O drugie „nie!”

Słowo „nie!” z dn. 28 kwietnia 1939 r. było głośne i zdecydowane. W dniu tym nie wiedzieliśmy coprawda, że pomoc naszych sprzymierzeńców będzie narazie raczej teoretyczna oraz że ze wschodu spadnie zdradziecki cios, wiedzieliśmy jednak, że Niemcy są potęgą, przerastającą wielokrotnie nasze możliwości obronne. Szło im rzekomo tylko o kawałek Polski, ale było rzeczą wiadomą, że w grę wchodzi cała Polska, cała Europa, jeżeli nawet nie świat. I właśnie z naszej strony padło słowo „nie!” Było ono tragiczne w samem założeniu, ale było równocześnie wielkie.

Czy musieliśmy powiedzieć „nie!”? Napewno. Dzisiaj trafiają się od czasu do czasu teoretyczne rozważania na temat, coby było gdyby Polska uległa żądaniom niemieckim, wniosek zaś z tych rozważań mówi, że w każdym razie zniszczenie biologiczne naszego narodu przybrałoby formy znacznie mniejsze, że uratowany byłby w szczątkowej bodaj formie nasz stan posiadania, nasza kultura i inne wartości. Lecz, naprzekór pewnej logice takiego wnioskowania, jest ono teorją, pozbawioną wszelkiego realnego podłoża. „Nie!” było koniecznością, było imperatywem kategorycznym. Rząd polski, który ośmieliłby się pójść w ślady Hachy, nie byłby rządem ani przez jedną minutę. Przestałby żyć w okamgnieniu. Ministra, który ośmieliłby się powiedzieć „tak”, rozszarpanoby w sztuki. Ale i takie rozważanie jest wyłącznie teorją. Nie było i nie mogło być ministra polskiego któryby wziął na siebie ciężar odpowiedzialności za słowo „tak”.

Europa i świat patrzyły wtedy na Polskę, tak samo jak na nią patrzą dzisiaj. I wtedy i teraz od stanowiska Polski zależy przyszłość Europy. Jeśli prasa brytyjska uparła się i nasze wschodnie granice nazywa granicami z r. 1939, możemy zgodzić się na ten termin, ale pod jednym warunkiem: że będziemy mówili o granicach nie tylko polskich, lecz o granicach demokracji z r. 1939. Albo że będziemy mówili o „dawnych granicach demokracji” na wschodzie Europy. W r. 1939 kończyły się one dokładnie na linji traktatu ryskiego. Dzisiaj wszelkie próby nacisku, byśmy zgodzili się na jakąś linję Curzona – Ribbentropa-Mołotowa, oznaczają przesunięcie granic demokracji i Europy o setki mil na zachód a w dalszej konsekwencji zagładę zupełną demokracji, viribus unitis, przez Rosję i Niemcy. Razem z demokracją skurczyłaby się Europa o blisko dwieście tysięcy kilometrów kwadratowych, należących do Polski, o terytorja trzech państw bałtyckich, może także o całą Finlandję. Słońce zatrzymałoby się na linji Curzona, i ani jeden jego dobroczynny promień nie mógłby jej przekroczyć.

Oczywiście, linja Curzona stanowiłaby początek wielkiego pochodu ciemności ze wschodu na zachód. Linja Curzona jest fikcją, powstałą w głowie dyletanta, ciemność, idąca ze wschodu, jest siłą rzeczywistą, złowrogą i taką, która gdy raz ruszy w pochód, nierychło się zatrzyma. Siła jest iloczynem z masy ciała, pomnożonej przez przyśpieszenie. Masa ciała w tym wypadku jest olbrzymia, przyśpieszenie, jakiego skutki obserwujemy na zanikaniu całych narodów w masie rosyjskiej, także jest niemałe. Obecnie ten sam proces stać się ma udziałem Europy wschodniej, środkowej, Bałkanów i t.d. i t.d. W grę wchodzi nie tylko Polska, ale wolność, ale demokracja, ale, poprostu i krótko powiedziawszy, ludzkość, która – wyzwolona z jarzma niemieckiego – będzie chciała odetchnąć pełnią swobody.

