ALEKSANDER BORAY

„Duch Polski wypełniał Wilno”…

W chwili, gdy niektórzy publicyści brytyjscy zabierają głos o sprawach, o których nie mają pojęcia, i z niesłychaną łatwością „darowują” Rosji część Polski oraz kraje bałtyckie, zaprzeczając im prawa do samodzielnego bytu, książka H. Kostera Andersona „Borderline Russia” *) jest na czasie bardziej niż kiedykolwiek.

Wilno - lata dwudzieste XX wieku

Gdy Anderson pisze o Wilnie, o krajach bałtyckich, o Polakach i Litwinach, Łotyszach i Estończykach, pisze o sprawach i ludziach, których zna. Jest zaś nie tylko dobrym obserwatorem, ale także człowiekiem z sercem. Jego książka przemawia nie tylko do mózgów, ale także do uczuć czytelników.

Pisze m.in. o wydarzeniach, mało znanych czytelnikowi brytyjskiemu. Pierwsza to chyba książka angielska, odmalowująca litewską okupację Wilna, a następnie wejście do Wilna wojsk sowieckich. Toteż dla nas jest ta książka szczególnie interesująca.

W Europie wschodniej autor jest „w domu”. Wybuch wojny w r. 1914 zastał go w Rosji, gdzie administrował dużym majątkiem. Po wojnie powraca do Europy wschodniej, tym, razem do Rygi, gdzie poozostaje przez wiele lat, zajmując się handlem drzewem, następnie zaś reprezentując linję okrętową, łączącą Rygę z Londynem. Później przez kilka lat mieszka w Moskwie jako przedstawiciel brytyjskiej fabryki metalurgicznej. Wreszcie w lecie 1939 r. włóczy się po Europie środkowej i wschodniej jako turysta. Odwiedza Warszawę i Wilno, w chwili wybuchu wojny jest w Dźwińsku, przez Finlandję, Szwecję i Norwegję wraca do Wielkiej Brytanji, by w początkach r. 1940 znaleźć się w Kownie i w Wilnie jako przedstawiciel Polish Relief Fund. Pozostaje tu do lata 1940 r., kiedy wejście Rosjan położyło kres działalności brytyjskiego komitetu pomocy. Przez Rosję i Daleki Wschód powraca do Wielkiej Brytanji.

Pierwsza część książki Andersona napisana jest interesująco, żywo, ale trudno oczekiwać po tych wspomnieniach przeszłości czegoś szczególnie sensacyjnego. Warto jedynie podkreślić sympatję dla narodów bałtyckich i stałe uwypuklanie że są to narody dojrzałe, w pełni zasługujące na prawo do rządzenia się według własnej woli.

Od chwili kiedy autor opisuje pierwsze zetknięcie się z Polską w przededniu wojny, książka staje się wręcz pasjonująca. Autor wznosi się do szczerego patosu, gdy mówi o katuszach, jakie przeżywał w ciągu pierwszych dwu dni wojny, spędzonych na Łotwie, w wyczekiwaniu na wypowiedzenie przez Wielką Brytanję wojny:

„Byłem nieszczęśliwy jak nigdy przedtem i nigdy potem. Obok przerażenia, że Anglja odmawia walki, trapiło mnie uczucie, że przez całe życie zagranicą popełniałem moralne oszustwo. Ludzie robili dla mnie wiele nie dlatego, że to byłem ja, ale że byłem Anglikiem. I teraz, gdy moja ojczyzna miała spłacić dług prestige’u i honoru, odmówiła zapłaty. Było to moralnem bankructwem. Po dwóch dniach okazało się, że nie odmówiliśmy zapłaty. Odroczyliśmy ją tylko. Uregulowaliśmy nasz dług honorowy. W następnym roku, gdy sami jedni stawiliśmy czoła Niemcom, odzyskaliśmy nasz honor. Ale w przyszłości zawsze będzie mi towarzyszyła świadomość, że w ciągu dwu dni nie dotrzymaliśmy Polsce słowa.

