O sojuszu sowiecko-niemieckim

Odgadywanie przyszłości, jeśli jest sprowadzone do pewnych granic, nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek szarlatanerją i nadużywaniem ludzkiej łatwowierności. Procesy historyczne mają swoją własną logikę, wystarczy więc dobra znajomość materjału faktycznego i odrobina zdrowego rozsądku, by przewidywać ogólny kierunek, w którym muszą pójść wydarzenia. Rzecz prosta, zawsze gotów wtrącić się element przypadku, jakiś deus ex machina – groźny dyktator poślizgnie się na skórce od pomarańczy, i te same konie, które już miał poić w wodach Rubikonu, odwożą go na wieczny odpoczynek. Ale samej zasady w niczem to nie zmienia.

Niemiecko-sowiecki pakt nieagresji stał się dla całego świata sensacją i wstrząsem, mimo że niepodobna w nim było odszukać momentu niespodzianki. Niżej podpisany uzasadniał to w swoim artykule, wydrukowanym w nr. 806 „Wiadomości Literackich” z dn. 2 kwietnia ub.r., a więc na pięć miesięcy przed samym faktem. Artykuł ten został wówczas skonfiskowany „za rozsiewanie pogłosek, mogących wywołać niepokój publiczny”, ale zabieg ten wydawał mi się niepotrzebny – i tak niktby moich przewidywań i argumentów nie wziął na serjo. Gdy zmotoryzowane oddziały sowieckie wkraczały do miast i miasteczek kresowych, zdarzało się, że nawet oficerowie witali je – jako rzekomych sojuszników – z radością, jeśli nie z entuzjazmem. Tak silna była sugestja fantastycznych złudzeń.

Złudzenia mają niekiedy twardy żywot. Jeszcze dziś szereg publicystów zachodnioeuropejskich wyraża przypuszczenie, że związek Rosji z Niemcami nie jest długotrwały, przypuszczenie, którego jedyną podstawą jest dobra wiara przypuszczających. Szkodliwość tego rodzaju myślenia jest o tyle oczywista, że wytrąca broń z ręki wobec wroga który, nie będąc formalnie wciągnięty w wojnę, faktycznie bierze w niej udział od pierwszej chwili.

Zawodowi optymiści nawet agresję sowiecką przeciw Finlandji usiłowali wytłumaczyć po swojemu, twierdząc, że przez utrwalenie swoich wpływów nad Bałtykiem Rosja zahamowuje ekspansję niemiecką i zajmuje pozycje wypadowe Trzeciej Rzeszy. W rzeczywistości wyprawa finlandzka jest dalszym etapem coraz bardziej zacieśniającej się współpracy obydwu państw, które zamierzają zniszczyć starą kulturę europejską i cofnąć narody do jaskiniowych form bytowania. Rozmiary tej współpracy i jej skutki zależą od tego przedewszystkiem, jak szybko państwa zachodnie pozbędą się reszty złudzeń i wyciągną całkowitą konsekwencję z nowego stanu rzeczy. Zadaniem niniejszego artykułu jest ustalenie głównych punktów tej współpracy i jej wpływu na dalszy rozwój wypadków.

Różne cele, wspólna droga

Na czem polega cel Hitlera? Na zdobyciu hegemonji w Europie, co w konsekwencji ma doprowadzić do panowania rasy niemieckiej nad światem. Na czem polega cel Stalina? Na rozbiciu Europy przy pomocy rewolucji społecznej, co zapewni Moskwie decydujący wpływ na dalsze losy kontynentu. Cele są nie tylko różne, choć podobne, ale wręcz wykluczające się. Gdzież tu miejsce dla współpracy, – myśli niepewny czytelnik, – czy chytry Gruzin nie oszukuje przypadkiem Hitlera? Wypowiadając tego rodzaju podejrzenia, mamy całkowitą rację, ale jest to racja przyszłości, najzupełniej nie nadająca się do użytku na dzień dzisiejszy. Cele obydwu dyktatorów są różne, ale nieosiągalne bez wzajemnej pomocy. Bez surowców rosyjskich i bez groźby rosyjskiej dywersji na południu i północy Niemcy nie zaspokoją potrzeb swego przemysłu i po pewnym czasie stracą wszelką szansę na podjęcie działań wojennych. Bez długotrwałej wojny i krwawego wyczerpania walczących, Sowiety nie mogą nawet marzyć o rewolucji. Niemcy potrzebują nafty, manganu, żelaza, zboża – to wszystko może im pośrednio czy bezpośrednio dać tylko Rosja. Interes sowiecki wymaga Niemiec tak silnych, aby wojna z nimi pociągnęła za sobą miljony ofiar, daleko idące wyczerpanie, poważne ofiary gospodarcze, a więc szereg zjawisk, które przygotowują grunt pod rewolucję społeczną. Oto tajemnica sojuszu, oto jego jasny sens, którego nie przesłonią fantastyczne nadzieje wielu panów, przyzwyczajonych mierzyć wydarzenia według własnych intencyj.

