Nastroje niemieckie

Koloryt życia codziennego Trzeciej Rzeszy ożywiły tłumy jeńców wojennych i robotników zagranicznych, których widać dziś w Niemczech istotnie na każdym kroku.

Kiedyśmy w sierpniu 1940 r. jechali z Francji do Niemiec, na każdej prawie stacji spotykaliśmy kolegów po doli. Sczasem przyzwyczailiśmy się już do tego, że wszędzie trafiali się koledzy, służący nie tyle kromką chlebą, bo jej nie mieli, ile informacjami o stosunkach miejscowych i terenie.

Jeńców widać w fabrykach, na roli, na dworcach kolejowych, gdzie ładują czy wyładowują jakieś towary, przed dworcami przy naprawie bruków, dróg i t.d. Stali się składową częścią krajobrazu wsi niemieckiej i niezbędnym czynnikiem życia małego miasteczka.

Ten nowy czynnik niemieckiego życia – jeńcy – wymagał naturalnie odrębnej organizacji, nawet odrębnego języka. Wytworzył się żargon, właściwy zorganizowanemu życiu jeńców. Znany on jest nie tylko jeńcom i ich rodzinom, lecz przeniknął też do rodzin niemieckich, w których, jakże często, męża, syna czy brata zastąpił przy warsztacie „Kriegsgefangener”.

Organizacja pracy jeńców wojennych pomyślana została dobrze. Schemat jest dość prosty, ze względu jednak na swój rozwój, przestaje działać sprawnie. Po rocznym pobycie w Niemczech zadawaliśmy sobie często pytanie, jak organizacja ta wytrzyma próbę życia w chwili katastrofy.

Wbrew intencjom władz niemieckich, wchłonięcie przez niemiecką gospodarkę kilku miljonów cudzoziemców musiało doprowadzić do nawiązania kontaktu między jeńcami a ludnością cywilną. Jeniec, pracujący kilka miesięcy u chłopa, zna po pewnym czasie kłopoty domowe swego patrona a nawet jego przekonania polityczne. Jeniec, pracujący w fabryce, o ile jest dość sprytny, może w krótkim czasie łatwo zorjentować się w nastrojach robotników. Sami zresztą Niemcy wydają się być bardziej skłonni do wynurzeń przed jeńcem, który nosząc obcy mundur, posiada wyraźnie zarysowane oblicze, niż przed współrodakiem, który wątpliwości polityczne rozmówcy może zameldować miejscowej Gestapo.

W przeciętnym Niemcu leży podświadoma chęć wygadania się, a raczej skonfrontowania, zwłaszcza z cudzoziemcem, swoich poglądów, które wbito mu w głowę kilkoletniem wmawianiem. Jest ich prawie pewien, prawie że stały się jego własnością, mimo to chciałby je ciągle sprawdzać, a przytem oczekuje od rozmówcy wyraźnego poparcia.

Czy to będzie żołnierz, chłop, czy robotnik – każdy chętnie rozmawia o polityce, zwłaszcza gdy jest sam na sam z cudzoziemcem. Rozwija koncepcje organizacji świata, zasłyszane z radja niemieckiego czy przeczytane w gazecie. Jakakolwiek opozycja łatwo go zbija z tropu. Niemcy bowiem rozumują w sposób zadziwiająco schematyczny, tak zresztą jak schematycznie działają. Po pewnym czasie miałem swój sprawdzian poziomu inteligencji przeciętnego Niemca. Była nim sprawa polska. Prostak powtarzał bzdury i kłamstwa za prasą czy radjem, inteligentniejszy i przyzwoitszy Niemiec unikał wyraźnie tego tematu. Poprostu wstydził się lub nie umiał znaleźć wytłumaczenia.

W obozach jeńców spotykałem się nie tyle z młodzieżą ile ze starszem pokoleniem, z rezerwistami. Zarówno w Oflagach jak w Stalagach jeńców pilnują oddziały z bataljonów „Landschutz”u. O ile chodzi o pracę przymusową u ludności cywilnej, jeńcy mają przeważnie kontakt ze starszem pokoleniem, z gospodarzami czy z właścicielami małych warsztatów przemysłowych, no i z kobietami, w tym wypadku już bez różnicy wieku.

Rozmowa z półinteligentem niemieckim, czy to ubranym w mundur czy cywilem, zaczynała się zawsze na tę samą nutę:

– Panie, kiedy to się skończy?

