RZECZY POLSKIE W KSIĄŻKACH ANGIELSKICH

Hitler, Frank i Polska

W książce dziennikarza amerykańskiego Pierre J. Hussa „Hell and Farewell” (Herbert and Jenkins) znajdujemy trzy fragmenty, które zainteresują czytelnika polskiego.

HITLER NA RUINACH WARSZAWY

Dziwaczna właściwość umysłu Hitlera polega na przekonaniu, że sam on wie najlepiej, jak zaimponować światu, chociaż nigdy nie wyjeżdżał z Niemiec, z wyjątkiem paru oficjalnych podróży do Włoch i przejażdżek po podbitych krajach. A jednak jest on zdolny do ułożenia sobie melodramatycznej pozy na każdą okazję i odegrania jej bez radzenia się kogokolwiek. Polecił on by paczkę korespondentów zagranicznych zawieziono samolotem na lotnisko warszawskie w końcu września 1939 r. gdy miasto było jeszcze jedną wielką masą dymu i ognia, i w parę minut po nas sam wylądował: przybył na czas by pouczyć nas, na tle tego ponurego obrazu, o nieszczęsnej doli ludzkości i o głupocie Anglji, która zachęciła Polaków do przeciwstawienia się jemu.

– Popełniono wielką zbrodnię – powiedział żałośnie i spojrzał z dobrze udanym żalem na całopalną ofiarę opodal. – Tak, wojskowi polscy zwarjowali; popatrzcie na zbrodnię, którą popełnili na własnym narodzie. Byli pijani władzą i mówili nawet o pochodzie na Berlin. Potem zabarykadowali się w mieście, i popatrzcie teraz na Warszawę. Musicie poinformować świat o ich zatwardziałości.

W Berlinie, gdy był w humorze, Hitler niekiedy zabawiał swych gości w intymnem gronie naśladowaniem takich ludzi, jak Göring czy Himmler. Nie potrzebowałem dwa razy spojrzeć na niego wówczas na lotnisku warszawskiem, by dostrzec, że właśnie chciał odegrać jakiś kawał tego rodzaju. Hitler przybył do Warszawy, by odegrać melodramat i jednocześnie zwalić na kogo innego odpowiedzialność za okropne rzeczy, które wyrządził wielkiej europejskiej stolicy.

Lecz swoją rólkę szybko odegrał albo o niej zapomniał. Obszedł nas pokolei, jak zwykle, i podawał nam rękę w miarę, jak szef prasowy, Dietrich, wywoływał nazwisko i nazwę dziennika każdego z nas. W naszem szczupłem gronie znajdował się Bertie Svahnstroem, utalentowany korespondent stoekholmskiego dziennika „Politiken”.

– Ah, Svahnstroem – powtórzył Hitler powoli i goręcej uścisnął rękę korespondenta, – Czy jest pan spokrewniony z wielką szwedzką aktorką i śpiewaczką?

– Bardzo to dalekie pokrewieństwo – odparł Svahnstroem. – Ale w Szwecji jest ona osobistością legendarną.

Hitler nagle zapomniał o płonącej Warszawie i zajął się osobą i zaletami pani Svahnstroem; przez dziesięć przynajmniej minut rozprawiał o niej i jej talencie i wyrażał swe zdanie o jej grze.

FRANK I GENERAŁOWIE

Zadanie wicekróla jest, rzecz jasna, pod wielu względami bardziej złożone, niż zadanie takiego Hansa Franka, hitlerowskiego gubernatora Polski. Różnica polega na tem, że Frank może używać bardziej drastycznych środków – w kraju hermetycznie odseparowanym od reszty świata – i wymordowywać tysiące Polaków i Żydów bez jakichkolwiek sprzeciwów. Głód i karabiny maszynowe rozwiązują zagadnienia ze zdumiewającą szybkością. Każdy Polak z natury i dziedzicznie nienawidzi Niemców i każdy Polak żyjący jest i zawszo będzie śmiertelnym wrogiem każdego Niemca, więc poco ryzykować i zalecać przyrost ludności wśród Polaków lub też ułatwiać Polakom długowieczność? Chyba nie należy się spodziewać, by człowiek typu Franka uważał podobne postępowanie za rozsądne. Gdyby nawet Frank miał takie pomysły, Hitler napewno ich nie ma, a twardy mały Frank nie należy do ludzi, którzyby sprzeciwiali się Hitlerowi przez wzgląd na Polaków lub Żydów.

