ALEKSANDER HERTZ

Narodowości Stanów Zjednoczonych wobec wojny

Korespondencja własna „Wiadomości Polskich”

Nowy Jork, w marcu 1941.

W tym przedziwnem stopie języków, wyznań i ras, z którego powstaje naród amerykański, rola grup narodowościowych jest wciąż poważna. Nie jest to taka sama rola, jaką odgrywały grupy narodowościowe w czasie wojny poprzedniej. Od tego czasu zmieniło się bardzo dużo. Zmieniły się przedewszystkiem same grupy narodowościowe. Zahamowanie emigracji, przerwało dopływ nowych sił ze Starego Świata : czas zatarł wspomnienia, osłabił związek z dawnemi ojczyznami. Europa oddaliła się od tej „europejskiej” części Ameryki. W ciągu tych lat dwudziestu kilku znacznie posunął się proces amerykanizacji. Wyrosło młode pokolenie, urodzone już na tej ziemi, często zupełnie nie znające języka ojców.

Mimo to odrębne grupy narodowościowe nie zniknęły i nie przestały być ważnym czynnikiem w życiu ogólnoamerykańskiem. Mimo wszystko utrzymały się związki uczuciowe i rodzinne z dawnemi ojczyznami, i wypadki, które w nich zachodzą, znajdują głośne, echo w środowiskach wychodźczych. Rozwój dążeń narodowych we współczesnej Europie miał też swój duży wpływ na podstawy diaspor amerykańskich. Nie osłabił on postępów amerykanizacji, ale nadał jej charakterystyczne zabarwienie. W diasporach stworzył on poczucie dumy ze swego pochodzenia i dał im nową legitymację wobec społeczeństwa anglosaskiego. Na tem podłożu mogło powstać takie zjawisko, jak ruch, którego ideologiem i przywódcą jest Louis Adamic. Podkreśla on, że Ameryka i jej kultura są zbiorowym tworem wielu czynników i że emigranci wnieśli tu bardzo dużo ze swej przeszłości narodowo – kulturalnej. Ale i dla Adamica podstawą, na której wznosi się gmach Ameryki, jest i musi być kultura anglosaska. Nie wyczerpuje ona jednak całej zawartości budowli, która jest wzbogacana i rozwijana przez dopływ treści, asymilowanych przez Amerykę. Taka ideologja świadczy najlepiej, że przeobrażenia kulturalne i polityczne w Europie miały jednak głęboki wpływ na podstawy wychodztwa amerykańskiego.

Te rzeczy oddziaływały i na pokolenia, które urodziły się w Ameryce. Pod pewnemi względami nawet silniej, niż na ojców, urodzonych za oceanem. Albowiem dla młodych, którzy głęboko weszli w życie amerykańskie, taka legitymacja jest czemś ważniejszem, niż dla starych ghett, wywodzących się z dawnej Europy. Jednakże to stare pokolenie, ilościowo jeszcze bardzo poważne, jest najsilniej związane z przeszłością i najżywiej reaguje na sprawy dawnych ojczyzn. I w niem też trzeba przedewszystkiem szukać materjału do charakterystyki stosunku amerykańskich grup narodowościowych do wojny. Z pewnemi przecież zastrzeżeniami. Czemś specjalnem są środowiska, które tworząc izolujące się ghetta, zachowały ciągnącą się przez pokolenia odrębność kulturalną. Przykładem – osiedla niemieckie w „Middle West”. Czemś wreszcie zupełnie specyficznem jest wielka dwunastomiljonowa rzesza czarnych, zajmująca odrębne miejsce w społeczeństwie amerykańskiem.

W czasie poprzedniej wojny światowej Ameryka Północna była widownią dramatycznych konfliktów na tle stosunku do wojny. Pomijając już to, że związki z przeszłością były wtedy nieskończenie mocniejsze – określenie się wobec stron walczących było czemś bez porównania bardziej złożonem. Wśród polonji ówczesnej huczało od sporów orjentacyjnych, które były odbiciem sporów krajowych. Niemcy byli jednolici w swych sympatjach dla Rzeszy, tak samo Włosi w swych sympatjach dla sprzymierzonych. Skandynawowie i Holendrzy byli zdezorjentowani. Pewna część Żydów sprzyjała państwom środkowym. Irlandczycy zionęli nienawiścią do Anglji, ale mieli sympatję dla Francji. Dużo było momentów drastycznych, zwłaszcza po przystąpieniu Ameryki do wojny.

