Jak zatonął „Grom”

Był mglisty, bezwietrzny poranek. Staliśmy na kotwicy w drzemiącym Harstadzie. Załoga spała niespokojnym snem po trudach nocy minionej. Ciężkie były chwile, a i sen ukojenia nie niesie, bo co chwila krótkie drażniące dźwięki dają znać o nowym nalocie. Do trapu dobija motorówka. Oficer wachtowy z przerażeniom konstatuje, że to… że to sam pan admirał.

ORP "Grom" , 1937 rok

Niszczyciel ORP „Grom” , 1937 rok

– Goniec! Biegiem zameldować dowódcy!

Admirał przynosi smutną wiadomość.

O.R.P. „Grom” zatonął w pobliżu Narviku. Bliższe szczegóły nieznane. Chodziliśmy po pokładzie, rzucając w przestrzeń te same pytania: a czy ten a ten żyje? Biedny „Grom”. Jeżeli swoje zadanie spełni jako Okręt Rzeczypospolitej, to w porządku. Każdy okręt to samo może spotkać. Ale najgorsza była świadomość że straciliśmy kolegów. Siedziałem na rufie pod działem i myślałem o dziwnym losie Polaka. Polak walczy wszędzie, użyźniając krwią swoją nawet zimne, skaliste wybrzeża Skandynawji. Walczy o wolność swego kraju, szukając każdej okazji spotkania się ze swym odwiecznym wrogiem.

Rozmyślania przerwał mi wachtowy. Odkotwiczenie. Dostaliśmy rozkaz podejścia do H.M.S. „Resolution” po rozbitków z „Gromu”. A więc część się uratowała. Nadzieja wstępuje w nasze serca, w każde serce, które posiadało kogoś bliskiego na „Gromie”. Ja miałem kolegę, z którym wiele mnie łączyło. I myśli moje koło niego chodzą. Zobaczę go, czy też…

Idziemy dużą szybkością, kręcąc prawdziwy slalom pomiędzy skałami, wysepkami i obojowaniem. Spoza wyspy wynurza się sylwetka „Resolution”. Przez lornetkę dostrzegam tłum marynaży na pokładzie. Stoją grupkami, barwnie rozrzuceni po całym okręcie. Na rufie, w miarę zbliżania się, dostrzegamy jakieś osoby dziwacznie ubrane. W wiatrówkach i „kaloryferach”, w cywilnych pstrokatych ubraniach, w kombinowanych strojach cywilno-marynarskich. To oni – „gromowcy”. Przerzucam się z lornetką przy oczach z jednej postaci na drugą.

– O! Popatrz! to Józek, a tu… spójrz jaki śmieszny, to Tolek, a… widzisz tam w prawo Komandor, spójrz w jakich portkach o!… jest!… słyszysz!… jest… odnalazłem go… stoi oparty o wieżę na rufie… ma krótkie spodenki i białe długie pończochy i… zieloną wiatrówkę… stoi i… uśmiecha się, on zawsze uśmiecha się, ale teraz jakoś inaczej…

Cisza jest na pokładzie „Resolution”, cicho jest na naszym okręcie. Zbliżamy się powoli. Lekarz przygotowuje pomieszczenia dla rannych. Dobijamy. Podaję przez burtę rękę. Długo, długo ściskam, niema sensu mówić. Rozumiemy się doskonale. W ciszy odbywa się przenoszenie rannych. Patrzą się na nas, a który przytomniejszy uśmiecha się i podnosi rękę z kciukiem do góry. Potem ci nie ranni weszli na pokład.

– Ilu zginęło? – pytam się kolegi.

– Około 60. Dużo maszynistów i wielu artylerzystów. Część załogi była w pomieszczeniu po wachcie, śniadanie jedli… drzwi się zatrzasnęły… oni zostali… wszyscy… żywi… poszli na dno…

Zaprowadziłem go do kabiny.

– Powiedz mi, długo w wodzie siedziałeś?

– No wiesz, podobno długo, bo czterdzieści minut, ale to tak szybko przeszło, pod koniec już sił nie miałem i myślałem, że się utopię.

– A zimno było? Wczoraj mierzyłem temperaturę wody, było tylko 6º C. Musieliście fatalnie zmarznąć.

