Niemcy w czasie wojny *

GROSSKUNDGEBUNG

„Passen Sie gut auf, es ist furchtbar knapp mit Linoleum”.

Ale z okazji wielkiego zebrania narodowo-socjalistycznego poświęca drukarnia niemiecka ostatnie metry linoleum. Brak surowców musi zastąpić odpowiednio spreparowany entuzjazm. Wielkie afisze, obwieszczające zebranie partyjne, które ma się odbyć nazajutrz, kosztują Niemcy bardzo drogo, ale siła atrakcyjna wielkiej „Grosskundgebung” ma być jeszcze większa. „Grosskundgebung”, to w rzeczywistości piętnaście liter, z których każda zmniejsza w Niemczech ilość bezcennego linoleum… Lecz o tem wie tylko parę osób…

Kiedy wychodzę z drukarni, jest godz. 7 wieczór. Schody drżą od ruchu, mury oscylują. Drukarnia pracuje pełną parą. Ilość druków propagandowych jest wprost nieprawdopodobna. Dyplomy honorowe dla członków partji, przemówienia, broszury, podręczniki „Rassenpolitik”, tabele wojskowe, kwestjonarjusze dla obozów koncentracyjnych, karty żywnościowe. Z dnia na dzień rośnie ilość zamówień.

W hali maszyn zmieniają się robotnicy. Kilku z nich zbiera się pod ścianą, na której wisi olbrzymia mapa Niemiec, ktoś czegoś szuka na mapie. Opodal czeka na mnie kolega Novak.

– No i jak tam, pracujemy, he?… Idziemy naprzód, he?… My naprzód a oni w pole… – roześmiał się głośno i rzucił głową w kierunku grupy robotników pod mapą.

Wodzą palcami po karcie, dobiegają mnie fragmenty poszczególnych zdań. Już wiem. Powołani.

– Wojenka mateńka – szydzi Novak z nieopisaną ironją i rzuca tamtym na cały głos . – Vaterland ruft euch ! Vaterland ruft!

To już trzecia grupa robotników wyrusza z tego zakładu w pole. Szukam wzrokiem majstra. Jego zawsze zła, zaciśnięta twarz jest dziś jeszcze bardziej sucha, jeszcze bardziej zirytowana. Garbate plecy zecera mają w sobie tyle jadu, tyle złości. Jest to stary Niemiec, który zjadł zęby w drukami i pamięta jej początki, stary socjalista, zgorzkniały i wiecznie żujący przekleństwa. Przytem sabotażysta. To on gasi wszystkie mowy Hitlera, włączając prąd w maszyny, tak że odbiornik radjowy drży od nieartykułowanych ryków. Właściciel drukarni i personel biurowy szaleją z wściekłości, bombardują zecera telefonami, sypią się pogróżki, ale on wzrusza tylko krzywemi ramionami: „Keine Ahnung, keine Ahnung” – ale zresztą prócz tego oficjalnego zaprzeczenia nie sili się wcale przekonać tamtych, że nie mają racji. Wie, że jest prawie równie bezcenny jak kolonjalny surowiec – stary specjalista, którego przy obecnym braku rąk do pracy w Niemczech nie można zastąpić. Kto go będzie denuncjował? Przedsiębiorca? Stary majster śmieje się na tę myśl zgrzytliwie jak wszystkie nienatłuszczono kółka maszyn…

Cały młody narybek drukarni jest powołany. Mają miny niepewne, niewiadomo czy śmiać się czy smucić. W każdym razie nie można tutaj na sali udawać bohaterów. Nie wobec majstra…

Schodzimy z Novakiem o piętro niżej, mijamy biuro drukarni. Przez oszklone, wpół otwarte drzwi dobiega nas czyjś podniesiony głos. Właściciel przedsiębiorstwa, mały nerwowy Niemiec skacze wprost z irytacji przy telefonie, unosi się, potem cichnie, przekonywa, nalega, prosi. Idzie o rzecz zwyczajną w każdem prawie przedsiębiorstwie w Niemczech: o wyreklamowanie pracowników zaciągniętych do wojska. Mały Niemiec wskazuje na ilość zamówień, na ważność druków wojskowych, żąda zwiększonego przydziału materjałów, grozi niemożnością wykonania na czas roboty.