W najmniejszym stopniu nie przeszkadza temu okoliczność, że dzisiejsi sojusznicy nie robią sobie żadnych złudzeń na przyszłość. Hitler bynajmniej nie sprzeniewierzył się swoim planom, z taką szczerością wypowiedzianym w „Mein Kampf”; lecz chwilowo zawiesił je na kołku. Z drugiej strony Stalin doskonale zdaje sobie sprawę z tego co go czeka, gdyby Niemcy istotnie zwyciężyły. Ale Sowiety bynajmniej nie mają zamiaru pomagać Niemcom do wygrania wojny. Toby była oczywista przesada. Nie, w interesie Sowietów nie jest wojna, w której państwa zachodnioeuropejskie zostają pokonane, ale całkowicie po ich myśli będzie wojna, pozostawiająca zarówno zwyciężonym jak i zwycięzcom gruzy, cmentarze i wstrząsy społeczne. Niemcy, pozbawione surowców, duszące się w pierścieniu blokady, a w konsekwencji szybko pokonane, nie są Sowietom potrzebne. Szybki pogrom Trzeciej Rzeszy oznaczałby tryumf tych zasad kultury europejskiej, które są bolszewikom specjalnie nienawistne. Trzeba więc pomóc, aby natychmiastowe rozstrzygnięcie stało się niemożliwe. Oto rozumowanie hieny, która chętnie pożre nie tylko trupa pokonanego, ale również z rozkoszą dogryzie rannego, spływającego krwią zwycięzcę.

Dotychczasowy rozwój wypadków całkowicie potwierdza postawioną tezę. Niemcom pomoc sowiecka pozwoliła na szybką likwidację wojny polskiej, która pomimo wszystkich naszych klęsk w pierwszej połowie września, trwałaby jednak jeszcze dłuższy czas, komplikując niepotrzebnie sytuację. Sowietom sojusz z Rzeszą umożliwił bezkrwawe opanowanie państw nadbałtyckich i rozpoczęty podbój Finlandji, przewlekający się tak bardzo jedynie w związku z porą roku. Sprawa finlandzka ma zresztą o tyle wielkie znaczenie, że musiała zacieśnić sojusz sowiecko-niemiecki. Jeśli bowiem okupację Polski wschodniej można sobie było przy dobrej woli różnie tłumaczyć, zaatakowanie Finlandji nie pozostawia w opinji świata żadnej wątpliwości. I Sowiety dobrze zdają sobie sprawę z tego, że szybka klęska Niemiec natychmiast doprowadzi do kolejnych porachunków z Moskwą. Bodajże Milukow w „Poslednich Nowostiach” stwierdzał z melancholją, że wojna z Finlandją mocno podkopała długotrwałość poprzednich sowieckich zdobyczy. Nie należy wątpić, że ta melancholja nie jest obca wielkorządcom rosyjskim. Stąd wzrastająca z każdym dniem konieczność odwlekania dnia sądnego; jedyną na to receptą jest podpieranie Hitlera, by nie zawalił się zbyt wcześnie.

Tak więc ustalamy pierwszy zasadniczy punkt naszego rozumowania: w interesie Stalina leży prowokowanie wojen, które osłabiają wszystkich z wyjątkiem Rosji. Jeśli sąsiedzi stają się słabsi i biedniejsi, moja własna słabość uzyskuje stosunkową siłę. Jest to ujęcie dość logiczne, by przemówiło do przekonania największemu sceptykowi. Zatem współpraca niemiecko-rosyjska nie może zlikwidować się z dnia na dzień, jak to wyobrażają sobie naiwni, chowający w głębi serca zbożną nadzieję, że przecież bolszewizm i hitleryzm to ideologje sprzeczne, które nie będą mogły długo iść jedną drogą. Naturalnie, na wieczność współpraca ich obliczona nie jest. Co więcej, niech jutro dywizje sojusznicze przejdą przez Ren, Stalin odżegna się natychmiast od Hitlera i nawet gotów będzie wystąpić przeciw Niemcom, ale Niemcom już pobitym, aby uratować swoją ostatnią szansę wobec Zachodu. Dopóki Niemcy nie są pokonane, Stalin będzie iść ręka w rękę z Hitlerem.

