O kraju dzieciństwa i młodości

Łatwym wysiłkiem – omal nie napisałem: „na skrzydłach tęsknoty” – serce me jednym wzlotem równocześnie w ocean przeszłości i poza Atlantyk siny przerzucając, widzę moje strony rodzinne, widzę je w przestrzeni, ograniczonej od północy biegiem górnej Wisły a Karpatami od południa i w czasie dzieciństwa mego i młodości „sielskiej, anielskiej”, widzę je w gonitwę obrazów, scen i wydarzeń, jak oglądane w chłopięcym wieku, w nowosądeckim fotoplastykonie, cuda Egiptu.

Serję obrazów rozpoczyna stary dwór w Bobowej, gontami pokryty, z podjazdem wspartym na czterech kamiennych kolumnach, rodzinny mój dom, przez okoliczną ludność z wielką przesadą zamkiem nazywany, zapewne dlatego ze zbudowany był na gruzach dawnego zamku, z którego rycerz Gryf chorągiew własną pod Grunwald prowadził. Z okien górnego piętra tego domostwa widać było garbatemi pagórami obwarowaną dolinę, gdzie srebrno-błękitna wstęga rzeki splata się mostami z białą wstęgą pylnego gościńca niby dwie kolorowe wstążki w warkoczu wiejskiej dziewczyny. Gościniec wiódł z Nowego Sącza do Tarnowa i dalej na północ do Wisły, rzeka Biała zaś nie głębokie, lecz bystre i szumne swe wody toczyła do Dunajca. Spoza grzbietów pobliskich wzgórz wyzierały wyższe góry, ciągnące się koło Nowego i Starego Sącza, za niemi kulisowo konturowały się Pieniny (Piękninami przezwał je pewien poeta), a za pasmem Pienin zamykały horyzont, w dni pogodne doskonale widoczne, zawadjackie szczyty Tatr.

Pokazywał nam je często ojciec nasz, palcem poszczególne wierchy wskazując: Giewont, Kasprowy, Świnica, Hawrań. Ojciec mój, inżynier z zawodu (sporo linij kolejowych w dawnej Galicji wybudował), zwykł był mawiać sam o sobie, że był w rodzinie drugim po Janie Długoszu inteligentem, ponieważ wszystkie pokolenia kontentowały się gospodarką na roli i żołnierką, dla nas jednak, dla dzieci, dla chłopców zwłaszcza, największą zaletą naszego rodzica była jego żołnierska właśnie przeszłość. Jako dziewiętnastoletni młodzieniec brał udział w powstaniu styczniowem. Na jego decyzję zaciągnięcia się w szeregi powstańcze wpłynęło pono m. in. oświadczenie mej matki, podówczas czternastoletniej panny, że pod żadnym warunkiem nie wyjdzie zamąż za człowieka, który wraz z innymi nie chwyci za broń. Wyszedł więc w pole i walczył w słynnym oddziale Czachowskiego, oddziale (nie partji), ściśle nawzór regularnego wojska zorganizowanym i przez swego dzielnego dowódcę, byłego oficera armji rosyjskiej, trzymanym w kartach żelaznej dyscypliny.

Godzinami całemi, nie nasyceni nigdy, słuchaliśmy opowiadań ojca; o pierwszej bitwie pod Osiekiem w Sandomierszczyźnie; o partyzantce w Kieleckiem; o tem, jak pewnego razu, wysłany z kilku kolegami na zwiady, tyłem przez kilka kilometrów maszerował w celu zmykania Moskali śladami na śniegu; o tem, jak innego razu pluton jego, maszerujący w tylnej straży, Moskale odcięli od sił głównych, jak to oddziałek bronił się zawzięcie w samotnej stodole, którą podpalili rozwleczeni oporem napastnicy, jak wreszcie oblężeni rozpaczliwym atakiem na bagnety zdołali się przebić przez wraże szeregi.

Wraz z nami, w wolnych chwilach,przysłuchiwał się tym gawędom, często na nasze nalegania sam głos zabierając dla opowiadania własnych przygód, niezapomniany i przezacny „pan Daszkiewicz”. Była to zaiste powieściowa postać. Wywodzący się z białoruskiego rodu kniaziów Korybut-Daszkiewiczów, wyprostowany zawsze, krzepki starzec o czerwonych od wiatru policzkach i białych jak mleko włosach, miał wtedy lat osiemdziesiąt kilka. O sobie rozpowiadał żartobliwie, lecz nie bez pewnej dumy, że miał zaszczyt osobiście znać Napoleona, poczem objaśniając dodawał, że w r. 1812 jako jednorocznego dzieciaka matka wyniosła go na ulice Wilna w dniu wkroczenia do Kiejstutowego grodu zwycięskiego cesarza Francuzów. Życie miał niezwykle burzliwe i bujne. Walczył w powstaniu z r. 1830/1, później brał udział w kampanji węgierskiej pod Bemem w r. 1848, a wkońcu w r. 1863 bił się po upadku powstania, przechodząc z partji do partji. Ta jego przeszłość była podstawą jego przyjaźni z mym ojcem. Naturalnym porządkiem rzeczy przez konfiskaty rosyjskie wyzbyty z majątku, w charakterze przyjaciela raczej niż rządcy, mieszkał z nami na wsi i pomagał ojcu w gospodarstwie, od którego ojca odwoływały często inżynierskie prace. Zasób wspomnień i przeżyć miał, oczywiście, niewyczerpany. Mimo podeszłego wieku codziennie jeździł konno, z konia także doglądał pracy przy orce, przy sianokosach i żniwach. Mnie, sześcioletniego pędraka, i brata mego, o rok starszego, w wojskowy kawaleryjski sposób szkolił w maneżowej jeździe.