– U mnie pracują już sami cudzoziemcy, – krzyczy wreszcie do aparatu, – mój podmajstrzy jest Czech, moja graficzka Polka. Jak tak dalej pójdzie, będziemy mieli u siebie jedną cudzoziemską kolonję. Nie możemy dopuścić do tego by nas zalali cudzoziemcy!

Wymieniamy z Novakiem porozumiewawcze uśmiechy.

– Wskazówki na zegarze historji obracają się – mówi mój towarzysz, podnosząc ręce z dobrze odegranym patosem. – A historja ma czas.

Ten wiecznie szydzący ze wszystkich Czech nienawidzi Niemców jak tylko można nienawidzić. Jego drwina jest pełna okrucieństwa i mściwości. Kpi bez żenady z wszystkiego co niemieckie i paraliżuje wszystkich bezczelnością bezprzykładną. Pracuje, jak i ja, od paru miesięcy w tej samej drukarni i marzy o ucieczce do Anglji. Był w Polsce, zna nasz język i posługuje się nim z lubością ilekroć jesteśmy razem. Jego głos rozbrzmiewa na całą halę gdy tylko ustaną na chwilę maszyny: śpiewa zawsze refren o morowej zarazie, i ochrzczono go z tego powodu nazwiskiem „Pestmann”.

Idziemy razem ulicami miasta W. Małe historyczne miasto, upstrzone olbrzymiemi afiszami koloru krwi. „Grosskundgebung”, „Grosskundgebung”. Z wszystkich prawie okien i dachów spływają chorągwie partyjne koloru krwi. Okna domów najeżone małemi sztandarami koloru krwi. Ale w zapadającej nocy czerwień krzepnie szybko, i powiewające płachty stają się prawie czarne. Domy jak groby o zawartych oczach, sklepy już nieczynne, ulice pustoszeją. Tylko werbel bębnów posuwa się gdzieś wzdłuż murów, i z jakiegoś zakrętu wysuwa się jedna ciemna masa. To „Hitlerjugend”. Maszerują powoli wymierzonym, nieco przydługim krokiem, pewni siebie, wyćwiczeni, w swoich granatowych mundurach, które teraz w gęstniejącej ciemności zlewają się w jeden czarny kształt. Maleją wzrostem ku ostatnim szeregom, ostatni, to już dzieci. Ale wszyscy skuci powagą jak lodem, nienaturalni jak posągi, przejęci sobą, wyprężeni w ważności, upojeni rytmem pałek. Jest coś niesamowitego w tej ponurej paradzie dzieci, które nie są dziećmi, w tym czarnym marszu, w ciszy schowanego w ciemności miasta, coś co przypomina ponury obrządek jakiegoś pogańskiego kultu. Przerażająca karykatura wszystkich ludzkich pojęć i uczuć.

Nad ich głowami przeleciała gromada wron. Ktoś oderwał się od szeregu. Rozległ się krótki strzał, potem drugi i trzeci. Coś czarnego miękkiego upadło mi pod nogi. Ptak uderzył o chodnik skrzydłami raz i drugi, poderwał się, padł znowu, zakrakał. W tej chwili jeden z „Hitlerjugend” porwał z ziemi swą zdobycz. Rozpostarł szeroko skrzydła żyjącego jeszcze ptaka na piersiach, trzepoczące nogi wetknął za pas. Głowa wrony biła na wszystkie strony i boki, chłopak wcisnął ją między guziki munduru. Ktoś otworzył raptem drzwi sklepu z ceramiką, i światła oblało tę dekorację. Młody Niemiec, strojny konającym ptakiem, pobiegł naprzód aby dogonić swój oddział. Werbel bił bez przerwy.

– No, ja – powiedział Novak.

Nie rozmawialiśmy długo. Śnieg zaczął padać.