Dziś sprawy naogół przedstawiają się prościej. Ogromna ilość grup narodowościowych jest jednolita w swych sympatjach i reakcjach. Silniej też, niż wtedy, ulega ogólnym nastrojom społeczeństwa. Dla Polaków, Czechów. Żydów, Skandynawów, Holendrów, Greków, Chińczyków, niema wątpliwości, komu mają sprzyjać. Praktycznie rzecz biorąc, niema tu sporów orjentacyjnych, niema różnic w poglądach na rolę Ameryki w tej wojnie. Ciekawe jest obserwować, jak wypadki wojenne wpływają tu na kształtowanie się nastrojów. Najbardziej bodaj znamienni są Grecy, dość liczni w Nowym Jorku. Ci obecni benjaminkowie publiczności amerykańskiej odczuli bardzo mocno zwycięstwa broni helleńskiej w Grecji i w Albanji. Poczuli się uczestnikami chwały greckiej i przeżyli na tutejszym gruncie coś w rodzaju odrodzenia narodowego. Sklepy greckie można odrazu poznać po chorągiewkach o barwach helleńskich, po portretach króla i Metaxasa. Nawet młodzież grecka zaczęła mówić głośno na ulicach i w kolejce podziemnej swoim językiem -zjawisko bardzo rzadkie, gdy chodzi o młodzież innych grup narodowościowych. Coś podobnego da się powiedzieć i o Chińczykach w Chinatown.

Jeżeli jednak grupy, które wywodzą się z narodów, walczących z państwami osi, prezentują się tak jednolicie w swych nastrojach, inaczej wygląda sprawa tych grup, które wywodzą się z bądź przeciwnej strony barykady, bądź też dla pewnych względów muszą być terenem sprzecznych uczuć i reakcyj. Pierwsi, to Niemcy i Włosi, drudzy – Irlandczycy i czarni. Cztery wielkie grupy, w etnicznie pstrym świecie amerykańskim bezwątpienia bardzo ważne.

Podaje się często, że liczba Amerykańow pochodzenia niemieckiego wynosi 25 miljonów. Liczba olbrzymia, prawie 18% całego zaludnienia Stanów. Trzeba ją jednak traktować arcyostrożnie. Przedewszystkiem ogromna większość przedstawicieli tej grupy, to tylko potomkowie emigrantów, przybyłych tu nieraz przed stu laty, dziś już kompletnie zasymilowani. Sam znam takich Amerykanów „of German extraction”, którzy są „stuprocentowi”, nie znają języka niemieckiego, nie poczuwają się do żadnego związku z Rzeszą, a zwłaszcza z Trzecią Rzeszą. Pozostała w nich jedynie dość mętna świadomość pochodzenia. Jako typowy przykład może tu posłużyć Willkie. Jego rodzina należy do licznej kategorji emigrantów, którzy opuścili Niemcy po roku 1848 jako ofiary prześladowań politycznych.

I dlatego, gdy mówimy o Niemcach amerykańskich, mamy na myśli późno przybyłe pokolenia i izolujące się skupienia w „Middle West”. Tu związek z Rzeszą był silny i jest silny. Klęska Niemiec wilhelmińskich była tu mocnym wstrząsem. Załamała ona poczucie znaczenia grupowego i wpłynęła na wzmocnienie się postępu amerykanizacji. Ale dojście do władzy Hitlera i jego sukcesy miały wpływ odwrotny. Zelektryzowało to Niemców, rozbudziło nadzieje, ożywiło nastroje progermańskie. Prawda, że konsekwencją hitleryzmu było przybycie do Ameryki takich szermierzy idej demokratycznych, jak Thomas Mann. Ale zapewne znacznie większy jest ich wpływ na społeczeństwo czysto amerykańskie, niż na skupienie niemieckie.