„W ciągu tych dwóch dni głęboko przeniknął do mej świadomości dług, jaki świat zaciągnął wobec Polski. Polacy byli pierwszym narodem, który wybrał raczej śmierć i zniszczenie, niż poniżające przyjęcie żądań Hitlera. Demokrację nie jest łatwo określić. Jest to raczej pewna postawa wobec życia, niż konkretny program polityczny. Według przyjętych norm Polska demokracją nie była. A jednak pierwsza chwyciła za broń w walce o odrodzenie demokracji, która straciła swą duchową siłę. Decydując się na zaryzykowanie wszystkiego – a Polacy zaryzykowali wszystko, narażając się na straszliwe konsekwencje – dla uratowania wolności i godności ludzkiej, Polacy rozniecili pochodnię wolności, która gasła, zalewana przez faszyzm.

„Od wybuchu wojny, miałem wiele do czynienia z Polakami. Są oni trudni, a czasem doprowadzają do rozpaczy, ale nigdy nie zapominam, jaki mamy wobec nich dług”.

To właśnie uczucie obowiązku wobec Polski skłania Andersona do przyjęcia misji z ramienia Polish Relief Fund, pomimo że ryzykuje odcięcie od kraju. W styczniu 1940 r. samolotem przybywa do Kowna, a następnie do Wilna.

Autor nie próbuje wszechstronnie zanalizować zagadnienia polsko-litewskiego. Doskonale jednak rozumie tło konfliktu, jego czynniki psychologiczne i duchowe. „Gdy byłem z Litwinami, tematem byli Polacy, a gdy z Polakami, tematem byli Litwini. W obu wypadkach był to monolog. Ja słuchałem. W obu wypadkach temat był świeży, pozbawiony początku i końca. Jedno przytem było zastanawiające. Gdy Niemiec bałtycki opisywał Łotysza i nawzajem, pomiędzy obu wizerunkami nie było najmniejszego podobieństwa. Każdy był zgoła inny. Natomiast gdy Polak opisywał mi Litwina i naodwrót, obraz był ten sam”. Oto jedna z uwag Andersona. Jest wiele innych, poświęconych wspólnocie polsko-litewskiej, litewskim obawom przed wpływami kulturalnemi, polskiemu poczuciu wyższości, wpływowi historji i t.d.

Nietrudno się domyślić, że w wykonaniu swej misji napotyka Anderson wiele trudności ze strony władz litewskich. Opisuje pewnego komisarza policji, który był faktycznym dyktatorem uchodźców polskich, i nawet polskiej ludności Wilna. Celem, do którego dążył, było usunięcie z Wilna wszystkich Polaków. Gdy na wszelkie propozycje, jakie Anderson robił w celu ulżenia losowi uchodźców, otrzymywał odpowiedź, że jest to „działalność polityczna”, jako taka zakazana, zniecierpliwiony powiedział Litwinowi w oczy:

” – Z różnych rozmów, jakie z panem odbyłem, wyciągnęłem wniosek, że istnieje tylko jedna niepolityczna działalność, którą Polak ma prawo podjąć: umrzeć.

” – Tak jest – odpowiedział zawzięty Litwin.

” – Ale nawet jeśli umarł, jego działalność polityczna nie skończyła się, gdyż jego pogrzeb ma wymowę polityczną” – dodaje Anderson.

Wilno pod okupacją litewską wywarło na Andersonie silniejsze jeszcze wrażenię, aniżeli w sierpniu 1939 r. „Wilno, – pisze, – to żywa historja”. Odnajduje tam „tradycję, nie rytuał dawnych ceremonij, lecz żywego ducha czegoś, co jest wytrwale podtrzymywane przeciw przygniatającym siłom. Duch Polski, dumny, żywotny i nieustępliwy, wypełniał miasto. Policjanci litewscy mieli niepewną postawę armji okupacyjnej”.

Wkrótce po przybyciu poznaje innego Anglika, mieszkającego u George’a, przemysłowca. Mówi, o nim że jest to ostatni człowiek, którego możnaby posądzać o przesadę.