U wylotu Theaterplatz ukazała się inna grupa. Szli też niby wojsko szeregami, ale nie byli wojskiem. Na ramionach nieśli jakieś paki, garbili się pod ciężarem, błoto rozpryskiwało się pod ich ciężkim krokiem. Inni ciągnęli ręczne wózki, ładowane wysoko, jeszcze inni pchali skrzynie na kółkach. Zdaleka wyglądali jak posuwający się naprzód kosodrzew.

– To wasi – powiedział Novak.

Tak, to byli nasi. Było już ciemno, i nie można ich było widzieć tak wyraźnie jak w dzień. Ale ja znałam ich napamięć, ich obszarpany ubiór, koloru ziemi, który był polskim mundurem. Pasy skórzane zabrano im dawno, buty zamieniono na drewniane chodaki, okręcone często szmatami. Niektórzy z nich mają jeszcze wełniane szaliki, w które głęboko zanurzają brody, na innych widać resztki sweterów. Są brudni, szarzy, wynędzniali i obojętni. W mroku widać teraz tylko ich skulone postaci, podpierające wielkie paki, i słychać chlupot butów.

W pewnej chwili szeregi maszerującej „Hitlerjugend” skrzyżowały się z oddziałem jeńców. Tamci zwolnili nieco kroku, dobosz zwolnił rytmu. W gardle wąskiej ulicy nie mogli się wyminąć, i szeregi „Hitlerjugend” rozłamały się naraz. Ktoś krzyknął : „Verfluchte Polen !” ktoś inny: „Heil Hitler!” i natychmiast wszyscy podjęli ten okrzyk. Podniósł się nagły wrzask i posypały się szturchańce. Ci w mundurach bili tamtych pięściami. Maszerujący dotąd jak kolumny z kamienia chłopcy, wyłamawszy się raz z szeregu, stali się posłuszni tylko instynktowi walki. Ci z pierwszego szeregu nawoływali do porządku, ale rozkaz gubił się w zamieszaniu burdy. Ciężkie paki padły na bruk, ich zawartość rozsypała się po bruku, i ulica zasłała się w oka mgnieniu wielkiemi płachtami papieru. Jednym rzutem oka poznaliśmy wielkie afisze z drukarni Schadego przeznaczone na prowincję, broszury i i ulotki zamówione z okazji święta partyjnego.

– Widzicie… – zapytał mnie kolega-Czech.

W tej chwili jeden z naszych, potrącony przez Niemca, upadł na stos czerwonych afiszów. Złożona sterta papieru rozsypała się, i olbrzymi czarny napis zawirował wokoło jeńca: „Grosskundgebung”, „Grosskundgebung” ! W czerwone tło afisza wsiąka krew bez śladu.

„Grosskundgebung” całemu światu!

W PEWNYM NIEMIECKIM DOMU

Dom, w którym mieszkam, ma trzy piętra i jedną klatkę schodową, wąską i ciemną, której gospodyni nie może się dość nachwalić – wystarczy tylko zasłonić oszklone drzwi wejściowe i małe okienka pod strychem, a robota z „Verdunkelung” skończona. Gospodyni, stara, może sześćdziesięcioletnia Niemka, jest dumna z architektury swego domu, który kupili z mężem jeszcze przed wojną 1914 r., i śmieje się z nowoczesnych kamienic, złożonych prawie wyłącznie z okien.

– Ci mają robotę !… Każdego wieczora i ranka i znowu wieczorem.

Wiadomo. „Verdunkelung” jest zmorą każdego właściciela i gospodarza. Mieszkańcy tego domu rekrutują się z różnych warstw społecznych Niemiec. Wszyscy spotykamy się cztery razy dziennie, wychodząc i wracając z pracy, i wszyscy zajmujemy wspólną piwnicę podczas nalotów angielskich.

Z początku nie pozdrawiano mnie wcale. Wszyscy wiedzieli, że jestem Polką, i było to ponurą sensacją całego domu, ale po miesiącu przyzwyczajono się do tego. Wyciągano mnie na rozmowy, pytano o wojnę i patrzono na mnie z ciekawością, jak patrzy się na okazy w ogrodzie zoologicznym. Ilekroć brałam wodę z kranu lub zapalałam kuchenkę gazową, stale towarzyszyło mi nieufne i napięto spojrzenie gospodyni, starej Welbling, które kontrolowało każdy najmniejszy mój ruch. Nie był to lęk przed przedstawicielką wrogiego narodu, tylko strach że zepsuję wszystko brakiem odpowiednich umiejętności.