Rezerwiści nie wykazują żadnego entuzjazmu wojennego. Dużą przykrością, jaką w rozmowie jeniec może uczynić swemu rozmówcy niemieckiemu, jest podtrzymywanie tezy, że wojna przeciągnie się kilka lat lub że sprzymierzonym się nie śpieszy. Twierdzenie takie traktowane jest prawie jako manifestacja antyniemiecka, jako wyraz opozycji psychicznej w stosunku do
planów niemieckich, jako chęć podważenia „moral” ludności.

Konieczność jak najszybszego zakończenia wojny jest tak mocno i tak powszechnie zakorzeniona w umysłach niemieckich, że prawie utożsamiła się z pojęciem zwycięstwa. „Szybki koniec wojny, to nasze zwycięstwo” – rozumuje Niemiec, a zatem przedłużanie się wojny, to klęska.

Gdy czasem w rozmowie przekonywałem jakiegoś Niemca, że to jeszcze długa historja, że wojna przeciągnie się kilka lat, musiałem ściszać głos, aby jakiś hitlerowiec nie schwytał mnie na tego rodzaju oświetlaniu sytuacji. Rozmówca – żołnierz lub chłop – odpowiadał półszeptem:

– To niemożliwe. W tym roku musi być koniec. Tak dłużej żyć niepodobna.

*

Ciężkie warunki życia poważnie rozluźniły dyscyplinę wewnętrzną Trzeciej Rzeszy. Ludność niemiecka po wsiach i w miasteczkach przestała się odnosić wrogo do jeńców wojennych lub do sprowadzonych pod przymusem z zagranicy robotników cywilnych. Miałem wrażenie, że chłop uważa jeńca, który u niego pracuje, za taką samą ofiarę wojny, jak on sam. Obaj są w podobnej sytuacji. Chłopscy synowie biją się gdzieś na dalekich frontach, w domu gospodarzą baby i jeńcy, chłopa gnębią podatki, a zwłaszcza daniny w naturze. Zdarzają się wypadki, że ludność cywilna nawet pomaga jeńcom.

Wyraźnym objawem rozluźniania się dyscypliny są wyrzekania publiczne. Ludzie już nie boją się kar, mimo że kary są bardzo ostre. Pewien podoficer niemiecki zwierzył mi się, że jego krewny, który swego czasu był sympatykiem partji „Deutschnationale”, dostał 10 lat ciężkiego więzienia za nieoględną krytykę sytuacji.

Opuszczenie się wewnętrzne jest wynikiem przedłużającej się wojny i zrozumiałego zmęczenia ludności. Z temi nastrojami walczy znakomicie zorganizowana i bardzo inteligentna propaganda wewnętrzna Rzeszy. Wchodzi ona w oczy i w uszy każdego. Na ulicach miasteczek pełno plakatów, po księgarniach piękne wydawnictwa, na placach megafony radja. Propaganda działa nie tylko jawnie, lecz i skrycie: W tym wypadku zapomocą różnego rodzaju sączonych dyskretnie pogłosek, sensacyjnych informacyj czy nawet plotek. Tak np. kilkakrotnie słyszałem w Niemczech o zamieszkach wewnętrznych w Anglji, o nieudanych zamachach na premjera Churchilla i Prezydenta Roosevelta. W końcu stycznia 1941 r., gdy ofensywa angielska w Libji, dzień po dniu zadawała poważne ciosy wojskom osi, pewien feldfebel oświadczył grupie jeńców z tajemniczą miną:

– W Anglji wybuchła rewolucja.

Wieczorem podoficerowie niemieccy mocno popijali z tego powodu w kantynie wojskowej. Wiadomość ta podtrzymała ich ducha, nieco nadszarpniętego wiadomościami z Afryki.

Ta świetnie zorganizowana propaganda popełniła jednak wielki błąd, niemal nie do naprawienia. Jest to kwestja terminu zakończenia wojny. Od chwili kiedy dostałem się do niewoli niemieckiej, t.j. od końca czerwca 1940 r., stale spotykałem się ze strony Niemców z jakiemiś pewnemi terminami zakończenia wojny, w które rozmówca mój, zazwyczaj przeciętny Niemiec, święcie wierzył lub raczej chciał wierzyć. Tak więc, w końcu czerwca 1940 r. żołnierze niemieccy z dywizji wschodniopruskiej, w których ręce się dostałem, zapewniali nas, jeńców, że wojna skończy się najpóźniej w drugiej połowie 

października. Mówiąc to, dawali wyraz zdecydowanemu optymizmowi. Koniec wojny oznaczał dla nich wówczas klęskę Anglji, potem miała przyjść jakaś konferencja międzynarodowa, któraby zalegalizowała zwycięstwa niemieckie lub przyjęła do wiadomości niemieckie projekty organizacji Europy, no, i nakoniec demobilizacja czyli powrót do domu.

