Paderewski

Ignacy Jan Paderewski

Przeszedł przez świat jak dziwne, niesamowite widmo, jak wydarzenie i zjawa, jak postać zawleczona w prawdziwe dzieje i do rzeczywiście dziejącej się historji z jakiegoś fantastycznego filmu, z jakiejś nierzeczywistej powieści. Nie był nigdy ani politykiem, ani mężem stanu, a w chwili przełomowej historji zdziałał więcej niż zdziałali politycy, mężowie stanu, cale narody i armje. Inni mieli za sobą potęgi materji czy potęgi ducha, mieli armje lub mieli banki, stał za nimi kościół, lub popierała ich masonerja, reprezentowali instynkt zachowawczy społeczeństw lub ich dążenie do postępu, Lud czy Kapitał, Rewolucję czy Ład, Wolność czy Władzę. Mieli za sobą choćby potęgę słowa, która nigdy nie jest w pełni samą sztuką i zawsze w stopniu większym czy mniejszym wyraża pewne obce sztuce tendencje, zabarwia ją w ten lub inny, zawsze nieartystyczny, sposób. Paderewski był sam. Nie popierała go nigdy w pełni żadna wielka partja, żaden wielki ruch polityczny, a ośrodki, jakie się wokoło niego w rozmaitych czasach tworzyły, ludzie jacy wkoło niego tak czy owak się kręcili, nigdy nie podtrzymywali jego wielkości, najczęściej sami się wkoło niej wieszali. Paderewski był wielki sam przez się. Był wielki siłą która emanowała z niego, działała na wyobraźnię ludzi przez jego sztukę, jego słowo, jego spojrzenie, jego postać. Nie są to wcale rzeczy zwykle, by wielki artysta nie przestawał być wielki wtedy kiedy schodzi z estrady, kiedy otwiera usta by mówić, kiedy od sztuki przechodzi do polityki.

Otóż Paderewski posiadał ten dar w stopniu niezwykłym, niesamowitym. Na Zachodzie nikomu nie wydawało się dziwne, że z jego słowem i zdaniem mógł liczyć się Woodrow Wilson, kiedy do swych propozycyj pokoju dopisał ów wielki warunek: „Polska wolna i niepodległa z dostępem do morza”. W pamiętnikach Clemenceau Paderewski jest wspomniany z szacunkiem, w którym drga wzruszenie naprawdę szczere, a „stary tygrys” ani nie wzruszał się łatwo, ani nie schlebiał nikomu. Lloyd George oddaje hołd Paderewskiemu, aczkolwiek sprawy polskie nie natrafiły u brytyjskiego premjera na zbyt wiele życzliwości czy zrozumienia. Europejscy mężowie stanu rozmawiali z nim jak z mężem stanu, choć ledwo zszedł z estrady koncertowej i miał jeszcze na nią powrócić. Europa obrad wersalskich widziała nawet z pewnem zadowoleniem, że przedstawicielem owej Polski, która przez tyle lat była legendą historji i swoje istnienie zawarła w wielkiej sztuce Chopina, ma oto za przedstawiciela człowieka o głowie marzyciela, poety, wieszcza i muzyka, zamiast twardej głowy żołnierza czy lisiej – dyplomaty. Tylko w Polsce padł mu pod nogi ów fortepian, jak pada pod nogi ciężka kłoda drzewa…

*

Albowiem drogi Polski i drogi Paderewskiego rozeszły się były dawno, dawno temu, i po prawdzie, rozchodzić się miały z biegiem czasu coraz, coraz więcej. Wystarczy się wczytać w dziecinne wspomnienia Paderewskiego, żeby zrozumieć wszystko. Paderewski był synem wielkiej kultury polskiej, w jej przedmierzchowym okresie; urodził się lat temu osiemdziesiąt, na trzy lata przed powstaniem styczniowem, którego skutki miały tak bardzo przeobrazić i Polskę, i jej klasę inteligencką. Ten jeden jeszcze kresowiec – urodzony na Podolu rosyjskiem — jest synem nie ziemiańskim, ale synem administratora czy „oficjalisty” ziemiańskiego, z niejakiej Kurylówki. W tym domu gdzie oszczędza się na ubraniach dla dzieci, nie oszczędza się na wykształceniu dla nich, na nauczycielach języków, nauczycielach muzyki, a przecież jest to daleka od kolei Ukraina i skromny dom inteligencki! Oto jak głęboka była ówczesna kultura inteligencka, jeszcze przed swem wzbogaceniem licznemi dopływami innemi, które miały przynieść lata najbliższe. Paderewski wyrasta w takiej właśnie atmosferze, w klimacie nasyconym kulturą naprawdę europejską, zachodnią, uniwersalną. Zdumieje ona w niejednem ego mistrzów w Berlinie i Wiedniu; stworzy w każdym razie doskonały podkład; najlepsze warunki do tego by mógł się rozwinąć we wszystkich swych właściwościach ten wielki, jedyny w swoim rodzaju, talent.