– Kennen Sie diese Einrichtung ? – zapytała mnie, gdy brałam po raz pierwszy wodę z wodociągu. – Gibt’s auch in Polen Wasserleitung?

Byłam zdumiona: nie było w tem pytaniu ani śladu ironji. Wytłumaczyłam, że w Polsce mamy też wodociągi, i odtąd tłumaczyłam stale. U Polki umiejętność posługiwania się młynkiem do kawy, elektrycznem żelazkiem do prasowania i automatyczną roletą – była dla tej Niemki rzeczą niezrozumiałą.

Ale stara Welbling nie była wcale odosobniona, jak się dziś dowodnie przekonałam. W zakładzie przemysłu artystycznego, gdzie pracuję już od paru miesięcy, właściciel zapytał dziś, czy wiem przypadkiem, kto to był Albrecht Dürer. I znowu ani cienia ironji. W dodatku był to człowiek, który wiedział że skończyłam w Polsce szkołę sztuk pięknych. Zrobiłam się czerwona, i poprostu odebrało mi głos, co naturalnie zapisano nakarb mego zmieszania. Dopiero po chwili wypaliłam odpowiednie kazanie: opowiedziałam również o Hansie Dürerze, bracie Albrechta, który mieszkał i tworzył w Krakowie. Były to wiadomości dla kolegów-Niemców tak sensacyjne, że słuchano mnie z niedowierzaniem.

Zirytowana i wzburzona wchodzę do domu, rozbijając nos w ciemnościach błogosławionych przez Frau Welbling. Równocześnie otwierają się drzwi od jej mieszkania, i poznaję ją po głosie:

– Fräulein, Sie haben einen Brief bekommen.

Jednym susem jestem na górze i trzymam w ręku list. List od matki z Polski, list, na który czeka się dniami, nocami, tygodniami.

List zawiera wiadomości jak zwykle: rodzina żyje nędznie; brak najniezbędniejszych artykułów; choroby; wielu znajomych i krewnych nie żyje. Dzień każdy jest wypatrywaniem, rachowaniem, kto pierwszy z brzegu.

Idę po schodach ciężko, i każdy stopień wydaje mi się trudny do osiągnięcia. Przetrawiam każde zdanie po kilkakroć, umiem je już napamięć, i za każdem słowem podnosi się fala wzburzenia i nienawiści. Niecierpliwość rozpala dłonie i czoło jak ogniem.

Ktoś chodzi wolno po korytarzu i pali. Chodzi głośno i ciężko, stukając twardemi butami. Mimo woli patrzę na zegarek. Aha! O tej porze radjo angielskie podaje komunikat polityczny, i jeden z robotników mieszkających pode mną trzyma straż pod drzwiami pokoju. Mieszka ich dwóch; zmieniają się kolejno. Spotykam stale raz jednego, raz drugiego pod drzwiami, krokami głuszących zakazaną audycję.

– Co słychać nowego ? – pytam złośliwie. Wiem, że obydwaj boją się mnie. Posądzają mnie oddawna, że znam ich tajemnicę. Gdy mijam ich, patrzą na mnie ponuro i nigdy nie mówią dzieńdobry.

O piętro wyżej spotykam młodego Schulza, fryzjera, którego nie było od pół roku. Brał udział w walkach pod Belgradem i teraz dostał urlop. Jest ranny, powłóczy nogą i narzeka. Opowiada staremu Fischerowi o swoich przeżyciach. Bez entuzjazmu, w rozpiętym mundurze i spodniach cywilnych, w pantoflach, rozmontowany ze sztywności ćwiczebnej i dyscypliny, tworzy obraz zgoła inny niż znany z ulicy i z niemieckich pism ilustracyjnych.

