez Narvik” jest jego pierwszą pracą powieściową. Start wspaniały. Otworzył nią sobie szeroko drzwi na najwyższy Parnas polski. To niewątpliwe. Artystyczny i artystyczno-psychologiczny reportaż Pruszyńskiego, którego niegdyś W. A. Zbyszewski nazwał Bułhakiem dziennikarstwa polskiego – przygotował go, wydoskonalił, pozwolił mu dojrzeć do pisania głębokich i ślicznych powieści. Genjusz poetycki, to genjusz ludzi młodych, największe arcydzieła poetyckie świata pisywali ludzie pomiędzy dwudziestym a najwyżej trzydziestym piątym rokiem życia. Natomiast powieść, to udział ludzi starszych; wszystkie prawie wielkie powieści są napisane przez ludzi po czterdziestce. „Droga wiodła przez Narvik” wykazuje że Pruszyński powinien zostać powieściopisarzem. Będzie z niego wielki powieściopisarz polski, może trochę w półtonach i barwach przypominający Żeromskiego, może Żeromskiemu równy, może od Żeromskiego barwniejszy, napewno nie tak jak Żeromski histeryczny. – „Droga wiodła przez Narvik”, obok pewnej atmosfery artystycznej, pewnego materjału artystycznego, który ją upodabnia do artystycznych zalet Żeromskiego, ma także pewne wady żeromszczyzny.

Główną zaletą Pruszyńskiego jest jego słowo, jego styl, jego forma. Pruszyński jest mistrzem formy. Styl Pruszyńskiego jest „rozbudowany”, jeśli mamy użyć tego obrzydliwego, polsko-biurokratycznego wyrażenia. Jest to styl ornamentacyjny, tak bogaty że czasami przypomina świątynie hinduskie. Ale wystrzegam się od napisania: styl barokowy, bo w baroku jedno zapełza na drugie, miesza się z sobą, kłębi wężuje. Bogactwo ornamentacji niekoniecznie ma być barokiem, w katedrze medjolańskiej jest trzy tysiące figur na zewnątrz, a dwa tysiące na wewnątrz, lecz jest ona gotykiem. W katedrze w Bourges widzałem małe postaci mnichów, niewiększe od ludzkich dłoni, w ilości kilkudziesięciu strzegących sarkofagu. Zakładało się takiemu mnichowi lusterko przed kaptur, i w lusterku tem widziało się małą twarz z wyrazem ponurym, albo przygnębionym, albo smutnym, albo śmiesznym, u każdego takiego mnicha innym. A więc bogactwo ornamentacyjne, bogactwo szczegółów, niekoniecznie wiąże się ze skłębieniem i rozwiązłością form barokowych. Pruszyński właśnie tem jest doskonały, że jego frazes mimo ornamentacyjnego bogactwa niema w sobie nic ani z baroku, ani z tego secesyjnego pokiełbaszenia zdania, w którem tak celował u nas Kaden-Bandrowski i wielu jego naśladowców.

Pruszyński pisze w zakończeniu: „Dość że widzieli tylko jak flaga, zrazu łopocząca się ciężko, poczęła wypływać ku górze, ślizgiem coraz szybszym i coraz równiejszym, aż wreszcie oparła się o szczyt, znieruchomiała, wykwitła. Wiatr morski zimnego dnia począł nią szarpać, rwać, trzepotać, a ona swoją bielą i czerwienią, żywością barw w tym szarym, północnym świecie, zabiła w powietrzu, jakby w jej fałdy rozwijane falisto wczepiły się czyjeś młode życia, czyjaś krew utoczona najhojniej, czyjeś nadzieje nigdy nie ginące, czyjaś wiara niezgnębiona niczem, i jakby to one właśnie odżywały i trwały wiecznie w owym na wietrze, sztandarze. Który był nad tym statkiem i nad tem wojskiem na morzu obcem, jak krzyk ludzki, jak ptak żywy, jak płomień ognia. Jak znak”.