W Polsce jest mu – to jasne przecież – za ciasno, tak samo jak za ciasno było Chopinowi na pół wieku przed nim. Wielkie konserwatorja i wielkie – coraz większe – sale koncertowe, coraz większe i coraz pełniejsze ludzi, otwarte są gdzieindziej. W r. 1889 w Wiedniu, zdobywa sławę. Ma lat 29 i lata wielkiej pracy za sobą. Potem przychodzi pokolei Paryż i Londyn, Nowy Jork i Chicago, i znowu, w kolejności zwycięskiej, stolice wielkie Nowego i Starego Świata. Drogi jego zawadzają nieraz o Polskę. Rozchodzą się jednak zawsze, mimo fundacji pomnika grunwaldzkiego na pięćsetlecie Grunwaldu, mimo wielu ofiar, darów, występów, inicjatyw. Wszystko to bowiem zdumiewa i zadziwia, ale budzi zazdrość i niepokoi. Polska tych czasów jest już bardzo biedna i poczytuje posiadanie za formę przestępstwa nieomal, robienie pieniędzy – za nietakt, a wydawanie tych pieniędzy na wielkie cele, tak niespodziane jak pomniki, tak dręczące sumienia jak fundacje, nieomal za objaw pychy. W dodatku, zarobienie tylu pieniędzy via fortepian wydaje się jej niesprawiedliwie przesadne, a via koncert za shocking. Zarabiać może rzeźnik, nie może artysta. A tu jak na złość, artysta zarabia, zarabia, zarabia! Przez te palce artysty, któremi tak mistrzowsko prowadzi po czarnych i białych klawiszach, przecieka rokrocznie i rozpływa się jak przypłynęła niepokojąco olbrzymia struga złota… A wreszcie, Paderewski idzie swojemi drogami. Nie wiedzieć nigdy na czyje cele da swoje złoto, nie wiedzieć jaką akcję wesprze, i kiedy od niej odstąpi. Polska, jest już wtedy krajem obliczonych, odmierzających się ludzi. Jest już podzielona na barjerki i przegródki, wedle których ten co uznaje talent Wyspiańskiego nie może uznawać Rydla, ten który ceni Sienkiewicza nie może cenić Żeromskiego, kto jest socjalem nie może czytać „Ogniem i mieczem”, a kto jest endekiem nie powinien wychodzić poza ramy „Rerum novarum”. Polska jest już w tych czasach jedną wielką polityczną parafją. Co się na to złożyło? Anormalne warunki, w których żyje naród polski w XIX w. i które sprawiają że każda myśl do tych spraw własnych polskich tylko wraca; zubożenie społeczeństwa polskiego w większości ziem polskich; wreszcie niedostatek szkół, kultury, oświaty i wychowania dla tych warstw kulturalnie młodych, które proces społeczny wysuwa coraz to silniej w sam nurt życia narodowego. Zjawisko to można zrozumieć, ale to zrozumienie nie zmienia wniczem faktu, że pomiędzy Paderewskim-Europejczykiem a Polską sparafjalniałą musi trwać i rosnąć niezrozumienie i obcość.

O władzę, o rząd dusz, o zasługi w odbudowaniu ojczyzny startowali zawczasu ludzie bardzo różni. Ale start każdego z nich i bieg dokonywał się w samej Polsce, w jej czterech ścianach, na bieżniach, na których od lat wielu torem „pracy pozytywnej” i torem walki „podziemnej” toczyły się dzieje działaczy polskich. Paderewski znowu przyszedł późno i przyszedł z zewnątrz. A doszedł jeden z najpierwszych. Przyniósł w posagu przyjaźń Wilsona, szacunek Clemenceau, znajomość, uznanie, serdeczność wielu najwybitniejszych ludzi na świecie. „Kolosalne kontakty!”, jakby powiedział w piętnaście lat potem jakiś mandaryn emeszecki. „Wielkie nazwisko”, jakby orzekł manager koncertowy. I właśnie z owego wielkiego świata, w którym indywidualizm nie był brakiem, w którym posiadanie osobowości własnej nie było wadą, talent artystyczny przywarą, a koncertowanie śmiesznością, wszedł na nasze polskie podwórko rozdygotane kokoszemi wojnami. Napewno nie był głupszy od niejednego z ówczesnych „wielkich” ludzi w Polsce, od premjerów takich jak Moraczewski, jak Ponikowski, jak Nowak czy kto inny. Ale myśl, że premjerem w Polsce może być artysta, intelektualista, taki „pan co koncertuje”, wydała się Polakom w sposób ogromnie zgodny niewłaściwą i niepoważną. Gdyby ten sam Paderewski, zamiast znać osobiście i dobrze tuzin najwybitniejszych rządców Anglji, Ameryki i Francji, i być przez nich cenionym i szanowanym, zamiast od trzydziestu lat koncertować na całym świecie, w wiecznie przetłoczonych elitą salach, zasiadał sobie od sześciu lat u Michalika czy Lourse’a, i tam, w gronie „sztamgastów” wypowiadał w sposób namaszczony uroczyste brechty, miałby dziesiątek wybiegiwaczy coby krzątali się i mówili: „o, o, to poważny człowiek, to, to głowa, czemu z niego nie zrobią ministra”. I dopięliby swego. Gdyby Paderewski się „zrównoważył,”, gdyby poszedł wyraźnie pod batutę pana Romana albo pana z Belwederu, miałby wreszcie kogoś za sobą. Ale nie poszedł. A zatem i nie miał.