Kiedyś matka moja wyraziła zdziwienie, że w jego latach tak dzielnie trzyma się jeszcze na koniu.

– Za pozwoleniem, – odparł, – toć ja już blisko osiemdziesiąt lat jeżdżę konno i miałbym jeszcze źle jeździć!

W dwa lub trzy lata później zmarło się nieborakowi naskutek tej nieuleczalnej pasji do konia. Zarzuciła go trzyletnia kobyła, którą mimo błagań postanowił ujeździć. Zmuszony do leżenia w łóżku, uległ zapaleniu płuc.

Spędzając regularnie okres wakacyjnych wywczasów w rodzinnych stronach, samotnie lub w towarzystwie brata jeździłem w miarę upływu lat na coraz dalsze konne spacery i wycieczki. Drożyną krętą wśród nadrzecznych wikli, wspinającą się następnie na wzgórze, zarośnięte brzozowym gajem, raźnym kłusem kierowaliśmy się najczęściej ku folwarkowi „na Muroniu”, skąd cudny roztaczał się widok na okolony pętlą rzeki, prastary dwór w Jerzowie, głośny spowodu świetnie zachowanej architektury z początków w. XV i z legendy, że nocowała pod jego dachem królowa Jadwiga w czasie swej podróży z Krakowa na Czerwoną Ruś.

Sam folwark „na Muroniu” stał juz wtedy pustką. My jednak odwiedzaliśmy go często i chętnie dla spotkań z widmem, dla bezsłownych rozmów z duchem, znanym nam z opowiadań, z papierów rodzinnych i z portretu w mundurze ułańskim z żółtym rabatem. W samotni tego odludzia dokonał żołnierskiego żywota dziad mój Wincenty, rotmistrz 3-go pułku ułanów w powstaniu listopadowem. W pokoju mego ojca, pod owym portretem w mundurze ułańskim wisiał za szkłem, w czeczotkową oprawny ramę jego patent na podporucznika, zredagowany w następującym stylu: „My Aleksander Pierwszy, Imperator Wszech Rosji, Król Polski, Wielki Książę Litewski i t. d… i t. d… wszem wobec i każdemu zosobna, komu o tem wiedzieć należy, wiadomem czynimy, że urodzonego Wincentego Wieniawa-Długoszowskiego podporucznikiem w wojsku naszem polskiem mieć chcemy”…

Wybuch powstania zastał go już w randze porucznika, który pod Grochowem zapracował na awans na rotmistrza i wkońcu, w szarży pod Ostrołęką ranny jedenaście razy od cięć szabli i pchnięć kozackich spis, dostał się do niewoli rosyjskiej. Skazany następnie na dziesięć lat „karnych rot” na Kaukazie, po kilku latach zdołał zbiec i przez Turcję i Rumunję przedostać się do podkarpackicgo zacisza. Mówi o nim Józef Szujski w swoich „Wspomnieniach o trzecim pułku ułanów”.

Raz na tydzień, zwykle w niedzielę, lub co dwa tygodnie, rodzice i siostry olbrzymiem landem, zaprzęgniętem w cztery konie, ja z bratem wierzchem, wybieraliśmy się do stryja mego ojca, Florentyna, do odległej o kilkanaście kilometrów Lipnicy Wielkiej. Nawiasem mówiąc, zamieszkiwał tam ongi nasz dziad Aleksander, żołnierz i oficer napoleoński. W rodzinie i wśród okolicznych „kwiczołów” (kwiczołami przez kpiny nazywano dawniej nowosądecką szlachtę, że to gospodarząc wśród nieurodzajnych wzgórz, jałowcem – niby kwiczoły – żywić się musieli) pan Florentyn, dziedzic lipnicki, panisko zamożne, miał opinję oryginała i dziwaka, kpiarza i sobiepana. Nam dzieciom imponował początkowo tubalnym głosem, kałduniastym brzuchem, a najbardziej fajką, z którą się nigdy nie rozstawał, lecz sczasem spoufaliliśmy się z nim bardzo, gdyż wybryki nasze tolerował zawsze, często nawet sam, ku utrapieniu naszej matki, psikusy rozmaite nam podszeptywał. Dobijając już siedemdziesątki, wbrew perswazjom i protestom całej rodziny ożenił się z piękną, dwudziestoletnią panną. Napróżno infułat pilzneński, Ksiądz Ignacy Długoszowski (za udział w rewolucji 1848 r. odsiedział i on swoje cztery lata w więzieniu austrjackiem w „Grajgórze” – Spielberg), z wieku i urzędu patrjarcha całego klanu, chcąc uparciucha doprowadzić do opamiętania, wskazywał mu na niebezpieczeństwa takiego marjażu i tłumaczył:

– Zastanów się, człowiecze lekkomyślny! Toćżeż za lat dziesięć ty będziesz osiemdziesięcioletnim starcem, a żona twoja będzie miała lat trzydzieści.

