ZBIGNIEW GRABOWSKI

Naród za drutem kolczastym

„Od czasów średniowiecza i barbarzyńskich zagonów hord tatarskich żaden napewno kraj Europy nie był rozpięty na takich torturach jak Polska dnia dzisiejszego”.

Takiem zdaniem kończy dziennikarz amerykański John McCutcheon Raleigh, b. korespondent berliński „Chicago Tribune”, jeden z rozdziałów swojej przejmującej książki „Behind the Nazi Front”*). Rzecz Amerykanina jest reportażem bez żadnych pretensyj do głębszego ujęcia zagadnień, do wysnuwania wniosków ogólnych. Jest to relacja rzeczy widzianych i przeżytych w wojennym Berlinie, podbitej Pradze i Czechach, zniszczonej Polsce. „Daję tutaj kronikę osobistych moich doświadczeń, obserwacyj, sądów” – powiada w przemowie autor.

Warto zapoznać się bliżej z opowiadaniem dziennikarza amerykańskiego, którego książkę poprzedził słowem wstępnem jeden z najświetniejszych, a napewno najśmielszy publicysta angielski F. A. Voigt, autor proroczego ,,Unto Caesar” (książka aktualna dalej), redaktor miesięcznika „The Nineteenth Century” (artykuły Voigta, podpisywane Editor, są godne zawsze największej uwagi).

Relacja autora „Behind the Nazi Front” zaczyna się od wybuchu wojny i od reakcji Berlina. Obraz, nakreślony pośpiesznie przez Raleigha, zgadza się zupełnie z obserwacjami tych wszystkich, którzy mieli sposobność odwiedzenia Berlina tuż przed wojną. Stolica Rzeszy była w sierpniu 1939 r. – jak to mogłem sam stwierdzić w czasie parodniowego tam postoju – miastem ogarniętem złemi przeczuciami. Obawa wojny była wyraźna, a jeżeli nie wypowiadała się ona silniej i dobitniej, to chyba dlatego, że nad wszystkiemi nastrojami górowała apatja. Uczucie to nie od dzisiaj pojawiło się w Rzeszy Hitlera. Jest ono wynikiem nadmiernego napięcia nerwów, zużycia wrażliwości, bicia bez wytchnienia w emocje, porywy i masowe entuzjazmy; „jesteśmy zmęczeni świętowaniem” – powiedział mi jeden z rzemieślników, z którym rozmawiałem w sierpniu 1939 r.

Te objawy przemęczenia, apatji, wyczerpania bynajmniej nie ustąpiły. Niedawno na łamach tygodnika „Das Reich” pojawił się artykuł, w którym starano się wytłumaczyć brak zapału i entuzjazmu dla zwycięstw na Wschodzie. Dlaczego w dobie poprzedniej wojny – pytał „Das Reich” – witano tak często maszerujące oddziały owacyjnie, rzucano kwiaty, wiwatowano? Dlaczego dzisiaj maszerują one wśród zupełnego milczenia? „Das Reich” dochodzi oczywiście do wniosku, że jest to „nowy typ zapału” wykształcony przez Rzeszę Hitlera, „zapału skupienia i powagi”, ale tłumaczenie to nie potrafi ukryć faktu, że społeczeństwo niemieckie jest zmęczone tempem życia, którego nie wytrzymują mieszczańskie nerwy tego narodu, że jest wyczerpane nadmiernemi ciężarami, ambicjami, że jest podkopane we wszystkich swoich podstawach moralnych. Rozpasanie okrucieństwa, korupcja, swawola partji, rozbicie rodziny, rozwydrzenie młodzieży – wszystko to nie może uchodzić bezkarnie. Sadyzm i okrucieństwo obracają się wreszcie przeciwko samym oprawcom; terror i gwałt wyczerpuje się, wynaturza i wyniszcza sam siebie.