Sprawa polska nie jest sprawą, którąby można było przeskoczyć albo obejść. Leży ona na samym środku drogi. Jest kamieniem probierczym, o który zawadzi ta wojna i jej cele. Polska stała się dzisiaj jeszcze bardziej niż w chwili wybuchu wojny, punktem centralnym całego zagadnienia. Od naszego „tak” czy od naszego „nie” zależy niezmiernie wiele rzeczy, przedewszystkiem dawne wschodnie granice demokracji, pokrywające się dokładnie z granicami traktatu tyskiego. O tem zdają się nie wiedzieć albo też wiedzieć nie chcą niektórzy nasi sprzymierzeńcy. To ich sprawa. Widząc np. na ekranie t. zw. dywizję kościuszkowską, skłonni są oni wierzyć bez zmrużenia oka, że ci żołnierze „polscy” dobrowolnie i z zapałem walczą ramię w ramię z Rosją, by tejże Rosji pomóc w oderwaniu jednej połowy Polski a w narzuceniu drugiej połowie rządów sowieckich. My w takie rzeczy nie wierzymy. Oraz nie wierzy w to Europa, dla której linja Curzona nie jest kanałem La Manche.

Czuliśmy grozę, gdy w kwietniu 1939 r. padło słowo „nie”, ale równocześnie czuliśmy tchnienie wielkości. My pierwsi powiedzieliśmy „nie”. To samo tchnienie wielkości uderza nas dzisiaj swem skrzydłem. Rząd polski ma do odegrania ogromną rolę, wychodzącą poza ramy sprawy polskiej. Narody Europy spoglądają na Polskę, czekając z jej strony ponownego „nie”. Od naszej postawy zależy więcej, niżby się nam a szczególnie naszym sprzymierzeńcom zdawać mogło. Po raz drugi w ciągu niespełna pięciu lat jesteśmy czynnikiem o wadze ogromnej. Jeśli wytrzymamy nacisk, wygra na tem nie tylko sprawa polska. O tem wiedzą państwa bałtyckie i o tem wie Europa południowo-wschodnia. Na Węgrzech i w Finlandji, jak piszą neutralni korespondenci, do niedawna panowały nastroje, idące w kierunku poddania się bez zastrzeżeń sprzymiorzonym, lecz postawa Rosji wobec Polski przytłumiła je, zwłaszcza gdy Rosja nie tylko odrzuciła propozycję medjacji amerykańskiej, ale zażądała zmiany rządu polskiego. Żądanie to musi większość krajów europejskich traktować jako zapowiedź skomunizowania Europy, narazie co najmniej środkowo-wschodniej.

Konflikt polsko-sowiecki obserwuje Turcja z wielką uwagą, jak obserwuje go czynnik, który do niedawna Polski nie dostrzegał, obecnie zaś musiał zająć pozytywne stanowisko wobec jej słusznych praw. „Osservatore Romano” z dn. 18 stycznia określa linję Curzona jako niesprawiedliwą, widząc w granicach ryskich jedyne rozsądne rozstrzygnięcie sąsiedzkich stosunków obu państw. Warto zwrócić uwagę na fakt, że Watykan występuje z tem zdaniem w czasie, gdy Moskwa urządziła komedję przywrócenia swobód religijnych. Kościół anglikański po jednej wycieczce biskupów do Rosji ochłódł szybko w zapałach, Rzym zaś z właściwą sobie przenikliwością dostrzegł ogólne, paneuropejskie konsekwencje linji Curzona.

Chwila na słowo „nie!” jest najbardziej właściwa i stosowna. Europa czeka na to słowo, które jednak musi być powiedziane dostatecznie głośno i wyraźnie. Musi ono brzmieć donośnie. Żadnych niedomówień, żadnego owijania w bawełnę! Musi ono być powiedziane tak samo, jak je powiedziano dn. 28 kwietnia 1939 r., gdy rząd polski podkreślił ścisły związek, jaki zachodzi między tem słowem a honorem narodu, mówiąc, że niema ceny, za którą można honor sprzedać. Pod tym względem sytuacja nasza nie zmieniła się i nie mogła zmienić, drugie zaś „nie!” stanowi tylko logiczne i historyczne pendant pierwszego.