– Rzeczywiście, – odparł mu pan Florentyn, – nie pomyślałem o tem. Za dziesięć lat ona będzie miała trzydzieści lat. Ale wiem już co wtedy zrobię. Znajdę z tej sytuacji wyjście. Rozwiodę się i ożenię znowu z dwudziestolatką.

Kiedy w parę lat po ożenku i młoda żona i lekarze nowosądeccy zgodnym upominali go chórem, aby przez wzgląd na zdrowie zaprzestał palić i ograniczał się w konsumcji wina i innych napojów wyskokowych, odprawiał ich z kwitkiem słowami:

– Nie zawracajcie mi głowy waszemi mądrościami! Przypominam wam, iż miałem brata, który wcale nie palił i nigdy nie używał alkoholu i umarł mając dwa lata. A ja palę i piję i dożyłem, chwała Panu Najwyższemu, poważnego wieku. Doktryna wasza jest zgruntu fałszywa.

Dla mnie, jako dla swego chrześniaka, miał zawsze specjalne względy, nie mniej raz w porywie gniewu omal mnie nie zastrzelił. A stało się to w następujących okolicznościach. Dla zrobienia przyjemności czternastoletniemu wyrostkowi, który nastrzelał się już sporo kuropatw i zajęcy, lecz nie miał jeszcze sposobności strzelania do szlachetniejszej zwierzyny, urządził polowanie z gończakami na rogacza. Po długiej naradzie z leśnym, postawili mnie na stanowisku na polanie, na którą najprawdopodobniej psy miały nagonić zwierza.

Prześliczna była ta polana i prześliczny dokoła niej wysokopienny bór, przewalający się stokami wzgórz, porozrywany stromemi i głębokiemi wąwozami, purpurową o jesiennej porze buczyną zrzadka poprzerastały, i rogacz, co istotnie wyszedł na mnie, poprzedzony jękliwą szczekaniną ogarów, był tak piękny i tak płynnemi skokami przelatywał ponad gęstwą krzewów na polanie, że ogarnięty jakiemś niewytłumaczalnem roztkliwieniem, nie mogłem zdobyć się na strzał. Poprostu odjąłem od oka złożoną już do strzału flintę i przepuściłem go obok siebie. Na ten widok, stojący w niedalekiej ode mnie odległości dziadek Florentyn wziął mnie na cel ze swojej dubeltówki i tylko najwyższym wysiłkiem woli zdołał się powstrzymać od wygarnięcia we mnie całego ładunku loftek. Nawymyślał mi potem coniemiara. Jedynie z wielkim trudem udało mi się go przebłagać i nazajutrz celnym strzałem poprawić moje mazgajstwo.

Po tym pierwszym moim rogaczu, tam w lipnickim borze wypiłem pierwszy w życiu kieliszek wódki. Podczas bowiem zaimprowizowanego w lesie śniadania dziadek, poczęstowawszy mnie doskonałą w dymie jałowcowym wędzoną kiełbasą, wmusił we mnie kieliszek jarzębiaka.

– Tę kiełbasę musisz, kochanie, zakropić wódką, – tak argumentował przytem, – bo inaczej ona pomyśli że ją pies zjadł.

W rodzinie ze strony matczynej, niezaprzeczenie najbardziej znamienną postacią była nasza babka, z domu hrabianka Lany, Węgierka z pochodzenia. W romantycznych okolicznościach, z wykradzeniem i potajemnym ślubem w Czerwonym Klasztorze nad Dunajcem w pobliżu Czorsztyna, wyszła zamąż za polskiego szlagona. Trzymała męża mocno pod pantoflem i przeżyła go o długie lata. Pamiętam ją jako starszą już matronę, lecz matronę bardzo osobliwego autoramentu o krótko ostrzyżonych siwych włosach, z fajką, lub niekiedy z cygarem w ustach, od śmierci dziadka osobiście zarządzającą kilkusetmorgowem gospodarstwem. Służbę folwarczną i parobków wraz z karbowym Kasprem trzymała krótko, czwórkę koni w zaprzęgu prowadziła jak zawodowy i to niebylejaki woźnica, i na bulanym z reguły ogierze potrafiła lekko przekłusować szesnaście kilometrów do powiatowego Brzeska, by po załatwieniu w starościńskim urzędzie niemiłych -bo zwykle z niezapłaconemi podatkami połączonych interesów – tego samego dnia powrócić do domu, do swej Tymowy.

Urocza była ta Tymowa, zagubiona wśród leśnych wzgórz, z czteroma rosochatemi, czerwonopiennemi sosnami na rozstaju dróg przed dworem, ocieniającemi kamienną figurę przedziwnie zatroskanego Chrystusika, pobożną lecz niezdarną ręką miejscowego artysty wyciosanego, uroczy był i dworek drewniany, w skwarne letnie dni upojnie żywicą pachnący, a już najbardziej uroczy był stary kościółek modrzewiowy o dachu spadzistym, z szerokim okapem i typowem podsieniem dookoła.