*

Raleigh opisuje na wstępie swojej książki ponure wrażenie, jakie sprawiał Berlin w pierwszych dniach wojny. Wspomnienia wojny ostatniej tkwiły najwidoczniej – i tkwią dalej – w kościach narodu niemieckiego. Dziennikarz amerykański notuje jak kobiety rzuciły się do skupowania w sklepach wszystkiego co można było nabyć; nastrój w schronach lotniczych miasta nie był wesoły. Sceny w owych schronach, które opisuje Raleigh, są godne porównania ze scenami, które każdy z nas przeżył w Londynie. Histeryczne obawy berlińczyków, którzy licho wytrzymywali czekanie w schronach na niedoszłe naloty, jeszcze jaskrawiej zarysują się na tle nocy londyńskich, kiedy rzeczywiście gradem spadały bomby.

Nic więc dziwnego, że dziennikarz amerykański dochodzi do wniosku, iż materjał ludzki w Niemczech jest poważnie podatny na histerję: stąd jasny wniosek że ludność Niemiec będzie znosiła coraz gorzej bombardowanie z powietrza i że dotychczasowe bombardowanie Niemiec musiało już przyczynić się do obniżenia „moral” ludności niemieckiej.

*

Niesposób zatrzymywać się dłużej nad uwagami rozsianemi gęsto na kartach „Behind the Nazi Front”, a oświetlającemi rozmaite – jakże ciekawe – wycinki życia Trzeciej Rzeszy. Raleigh np. twierdzi, że von Fritsch – który opracowywał plan ataku na Polskę – nie był wogóle na froncie i że zastrzelony został przez Gestapo w Berlinie: trumny ze zwłokami von Fritscha nie pozwolono otworzyć. Ciekawa jest inna uwaga Raleigha związana z osobą gen. Udeta, słynnego lotnika niemieckiego, który miał niedawno popełnić samobójstwo. Na pytanie, skąd właściwie lotnictwo niemieckie wzięło pomysł bombardowania z lotu nurkowego (dive-bombing), Udet odpowiedział skromnie, że od lat przypatrywał się w Cleveland popisom lotniczym aparatów United States Navy w t.zw. „fancy bombing”. Udet przejął to „fancy bombing”, które rozwinął potem w obrębie lotnictwa niemieckiego (Niemcy pokazywali co umieją w tym dziale już na popisach lotniczych w Zurichu w r. 1936). „Nasi lotnicy w Polsce – powiedział Amerykaninowi Udet – zastosowali wasz amerykański pomysł”.

*

Rozdział III” książki Raleigha p.t. „Mowy, walki i gruzy” opisuje wypad dziennikarski do Polski, gdzie toczą się jeszcze walki. Raleigh przemierza Pomorze, jest w Gdańsku w czasie mowy Hitlera, jest w Gdyni w czasie ostrzeliwania Oksywia przez Niemców, jest pod Oksywiem w chwili przypuszczania ostatecznego ataku. Jak widać z tego, Niemcy dbali żeby prasa zagraniczna, szczególnie zaś amerykańska, oglądała na miejscu sprawność niemieckiej maszyny wojennej. Propaganda niemiecka nie zaniedbała niczego, żeby urobić na gorąco opinję prasy zagranicznej, działając z jednej strony obrazem zniszczenia jako odstraszenia dla całego świata, a z drugiej – doskonałością organizacji niemieckiej, która już na ruinach i zgliszczach wojny krząta się koło nowego ładu, uprząta, wprowadza porządek.

Raleigh zdąża do Gdańska szlakiem na Człuchów. Samochód z prasą amerykańską jedzie pod silną eskortą, albowiem istnieje dalej obawa przed strzałami z zasadzki. Amerykanin stwierdza, że pochód niemiecki był tak szybki, iż Polacy nie zdołali dokonać wysadzenia mostów, dróg – „nawet słupy telegraficzne pozostawiono nietknięte”.