” – Nigdy nie lubiłem naprawdę Polaków, – mówił ten Anglik do autora, – ale nauczyłem się ich szanować. Zwarli swe szeregi w obliczu niebezpieczeństwa i nie brak im odwagi. Coś panu powiem. Pracuje pan dla Polish Relief. Otóż potrwa długo nim przyjmą pomoc od pana. Może nigdy nie przyjmą. Ale niech się pan nie gniewa. To jest ich metoda przetrzymywania. Potrafią przeżyć wszystko.

Pragnę jednego: być w Polsce na miesiąc przed zakończeniem wojny. Byłem w Polsce podczas wojny i mam jeden czy dwa porachunki osobiste z Niemcami. Usłyszy pan od Polaków historje o okrucieństwach. Nie będzie pan im wierzył. Będą wyglądały na zmyślone. Otóż powiem panu tylko jedno: najgorsze okrucieństwa, o jakich pan usłyszy, będą niczem w porównaniu z tem co widziałem na własne oczy”.

Pobyt w Wilnie i zetknięcie się z tamtejszą ludnością pozwala autorowi zmienić swe poglądy na Polaków. Odkrywa on, że były one wypaczone przez propagandę niemiecką na długo przed dojściem hitlerowców do władzy. „Nie znałem Polaków – pisze szczerze. – Wiedziałem cośniecoś o nich, i było dla mnie pewnego rodzaju wstrząsem, gdy sobie zdałem sprawę, że nieświadomie zaraziłem się poglądami niemieckiemi na Polaków. Wyobrażałem sobie, że Polacy są brudasami i że nie mają pojęcia o organizacji.

„Komitety pomocy, zorganizowane w Wilnie przez Polaków dla Polaków, szybko doprowadziły mnie do rewizji poglądów na brak zmysłu organizacyjnego u Polaków. Gdy się widziało skąpe środki materjalne do ich rozporządzenia i to co potrafili za to zrobić, gdy się było świadkiem pomysłowości, cierpliwości i wysiłku zbiorowego dla ułatwienia życia zapomocą najprostszych narzędzi i materjałów, trzeba była zadać sobie pytanie, czy potrafilibyśmy zrobić na ich miejscu to samo.

„Drugi zarzut przeciw Polakom, również zarzut niemieckiego pochodzenia, że są brudni, jest też pozbawiony podstaw. Przeciwnie, było dla mnie stale źródłem zdumienia, gdy ludzie, o których wiedziałem, że żyją stłoczeni w pustych domach, nie mając do dyspozycji nawet przestrzeni baraków, występowali publicznie w czystych, odprasowanych ubraniach… jak gdyby wprost z pralni”.

Wraz z nadejściem wiosny konflikt między władzami litewskiemi a Polakami w Wilnie stał się bardziej ostry. Litwini nie ukrywali, że zamierzają przekształcić Wilno na miasto litewskie, usuwając Polaków. Walka o utrzymanie Polaków w Wilnie trwała aż do wkroczenia wojsk sowieckich dn. 15 czerwca. Do ostatniej chwili, choć coraz ciemniejsze chmury gromadziły się nad Litwą, Litwini myśleli tylko o jednem: jak uczynić Wilno miastem litewskiem.

Walka ta skończyła się zupełnem fiaskiem litewskiem. Zdaniem Andersona, spośród 20 000 uchodźców zaledwie 1 500 zostało wyewakuowanych z Wilna, a jeśli chodzi o Polaków wileńskich, Litwini nie zdołali usunąć ani jednego.

Ogółowi litewskiemu, z wyjątkiem pewnej liczby urzędników, wystawia autor świadectwo, że nie byli brutalni. „Dla mnie przynajmniej – pisze – sytuacja była niemal patetyczna. Litwini zdawali się pragnąć porozumienia z Polakami. Wciąż nanowo odnosiłem wrażenie, że wystarczyłoby przyznanie czegoś ze strony Polaków, a Litwini uczyniliby dla nich wszystko. Nigdy jednak nie potrafiłem zgłębić, na czem to coś miałoby polegać. Sądzę, że każda ze stron wiedziała, ale była to sprawa między nimi, której nikt z zewnątrz nie mógł zrozumieć i do której z pewnością nie pozwolonoby nikomu się wtrącić”.