Wyjazd w odwiedziny do Babki, to była cała wyprawa, w dwa powozy z prowjantami na drogę dla ludzi i furażem dla koni. Po drodze mijało się majątek Kąśna, z pięknym pałacykiem i parkiem, tem później głośny, że przez czas jakiś należał do wielkiego patrjoty i wielkiego muzyka, mistrza Paderewskiego, z czego w swoim czasie powiat nasz był bardzo dumny, następnie pod Zakliczynem trzeba było przeprawić, się przez Dunajec brodem, położonym u stóp wyniosłej skały z ruinami historycznego Melsztyna, wreszcie przez Ćchów, obok starej baszty, podobno lochami podziemnemi połączonej z zamkiem melsztyńskim, dojeżdżało się do celu, poczem następowały serdeczności powitalne, „pełno radości i krzyku”, i kilka dni używania na babczynej kuchni, niezwykle smakowitej, oraz bieganiny po sadzie i po ogrodzie i po przeróżnych, znanych z poprzednich lat kątach i zakamarkach, włóczeniu się po lesie za jagodami i grzybami, lub spacerach konnych do sąsiedniego Okocima ze znanym w całej Polsce browarem, a potem pożegnanie i powrót do domu.

Takie bywały wakacyjne rozkosze.

Rok szkolny przychodziło spędzać nam na kuciu łaciny i greki we Lwowie, miłym i kochanym dla zacności swych mieszkańców, dla stojących na rynku ładnych kamienic z czasów króla Jana III, dla cienistej Pohulanki i Stryjskiego parku, dla wspaniałych widoków roztaczających się z kasztanowej alei Wysokiego Zamku, dla pamiątkowego kopca Unji Lubelskiej, a nadewszystko dla bohaterskiej przeszłości tego kresowego miasta. Z tem wszystkiem wyznać muszę, że z czasów gimnazjalnych raczej przykre wyniosłem wspomnienia, bo z c. k. (cesarsko-królewskimi) belframi nie bardzo byłem w zgodzie wskutek ich bezwzględnej nietolerancji dla moich sportowych zamiłowań, a mojej awersji do misterjów gramatyki greckiej, co przy moim nieokiełznanym od kołyski temperamencie doprowadzało między nami do licznych starć i nieporozumień, w których rezultacie wylewano mnie sromotnie pokolei ze wszystkich lwowskich gimnazjów. Po zdobyciu maturalnego świadectwa musiałem zrobić wyprawę do Nowego Sącza.

Dopiero podczas uniwersyteckich studjów rozpoczął się dla mnie pozytywny okres lwowskiego życia, przyczem obok zakładów medycznych i klinik przy ulicy Łyczakowskiej i Piekarskiej najważniejszą rolę odegrała znana wówczas kawiarnia „Schnejdra”. Tam to wieczorami gromadziła się lwowska brać artystyczna, tam przez szereg lat zachodził codziennie Jan Kasprowicz na partję domina i dyskusje „de omnibus rebus et quibusdam alliis”, tam pewnego wieczoru Leopold Staff, grając w bilard, improwizował wiersz wykpiwający modernistyczną poezję. Widzę go i słyszę dziś jeszcze, jak z kijem bilardowym w ręku dyktuje Heniowi Zbierzchowskiemu :

Na fioletowy dach mej duszy
Fortepianowe kapią wonie…
A po sinej wód głębinie
Smutny kaczor w nicość płynie…

Tam zaprzyjaźniłem się z kosmicznie mistycznym Tadeuszem Micińskim, wielkim lecz niezrozumiałym poetą, autorem „Rabinowej nocy”, „Bazylissy Teofanu” oraz tomu przecudnych liryków p. t. „W mroku gwiazd”. Tam poznałem Stanisława Przybyszewskiego i Stanisława Wyspiańskiego, gdy na premjerę „Wesela” przyjechał do Lwowa, tam z Karolem Irzykowskim i Stanisławem Womełą wykłócaliśmy się o naturalizm w sztuce i o empirjo-krytycyzm niemiecki Macha i Avenariusa. Tam Felek Przysiecki, wielki talent liryczny, deklamował swe poezje, Kornel Makuszyński zabawiał wszystkich wymyślnemi złośliwostkami, a Jerzy Żuławski zachwycał się zdolnościami aktorskiemi rudej Ireny Solskiej, dla której napisał swego „Erosa i Psyche”.

Stamtąd w kilku wybieraliśmy się nieraz późną już nocą na nie zawsze bezpieczne wycieczki do knajp przy ulicy Gródeckiej lub Żółkiewskiej dla podsłuchania i skrzętnego notowania zabawnych piosenek „batiarskich”, pełnych miejscowego koloru i zapachu, po drodze wdając się czasem w ryzykowne przekomarzania z popularnym na lwowskim bruku „Durnym Jasiem”, na wpół warjatem a nawpół oszustem i wydrwigroszem. O najważniejszych wypadkach dnia, o personach najwyżej postawionych w hierarchji urzędniczej i społecznej miał zawsze bardzo osobistą opinję, przyczem wypowiadał ją donośnym stentorem przed przygodnymi słuchaczami w dosadnych wyrażeniach ulicznej gwary, bez najmniejszego respektu dla niczego i dla nikogo, czy to był namiestnik Galicji hr. Badeni, czy burmistrz miasta a z zawodu kowal, pan Michalski, czy agent policyjny Grünwald, notoryczny wróg młodzieży akademickiej. Po Lwowie opowiadano sobie, że podobno przeciwnicy polityczni przekupywali go cygarami, za któremi przepadał, dla skierowania jego elokwencji przeciw swym antagonistom.