Propaganda zaczyna się od pierwszych wrażeń na Pomorzu. Dziennikarz amerykański ze zdumieniem stwierdza, że wszyscy Polacy „pomiędzy Człuchowem a Gdańskiem” chodzą bez butów, Niemcy natomiast paradują w butach. Urzędnik ministerstwa propagandy, który towarzyszy dziennikarzom amerykańskim, tłumaczy, że Polacy „dopiero wtedy wkładają buty kiedy nadchodzą ostre mrozy”; pozatem skarży się, że Niemcy byli gnębieni na Pomorzu i w Poznańskiem i że powodziło się im bardzo źle. Raleigh ma jednak oczy otwarte i w okolicach Warszawy wypatruje potem pilnie czy nie dojrzy bosych wieśniaków. „Ale jakoś wszyscy, nawet najbiedniejsi, mieli na nogach obuwie”. Najwidoczniej zatem Polaków na Pomorzu obdzierano bez pardonu. Raleigh widzi również, że „gospodarstwa niemieckie na Pomorzu wyglądały daleko zasobniej niż polskie”. Trudno mu zatem uwierzyć w rzekomy ucisk kolonistów niemieckich przez Polaków.

Raleigh po latach pobytu w Rzeszy ma wyostrzony zmysł spostrzegawczy i -zmysł podejrzliwości. Toteż w czasie pobytu w Gdańsku orjentuje się, że gdański „Goldwasser”, który podają dziennikarzom na przyjęcie (działa niemieckie i polskie toczą tymczasem pojedynek pod Gdynią i na Helu), opatrzony jest żydowską gwiazdą szcścioramienną. Szybko stwierdza, że fabrykantem jest Krum Lachs i zwraca na to uwagę urzędnika ministerstwa propagandy, anioła-stróża ekspedycji. „Żydowska gwiazda? Nonsens! To stary znak niemiecki”…

Podrabianie, oszukiwanie, kłamstwo -metody te wprowadziła w ruch propaganda niemiecka na taką skalę, że sama już nie może się połapać w swoich łgarstwach. Gdańska wódka jest tylko drobnym przykładem fabrykowania rzeczywistości. Raleigh opisuje pouczającą scenę z Torunia. Zwiedzał tam mianowicie w październiku 1939 r. szpitale. Naprzód urzędnik propagandy prowadzi Amerykanina do starego szpitala; jest on straszliwy: „zapachy i brudy panujące w tym zakładzie były czemś niesamowitem”. Spec od propagandy opowiada zaraz, że szpital ten stanowi doskonały przykład polskiej gospodarki. Potem prowadzi Amerykanina do – nowego szpitala niemieckiego. Raleigh jest zdumiony, że w tak krótkiem czasie Niemcy potrafili postawić już szpital. Ale oto w jednej z sal spostrzegawczy Amerykanin dostrzega napis polski na podłodze: napis jest w połowie usunięty. „Szpital zbudowali Polacy, w chwili wybuchu wojny nie został jeszcze ukończony. Niemcy zarekwirowali szpital i rozgłosili, że to oni zbudowali gmach… Polaków zapędzono do chlewu, jakim był stary szpital”.

Raleigh nie daje się ani rusz zasuggerować kazaniami swojego anioła – stróża. Stwierdza, że chociaż wielu rzeczy w Polsce zaniedbano, to jednakże w Gdyni, na Pomorzu, w Poznańskiem odkrywa piękne budowle, czyste ulice.

*

Raleigh ogląda szturm na Oksywie. Jest pełen uznania dla Gdyni, ale nie może zrozumieć, dlaczego nie posiadała ona schronów lotniczych, dlaczego nie miała obrony przeciwlotniczej. Zdobycie Oksywia było – jak zaznacza Raleigh – pokazem zrobionym dla Hitlera, który właśnie zjawił się w Gdańsku w celu wygłoszenia swej mowy. Oczywiście, oficerowie armji niemieckiej, z którymi Raleigh rozmawia, odrzucają z oburzeniem myśl, ażeby żołnierz niemiecki miał „popisywać się” przez Führerem i że armja nigdy nie poszłaby na tego rodzaju efekty – ale z przebiegu działań oraz synchronizacji tych działań z przemówieniem Hitlera w Gdańsku wynika jasno, że atak ostateczny na Oksywie był właśnie obliczony jako „podarunek dla Führera”.