Rzekomo groźnych skutków naszej odmowy nie potrzebujemy się obawiać. Jeśli idzie o ludzi w Kraju, los ich na wypadek niepropagandowego lecz nawet prawdziwego przekroczenia granicy polskiej przez armję czerwoną, nie dozna najmniejszej zmiany. Choćby znalazł się jakiś rząd polski, któryby hurtem przyjął rozkazy moskiewskie, stosunek Sowietów do tych Polaków, jakich jeszcze zastaną, będzie identycznie taki sam, jak w r. 1939, gdy odrzuciwszy propozycje niemieckie współudziału w ataku na Rosję, Polska stała się łupem i Niemiec i Rosji, prześcigających się nawzajem w dążeniu do eksterminacji narodu polskiego, do zniszczenia wszelkich jego dóbr materjalnych i duchowych. Argument, jakoby w drodze ustępstw terytorjalnych można było uchronić inteligencję polską od zagłady, od zesłania, od Sybiru, Kazachstanu czy Semipałatyńska, jest pozbawiony wszelkiej podstawy. Czy inteligent czy chłop czy robotnik, czeka ich jednakowy los.

Czyli pod tym względem nie ryzykujemy nic, absolutnie nic, mówiąc „nie!”. Identycznie wygląda sprawa, jeśli idzie o reakcję sprzymierzeńców. Usłyszawszy raz konkretne twarde i stanowcze „non possumus”, prawdopodobnie będą niezadowoleni, ale zaczną nas szanować. To więcej znaczy niż pochwała, wyrażająca się w określeniu, że jesteśmy „statesmanlike”, ponieważ okazujemy skłonność do ustępstw (które w rezultacie nikomuby nie przyniosły korzyści). Otóż, nie okazujemy najmniejszej skłonności do ustępstw, jeśli zaś dzięki temu powie o nas ktokolwiek, że nie jesteśmy „statesmanlike”, nie pogniewamy się bynajmniej. Ale nie damy się zafukać, zakrzyczeć czy zastraszyć, zwłaszcza że trzeźwy bilans naszych wzajemnych stosunków musi wykazać jak dotychczas plusy po stronie Polski, minusy po stronie sojuszników. Pomoc sprzymierzonych, udzielana sprawie polskiej, była do pewnego czasu poważna choć ograniczona wyłącznie do ram politycznych. Dziś nie mamy z ich strony i tej pomocy. Nawet dobre słowo, które przecież kosztuje stosunkowo tak niewiele, nawet frazesy noworoczne, zaczęto racjonować, jeśli idzie o Polskę.

Nie mówię tu o cenie najwyższej, jaką płaci Polska, więc o cenie krwi polskiego lotnika, marynarza czy żołnierza, którego pierwsze oddziały już zdobyły pewne sukcesy i rozkazy pochwalne we Włoszech. Nie pierwszyzna to dla żołnierza polskiego iść z ziemi włoskiej do polskiej. Żołnierz nasz, ramię w ramię z armją brytyjską i amerykańską, pójdzie bić się, pójdzie do piekła, jednak musi wiedzieć, o co walczy. Jesteśmy pierwszymi i najwierniejszymi sprzymierzeńcami Wielkiej Brytanji, ale wierność, choćby najdalej idąca, nie może być identyczna ze ślepotą, lub, co gorsza, z głupotą.

Daliśmy, my – biedacy, bardzo wiele do wspólnej puli, daliśmy przedewszystkiem kapitał moralny. Dziś, gdy straszliwe niebezpieczeństwo zagraża wolności, demokracji, kulturze zachodniej, my dodajemy jeszcze jedną, olbrzymią wartość: nasze „nie!”.

Odpowiadamy tem słowem na wszystkie propozycje czy rozkazy, dotyczące całości Rzeczypospolitej albo związane z suwerennością państwa polskiego, i jesteśmy przekonani, że dobrze, po raz drugi w ciągu niespełna pięciu lat, zasłużymy się ludzkości.

ZYGMUNT NOWAKOWSKI.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close