W tak rozmaitej lubując się i przebywając kompanji, wśród nocnych dyskusyj i włóczęg, hucznych zabaw w karnawale i niezliczonych flirtów, ale też i przy wytężonej pracy na klinikach i w laboratoriach, zdawszy z odznaczeniem wszystkie rigorosa, z dyplomem doktora wszech nauk lekarskich pod pachą wyjechałem na Zachód, przez Wiedeń i Berlin do Paryża, poza Galicją nie znając zupełnie reszty Polski.

Dopiero z wybuchem wojny światowej, dn. 6 sierpnia 1914 r. otwarły się dla mnie wierzeje wiodące do zaboru rosyjskiego, do Królestwa, znanego mi dotąd jedynie z pieśni i z powieści. Przekroczyłem je w szeregach pierwszej kompanji kadrowej legjonów polskich, a następnie jako prosty ułan, podoficer i oficer pierwszej brygady przemierzyłem wlasnemi nogami i nogami mego konia całe połaci tej Polski w niezliczonych marszach i odwrotach mozolnych, wśród bitew, potyczek i ryzykownych patroli. Poznałem, ach jak dokładnie poznałem, romantyczną Kielecczyznę z królującemi nad nią wspaniałemi świętokrzyskiemi górami i z bagnistą doliną Nidy, „świętej rzeki” Żeromskiego, leniwo i jakby niechętnie szare swe wody toczącej; dorodną i urodziwą Sandomierszczyznę, staczającą się ku brzegom Wisły pagórami, wyzłoconemi pszenicą i jarami przepaścistemi, wyżłobionemi w ciągu wieków przez deszczowe wody w tłustej ziemi; bogatą i urodzajną Lubelszczyznę w obramieniu lasów Zamoyskich, opływającą morzem łanów wszelkiego zboża swą stolicę, Lublin serdeczny; zadumane i zatopione w ciszy Podlasie, tulące się do Liwca kępami podmokłych lasów; i Wołyń kresowy; i Polesie, oplątane siecią bagnistych rzek i rzeczułek, w których zwierciedlą się gigantyczne sosny; poznałem okolice Piotrkowa Trybunalskiego i Łódź zasnutą dymami kominów fabrycznych i wreszcie – zamilknij serce – Warszawę.

Szalała nad ziemiami temi zawierucha wojenna, orały ją wśród łoskotów i pogwizdów pociski armatnie, rosyjskie, austrjackie i niemieckie, oświecały ją wieczorami łuny pożarów miast, miasteczek i wiosek, obróconych w perzynę.

Zaciskaliśmy pięści na widok rozbitego granatami Kazimierza nad Wisłą, sandomierskiego Ożarowa, kikutami zasmolonych kominów sterczącego w niebo nad rumowiskiem domów, zrównanego z ziemią Urzędowa, z którego gruzów bagnetem wypieraliśmy Moskali.

Czyż trzeba słów licznych, aby przedstawić, jak drogi dla nas stał się ten kraj, ta nasza Polska, umiłowana od dzieciństwa, jak my żołnierze wczwórnasób zwiększoną zapałaliśmy miłością do tego kraju, za którego wolność śladem dziadów i ojców walczyć nam przyszło, jak wszystkiemi uczuciami związaliśmy się z tą ziemią, co swemi zagonami i brózdami broniła nas w bojach przed wrażemi kulami.

Już sam prastary Kraków, sercu każdego Polaka tak bliski, jeszcze w granicach rodzinnych moich stron leżący, stał mi się jeszcze bliższy od czasu „Oleandrów”. A jakże żywa jest ciągle w tkliwem wspomnieniu ta osoba nieznana i nigdy niewidziana, niewiasta zapewne, co nam, pierwszej kadrowej, wkraczającym dn. 8 sierpnia 1914 r. do zamarłego z przerażenia Miechowa, rzuciła pod nogi pęk czerwonych róż w chwili kiedy wszystkie drzwi, okna i okiennice zamykały się pośpiesznie na odgłos naszych kroków po nierównym bruku. Podobnie żyje w mej pamięci ta młoda panna, co w dwa dni później, opadal Wodzisławia, z wymijacącej kolumnę marszową bryki błogosławiła nas znakiem Krzyża św. dłonią drżącą od wzruszenia i z natchnionym wyrazem twarzy przewidującej Madonny.

Wszyscy mamy serca i umysły omotane pajęczynami wspomnień tego rodzaju, drobnych, niby to nic nie znaczących, a zasnuwających łzą wzruszenia wzrok w przeszłość zwrócony.

W pierwszych dniach legjonowej epopei, zapędziwszy się w patrolu do Chęcin, przycupniętych u stóp zamkowego wzgórza z trzema wieżami, zdaleka widocznemi, wpadliśmy z Beliną naczele do tamecznego więzienia i natychmiast kazaliśmy strażnikom przyprowadzić wszystkich więźniów politycznych. Znalazło się ich kilku. Nic nie wiedzieli o tem co się dzieje na świecie Bożym, nic nie słyszeli o wybuchu wojny. Trafił się pomiędzy nimi robotnik, pepeesiak, od r. 1905 za kratami gnijący. Kiedy zebranym w kancelarji więziennej w trzech słowach -bo na długie gadaniny nie było czasu -objaśniliśmy co się stało i kim jesteśmy i oznajmili potem, że są wolni i mogą robić co się im tylko podoba, postanowił zaciągnąć się do legjonów.