Relacja Raleigha o Gdańsku zawiera szczegóły, które mają dla Polaka szczególny interes. Amerykanin opowiada o epizodzie z pocztą polską w Gdańsku, gdzie obrońcy zostali zmuszeni do poddania się wskutek użycia przez Niemców nędznego i okrutnego podstępu: oblano budynek benzyną z sikawek strażackich, a potem gmach podpalono. Zwiedzanie ruin Westerplatte robi na Raleighu ponure wrażenie:

„Polacy nie posiadali cięższej broni poza działkami przeciwczołgowemi, które ukryte były w fortyfikacjach. Brak im było fatalnie karabinów maszynowych. To że ich opór trwał tak długo, jest rzeczą doprawdy zdumiewającą.”

„Drzewa osłaniające Westerplatte, które przedtem rosły gęsto, przedstawiały straszliwy widok. Ciągnęły się one wzdłuż brzegu aż do składów amunicyjnych i tam gdzie wzniesiono umocnienia. Zaden pożar lasu nie zdołałby wyniszczyć bardziej tych drzew. Nie było gałęzi w lesie, która nie byłaby skoszona pociskami…”

„Oddziały „Arbeitsdienst”u… pilnowały jeńców polskich, którzy pracowali ospale, zasypując łopatami dziury po pociskach…”

„Przed głównym budynkiem widniały dwa polskie groby: na niezgrabnie
ciosanych drewnianych krzyżach wisiały furażerki… W trzy tygodnie potem, gdy raz jeszcze odwiedzałem Westerplatte, grobów już nie było”…

*

Uwagi Raleigha o wojnie w Polsce są teraz jeszcze ciekawe. Stwierdza on, że „cały plan działań w Polsce został starannie przepracowany na manewrach letnich r. 1939…, polscy attaches, rzecz znamienna, wykluczeni byli z tych etapów, które zbyt wyraźnie wskazywały na ich praktyczne zastosowanie w przyszłości”. Raleigh uważa, że obrona Pomorza była strategicznie bez sensu. Widzi w tern mieszaninę „patrjotyzmu i głupoty”. W Warszawie rozmawia z gen. Blaskowitzem, który powiada: „Gdyby Polacy mieli 1/3 czołgów użytych przez nas, walczylibyśmy dalej na linji Wisły”. W czasie zwiedzania Belwederu w Warszawie przewodnik niemiecki powiada, że gdyby armja polska wyposażona była odpowiednio w sprzęt nowoczesny, „klęska sił Śmigłego-Rydza nie byłaby ani tak szybka ani tak pewna”. Zaniedbania armji polskiej, jeżeli chodzi o sprzęt, rzucają się w oczy Raleighowi, a usłużni przewodnicy jeszcze bardziej podkreślają tę stronę armji polskiej. Dziennikarza amerykańskiego dziwią liczne modele czołgów i ultranowoczesnych dział polowych, które ogląda w muzeum belwederskiem. Przewodnik niemiecki nie może się powstrzymać od ponurego żartu: „Piłsudski był jednak przyjacielem Niemiec”…

*

„Szybujemy nad Polską: wokoło dziury od pocisków, kratery od bomb. Tu i tam zupełnie zrujnowane miasta, domy -szkielety, stosy zwęglonych belek i kupy gruzów. Lotniska zryte bombami. Na jednem można naliczyć chyba z 300 kraterów”…

Raleigh leci do Warszawy, ażeby być świadkiem wjazdu Hitlera do zniszczonego miasta.