– Möcht schon zu Hause bleiben, – dobiega mnie urywek jego rozmowy, – ich bin schon überall gewesen, bin satt. Das Geschäft geht nicht. Nach zwei Wochen fahre ich wieder.

Idę wyżej. W mdłem światełku lampki, zawieszonej u sufitu i okręconej czarnym papierem, ich olbrzymie cienie rzucają się na ścianę wielkiemi nieartykułowanemi plamami.

– Hallo, Fräulein, – woła za mną Fischer, spostrzegając mnie już powyżej siebie, – niech pani wstąpi do mnie na chwilę, przyszły dwie książki o Galerji Drezdeńskiej, pięknie wydane.

– Za pół godziny – rzucam w odpowiedzi i wchodzę do mego pokoju. Fischer jest starym, dawno emerytowanym profesorem szkoły sztuk pięknych w tem mieście. Należy do starej, zanikającej już grupy ludzi; inteligent, poliglota, zabytek dawnych czasów, człowiek samotny i zapomniany. Żyje tylko książkami i obrazami, których zgromadził pokaźną ilość. Odwiedzam go dość często. Jest on jedynym człowiekiem, z którym można porozmawiać bez obawy denuncjacji i obozu koncentracyjnego. Ale lęk i gorycz nigdy go nie opuszczają. Pożera dzienniki niemieckie i wynurza się przede mną.

– Idziemy w przepaść, – mówi, gdy siedzę u niego z monografją Galerji Drezdeńskiej, – i to w przepaść bez dna. Cóż może nas, Niemców dzisiejszych, uratować? Nic, absolutnie nic. Hitler wykończył nas, zgubił wielki naród. Moralność nawet, którą mu przypisują, jest blagą. Czy pani wie, jakie sprawy sądowe są najczęstsze w naszem mieście ? Nie polityczne ani majątkowe. 80% rozpraw, to skargi obyczajowe. 80%!

Profesor zapalił się, przerzucił stos książek i wyjął jedną.

– Niech pani tu spojrzy. To ma być podręcznik naukowy? Na takich książkach kształci się i wychowuje naszą młodzież. Za lat dwadzieścia nie będzie w Niemczech ani jednego uczonego, ani jednego profesora uniwersytetu w sensie europejskim. Pani jest Polką, Pani mogę to powiedzieć: zwycięstwo Niemiec będzie dla nas samych najgorszą klęską. Tylko przegrana może nas jeszcze uratować. Niech pani patrzy, – otworzył książkę i, wskazał mi miejsce, – niech pani czyta.

W tej chwili rozległ się zwolna przeciągły i cienki głos syreny i zawisł w powietrzu. Alarm. Schodzimy po schodach w dół. Po drodze mijają nas już inni. Dzieci Schulzów poowijane w koce, ludzie opatuleni szalami, czarno i groźno. Ponury pochód zstępuje w dół. Ani jednej świeczki, ani jednej latarki. W piwnicy ćmi mały kaganek. Pani Welbling sprawdza, czy wszyscy lokatorowie są obecni. Na niej ciąży odpowiedzialność zgromadzenia wszystkich w schronie. Każdej chwili może nadejść patrol kontrolujący.

Szum motoru w powietrzu i strzały artylerji przeciwlotniczej. Coraz bliższe i bliższe, potem nieco cichsze. I raptem w oddali wybuch bomby. Potem drugiej i trzeciej. Za chwilę czwarta. Ktoś syknął za mną z wściekłością:

– Verfluchter Krieg. Verfluchtes Polen.

INA WADWICZ.**

——–
*) Autorka niniejszych obrazków przebyła wojnę we Lwowie. W czasie okupacji sowieckiej była robotnicą w fabryce włókienniczej . W zimie 1940 r. przedostała się na teren okupacji niemieckiej. Wywieziona do Niemiec na roboty, pracowała w różnych obozach przez dziewięć miesięcy. Sczasem, jako absolwentce szkoły sztuk pięknych, pozwolono jej pracować w drukarni. Obecnie znajduje się poza granicami Niemiec.
**) Pseudonim Janiny Kościałkowskiej (Retropress)

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close