– Idę z wami – powiedział bez namysłu. – Na Boga! Idę z wami, by się bić z Moskalami. Dziewięć lat czekałem na taką chwilę i doczekałem się jej nakoniec.

Z większym jeszcze rezolutem spotkaliśmy się w czasie potyczki z patrolem dragońskim pod Kielcami. Ukryci w małym folwarczku dragoni ostrzelali naszą szpicę. Musieliśmy, zeskoczywszy z koni, dobierać się do nich na piechotę. W pieszej zatym tyraljerze podchodząc pod zabudowania folwarczne, dość silnie ciągle ostrzeliwani z okien i dymników, zauważyliśmy nagle, że wraz z nami biegnie na skrzydle jakiś cywil. Ponieważ znajdował się w pobliżu mnie, więc krzyknąłem nań:

– Panie szanowny! Po jakie licho osoba pęta się tu za nami? Widzisz pan przecie, jak Moskale nieostrożnie strzelają. Mogą przez nieuwagę postrzelić niewinnego człowieka.

– Ho-ho – odkrzyknął mi nasz nieznajomy z przekorną pewnością siebie.

– Nie turbuj się pan o mnie! Mam i ja na nich psubratów strzykawkę niezgorszą. Zaraz i was i ich także przekonam.

Przy tych słowach wydobył spod kubraka potężny pistolet automatyczny systemu „Steyer” z kolbą, instrument niezmiernie precyzyjny i wśród bojowców w 1905 r. bardzo popularny, poczem złożywszy się starannie z kolana, wygarnął całą serję w kierunku folwarku.

Jak się potem dowiedzieliśmy, był on, w porównaniu z nami, rekrutami i nowicjuszami, starym, doświadczonym i ostrzelanym weteranem. Zaciągnął się i on do naszej piechoty, z chwilą gdy nadciągnęła do Kielc.

W kilka godzin po tej potyczce, w tych samych Kielcach, kiedy rannego w pęcinę i silnie utykającego konia prowadziłem przez ulice w kierunku stacji kolejowej, gdzie – by słabych sił w mieście nie rozpraszać – stała kompanja kadrowa, przystąpił do mnie pewien starszy pan o bardzo polskich rysach twarzy.

– Co to się stało pańskiemu koniowi? – zapytał.

– Nogę ma przestrzeloną.

– Zaprowadzę pana do znajomego weterynarza, – zaproponował, – tu niedaleko. Opatrzy panu szkapę jak należy.

Przystałem chętnie, bo wtedy jeszcze weterynarskiego specjalisty nie mieliśmy w naszym patrolu, a nie było takiego także i w kompanji kadrowej. Kiedy konia mego, obandażowanego należycie i według diagnozy niezdolnego na dłuższy czas do służby, z konieczności zostawiłem pod opieką końskiego łapiducha (jeżeli tak wyrazić się można), mój nowy znajomy prawie przemocą zaciągnął mnie do swego domu. Po drodze bez przerwy gderał, oburzał się i krytykował:

– Co za lekkomyślność! Porywać się na całą rosyjską potęgę! Z taką garsteczką ludzi. Czapkami was nakryją, do nogi wytną. Grzech poprostu takich dzieciuchów na oczywistą zgubę prowadzić. A pan, w dodatku, wcale nie takie znowu dziecko. To jeszcze znacznie gorzej. Rozumy musieliście potracić, wy i wasi dowódcy.

Tak pomstował w dalszym ciągu goszcząc mnie już w swym domu, lecz przy tych oburkliwych uwagach wlał we mnie szklanicę wystałego miodu, przyniósł na miednicy gorącej wody do mycia, zmusił mnie do przyjęcia ciepłych kalesonów („bo zawsze się na wojnie przydadzą”), wkońcu przy pożegnaniu najzupełniej nieoczekiwanie zdjął ze ściany starą ułańską szablę i ofiarował mi ją („gdyż wstyd poprostu, by polski kawalerzysta z kozacką szaszką przy boku chodził”) (uzbrojony byłem w oręż boczny zdobyty na strażakach granicznych), aż wreszcie biorąc mnie w ramiona i obsypując życzeniami i błogosławieństwami, dławiąc łzy wybuchnął nagłem wyznaniem:

– Co tu ukrywać! Jak mi Bóg miły, gdybym był trochę młodszy, poszedłbym z wami.

Zaprzyjaźniłem się bardzo z panem Ziembińskim podczas naszego dłuższego postoju w Kielcach i potem przez długie lata za każdą bytnością w tem mieście odwiedzałem go w jego miłym domku.

Zapomniałem już jak się nazywał proboszcz w Strzegowej w ziemi olkuskiej, skąd ruszyliśmy na znany w dziejach legjonowych przemarsz na tyłach rosyjskich korpusów przez Ulinę Małą do Krakowa, a potem na Podkarpacie, by wobec grożącej klęski austrjackiej i niemieckiej po bitwie pod Łodzią, nie cofać się do Niemiec, lecz na własnej, polskiej ziemi walczyć i w razie potrzeby zginąć, lecz nigdy nie zapomnę jego plebanji z meblami według rysunków Wyspiańskiego, z obrazami najlepszych współczesnych malarzy na ścianach i z bogatą bibljoteką a nadewszystko z gorącą gościnnością gospodarza, co bez względu na grożące ze strony Rosjan represje całą plebanję „przewrócił do góry nogami”, byle nas wynędzniałych, przemoczonych i zgłodniałych, nakarmić, ogrzać i jakotako osuszyć.