W Łodzi fetują go oficerowie niemieccy, którzy mają wszystkiego poddostatkiem. Polskie szynki, półgęski, masło – wszystko to zawala stoły oficerskie. Nie tylko w Polsce. Raleigh opisuje przyjęcie u jednego z wyższych wojskowych w Berlinie, urządzone po jego powrocie z Polski:

„Podano herbatę, prawdziwą herbatę. Na stole widniała kiełbasa, można jej było nabierać na talerz ile dusza zapragnie. Gościom wyłaziły oczy z orbit. Oto kraina obfitości!

„To z Polski!” – zawołał nasz gospodarz, a na chwilę usta jego skrzywiły się w grymasie złości. Goście podwójnie radowali się ucztą. Gospodarz wracał niebawem do Polski. „Bierzcie ze sobą ile wlezie. Tam gdzie ja jadę, biorę już wszystko, dokładnie”.

Gdy spytano się go o Polaków, odparł: „Mają swoje ogonki chlebowe. Wystarczy to dla rasy niższej. Już oddawna Niemcy powinni byli mieć w swoich rękach te wszystkie smakołyki”.

Z Łodzi jedzie Raleigh do Warszawy istną aleją zniszczenia i nienawiści ludzkiej. „Twarze ludzi po drodze, to były maski grozy”. Kolumny byłych jeńców polskich: „na każdym postoju nasi towarzysze już się starali o to, by podjechać do grupy polskich ex-jeńców i by ci ich salutowali -ale nie było to salutowanie żołnierskie, lecz zdejmowanie czapek w głębokim ukłonie… Wyjaśniono nam, ze ci ludzie nie mają prawa uważać się za żołnierzy, a nawet nie za jeńców wojennych – są podwładnymi Rzeszy uwolnionymi z łaski Hitlera”.

Sceny, jakie opisuje Raleigh na tym szlaku nędzy i rozpaczy, są przejmujące. Oto mąż i żona prowadzący na szosie rower, na którym spoczywa trumienka dziecka. A dalej walka na drodze o główkę kapusty, która spadla z chłopskiego wozu: „z kłębowiska wynurzył się wreszcie mężczyzna z kapustą pod pachą i zakrwawionym nożem w ręce… Widziałem kilka takich bójek o ochłapy żywności po drodze do Warszawy. Nie były one objawem nienawiści, ale odruchami ludzi, których głód zamienił w zwierzęta”.

Propagandą częstują Raleigha i jego kolegów z prasy światowej już na przedmieściach Warszawy. Chodzi zarówno o to, ażeby udowodnić, że Warszawa była miastem ufortyfikowanem i że dlatego tak długo trwało jej zdobywanie, jak i to, że bombardowanie było uprawnione. Ale bystry Amerykanin zauważa, że mapy, nad któremi odbywa się wykład, znaczone są: „Ministerstwo Propagandy” a nie są mapami sztabowemi.

Ale żadna propaganda nie potrafi ukryć faktu bohaterstwa Warszawy. Raleigh zdumiony jest, że miasto to broniło się tak długo: widzi domy, które zdobywano kolejno; anioł-stróż dodany prasie rozpowiada, że i domy były – fortyfikowane. Ślady walki są jeszcze żywe, ruiny jeszcze cieple. Raleigh mimowoli sprowadza nieszczęście na mieszkańców jednej z ulic: błądząc wśród gruzów domów zauważa niewybuchłe granaty. Donosi o tem przewodnikowi i oto dowiaduje się potem że „mieszkańcy dwóch sąsiednich domów zostali aresztowani celem przeprowadzenia śledztwa”. „Przejechaliśmy przez Warszawę. Była to jazda koszmarna. Nie zauważyłem ani jednej całej szyby w oknach, ani jednego domu, któryby nie był pokiereszowany”.

Odór trupi unosi się nad domami: „nie mamy czasu na wydobywanie zasypanych, – tłumaczą się Niemcy, – Polacy sami nic nie zrobią. Są zupełnie do niczego”.