W słowach prostych, a jednak pełnych patosu, opowiada Anderson o innym rozdziale dramatu wileńskiego: o napadach Litwinów na kościoły, o próbach przeszkodzenia w śpiewaniu „Boże coś Polskę”, a wreszcie o wydaniu przez władze kościelne zakazu śpiewania hymnu. W pierwszą niedzielę po tym zakazie, Anderson odwiedza poszczególne kościoły Wilna:

„Nigdzie nie rozległ się śpiew. Tłum słuchał nabożeństwa w milczeniu. Grupki patrjotów litewskich czekały przyczajone po bokach modlącego się tłumu. Na zewnątrz zgromadzono duże siły policji. Na krótko przed południem wśliznąłem się do kościoła św. Michała. I tu tłum słuchał w milczeniu. Nabożeństwo się skończyło, i gęsty tłum drgnął, przygotowując się do wyjścia. Nagle pojedyńczy głos rozpoczął: „Boże coś Polskę”…

„Jakby runął wodospad, tak zgromadzony tłum podjął hymn. Nie było to bynajmniej rzuceniem wyzwania, choć wszyscy wiedzieli, że policja czeka na zewnątrz i dokona masowych aresztowań. Było to poprostu wyznanie wiary – wiary w Polskę, gdy przyszłość zapowiadała jedynie głód i rozproszenie. Wiedzieli, że zginą i że nikt nie będzie wiedział o ich losie. Ale Polska nie zginie”.

W tym czasie Anderson czyni wszystko, by przyjść z pomocą uchodźcom. W szczególności stara się dopomóc studentom, których pierwszych Litwini postanowili usunąć z Wilna, uważając ich za element dla Litwy szczególnie niebezpieczny. Niewiele może zrobić, ale na podstawie rozmów ze studentami dochodzi do interesujących wniosków.

„Długie rokowania ze studentami dały mi sposobność do zaobserwowania czegoś co może mieć duże znaczenie w powojennej Europie. Wielu studentów poważnie zabrało się do badania struktury Polski w celu odkrycia przyczyn tak szybkiej klęski. W owych czasach Polacy, podobnie jak i cały świat, nie zdawali sobie sprawy z potęgi niemieckiej machiny wojennej i przypisywali klęski Polski innym przyczynom. Dopiero później zdano sobie sprawę ze wspaniałego wysiłku wojsk polskich. W każdym razie studenci ci w poszukiwaniu przyczyn klęski, doszli -jak mi oświadczyli – do wniosku, że Polacy muszą nałożyć sobie cugle i przestać żyć tylko dawną wielkością. Muszą stać się realistami i nauczyć się zgodnego współżycia między sobą, jak również współpracy z innemi narodami. Duma, która była bezcenna dla utrzymania ducha Polski w ciągu półtora wieku niewoli, stanowiła teraz obciążenie.

„Stawiam tę garstkę studentów wśród najdzielniejszych ludzi, jakich znam. Stracili oni wszystko, i byłoby rzeczą naturalną, gdyby trzymali się ślepo ducha Polski, szukając w nim wsparcia. Ale przy całej swej niedoli brali na siebie większy jeszcze ciężar przebudowy swego poglądu na świat. Nie demonstrowali swego kryzysu myślowego ani przed audytorjum, ani w prasie. Przeżywali tę próbę w samotności. Naród, który wydaje takich młodych ludzi, może być spokojny o swą przyszłość”.

Przyszły niebawem dni, gdy policja litewska zaczęła mieć większe kłopoty, niż walkę z Polakami. Dn. 15 czerwca 1940 r. wojska sowieckie wkroczyły na Litwę. Dla autora oznaczało to koniec jego misji, gdyż jasne było, że bolszewicy nie pozwolą na kontynuowanie brytyjskiej akcji pomocy.

Zbyt krótko był autor w Wilnie pod okupacją sowiecką, by móc się na ten temat rozpisywać. Od chwili wejścia Rosjan zaczął się przygotowywać do wyjazdu. Zanim jednak wyjechał, przeżył chwile szczególnie ciężkich decyzyj dla Polaków w Wilnie. Opisuje je z właściwem sobie głębokiem zrozumieniem i sympatją oraz z wielką delikatnością uczuć.