– Nie wolno mi parafji mojej porzucić, – tak nas żegnał w listopadowy, wilgocią zatęchły, mroczny, wieczór, – ale z duszy i serca chciałoby mi się pójść z wami, żołnierzyki kochane, na dolę i niedolę.

*

Ten cykl wspomnień i obrazów z kraju, do którego tak strasznie mi tęskno, którego przeszłość wspominam dniami i nocami i w którego przyszłość wierzę niezłomnie, postanowiłem zakończyć opisem zdarzenia z czasów pokojowych. Ponieważ jednak do czasu zesłania na dyplomatyczny posterunek służyłem temu krajowi jako żołnierz, przeto i we wspomnieniu o czasach pokojowych wojsko nie może pozostać bez roli.

W ciągu corocznych manewrów i koncentracji, kiedy to służba rzucała nas w rozmaite strony i w odległe prowincje, gdy na przypadkowych kwaterach poznawało się i przyjaźniło z dziedzicami po dworach, z proboszczami godnymi po plebanjach i z wieśniakami po chałupach i stodołach, znalazłem się w r. 1936 z moją dywizją kawalerji w powiecie opoczyńskim nad Pilicą. Ach, jakżeż swojskie są jej wody ciche i spokojne o brzegach łagodnych i dnie piasczystem, zacienione lasami spalskiemi, te wody pachnące Polską, podobnie jak tonie Wisły, nurty Warty i Narwi i Bugu.

Jakoś z końcem sierpnia, po uczciwie przepracowanym dniu, spędzonym na przećwiczeniu typowego natarcia dywizji przy poparciu artylerji, strzelającej ostremi ładunkami, dość późno już wieczorem przyszło mi wyznaczać kwatery dla poszczególnych oddziałów.

– Panie pułkowniku Klepacz, – zwróciłem się do ówczesnego dowódcy II-go pułku ułanów, gdy przyszła jego kolej, – pan ze sztabem pułku i wszystkiemi pododdziałami kwateruje w Domaszewie. Wieś jest według mapy rozległa i duża, położona blisko, dojazd Horby. Tabory wasze stoją wpobliżu. Ludzie po chałupach, konie po stajniach i stodołach ile znajdą dość miejsca, reszta na biwaku. Od biedy dacie sobie jakoś radę przez jedną noc.

– Rozkaz, panie generale – służbowo odparł mi pułkownik Klepacz.

Jeszcze kilka rozkazów dotyczących noclegu, krótkie przypomnienie programu jutrzejszej pracy wszystkim dowódcom, kilka okolicznościowych poleceń, i rozjechaliśmy się w różne strony na naznaczone kwatery.

Nazajutrz w ciągu rozjazdów związanych z normalnym tokiem pracy znalazłem się koło południa w dowództwie II-go pułku ułanów, i oto co mi opowiedział Staszek Klepacz o noclegu swoim i swego sztabu:

– Nie masz wyobrażenia, generale, jaką mieliśmy kwaterę i jaką niezwykłą przeżyliśmy noc. Po przydzieleniu mi przez ciebie Domaszewa podzieliłem wieś na rejony dla szwadronów, a ponieważ we wsi nie było dworu, postanowiłem dowództwo pułku ulokować na plebanji. Wydawszy zatem wszystkie odpowiednie zarządzenia, a przedewszystkim poleciwszy natychmiast wysłać pododdziałowych kwatermistrzów, by pułk jak najprędzej i jak najwygodniej w danych warunkach rozmieścić, sam w towarzystwie mego zastępcy, kwatermistrza i adjutanta, ruszyliśmy konno do Domaszewa. Mimo panujących już ciemności, dojechawszy do miejsca przeznaczenia, prędko i bez trudu znaleźliśmy kościół i leżącą w jego pobliżu plebanję. Przez szczelnie przymknięte okiennice, szparami przesączały się z wewnątrz wąskie pasemka światła, świadczące że proboszcz lub przynajmniej ktoś z domowników jest w domu. Zeskoczywszy z koni, zapukaliśmy do wejściowych drzwi. Bez żadnego skutku. Zapukawszy jeszcze kilkakrotnie ciągle bezowocnie, sami otwarliśmy drzwi, szczęśliwie nie zamknięte na klucz, poczem znaleźliśmy się w dość dużej sieni, niby przedpokoju, gdzie przy świetle naszych elektrycznych latarek zobaczyliśmy szaragi z wiszącemi na nich kilku płaszczami i kapeluszami, dwie duże szafy i kilkoro drzwi, wiodących najwidocznej do mieszkalnych pokojów. Przez środkowe z nich dochodził do naszych uszu jakiś szmer, jak gdyby pogwar przyciszonych, monotonnych głosów ludzkich. Zapukałem do nich raz i drugi, tak samo bez odpowiedzi. Wobec tego, po chwili namysłu, nacisnąwszy klamkę, otwarłem je i wraz z towarzyszami stanąłem na progu jak wryty.