W al. Ujazdowskich, specjalnie oszczędzanych przez lotnictwo niemieckie, odbywa się rewja przed Hitlerem.

„Von Reichenau w obcisłym mundurze, w połysku butów woła: „Führer ! Ich gebe Warschau”… W czasie całej parady, która trwała trzy godziny, Hitler pokazał raz jeszcze czemu ubóstwia go większość Niemców… W czasie przemarszu wyłapywał wzrokiem żołnierzy z szeregów i koncentrował swój wzrok na nich. Widziałem jakie to robi wrażenie na żołnierzach. Twarze ich rozjaśniały się…

„Parada skończona. Jedziemy znowu ulicami grozy, objeżdżając wyrwy i dziury. Długie ogonki głodnych czekają przed sklepami i piekarniami. Wszyscy są obdarci. Najsilniejsze wrażenie robią na mnie twarze tych ludzi. Na każdej wyryte głęboko ślady oblężenia…

„Widziałem w Warszawie tylko trzy osoby, które się śmiały. Wszystkie na jednym odcinku ulicy. Były to kobiety. Oszalały…

„Na krawężniku stoi chłopiec. Nie ma chyba więcej niż 14 lat. Najwidoczniej wyszedł dopiero co z podziemi. Z okropności mroku na światło… Mijają go ludzie. Malec zaczyna płakać. To nie jest płacz dziecka – raczej jęk potępionej duszy: z otwartych oczu ciekną łzy, szloch wstrząsa wynędzniałem ciałem. Pada w rynsztok, wstrząsany łkaniem. Nikt się na niego nie obejrzy”.

*

„Widziałem już takie oczy płonące w twarzach fanatyków-obłąkańców” -pisze Raleigh o swojem spotkaniu z Hitlerem na lotnisku warszawskiem. Oświadczenie Hitlera dla prasy światowej, dane w Warszawie, słusznie uważa Raleigh za ponure proroctwo. „Chciałbym, ażeby niektórzy mężowie stanu, którzy chcą obrócić całą Europę w drugą Warszawę, mieli sposobność ujrzenia, co wojna naprawdę znaczy”.

Co wojna naprawdę znaczy! Rotterdam, Belgja, Francja, potem Londyn – wszędzie tam wie się już, co wojna naprawdę znaczy. Ale jedna Warszawa zakosztowała pełnego smaku tej goryczy. „Ujrzałem Warszawę – pisze Raleigh – dn. 5 października 1939 r. Widok ten był tak straszny, że pewien oficer niemiecki, który spędził całą ostatnią wojną na froncie, powiedział mi: „Oczywiście, miasta i miasteczka we Flandrji były niszczone ogniem. Ale w dziejach wojen nowoczesnych żadne miasto nie było wystawione na tak straszliwą siłę ognia, jak Warszawa”.

Raleigh nie ogranicza się do opowiedzenia zniszczenia Warszawy, obrazów nędzy, wypadków cholery (także wśród armji niemieckiej). Obawa zarazy prowadziła do palenia domów, szczególnie w dzielnicy żydowskiej, a ci co chcieli ratować się ucieczką, byli wystrzeliwani. Raleigh opowiada o wyczynach Gestapo i S.S. w Warszawie w zimie r. 1940. Konfiskaty mienia, rabunek żywności i odzieży, polowania na ludzi, przesiedlanie Żydów do t.zw. rezerwatu lubelskiego. Wszystko to, powiada Raleigh, odbywa się pod hasłem „brutalności w imię Hitlera i Rzeszy”. Brutalność jest zawołaniem i hasłem S.S., które przejęło od armji „panowanie na ziemiach polskich”. Raleigh podkreśla wielokrotnie różnicę w zachowaniu się oficerów armji i S.S. Jeden z Polaków w Grudziądzu powiedział Raleighowi : „Nie boimy się panów z orłem na piersiach, ale boimy się tych, co ptaka tego noszą na ramieniu” (odznaka S.S.).