Czuje się tutaj nie Kadena, lecz rękę ułożoną przez innego mistrza. Posłuchajmy:

„Step szumiał słodko, z kwiatów wychodziły zapachy silne i upajające, czerwone głowy bodiaków, purpurowe kistki roztocza, białe perły mikołajków i pióra bylicy pochylały się ku niej, jakby w tym kozaczku przebranym, o długich warkoczach, mlecznej twarzy i kraśnych ustach rozpoznawały siostrę dziewczynę. Chyliły się tedy ku niej, jakby chciały mówić: nie płacz krasnodiwo, my także na opiece Bożej. Jakoż uspokojenie przychodziło do niej od stepu coraz większe. Zacierały się obrazy mordu i pogoni w umyśle a natomiast ogarniała ją jakaś niemoc, ale słodki sen począł kleić i jej powieki, konie szły wolno – ruch ją ukołysał. Usnęła”.

Czyż w tych zwrotach nie usłyszymy pewnej pramuzyki, która odzywa się echem w uprzednio cytowanych akordach Pruszyńskiego? A przecież to Sienkiewicz.

Są pisarze-adwokaci, pisarze-malarze, pisarze-muzycy. Pruszyńskiego bym nazwał pisarzem kującym w bronzie. Jego frazes dźwięczy, jego literatura pełna jest patosu. To nie miękkość, nie łatwość, nie wygoda, to dźwięk miedzi, który podrywa człowieka z miejsca i długo jeszcze nie ginie, rozchodząc się daleko. Bogactwo ornamentacyjne jego pióra jest tak wielkie, że człowiek sobie myśli: mnieby jeden taki frazes wystarczył na zafarbowanie patosem stronicy, a tu obok jednego patosu mamy drugi, trzeci i dziesiąty. Ale to bogactwo ornementacji jest charakterystyczne dla Prószyńskiego, nie jest to pisarz iskry, lecz pisarz snopów iskier rzucanych w ciemną dal, jak rzuca lokomotywa biegnącego pociągu.

„Droga wiodła przez Narvik” jest książką wojenną, książką o przeżyciach człowieka, który brał udział po raz pierwszy w boju. Najlepsze są w niej rozdziały pierwsze i rozdziały ostatnie, w ostatnich -publicystyczna gloryfikacja żołnierskiego wysiłku, w pierwszych – ów dech wojny. Pamiętam ja sam, dwadzieścia lat temu, kilka wiosek za Byteniem, na północnym kraju Polesia, zimno, zachodzące słońce, zapach wody i błota i tającego śniegu i kobyłę, która się pode mną kręci, i płot i dziewczynę, która mi podaje gliniany dzban wody, i jak tę wodę piję z dzbana, oblewając szynel spowodu kręcącej się kobyły, gdy gwizdnęła, po raz pierwszy przeze mnie w życie słyszana, nieprzyjacielska kula karabinowa: jedna, druga, trzecia, czwarta. I jak wtedy podałem przez płot dzban dziewczynie, która się przestraszyła, i jak się cały uśmiechnęłem do samego siebie z radości, żem się nie przestraszył, i jak z wielką radością poczułem, że będę bojowym żołnierzem, i poczułem jeszcze coś innego, dziwnego, ten dech wojny właśnie. Bomba, która spada w Londynie, nie daje ci tego uczucia, co kula mierzona indywidualnie w ciebie, na którą ty indywidualnie odpowiesz. To właśnie jest mistycyzmem boju, tym mistycznym atawizmem obowiązkiem męskiego do boju, by wyrównać poświęceniom nałożonym przez Boga na kobietę, która w mękach i niebezpieczeństwie rodzi. I oto ten dech wojny doskonale występuje w pierwszych rozdziałach powieści Pruszyńskiego: ten Wolski, który powiada, że stanęła między jego wyobraźnią a tem co będzie z nim dalej jakaś ściana, i dramatyczna scena z wyczekiwaniem na wiadomość o śmierci tegoż Wolskiego, ta w oczekiwaniu na bitwę widziana z oddali dziewczyna w czerwonym swetrze, na tle rozległego widnokręgu.