Niewątpliwie pewna część Niemców amerykańskich jest usposobiona antyhitlerowsko. Uważa ona hitleryzm za coś nieniemieckiego i nieamerykańskiego. Stąd też nie udały się próby organizacyjnego ujednolicenia germanji amerykańskiej. Jej elementy demokratyczne wykazują odporność. Ale ideologja hitlerowska znalazła dla siebie dobre podłoże w licznych drobnomieszczańskich, częściowo sproletaryzowanych środowiskach niemieckich Nowego Jorku, New Jersey, Illinois, oraz rolniczych „Middle Westu”. Trudno określić, jak to wygląda cyfrowo. Organizacyjnie „Bund” mas nie skupia. Ale Bund jest tylko ekspozyturą zewnętrzną. Obok niego istnieje mnóstwo stowarzyszeń, związków wszelkiego rodzaju, od których nici idą i do „Bundu” i do oficjalnych placówek Trzeciej Rzeszy. Amerykańska piąta kolumna jest w dużym stopniu niemiecka, a gdy chodzi o jej sztab kierowniczy, to przedewszystkiem niemiecka.

Kilka miesięcy temu znany działacz antyfaszystowski prof. Salvemini ogłosił dane co do nastrojów politycznych wśród Włochów. Według niego, 10% to antyfaszyści, 5% -faszyści, reszta – politycznie obojętni, troszczący się tylko o sprawy dnia codziennego. Jeżeli przez dwie pierwsze liczby rozumieć czynnie politycznie zaangażowanych, są one prawdopodobnie słuszne. Ale 85% obojętnych wygląda nieprzekonywająco. Czyżby to była jakaś ,,tabula rasa”, pozbawiona wszelkich sympatyj ? Codzienne obserwacje temu przeczą. Faktem jest, że prawie cala prasa włosko-amerykańska jest wyraźnie profaszystowska. Faktem jest, że w mieszkaniach i sklepach Włochów wiszą portrety Mussoliniego, że nawet przygodnie spotkani Włosi wykazują swój entuzjazm dla idei ,,appeasement”u. Nie jest to może faszyzm w sensie ideologicznym, ale jest to patrjotyzm włoski, który widzi w Mussolinim uosobienie wielkości Włoch. I dlatego nawet tacy Włosi, którzy się zasadniczo uważają za antyfaszystów, są nastawieni antyangielsko, ponieważ Włochy są w wojnie z Anglją. Możliwe jest nawet, że procentowo więcej Włochów niż Niemców sprzyja osi. Ciekawo, że klęski afrykańskie i albańskie miały tu swój efekt w postaci objawów wyraźnego załamania się moralnego. W ostatnich czasach ze sklepów znikają znane chorągiewki i portrety, w obcowaniu codziennem uderza pesymizm i przygnębienie obywateli „of Italian extraction”.

Zgrubsza rzecz biorąc, można powiedzieć, że jak są w Amoryce dwa rodzaje Niemców, dawnych i świeżych, tak samo są dwa rodzaje Irlandczyków. W życiu tutejszem, zwłaszcza politycznem, ogromną rolę odgrywają Amerykanie pochodzenia irlandzkiego. Wielu z nich, to potomkowie dawnych kolonistów z czasów sprzed wojny o niepodległość. Ich irlandzkość wyraża się w nazwiskach, w wyznaniu i w świadomości pochodzenia. Ale są to Amerykanie, którzy myślą po amerykańsku, czują po amerykańsku i działają po amerykańsku.

Inna zupełnie sprawa, to prawdziwi Irlandczycy, którzy zachowali ścisły związek z Zieloną Wyspą. Nie wolno zapominać o tem, czem była Ameryka w dziejach irredenty irlandzkiej. Irlandczycy, może właśnie przez to, że ich mową jest język angielski, lepiej mogli się oprzeć procesom asymilacyjnym, które przede wszystkiem niwelują różnice językowe. Irlandzkość może być niezależna od języka. Zarazem brak trudności językowych ułatwił Irlandczykom przenikanie do wielu dziedzin życia amerykańskiego, zwłaszcza do kościoła katolickiego.

Wrogość do Anglji była tradycyjną postawą Irlandczyków amerykańskich. Irlandczyk organicznie nie trawi Anglika i w swej romantycznej pamięci zachowuje wspomnienia wszystkich krzywd, jakie Anglja kiedykolwiek wyrządziła Zielonej Wyspie. Ale w wojnie obecnej sprawa nie jest tak prosta, jak była w wojnie poprzedniej. Istnieje wolne państwo irlandzkie, i przy całej swej emocjonalności Irlandczyk rozumie, że klęska Anglji byłaby końcem jego Irlandji i byłaby końcem demokracji nie tylko w Europie. A Irlandczyk kocha Eire i jest demokratą. Stąd też w masach Irlandczyków amerykańskich walczy uczuciowa wrogość do Anglji z racjami rozsądku, które nakazują sprzyjać i pomagać Anglji. Konflikt ten ciekawie się zaznaczył na tle zagadnienia neutralości irlandji i sprawy baz angielskich w portach irlandzkich. Duża część Irlandczyków amerykańskich, możliwe że największa, zajęła rozsądne stanowisko, twierdząc, że Eire powinien dać Anglji bazy i że jego neutralność jest nonsensem. Jak się zdaje, pogląd ten zyskuje coraz bardziej na wpływach, i skrajnie antyangielskie stanowisko pewnych grup, reprezentowanych zresztą i przez niektórych wysokich irlandzkich hierarchów kościoła katolickiego, staje się coraz słabsze.