Łysy i pękaty Frank jest z zawodu prawnikiem; zostawszy hitlerowcem, wykombinował, że ma szansę zajechania wysoko w niemieckiej machinie sądowniczej. Podbój Polski i nominacja na wicekróla Hitlera w tym kraju dały Frankowi wyjątkową okazję do wykazania mądrości hitlerowców i ich umiejętności rządzenia pobitymi wrogami w sposób uczciwy i sprawiedliwy, ale trzeba mu przyznać, że ani przez chwilę nie próbował oszukiwać Polaków. Frank wybrał Kraków, nie zaś zburzoną artyleryjskim ogniem i bombami Warszawę, na swoją stolicę i zabrał się do zamieniania Polski w prawdziwą przybudówkę Reichu Hitlera. Zachowuje się jakby był królem Polski, i jego słowo jest prawem. Jest on pyszny i dufny, wprowadził prawdziwą etykietę dworską i wszędzie węszy chęć zniewagi.

Obecnie Frank nie udaje się do Warszawy i nie bierze udziału w żadnych uroczystościach urzędowych, o ile sam Hitler nie jest tam też obecny. Wszystko to dlatego, ponieważ na wiosennej rewji armji niemieckiej w Warszawie w r. 1941, zdarzyła mu się przygoda, której się zgoła nie spodziewał. Zataczając się lekko po paru kieliszkach, które zdążył wytrąbić w ciągu rana po lekkiem śniadaniu, złożonem z szynki, kiełbasek, kartofeli, jajek i kawy, – wszystko na koszt skarbu, – Frank wlazł w swój wielki czarny Mercedes i z miną rzymskiego zdobywcy minąwszy ruiny Warszawy, wjechał na szerokie pole, gdzie miała się odbyć rewja. Gdy jego samochód dojechał do trybun, stanął w nim i przez kilka minut odpowiadał pozdrowieniem hitlerowskiem na gromkie „Sieg Heil” wydobywające się z kordonu S.S. i S.A., ściągniętych jak zwykle na tę okazję. Ostatecznie był on niewątpliwym panem i władcą kraju.

My, korespondenci zagraniczni, parliśmy zlekka naprzód, by mieć lepszy widok. Frank trzasnął obcasami generałowi, który miał odbierać defiladę, – zdaje się, że był to Blaskowitz, – lecz wzamian otrzymał tylko zwykły ukłon wojskowy i wyraźne lekceważenie. Generał rozparł się na środku trybuny, patrząc przed siebie na tłum, plecami zwrócony do Franka. Dla wszystkich, którzy patrzyli zboku, widowisko to było równie wymowne, jak gdyby generał wrzeszczał na cały głos: „Panie Frank, jest pan gubernatorem, ale ja tu jestem dowódcą wojskowym. Dzisiaj robię przegląd armji niemieckiej, a nie łobuzów z partji hitlerowskiej. Niech pan sobie stoi, jeśli już tak być musi, ale niech mi pan nie włazi w drogę i niech się pan nie wysuwa naprzód”.

Powtarzam, zachowanie się Blaskowitza było wymowne, jakby krzyczał na cały głos, ale oczywiście, milczał bez przerwy. Stał tylko nieruchomo jak posąg i wrzucał z pruską doskonalą godnością monokl do oka, gdy wspaniała orkiestra wojskowa, tupocząc krokiem paradnym, przechodziła przed trybuną honorową i grała marsza. Frank wysunął się aż do boku generała, wyciągając prawą rękę w sztywnem pozdrowieniu hitlerowskiem. Generał zlekka się odwrócił i w sposób bardzo poprawny, lecz stanowczy skinął, by się cofnął; zaobserwowaliśmy, że zwracał on uwagę Franka, iż jego wyciągnięta łapa przeszkadzała mu w salutowaniu wojskowem.

Warto było przyglądać się przez lornetkę – a byliśmy oddaleni o jakieś 30 yardów -twarzy Franka. Była purpurowa i nabrzmiała. Zakołysał się zlekka, trzymając swoją salutującą łapę tuż przy ramieniu generała. Mógł go łatwo spoliczkować, ale hitlerowiec nigdy nie uderzy generała. W pewnej chwili, gdy przejeżdżały czołgi, generał powiedział Frankowi coś jeszcze przez ramię, i mięsiste usta hitlerowskiego gubernatora poruszyły się w odpowiedzi. Zły wzrok, którym zukosa obrzucał wojskowego, wskazywał dostatecznie, że nie było tu kompromisu i że stara nienawiść między niemieckiem naczelnem dowództwem a partją hitlerowską nie została załagodzona. Gdy rewja się skończyła, Frank szybko wyprostował ramię i bez podawania ręki, jak jest w zwyczaju, wyszedł, nie żegnając się z generałem. Blaskowitz był bardzo zajęty rozmową z otaczającymi go oficerami i zapomniał towarzyszyć gubernatorowi Polski, gdy ten wsiadł do swej limuzyny i odjeżdżał. Takie sytuacje zdarzają się w „Naziland”zie.