Przychodzi październik wojna trwa dalej. W listopadzie żołnierze skądś złapali wiadomoścć, tym razem bez stempla propagandy niemieckiej, o poważnych stratach przy próbie desantu na Anglję. Jak tem byli przejęci, świadczy zabawny obrazek. Przez miasteczko prowadzono konie, zabrane Francuzom a przeznaczone dla armji niemieckiej. Jeden z koni, czemś widocznie spłoszony, opierał się prowadzącemu, nie chąc iść dalej. Stojący w pobliżu żołnierz niemiecki, jakiś wesoły chłopak, zauważył półgłosem:

– Nie chce iść do wojska, pewno nie umie pływać.

Zimą 1940 r. wśród żołnierzy niemieckich powstają nowe nadzieje. Opowiadają sobie, że na Boże Narodzenie będą z pewnością w domu. Zaręczają nam, iż Führer obiecał Niemkom, że wróci im na Boże Narodzenie mężów i braci. Przychodzi tymczasem Boże Narodzenie, Nowy Rok, potem styczeń – wojna trwa. Naszym strażnikom miny wyraźnie się wydłużają.

W lutym i marcu 1941 r. znów rodzą się inne nadzieje. Żołnierze wierzą, że z początkiem lata dojdzie albo do ostatecznej rozprawy z Anglją, albo stanie się coś czego nie potrafią sami określić, co jednak przyniesie zakończenie wojny. Koniec wojny przewidują na lipiec lub sierpień 1941 r. Znów piją na to konto i dobrze nastrojeni alkoholem i nowemi nadziejami, zapewniają nas:

– W tym roku napewno i was i nas zwolnią.

Bardzo często żołnierze używali tego samego pojęcia „zwolnienie” w stosunku do jeńców i do samych siebie.

Przychodzi tymczasem wyprawa na Bałkany, o najeździe na Anglję niema mowy. W końcu maja wśród ludności zaczynają się szerzyć pogłoski o wojnie z Rosją. Pogłoski te wraz z wiadomościami o stanowisku Stanów Zjednoczonych urabiają przekonanie, że koniec wojny odsuwa się daleko, bardzo daleko. Zaczyna się odczuwać przygnębienie.

Propaganda niemiecka, jakby dla zatarcia tego niedopatrzenia, zmienia wyraźnie taktykę. Wskazując z jednej strony na szlachetne ideały, jakie przewodzą Niemcom w tej wojnie, więc na budowę nowego ładu w Europie, z drugiej strony tłumaczy że Niemcy nie mogą przegrać wojny, że im przegrać nie wolno. Przegrana bowiem wojna oznacza utratę wszystkich zdobyczy niemieckich, a nawet więcej -unicestwienie fizyczne narodu niemieckiego.

O ile chodzi o pierwszy argument, -rzekome szczytne ideały, które Niemcom przyświecają, – to t.zw. współpraca Francji z Niemcami jest znakomitem jego poparciem. Wątpiącym tłumaczy się: „Jak wy, Niemcy, możecie żywić zastrzeżenia co do słuszności naszych celów wojennych, jeśli wczorajszy jeszcze wróg dobrowolnie przyjmuje nasz punkt widzenia?”.

Tak samo mniejwięcej rzecz się ma ze Słowacją. Słowacy są ulubionym konikiem propagandowym. Fotografuje się ich na wszystkie strony, w strojach ludowych, w nowych mundurach, na tle gór i t.d. z wiecznie powtarzającym się lajtmotywem: „Oto biedny, zacofany lud, któremu Niemcy przynieśli wolność, własne państwo i organizację”. Podkreśla się przy tem wielkoduszność niemiecką: Niemcy traktują Słowaków jak równych sobie, Führer podaje rękę prałatowi Tisso.