– Zimno? W wodzie było zupełnie ciepło, chwilami aż za ciepło, bo wiesz, w pierwszej chwili, ponieważ odległość do lądu była stosunkowo niewielka, większość postanowiła żeglować na grunt stały, bo to zawsze bezpieczniej. Więc my do brzegu, a tu… plusk… plusk… oglądam się, a tu całe bractwo stumetrówką goni z powrotem. Niemcy strzelali z cekaemów po pływających. Teraz jesteśmy im za to bardzo wdzięczni. Nigdy nie zapomnę jak gruby Stasio wyrywał z powrotem. Sapał i prychał, a rękami jak wiatrakiem obracał. Rozumiesz, każdy uciekał od miejsca gdzie okręt tonął. Wiesz, wiry… wiry mogą wciągnąć, no a wtedy…

– A coś ty robił podczas wypadku?

– Stałem na pomoście. Szliśmy popukać trochę do Niemców. Poprzedniego dnia zrąbaliśmy im parę stanowisk. Dostali zdrowe baty. Waliliśmy z całej artylerji: 7 dział 120 mm, 4 – 40 mm, plus broń maszynowa. Wiesz, śmieszny widok… domek był, a w nim działko pancerne… strzał… huk i… domku niema. Zmusiliśmy do milczenia parę działek i zniszczyliśmy wiele stanowisk ogniowych.

Odetchnąłem z ulgą. „Grom” zginął w walce, zadając ciężkie straty Niemcom.

– A najważniejsze to fakt – ciągnął dalej kolega – że oni widzieli naszą banderę. (Koledzy nasi z dzielnej brygady podhalańskiej, którzy przybyli do Norwegji w tym samym dniu gdy nasze okręty odchodziły, opowiadają, że spotkani Niemcy, wzięci do niewoli, wyrażali się o „Gromie” i jeszcze innym naszym okręcie jako o psach, które gryzły bardzo boleśnie). Więc potem nalot. Właściwie nie wiedziałem o co chodzi, bo gwizdnęło, huknęło, a potem… potem leciały odłamki… Potem, gdy zorjentowaliśmy się, że okręt tonie bardzo szybko, skakaliśmy do wody. Ja się trochę zagapiłem, a okręt przechylił się raptownie, więc wystartowałem jaskółką, bo nie wierzyłem, że on tonie. To wszystko, o reszcie już wiesz.

Stał i opowiadał mi jak jakąś przygodę widzianą w kinie. Odbijamy. Na rufie „Resolution” oficerowie, cały okręt oblepiony marynarzami. Wtem… „Jeszcze Polska nie zginęła… – zatokę wypełnia melodja hymnu, granego przez orkiestrę brytyjskiego pancernika… „póki my żyjemy”… Patrzę na oddalający się „Resolution” i czuję, czuję wyraźnie, że coś dławi, dusi strasznie. Zaciskam usta, zagryzani wargi i patrzę na oddalający się okręt, patrzę się na wyprostowane postaci marynarzy, patrzę się na nasz okręt i na naszych wyprostowanych marynarzy i widzę, widzę, jak jednemu z nich kapią łzy jak groch, a usta ma mocno zaciśnięte, widzę jak szklą się oczy drugiego, a trzeci wbrew wszystkim obowiązującym przepisom, oderwał rękę od nogi i przejechał się po oczach… „co nam obca przemoc wzięła, mocą odbierzemy”…

A okręt powoli odchodził od przyjaciół, powoli i majestatycznie, jakby rozumiał wielkość tej chwili, jakby rozumiał że w tej chwili biły serca Polaków oddalonych o tysiące mil od kraju tak głośno, że słyszała je cała Polska.

Umilkły ostatnie akordy mazurka Dąbrowskiego. Ocknęły nas tysiączne „hip-hip hurra”, wzniesione przez załogę „Resolution”. Czapki lecą w górę. „Niech żyje Anglja! Niech żyją Anglicy!”. Rozwiał się w jednej chwili nastrojowy moment, pękł tak szybko, że nawet łzy co się jeszcze w oczach szkliły, świeciły się dziwnie wesoło, jak lodowe krysztaliki w promieniach zimowego słońca.

JERZY TUMANISZWILI.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close