Pomoc gospodarcza

O rozmiarach i możliwościach pomocy gospodarczej Sowietów zdania są naogół podzielone, a poszczególne wersje różnią się bardzo znacznie między sobą. Byłoby zbyt uciążliwe gdybym przeładowywał swój artykuł długim szeregiem cyfr dotyczących możliwości wywozowych Rosji przy obecnym jej stanie gospodarczym. Jedno nie ulega wątpliwości: mimo swojego olbrzymiego potencjału Rosja nie jest w stanie własnemi środkami zapewnić takiego uintensywnienia produkcji, by nadwyżka przeznaczona na wywóz zaspokoiła potrzeby niemieckie.

Przedewszystkiem przecenia się możliwości rosyjskie, jeśli chodzi o ropę. Od siedmiu lat wzrasta wydobycie ropy, ale ropę tę prawie w całości zjadają własne potrzeby przemysłowe, rolnicze i militarne. Wojna fińska w żadnym wypadku nadwyżek nie zwiększyła. Gdy jeszcze w r. 1932 Sowiety wywoziły ponad sześć miljonów tonn, obecnie ilość ta skurczyła się do niespełna miljona. Dla wojennych potrzeb Rzeszy jest to, oczywiście, o wiele za mało. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja, jeśli chodzi o wywóz rud metalowych. Nikiel, miedź, ołów Sowiety same wwożą, rudy żelaznej wystarcza im zaledwie na własne potrzeby, ponieważ bogate pokłady w Krzywym Rogu są eksploatowane w tempie niewystarczającem. Natomiast wywóz większych ilości manganu nie powinien natrafić na specjalne trudności. Ma to o tyle duże znaczenie, że posiadając w nadmiarze mangan, Niemcy mogą zwiększyć wartość swoich niskoprocentowych rud żelaza. W dostatecznym stopniu mogą Sowiety zaspokoić potrzeby Rzeszy nadwyżką zbiorów bawełny turkiestańskiej. Zato wełny Sowiety nie mają same, tak że – jak ktoś zauważył – Stalin może ofiarować Berlinowi najwyżej własne wąsy.

Nie jest to obraz zbyt dla Niemiec pocieszający, jednak nie uprawnia on nas do nadmiernego optymizmu. Rzecz w tem, że na wypadek przeciągania się wojny Rzesza będzie miała czas przeprowadzić reorganizację górnictwa sowieckiego i tem samem znacznie zwiększyć jego możliwości wywozowe. Okres, potrzebny na taką reorganizację, przy dzisiejszym zastoju na froncie Niemcy przetrzymają stosunkowo dość lekko – sytuacja stałaby się dla nich bardzo ciężka jedynie w wypadku rozpoczęcia ożywionych działań wojennych. Zdaje się, że trudności gospodarcze, które Hitler ma do zwalczenia, stworzą poważne niebezpieczeństwo tylko w tym wypadku, gdy szybkość wyczerpywania się posiadanych zapasów będzie większa od szybkości ich uzupełniania. Inaczej mówiąc, szanse Hitlera będą wzrastały, gdy mu się da sposobność wyzyskania wszystkich plusów, wynikających z sojuszu z Sowietami, i, odwrotnie, malały, skoro plusy te zostaną w ten czy inny sposób przekreślone.

Plany wojenne Rzeszy

Przeciętny czytelnik cieszy się, gdy przeczyta w swojej gazecie, że w Niemczech wprowadzono system kartkowy, że taksówek i samochodów prywatnych prawie się nie widzi, że trudno, albo wogóle niemożliwe, dostać szereg produktów i przedmiotów. Nie mają tego i owego, a więc musi być z nimi źle! – zaciera ręce tryumfujący obywatel. Zawsze w takich wypadkach przypominam sobie naigrywania naszej prasy z tego że Niemcy nie mają masła, podczas gdy u nas masłem zawalone są sklepy i mleczarnie. Nie była to uciecha zbytnio uzasadniona. Niemieckie wyrzeczenia, niemiecka oszczędność dowodzą przedewszystkiem, że Rzesza nie zlekceważyła nic, aby przetrzymać wojnę. Fakt, że Hitler nie uderzył natychmiast po rozbiciu Polski, świadczy o jego decyzji przyjęcia wojny na innym terenie i w innych okolicznościach, niż to sobie pierwotnie wyobrażano.