Lecz naogół Frankowi, jako gubernatorowi Polski, powodzi się nieźle. Zabawnym zbiegiem okoliczności, podobno jest więcej nadużyć i korupcji wśród S.S. i urzędników w generał-gubernatorstwie, niż gdziekolwiek indziej, głównie dzięki miljonom Żydów, z których można pompować pieniądze wzamian za przywilej przedłużenia nieco ich życia. Ale Franka nie można oskarżać o korupcję: przeciwnie, lubi on zapraszać zagranicznych korespondentów do Krakowa by się naocznie przekonali, jak pięknie pracuje. Stara się naprawdę o to, by swych gości przekonać, i przeciąża cały program przyjęć bankietami, mowami, herbatkami i wycieczkami. Po takich wyczerpujących wypadach po pokazowych częściach hitlerowskiej Polski, goście są zwożeni do Krakowa, gdzie mogą wypoczywać w wytwornym hotelu z barem, specjalnie przeznaczonym dla utrzymywania oficjalnych gości w dobrym humorze. W nocy można tam zastać Franka i jego najbliższe otoczenie, gotowych do ożywienia nastroju i wykazania wszystkim i każdemu, że mogą dalej pić śliwowicę, koniak, wódkę i szampana, gdy ich goście już leżą pod stołem.

Alex, Small i Charley Lanius, z których pierwszy był asem korespondentów zagranicznych „Chicago Tribune”, a drugi przedstawicielem berlińskim National Broadcasting Company, dokonali tego, że zdemaskowali te przechwałki hitlerowców. Small i Lanius udali się do Krakowa z polecenia swych przełożonych i po zakończeniu swej podróży natrafili jak zwykle na Franka w barze hotelowym. Gubernator, otoczony trzema czy czterema swemi kreaturami, głośno tłumaczył wszystkim, że ci Amerykanie to porządne chłopy, nawet gdy flirtują z Anglikami. Ach, gdybyż mieli tak mocne głowy, jak on sam, i mogli pić całą noc, wszyscy nabraliby większego szacunku dla Amerykanów i może należałoby traktować ich bardziej na serjo w czasie wojny.

Wyzwanie było jasne, i bitwa się zaczęła, jak zwykle, wielkiemi przechwałkami hitlerowców. Nie mieli oni pojęcia, że Small i Lanius przez wiele lat prowadzili dziki tryb życia w Paryżu, gdzie ich tłumnie odwiedzali spragnieni wrażeń rodacy. Trzeba było nie bylejakiej wytrzymałości i żelaznego zdrowia, by prowadzić takie życie a jednocześnie móc pracować.

A zatem w Krakowie obaj Amerykanie przypomnieli sobie o brzegach Sekwany i godzinami pili na umór. Od czasu do czasu były drobne przerwy, gdy poprzednio hałaśliwych pomocników Franka wynoszono czy wyciągano spod stołów do łóżka, lecz sam Frank dotrzymywał towarzystwa i próbował nawet utrzymywać rozsądną rozmowę. Ale po północy przestał wymachiwać butelkami i wrzeszczeć o więcej i wkońcu pozwolił by go wyprowadzono z powrotom do jego zamku, i zataczając się, oddał się w ręce swych aniołów-stróżów. Ci nie lubili Amerykanów i zapewne wyobrażali sobie, że gubernatora naumyślnie spojono.

Takie jest w „Naziland”zie życie wicekrólów Hitlera, którzy budują dla niego nową Europę.

KITTY I „BARON JUREK SOSNOWSKI”

W r. 1935 Kitty miała kilka złych chwil, choć nie tak złych, jak sam Goebbels. W rzeczy samej zmartwienia établissement Kitty doszły aż do samego Hitlera i do naczelnego dowództwa armji niemieckiej. Szykowny Polak o ujmującym uśmiechu i z monoklem większym od srebrnego dolara został przedstawiony Kitty jako członek polskiej służby dyplomatycznej i stał się bardzo mile widzianym klientem.