Nadzwyczaj ciekawie wyglądają nastroje czarnych. Stanowisko ich zostało sformułowane przez czołowych przedstawicieli tej części Ameryki. I wśród czarnych istnieją pewne sprzeczności i pewne konflikty wewnętrzne. Oczywiście, niema tu cienia życzliwości dla Hitlera i jego włoskiego partnera. „Colored people” wiedzą, co to jest rasizm, i wiedzą, jaki byłby ich los w razie tryumfu hitleryzmu nad światem. Z drugiej jednak strony, niema wśród czarnych entuzjazmu dla Wielkiej Brytanji. Stale występuje tu argument, że los czarnych pod rządami angielskiemi jest nie do pozazdroszczenia. Wielu z nich pochodzi z Indyj Zachodnich, skąd wynieśli smutne i niezachęcające wspomnienia. Natomiast wśród murzynów amerykańskich wytworzył się istny mit – Francji. Jest to chyba najbardziej profrancuska część narodu amerykańskiego. Inteligencja murzyńska jeździła do Francji i do jej kolonij, wielu kształciło się w szkołach francuskich, wielu zna język francuski. Możnaby rzec, że czarny świat tutejszy był jednym z głównych kanałów, któremi wpływy francuskie przenikały do Ameryki. Wygląda to paradoksalnie, ale tak jest naprawdę. Pozytywny stosunek murzynów do wojny spowodowany był w dużym stopniu przez fakt udziału w niej Francji. Ale Francja poniosła klęskę i opuściła szeregi walczących. Dla czarnego świata był to potężny wstrząs. I zapewne wpłynął on na wzrost nastrojów komunistycznych, które istnieją w pewnych środowiskach murzyńskich.

Jednakże na postawie czarnego świata wobec wojny ciążą przede wszystkiem stosunki wewnętrznoamerykańskie. W miarę jak budzą się dążenia emancypacyjne, coraz boleśniej odczuwane są znane ograniczenia i dyskryminacje. Czarni wskazują na szykany, z jakiemi spotykają się w wojsku. Nie są przyjmowani do lotnictwa, do wielu szkół oficerskich, mają utrudnienia w awansach. Dopiero niedawno pierwszy murzyn został mianowany generałem, i to podobno na wyraźne żądanie Prezydenta. Murzyni mówią, że gotowi są na wszelkie ofiary dla wolności Stanów, ale chcą, by ofiary ich były przyjmowane i by byli traktowani sprawiedliwie.

W ten sposób i wśród czarnych wojna i stosunek do niej rodzą sprzeczne dążenia i konflikty wewnętrzne. Są to momenty psychologiczne, któro mogą mieć duży wpływ na dalsze polityczne i kulturalne dojrzewanie świata kolorowego. Świat ten jednak jest mimo wszystko lojalny wobec Stanów, które są jego ojczyzną, nienawidzi Hitlera, ma współczucie dla jego ofiar. Osobiście spotykałem się z objawami żywego zainteresowania i sympatji dla Polski wśród ludzi o czarnym kolorze skóry.

Tak wygląda postawa tej części świata amerykańskiego, która nie jest stuprocentowo amerykańska. Istotnem zagadnieniem są tu odcinki niemiecki i włoski i w pewnym stopniu – najbardziej fanatyczne grupy irlandzkie. W Kalifornji dochodzą jeszcze Japończycy, ilościowo nieznaczni, ale politycznie bardzo niebezpieczni. Ich rola w sztabie piątej kolumny jest poważna. Jednak centrala tego sztabu mieści się nie w Ameryce. Jest ona w Berlinie.

ALEKSANDER HERTZ.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Close