Może to oznaczać, że Niemcy nie uderzą dopóty, dopóki nie zorganizują sobie gospodarczo Rosji, że ewentualne uderzenie pójdzie w kierunku określonym przez te wszystkie korzyści geograficzno-strategiczne, które przyniósł sojusz z sierpnia ub. r. Nie ulega wątpliwości, że Sowiety same czynnie przeciw państwom sojuszniczym nie wystąpią. Nie życzy sobie tego ani Stalin, który dobrze dba o własną głowę, ani Hitler, zwłaszcza po niezmiernie pouczających doświadczeniach w Finlandji. Sowiety będą się biły tylko wtedy, gdy zostaną do tego zmuszone. Ale, pozostając w sytuacji pseudoneutralnej, Rosja ma poważne możliwości pomagania swemu sojusznikowi na terenach, osiągalnych dlań tylko przy jej pomocy i pośrednictwie.

Rosja jest bardziej państwem azjatyckiem, niż europejskiem. Jej sytuację geopolityczną w znacznej mierze określa fakt, że więcej niż dwie trzecie całego obszaru czerwonego imperium znajduje się w Azji. Przytem, jeśli w Europie Sowiety reprezentują wyłącznie ilość, po tamtej stronie Uralu jest to już także i jakość, której nie można w najmniejszym stopniu lekceważyć. Ironiczne opinje, które czytało się w prasie europejskiej na temat usilnie przez Niemców reklamowanych możliwości sowieckich w Indjach, nie pozostają w żadnym stosunku do rzeczywistości. Skoro zważymy, że Turkiestan wschodni, w dużej części już opanowany przez bolszewików, znacznie rozszerza ewentualną buzę operacyjną, skoro przypomnimy, że w Afganistanie, w górzystych partjach Siedmiorzecza i innych północnych prowincjach brytyjskich nie trudno przy odpowiednich środkach i zorganizowanym aparacie wywołać rewoltę, która mogłaby mieć daleko idące skutki, przestaniemy wyraźne w tym względzie sugestje niemieckie traktować pobłażliwie. Kuusinen pozostał w Terjokach, „wyzwalany” bowiem lud finlandzki nie zdradza większego entuzjazmu na wieść o utworzeniu „demokratycznego” rządu. Można przypuszczać, że w Azji sytuacja wyglądałaby nieco inaczej. Mistrzom prowokacji i dywersji, jakimi są bezsprzecznie bolszewicy, nie trudno byłoby wywołać niepokój w podgórskich prowincjach Indyj Brytyjskich, aby następnie ofiarowywać swą interwencję i pomoc. Sens takiej kombinacji wystąpi w całej wyrazistości, skoro przypomnimy, że roczna produkcja ropy w Iraku i Persji w zupełności starczyłaby dla potrzeb niemieckich. Czy nie tam właśnie znajduje się obiecane złote runo, w pogoni za którem warto przeskoczyć przez Pontus Euxnus, szumiące morze Argonautów? Tak dobiliśmy do brzegów słonej wody, którą niegdyś Grecy, wycofujący się z niefortunnej wyprawy, witali wielkim krzykiem uniesienia, a które zajmie w tych rozważaniach miejsce niemal decydujące.

Czarne morze

Wędrowali po niem Hellenowie, szukający nowych terenów osadniczych i wymiany towarowej z północnymi barbarzyńcami, aż od Nowogrodu wielkim szlakiem „od Wariag w Grieki” przedostawały się drużyny słowiańskie, by obity skórą szczyt zawiesić na bramach Carogrodu, zaglądali kupcy genueńscy, za kozackiemi czajkami uganiały się opasłe otomańskie galery, po czerkieskie skóry, wosk i tkaniny szły do Anapy i Suchum Kale lekkie angielskie fregaty i brygantyny, z pogaszonemi światłami, z czerwoną płachtą na maszcie błądził zbuntowany „Patiomkin”. Dziś po ciemnych falach, które o tej porze szarpie sztorm nieustanny, błądzą myśli tych wszystkich, którym linja Maginot i koncentracje niemieckie na granicy Limburgu nie przesłaniają tej oczywistej prawdy, że szybkie i radykalne rozbicie potęgi niemieckiej możliwe jest tylko na południo-wschodzie, na pomoście prowadzącym z Europy do Azji.