Ten dech wojny Pruszyńskiemu się udał i nie mógł się nie udać. Jego indywidualność artystyczna jest jak klisza, na której genjusz wojny, zaczajony w fiordach, kamieniach i lasach norweskich, musiał się odbić. Jakże charakterystyczne jest owo przeplatanie opisów przyrody z opisem karabinów maszynowych. Jakże pięknie mówi Pruszyński: „Wojna, to nie tylko przeżycia wojenne. To wykrojony na chybił trafił wycinek jakiegoś kraju, ekran po którym biegnie obrazami film”.

Natomiast nie udał się Pruszyńskiemu cały epizod ze szpiegiem niemieckim Ziemiańskim – Bodenheimerem. Ten Ziemiański jest 1) szpiegiem, 2) gwałci, 3) tchórzy, upokarza się, płacze, histeryzuje. To wszystko – jakby powiedzieli bolszewicy – jest artystycznie nieprawdziwe, zwykle ci co szpiegują, już nie gwałcą, a ci co gwałcą, nie przepraszają. Skupienie wszystkich najczarniejszych cech charakteru na jednym jegomościu było przywilejem pisarzy piszących sto lat temu – w literaturze nowoczesnej zdarza się na szczęście rzadziej. Czytelnik „Drogi wiodącej przez Narwik” niewątpliwie wywnioskuje, że po pierwsze, żadnego Ziemiańskiego nigdy nie było, że postać ta nie była rysowana z natury, lecz została wykombinowana; po drugie, że Pruszyński nigdy w życiu nikogo nie gwałcił i nie wie jak się to robi, co mu zresztą nie przynosi wcale ani ujmy, ani hańby, lecz pozbawia doświadczenia że łączenie gwałcenia niewiasty z kradzieżą map porucznika z wrysowanemi pozycjami polskiego wojska jest nierealne i niepraktyczne. Szpiega plutonowego Ziemiańskiego, z prawdziwego nazwiska Bodenheimera, wyśledzą kapral Gruda, żołnierz z byłych czerwonych bataljonów polskich, które walczyły w Hiszpanji. W tej powieści musi to odrazu wskoczyć na szczebel symbolu, który niewątpliwie nie odpowiada moim gustom, a sądzę że w niczem nie odpowiada też odzwierciedlaniu prawdy historycznej. Bolszewicy nie szukają obecnie niemieckich szpiegów, lecz dzielnie sekundują i pomagają piątej kolumnie we wszystkich krajach, a zwłaszcza w Ameryce. Roztkliwiać się czerwoną Hiszpanją w książce o polskim wysiłku pod Narvikiem niema najmniejszej potrzeby.