*

Warunki życia w Polsce wyglądają czarno w ujęciu Raleigha, zwłaszcza w zestawieniu z życiem w Czechach, którym poświęca on dwa rozdziały. Raleigh opisuje groteskowe przyjęcie u dr. Hachy, otoczonego przez agentów Gestapo, którzy udzielają odpowiedzi za Prezydenta. Wszędzie, na wszystkie strony, Raleigh słyszy słowo: „kiedy nadejdzie chwila”… Tymczasem jednak naród czeski żyje przyczajony, stara się „nałamać do nakazów niemieckich”, jest rzeczą ciekawą, że Raleigh widzi w tej chęci przystosowania się „coś bardziej przygnębiającego i smutnego, aniżeli w przeraźliwej nędzy Polski”. Uważa, że w obrazie, jaki wyniósł z Polski, jest więcej siły, hartu, dynamiki, aniżeli w biernem poddaniu się Czechów.

Potworne są opisy Raleigha z życia setek rodzin w podziemiach Chełmży, dzieci zamykanych w ciemnicach przez pracujących w polu rodziców-Polaków, ażeby ustrzec je przed grasującemi tam psami – okropne obrazy z Bydgoszczy. Jeden obraz z Bydgoszczy ma w sobie jednak ten okruch nadziei i siły, który zdumiewa amerykańskiego dziennikarza. Tu właśnie widać naocznie wyczerpywanie się sadyzmu i okrucieństwa same sobą, tu widać dno tego okrucieństwa, które musi się załamać.

Raleigh opisuje mianowicie, jak w czasie jazdy przez Bydgoszcz eskorta jego samochodu rozpędzała dzieci gapiące się na drodze.

„Precz z drogi!” – zawołał policjant. Dzieciaki, które już zakosztowały bata pruskiego, obróciły się i poczęły odchodzić. Ani jedno dziecko nie zostało na skraju trotuaru. A jednak bierność tych malców zdawała się podniecać S.S. Manna.

„Skoczył za odchodzącą dziewczynką, lat jakichś 11, i kopnął ją tak mocno że uniosła się niemal nad bruk.”

„Mała nie odwróciła głowy.”

„Zaczem dzielny brutal w szarym mundurze poskoczył dalej, przerzucił karabin na lewe ramię a prawe ramię jego zakreśliło luk.”

„Kapelusik zleciał małej z głowy. Padła jak długa, ogłuszona ciosem styłu. Żołdak krzyknął do niej coś po niemiecku, czego najwidoczniej nie zrozumiała. Gdy połapała się, wzięła kapelusz z bruku i odczołgała się. Najwyższy czas, albowiem kuty but już zamierzał się na nią…”

„Kilku z nas począło protestować. O mało nie doszło do awantury.”

„Zacząłem robić wyrzuty przewodnikowi wycieczki, zapytując ostro, dlaczego dopuszcza się do takich objawów brutalności.”

„Niech pan pojmie – powiedziano mi – że ci ludzie nie rozumieją. To niższa rasa, nie rozumieją niczego”…

„Rozmawiałem potem z pewnym Polakiem w Bydgoszczy, który lata bawił w Ameryce… Uśmiechnął się, gdy opowiedziałem mu o zajściu z dziewczynką.”

„Być może, że ta mała oddała Polsce wielką usługę… Narazie musimy znosić wszystko. Ale jeżeli Niemcom powinie się noga, albo zacznie się im wieść źle w wojnie, znajdą się tysiące Polaków, którzy będą mieli swoje porachunki do załatwienia. Hitlerowcy są okrutni, ale zemsta Polaków to też nie przelewki. Wierzymy w Polskę. Byli już tu w Polsce różni panowie, różni najeźdźcy”…

ZBIGNIEW GRABOWSKI.

———————————
*) Behind the Nazi Front. By John McCutcheon Raleigh. With a Foreword by F.A. Voigt. Londyn, George Harrap, 1941; str 288 i tabl. 1.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close