Uderzenie w Rosję, a tym samem i w Niemcy od strony Czarnego morza i Kaukazu, byłoby ofensywą o charakterze uprzedzającym akcję wojenną, która prędzej czy później zostanie przez Rzeszę przerzucona tam, gdzie częściowe choćby powodzenie, zsynchronizowane z akcją dywersyjną Sowietów, pociągnęłoby za sobą skutki nieobliczalne. Niemcy nie storpedują całej floty brytyjskiej, nie zagrzebią Londynu w gruzach, tak jak to uczynili z Warszawą, nie przejdą wbród Pas de Calais, jak przechodzili wyschnięte polskie rzeki. Ale historja się powtarza. Jak Napoleon, zdając sobie sprawę z przewagi floty angielskiej, planował wyprawy śladami Aleksandra Macedońskiego, tak Hitler poszuka zwycięstwa na obszarach, które od Saidu i Bab el Mandeb aż po Mandalay są dotychczas nienaruszoną brytyjską domena. Wyobraźmy sobie, że obecny stan utrwali się i że mocarstwa prowadzą jeszcze przez rok zbrojny wyścig, urozmaicony rzucaniem bomb na okręty neutralne i ulotek na miasta czeskie i austrjackie. Będzie to okres czasu w zupełności wystarczający do częściowego przynajmniej zreorganizowania gospodarki rosyjskiej i zakończenia przygotowań do uderzenia w piętę achillesową Imperjum Brytyjskiego.

Ale tak się dziwnie złożyło, że to co jest słabością, może się równie dobrze stać siłą. Jeśli niemiecko-sowieckie uderzenie na linji Mossul-Kabul, nieuprzedzone w czas, jest groźne, o ileż straszniejszym orężem rozporządzają państwa zachodnie, mając możność zorganizowania frontu czarnomorskiego przeciw Rosji. Wszystko to co decyduje o wartości przymierza sowieckiego dla Niemiec, przestaje natychmiast istnieć. Gruzińskie kopalnie manganu w Czyjaturi, nafta azarbejdżańska i czeczeńska, węgiel doniecki, rudy Krzywego Rogu, pszenica ukraińska, bawełna Uzbekistanu – oto stawka, której zdobycie kładzie Rosję na łopatki i zostawia Niemcom pięć minut do namysłu: poddać się albo zginąć. Ale to niełatwa sprawa – powie ten i ów – przeskoczyć przez góry kaukaskie i spotkać z wrogiem, któremu na imię generalissimus Kutuzow, czyli przestrzeń, plus właściwości klimatyczne, terenowe i t. d.

Aby na to odpowiedzieć, zajrzymy do historji i geografji, nauczycielek, które zawsze mówią prawdę i nigdy nie zawodzą. Geografja powiada, że Kaukaz, kraj mlekiem, miodem, naftą i srebrnemi rzekami płynący, zamieszkuje stary, kulturalny naród gruziński, pracowity wieśniak, ogrodnik i rzemieślnik tiurski, oraz kilkadziesiąt szczepów górskich, różnych nieraz mową czy dialektem, ale zjednoczonych w życiu, obyczaju i wspólnej nienawiści do ciemięzców ich pięknej ojczyzny. Historja dodaje, że Kaukaz przez sześćdziesiąt lat z uporem bronił swojej niepodległości przed Rosją, że krwią licznych powstań akcentował swoją wolę do samoistnego bytu, że dziś jeszcze, odpowiednio przedtem przygotowany, powita wkroczenie wojsk sprzymierzonych groźną dywersją na tyłach czerwonych ciemiężycieli. Choć w mniejszym może stopniu, to samo da się powiedzieć o Ukrainie. W dalekiej Finlandji tworzy się dziś legjon ukraiński, by w śniegach brzozowej Karelji walczyć o uznanie opinji świata dla idei wolności i niepodległości swego kraju. Czegóż dokona ta garstka patrjotycznej młodzieży, tam wśród granitowych skał i jodeł fińskich… W Twerskiej czy Wołogodzkiej gubernji powstania przeciw Moskwie nie wywoła, niewolników na dywersję nie namówi. Ale gdyby desant w Odesie, gdyby tętent koni nad Siniuchą, gdyby żółto-błękitny sztandar rozwiały wiatry taraszczańskie, gdyby odgrzebać choć jedną iskrę z wdeptanych w ziemię ognisk Zimowego pochodu!… A stamtąd już ręką podać na Wołyń, na łąki nadbużańskie, lasy lubelskie! Oto momenty, które można określić w tej formie, jaką tu wybrałem, ale można także przetłumaczyć na mowę matematyków i strategów. Powtórzenie w nowych warunkach wyprawy krymskiej z 1854 r., oto impreza, która kosztowałaby Niemców przegraną, dałaby sprzymierzonym zwycięstwo, a nam zapewniła powrót do ojczyzny.