„Taki bowiem przedstawił się widok naszym zdumionym oczom. Na środku obszernego pokoju, na szerokiem łożu, leżał z przymkniętemi powiekami sędziwy starzec o typowej, bardzo szlachetnej, twarzy księdza. Po obu stronach łoża stały dwa stoły obficie zastawione rozmaitemi potrawami, kiełbasą, szynką, serami i sałatkami, oraz nakrajanym chlebem, wśród butelek wina i piwa. Cały zaś pokój wypełniony był ciżbą ludzką, złożoną z kobiet i mężczyzn, którzy na klęczkach mruczeli modlitwy za konających. Kilka z klęczących postaci spojrzało na nas bokiem, najzupełniej obojętnie, i jakby nas nie dostrzegając, wszyscy w dalszym ciągu odmawiali modlitwę.

„Nie bardzo zdając sobie sprawę z tego co się dzieje, a jeszcze mniej wiedząc co ze sobą począć, krzyknąłem głośno, stuknąwszy przytem obcasami, a zauważywszy, że leżący w łożu starzec otwarł oczy naskutek mojej demostracji i przypatruje się nam także trochę tak jakby nas nie bardzo widział i nawet nie starając się zrozumieć, kim jesteśmy, odezwałem się donośnym głosem: „Przepraszam najmocniej, księże proboszczu. Jestem dowódcą II-go pułku ułanów. Nazwisko moje jest – Klepacz. Oto mój zastępca, kwatermistrz mój i mój adjutant. Pułk mój kwateruje dzisiejszej nocy w tutejszej wsi. Ja ze sztabem miałem zamiar uprosić się na kwaterę na plebanji. Widzę jednak, że trafiiliśmy nie w porę, bardzo więc raz jeszcze przepraszam za najście”.

„Na te moje słowa staruszek uniósł się nieco na poduszkach, spojrzał na nas przytomniejszemi oczami, uśmiechnął się mile i przemówił cichym lecz zrozumiałym i stanowczym głosem: „Co? Co pan mówi? Dowódca pułku ułanów? Oficerowie, ułani polscy u mnie w gościnie? Proszę bardzo, proszę bliżej”… Następnie zaś, zwracając się do klęczących w komnacie ludzi: „Moi mili parafjanie, – powiedział, – pora wam wracać do domów. Bardzo wam dziękuję za towarzystwo i za wasze modlitwy, ale jakżeż to przed cywilami będę umierał, gdy mam u siebie kawalerzystów. No dzieci, zabierajcie się do snu i zostawcie mnie z mymi miłymi gośćmi”.

„Na takie dictum ludzie powstali z klęczek i powoli wytłoczyli się z pokojów z pożegnalnem: „Ostańcie z Bogiem, dobrodzieju!”.

„Proboszcz zaś, wyszeptawszy swej gospodyni polecenie, by zakrzątnęła się nad przygotowaniem noclegu w sąsiednich pokojach i zatrzymawszy kościelnego do pomocy w goszczeniu nas, zwrócił się do nas z takiemi mniej więcej słowami: „Siadajcie, moi panowie, i rozgośćcie się. Jesteście pewnie zdrożeni i głodni i nadewszystko spragnieni. Dziś pono upał był bardzo wielki. Proszę was bardzo, nie pogardźcie skromnem, wiejskiem jadłem i napitkiem. Polecam zwłaszcza szynkę domową. Wino także uczciwe, jak zwykle na plebanji. A może mój węgrzyn, choć znacznie ode mnie młodszy, lecz dostatecznie wystały, lepszy jest nawet od przeciętnego księżego wina”.

„Tu staruszek przymknął na chwilę oczy i zaczerpnąwszy powietrza, ciągnął dalej przygasłym głosem : „Musicie mi panowie wybaczyć, że wam ni w jedzeniu ni w piciu towarzyszyć nie będę. Nie mogą jednak, naprawdę, nie mogę. Bo trzeba wam wiedzieć, że ja umieram. Lat mam juz bezmała dziewięćdziesiąt. Należy mi się odpoczynek. Długie, bardzo długie lata pracy kapłańskiej mam za sobą, pracy zbożnej i uczciwej. Ludziom krzywdy nigdy nie zrobiłem. Przeciwnie, pomagałem im niejednokrotnie i starałem się zawsze, by żyli w zgodzie ze sobą, a przede wszystkim w zgodzie z Panem Bogiem i jego przykazaniami. Toteż mam nadzieję, że Sędzia Najwyższy przyjmie mnie łaskawie i przytuli duszę moją u stóp swego tronu. Umieram zatem spokojnie. A bardzo jestem zmęczony i spragniony odpoczynku”…

„Pomilczał znowu przez czas jakiś z przymkniętemi powiekami. Potem znowu zagadywał do nas, zachęcając do jadła i do wypicia kieliszka wina. Słowa jego stawały się coraz cichsze, a przerwy coraz dłuższe, aż wkońcu z pogodnym uśmiechem zamilkł na wieki.

„W najdokładniejszem słów tych znaczeniu zasnął w Panu.

Ze wzruszeniem i przejęciem wysłuchaliśmy opowiadania pułkownika Klepacza.

W dwa dni później wyprawiliśmy zacnemu kapłanowi pogrzeb ze wszystkiemi wspaniałościami, na jakie nas kawalerzystów było stać, a więc z orkiestrą szwoleżerską i z delegacjami wszystkich oddziałów dywizji.

Któż nie przyzna, że tak umierać mógł tylko ksiądz w naszym kraju, w Ojczyźnie naszej – w Polsce.

BOLESŁAW WIENIAWA-DŁUGOSZOWSKI.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close