„W przepełnionym pokoju gdzieś w Wilnie, albo też w Kownie, słuchałem, jak Polacy desperacko dyskutowali, co lepiej : pozostać czy też uciec do Niemiec. Nie była to decyzja tak łatwa, jakby dziś mogło się wydawać. Dla Polaka przetrwanie osobiste nie było wystarczające: zdecydowany był przetrwać jako Polak, i dlatego właśnie decyzja była trudna. Pozostać, oznaczało uratować życie, ale stracić narodowość; zbiec pod okupację niemiecką, oznaczało narazić się na utratę życia, ale zarazem utrzymać swą narodowość. Każdy mówca na tych niespokojnych zebraniach ilustrował swój punkt widzenia, powołując się na taki czy inny epizod pod okupacją niemiecką lub też rosyjską. Niemcy popełniali okrucieństwa na Polakach, ale traktując ich jako rasę niższą przynajmniej uznawali istnienie narodu polskiego i pozostawiali Polaków razem. Gdy nadejdzie dzień wyzwolenia, – a trzeba powiedzieć, że w owych najczarniejszych godzinach nie spotkałem ani jednego Polaka, któryby żałował decyzji swego narodu stawiania oporu Hitlerowi lub zwątpił o zwycięstwie, – w dniu tym Polacy w tej części kraju, którą okupują Niemcy, żyliby znowu wolni w wolnej Polsce”. Przeciwstawia temu autor życie w Sowietach, gdzie – jego zdaniem – nie było dyskryminacji, gdzie jednak trzeba było wyrzec się narodowości – przestać być Polakiem.

„Jeden był znamienny szczegół tych zebrań, – dodaje Anderson, – na których debaty „za” i „przeciw” ucieczce do Niemiec kończyły się z reguły zawsze decyzją, że lepiej jest żyć pod okupacją niemiecką, niż rosyjską. Otóż nikt nie wspominał o niechęci do komunizmu dlatego, że pozbawiał własności i nie szanował nabytych praw. Potępiona była nie gospodarcza strona systemu. Obawy Polaków wobec Z.S.R.R. dotyczyły rzeczy niewymiernych. Można to nazwać – zależnie od własnego nastawienia – przesądem lub wartościami duchowemi. Ale jakąkolwiek będzie się miało opinję, dla Polaków nie była to sprawa akademicka. Musieli wybrać między dwoma ryzykami: utraty życia i utraty narodowści. Zdecydowana większość przemykała się przez zieloną granicę do okupacji niemieckiej”.

Autor jest zbyt skromny, zbyt angielski, by mówić obszerniej o swej pracy. Nietrudno jednak domyślić się, ile w nią włożył serca, cierpliwości, wytrwałości i zdecydowania. Jeszcze we Władywostoku daje tego dowód, gdy sowieckie straże próbują odebrać mu listy Polaków, od których wiezie wiadomości dla krewnych w Wielkiej Brytanji: nie chce wsiąść na odpływający statek, zanim mu tych listów nie zwrócą.

Jest rzeczą jasną, że nie ze wszystkiemi sformułowaniami i obserwacjami autora czytelnik polski zgodzi się bez zastrzeżeń. Niemniej polskie rozdziały tej książki do głębi przejmują. Wiele uwag autora, zwłaszcza na temat stosunków polsko-litewskich, zmusza do zastanowienia, a całość jest zwierciadłem, w którem warto się przejrzeć. Przedewszystkiem zaś przejmuje w tej książce stosunek autora do Wilna, który najlepiej oddają ostatnie poświęcone mu słowa:

„Gdy żegnałem to urocze, choć tragiczne miasto, miałem tylko jedno życzenie: być tam, gdy „Te Deum” śpiewane będzie w dniu zwycięstwa”.

ALEKSANDER BORAY.

——–
*) Borderline Russia by H. Foster Anderson. Londyn, The Cresset Press, 1942; str. 8nl. i 238 i 2nl.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Close