Gdyby mi ktoś, podając w wątpliwość całą moja koncepcję oświadczył że Niemcom ani w głowie persko-indyjskiej awantury i że myślą wygrać wojnę w znacznie prostszy sposób, przez aneksję lodowców Jungfrau i holenderskich tulipanów, nie będę się spierał, powiem tylko: tem lepiej! Nie zmienia to przecież mojej tezy, że szybkie rozstrzygnięcie wojny możliwe jest jedynie nad Czarnem morzem. Szybkie i mniej krwawe, niż przełamywanie linji Zygfryda.

Rekapitulacje

Faktów, wskazujących na to, że basen czarnomorsko-kaspijski powinien stać się wkrótce terenem doniosłych wydarzeń, wymienić można stosunkowo niewiele. Są one przecież na tyle charakterystyczne, że przechodzenie nad niemi do porządku byłoby dowodem wielkiej lekkomyślności. Zwróćmy uwagę, że od paru miesięcy wewnętrzna propaganda sowiecka zajmuje się bardzo intensywnie imperjalizmem i kapitalizmem wielkobrytyjskim, pracując nad odpowiedniem nastawieniem mas. Jeszcze w jesieni ub. r. zarządzona w Sowietach mobilizacja objęła całą Syberję i Turkiestan, co wobec wojennej klęski Polski i złagodzenia stosunków z Japonją nie znajdowało pozornie żadnego uzasadnienia. Poważna koncentracja sowiecka nad morzem Kaspijskim odbyła się również w tym czasie. Obecnie obiegły świat wiadomości o zjawieniu się niemieckich mundurów na kolejach Małopolski Wschodniej. Są to wydarzenia dość tajemnicze, jeśli zapomnieć o głównej przyczynie ich powstawania; zupełnie jasne – gdy się o niej pamięta.

Streszczam główne myśli mego artykułu. Sojusz sowiecko-niemiecki nie jest wieczny, ale trwać będzie dopóty, dopóki nie załamie się w klęsce którykolwiek sojusznik, lub obydwaj razem. Niemcy nie uderzą na Zachodzie, ale będą szukali swych szans w gospodarczej reorganizacji Rosji, by w ten sposób wyrwać się z blokady i neutralny czynnik czasu zmusić do działania na własną korzyść. Mając do dyspozycji azjatyckie stanowiska Sowietów, Niemcy prędzej czy później spróbują podciąć korzenie potęgi brytyjskiej na bliskim Wschodzie i w Indjach. Skoro więc wszystkie te atuty daje Niemcom sojusz z Sowietami, jasne jest, że rozbicie Rosji odbierze Niemcom ostatnią szansę wygrania wojny. Olbrzymie przestrzenie przy dzisiejszej technice nie odgrywają już tej roli, co niegdyś, stąd powoływanie się na doświadczenia Karola XII, Napoleona czy Piłsudskiego traci siłę argumentu. Zachowując zresztą największą nawet ostrożność w obliczaniu szans ekspedycji wojennej przeciw Sowietom, powiemy, że samo stworzenie frontu południowego zniweczy za jednym zamachem nadzieje niemieckie na gospodarcze zasoby Rosji i zneutralizuje wszystkie korzyści, wynikające z jej położenia geograficznego.

Wyłonione tu tezy i koncepcje pomyślane zostały nie tylko w skali toczącej się, czy też lepiej, rozpoczynającej się wojny, ale i w szerokiej skali historycznej. Rozbicie Rosji na szereg organizmów narodowych oznacza na pierwszym planie klęskę Niemiec, na drugim – przywrócenie na wschodzie Europy zachwianej tu niegdyś równowagi, co raz na zawsze rozwieje wszystkie sny o germańskim pługu i mieczu w wymarzonym wschodnim „Lebensraumie”. Historja i strategja, geopolityka i walka ekonomiczna nierozłączne to siostry syjamskie, choć nie każdy dostrzega, ich bliskie pokrewieństwo. A wielkie wojny, przesądzające o losach świata, wygrywa się naprawdę tylko wtedy, gdy względy ściśle wojskowe odgrywają rolę czynnika korygującego, decydują zaś koncepcje historyczne.

JÓZEF ŁOBODOWSKI.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close