Również nie wiem czy odpowiada zamierzeniom autora rozmowa Niemca z Polakiem Ketlerem. Trzeba było lepiej temu Niemcowi odpowiadać. Chodzi mi po głowie wiersz Boya-Żeleńskiego, a raczej jego okruchy, jego okaleczone urywki: „Wszystko jest głupie, wszystko jest kłamstwem… co nie jest z serca do serca”. Pruszyński artysta mówi prawdę, Pruszyński-rezoner potyka się w swej argumentacji. Przedewszystkiem, jako zawodowy polemista, muszę mu powiedzieć, że armja cesarskoniemiecka z okresu wielkiej wojny nie składała się bynajmniej wyłącznie z „bezmyślnej dyscypliny” i z „niesamowitego drylu”. Leżałem kiedyś w niemieckim szpitalu więziennym, wśród więźniów żołnierzy niemieckich, jadłem ryż z marmoladą jabłeczną i znam trochę ich życie. Wiem że na linję boju, pod zaporowym ogniem artylerji nieprzyjacielskiej, pełzł na brzuchu podoficer cesarski, by dostarczyć żołnierzowi w ogniu, abonowany przez niego socjalistyczny i republikański „Vorwärts”. Dalej, wyjeżdżanie ciągle z tą „nową” Polską, o którą się żołnierz bije, irytuje mnie w sposób najżywszy. Żołnierz bije się ani o „nową”, ani o „starą” Polskę, lecz bije się poprostu o Polskę. Oficer ma obowiązek zachęcić go przykładem, możliwie ochronić od niebezpieczeństw, dopomóc do zwycięstwa, ale oficer nie powinien wymądrzać się przed żołnierzem o celach wojny, tak samo dobrze jak akuszerka siedząca przy położnicy nie powinna jej opowiadać, że rodzi dziecko w bólach dla „nowego” świata czy „nowej” Polski. Rzeczy wielkie są proste. Człowiek wobec wojny może być albo tchórzem, albo bohaterem. I to i tamto nie potrzebuje komentarzy społecznych. Człowiek bijąc się spełnia ten sam elementarny obowiązek, co kobieta która rodzi. To że ten obowiązek jest powszechny, nie odejmuje mu wielkości. Naród, który pod każdym względem powinien nam być przykładem, t.j. Anglicy, wydal pisarza Galsworthy’ego, w jednej z jego powieści młody Anglik mówi, że w wojnie z Burami nie Anglicy, lecz Burowie mają rację, i mówi to tak długo, aż wkońcu jedzie na ochotnika walczyć z Burami. Zresztą to gadanie o „nowym” świecie jest o tyle nieaktualne, że u boku Anglików prowadzimy teraz wojnę wybitnie obronną, w której bronimy starego świata, opartego na prawie do życia indywidualnego, do indywidualnej swobody myśli, przeciw totalizmowi.

Szczęściem, nad Pruszyńskim-rezonerem góruje w tej książce Pruszyński-artysta i Pruszyński-człowiek. Wspomniałem o zakończeniu powieści Pruszyńskiego. Składa się ono z trzech ogniw. Ostatniem jest owa flaga… „jak znak”, z której opisu wyjątek zacytowałem. Składa się także z reakcji przeciw nietaktowi popełnionemu wobec żołnierskiej śmierci. Ta scena nietaktu jest arcydziełem dyskretnego sarkazmu. Pod względem artystycznym jest to niewątpliwie najwspanialsza stronica nie tylko tej książki, lecz wogóle jedna ze wspaniałych stronic literatury polskiej. Zakończenie to składa się wreszcie z kazania księdza. Kazanie jest piękne, jak artykuł w „Wiadomościach”, ale nie jest rzeczą kapelana wojskowego odstawiać Skargę i korzystając ze śmierci żołnierza pouczać nas o zdrożnościach w biegu polityki polskiej. I Pruszyński-artysta to rozumie. Jest w jego książce inny pogrzeb, o wiele patetyczniejszy. Oto gdy ksiądz powiada: „Ja go tu nie pogrzebię” i żąda by żołnierza odwieźli na cmentarz, plutonowy chce protestować, ale spostrzega, że żołnierze są po stronie księdza. I wtedy, w tem grzebaniu na cmentarzu, ksiądz katolicki spełnia to co winien żołnierzowi, który spełnił to co winien ojczyźnie. Jakże głęboko rozumie to Pruszyński, który z natury jest katolicki i może dlatego o katolicyźmie o wiele mniej mówi, niż o demokracji, o której mówi ciągle.

„Droga wiodła przez Narvik”, książka żołnierza, który spełnił swój obowiązek, dobrowolnie wstępując do wojska, by w jego szeregach poddać się rozkazom i dyscyplinie wojennej, książka literata, który spełnia obowiązek pisarza, nie poddając swego pióra niczyim rozkazom, książka o polskim boju na dalekiej północy, zasługuje na szacunek.

STANISŁAW MACKIEWICZ.

———–
*)
Ksawery Pruszyński. Droga wiodła przez Narvik. (Obwoluta Lewitta-Hima). Londyn, M. I. Kolin. 1941; str. 2nl. i 25l i 1nl. – Zdjęcia Bjerkviku i Narviku wzięte z książki Pierre’a O. Lapie „With the Foreign Legion at Narvik” (Londyn, John Murray, 1941).

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close