Znacznie większy posłuch znajduje argument, że Niemcy muszą zwyciężyć, bo przegrana grozi im unicestwieniem. Społeczeństwo niemieckie gotowe jest uwierzyć, a może częściowo już wierzy, że Niemcy muszą się bić do końca w obronie prawa do życia. Że gdyby, nie daj Boże, sprawy wzięły zły obrót, nie pozostaje im nic innego, niż zginąć na barykadach Trzeciej Rzeszy.

Podoficer niemiecki, w życiu cywilnem majster-metalowiec, mocno socjalizujący, widzi przyszłość w czarnych barwach:

– Ja jestem robotnikiem, mój syn również. Jeśli przegramy wojnę, zniszczą nam z pewnością przemysł. Nie pozostanie nam nic innego niż zdechnąć z głodu.

Prasa niemiecka w celu ugruntowania w społeczeństwie tego przekonania chętnie posługuje się argumentami przeciwnika. Tak np. powtarza slogan przypisywany Clemenceau, że Niemców jest o 20 miljonów za dużo. „Zapamiętajcie sobie, -głoszą niemieckie plakaty propagandowe, – jeśli przegramy wojnę, 20 miljonów Niemców zostanie wyrżniętych”. Propaganda regime’u stara się wmówić przeciętnemu Niemcowi, że właściwie nie ma on już wyboru. „Zwyciężyć albo zdechnąć” – oto hasło Goebbelsa.

Hasło to wytwarza w Niemczech atmosferę fatalizmu. Nad każdym Niemcem wisi jakby jakiś nieunikniony los. Jakikolwiek obrót przybrałyby sprawy, każdy Niemiec musi się poświęcić.

Młody chłopak w przededniu matury, z którym zetknąłem się gdyż przychodził kilkakrotnie po jeńców do pracy, powiedział mi kiedyś w rozmowie:

– Myślę tylko o tem, żeby wyjechać z Niemiec.

– Będzie to pan mógł pewno zrobić po zdaniu matury? – pytam.

Niezupełnie – odpowiada. – Po maturze „muszę” wstąpić na ochotnika do wojska. Ale wyjadę zaraz po skończonej wojnie. Życie w Niemczech jest zbyt ciężkie. Mamy tylko jeden obowiązek: pracę. Wiem, że nawet po wygranej wojnie nic innego nas nie czeka niż tylko praca.

– Dokąd pan zamierza jechać ? – pytam

– Do Paryża – mówi z błyszczącemi oczami.

W Niemczech niema radości życia. Są tylko jej „ersatze”. Mundur, parady, kino, rozbujałe życie erotyczne. Lecz i na radość życia propaganda ma swoje przepisy. Namawia się Niemców, aby byli bardziej weseli. Raz się zakazuje tańczyć, raz się znów pozwala – w zależności od oceny nastrojów. Poparciem rządu cieszą się kina. Obok wielkich filmów historycznych czy propagandowo-politycznych, jak np. „Fryderyk Wielki” lub „Żyd Süss”, pełno filmów o tle egzotycznem, spreparowanem naiwnie w atelier. Widać także wiele bogatych wydawnictw, propagujących kult natury, wiele również fotografij pięknie zbudowanych nagich dziewcząt. Niby chodzi tu o wykazanie piękna rasy nordyckiej, w rzeczywistości jednak jest to poprostu literatura erotyczna. Erotyka, to jedna z popularniejszych recept na radość życia.

Najlepiej jednak Niemiec wyżywa się w mundurze. Tu nasuwa się pewna interesująca uwaga: o ile przeciętny Niemiec żywi w dalszym ciągu bezbrzeżne zaufanie do munduru, do armji, co wynika z militarystycznego wychowania społeczeństwa i z zakorzenionych tradycyj, o tyle nie jest całkowicie pewny słuszności koncepcyj politycznych régime’u. W umysłowości Niemca prawdopodobnie jest jeszcze trochę miejsca na rozumowanie i na wątpliwości właśnie co do pomysłów politycznych czy filozoficznych partji. Partja bynajmniej nie jest tabu. W miarę przedłużania się wojny, w miarę pogarszania się warunków życia, wątpliwości te będą narastały. Zaznaczam jeszcze raz: wątpliwości nie pod adresem armji, – jej poświęcenie i bezinteresowność są poza wszelką dyskusją, – lecz wątpliwości pod adresem kierownictwa politycznego.

Na wielu Niemcach znać zmęczenie. Rozluźniają się powoli więzy moralne, maszyna administracyjna zaczyna się powoli rozkręcać.

M. J. PIOTROWSKI.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close