Baron Jurek Sosnowski, jak sam siebie nazywał, szczególnie interesował się trzema utytułowanemi pannami, które przychodziły zwykle do Kitty mniej więcej raz na tydzień, ot tak, dla zmiany otoczenia. Dziewczyny te, bardzo typowe dla rodzaju kobiet, które spotykało się u Kitty, nazywały się: baronówna Benita von Berg, baronówna Renata von Natzmer i Irene von Jena. Wszystkie trzy zajmowały odpowiedzialne stanowiska sekretarek generałów w naczelnem dowództwie, albowiem pochodziły z rodzin o starych i wielkich tradycjach wojskowych.

Dziewczynom tym można było ufać, a zwłaszcza w lokalu takim jak „ Kitty’s”, gdzie z pewnością mogły zadowolić i zrobić wrażenie na ważnych gościach, którzy mogli mieć informacje ważne dla Goebbelsa czy nawet samego Hitlera. Hitlerowcy zawsze interesują się szczegółami prywatnego życia swych gości. Baron Sosnowski zdawał się oceniać urok tych trzech panionek bardziej niż ktokolwiek inny i nawet skłonił je do odwiedzania go – dyskretnie i oddzielnie – w swem mieszkaniu na Lützow Ufer. Mieszkanie to znajdowało się obok ministerstwa wojny, a i ja obok mieszkałem, odkąd wojskowi wygnali mnie z mego godnego mandaryna apartamentu na Bendlerstrasse, nad pięknym Tiergartenem.

Sosnowski był zręczny i zdołał zamaskować swą działalność szpiegowską na rzecz Rosji sowieckiej prawie do końca 1938 r. Potem kontrwywiad niemiecki go nakrył; pewnej nocy u „Kitty’s” został on wraz z baronówną von Berg dyskretnie lecz stanowczo wzięty za kołnierz i zabrany do ciupy. Baronównę von Natzmer i Irenę von Jena wyciągnięto z łóżek w ich własnych mieszkaniach i zamknięto w tem samem więzieniu. Kitty znikła z widowni na parę miesięcy. Tymczasem trzy panny oddano pod sąd; sądził je trybunał ludowy, i dwie, von Berg i von Natzmer, zginęły pod toporem kata. Irenę von Jena skazano na dożywotnie więzienie, a Sosnowskiego na 20 lat, lecz w rok później wymieniono go na niemieckiego szpiega, który siedział za kratami polskiego więzienia. Gdy burza minęła, Kitty otworzyła nowy lokal niedaleko Kurfürstendamm i znowu zaczęła interes, na skalę nieco mniej wystawną, ale w tym samym rodzaju. Lecz odtąd i aż podziśdzień każda dziewczyna, która udaje się do tego lokalu, musi składać bezpośredni raport Gestapo i Goebbelsowi o każdym spotkanym tam mężczyźnie*).

——-
*) Tak przedstawia amerykański reporter głośną przed samą wojną aferę Jerzego Sosnowskiego, b. majora. Niestety, rzeczywistość spraw szpiegowskich i ich kulisy są z reguły bardziej ponure i prozaiczne, aniżeli romantyczne opowieści, osnute na ich tle. Sosnowski był zwyczajnym szpiegiem niemieckim, który przez czas jakiś z powodzeniem udawał informatora polskiego, nabierając przy tej sposobności i inne wywiady. Jego rzekome agentki były również prowokatorkami, co nie przeszkodziło później Niemcom ściąć je po to, by uratować Sosnowskiego przed sprawiedliwością polską. W tym też celu samego Sosnowskiego osadzono (nb. już w r. 1934) w więzieniu moabickiem pod Berlinem, wsławionem chociażby tem, że siedzieli w nim Jewno Azof i… Karol Radek. Lecz plany niemieckie zrobienia z Sosnowskiego wielkiego „asa” polskiego wywiadu spełzły, w tym wypadku, na niczem. Sąd polski skazał go na wiosnę 1939 r. na 15 lat więzienia za szpiegostwo na rzecz Niemiec, a sprawa jego przejdzie do historji szpiegostwa międzynarodowego jako bardzo pod każdym względem pouczająca. Niestety, Niemcy nie byli i nie są tak naiwni, by ich tajemnice wojskowe można było zdobywać przy pomocy złotowłosych „baronówien”. Obecny szef wywiadu niemieckiego, admirał Canaris, organizator morderstwa Róży Luksemburg i Liebknechta, oraz jego osławiony poprzednik, znakomity pułkownik Nicolai, stworzyli całkiem niezłą szkołę prowokacji, szantażu, inspiracji i dywersji. Niestety – nie tylko dla Niemców!

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close