Powaśniony z krajem, a nie z tymi czy innymi ludźmi, niezrozumiany i nierozumiejący, poszedł Paderewski do Szwajcarji, skąd od czasu do czasu rzucał jeszcze do Polski wielkie sumy na politykę, na prasę i t.d. Po kilku latach zaczął znowu grać. Grał jak zawsze na wielkie dobroczynne cele, na inwalidów wojennych polskich, brytyjskich, francuskich. Znowu setki tysięcy przepłynęły przez jego ręce, te ręce artysty o szczodrości gestów magnata. Powoli, powoli, stawał się zjawiskiem coraz bardziej niematerjalnem, coraz mniej z tego świata. Anglicy wiedzieli, że grał jeszcze na dworze starej królowej Wiktorji. Amerykanie pamiętali, że był w zażyłej przyjaźni z Prezydentem Rooseveltem starszym (stryjem obecnego). Dla Francuzów był on postacią współczesną najlepszym latom przedwojennym Trzeciej Republiki. Gdy koncertował w Paryżu, król Albert i królowa Elżbieta belgijscy przybyli z Brukselli, a gdy artysta pojawił się na estradzie, oboje, a za nimi cała sala, powstali ze swych miejsc. Tu, nad Sekwaną, nad Tamizą, za Oceanem, Paderewski był w wielkim, uniwersalnym świecie, w którym talent ma miejsce przed mieczem, a myśl czyn wyprzedza. Przez jego sztukę, tak wyjątkową, o tak indywidualnem zabarwieniu i charakterze, ten świat daleki i zachodni wyczuwał złote blaski wielkiego ludzkiego genjuszu. I kiedy utożsamiano go z Polską, to poprzez tego starego człowieka, którego palce umiały tyle wyczarować i wygrać z klawiszy, szła na świat daleki aureola, legenda ostatnia jakiejś Polski nie tylko zgrzebnej, zabiedzonej, na przedszkolu cywilizacji i na przedprożu kultury. Wszystko wielkie, stare i piękne w kulturze polskiej, krewne arkadom wawelskim i pseudoklasycznym kolumnom, Łazienkom i pałacom, Chopinowi i Rogalinowi, szło wtedy na świat daleki.

Polska sama szła zaś drogą wiele, wiele zgrzebniejszą. Odmówiła rządów państwem muzykowi, tak samo jak panna „z dobrego domu” odmawia ręki i wdzięków skrzypkowi. Wolała je zachować – wdzięki i rządy – dla dziarskich szwoleżerów, dla zabijackich rotmistrzów, dla pełnych tupetu pułkowników, no, a wreszcie dla podstarzałych już generałów. Ludzie, którzy krzywili się na to że premjerem w Warszawie był Paderewski, uważali za całkiem naturalne żeby premjerem był Sławoj-Składkowski. Stuletni prymat, jaki w myślach Polaka miała szabla nad intelektem, ponowił się raz jeszcze i raz jeszcze czarował. A raczej może czadził.

Paderewski pojawił się także raz jeszcze w dziejach Polski. Jak cień, jak mara, jak widziadło, gdy tamto wszystko przepadło. Na sali w Angers głosem drżącym inaugurował zebranie Rady Narodowej. Był już stary, głos mu się trząsł, ale w chwili kiedy kończył słowami: „Nie zginie Polska, i żyć będzie, dla nas, dla was, dla całego świata”, to już nie starość, ale wzruszenie drgało muzyką tych słów. Po raz wtóry i ostatni miał jeszcze przemówić do świata wtedy, gdy wylądowawszy w Ameryce, wzywał ją do udziału w wojnie. W Ameryce ten człowiek miał autorytet inny niż w Polsce, a głos jego wydźwięk jakże szerszy! Ten głos starczy artysty, rzucony na szalę wahań, był silniejszy od głosu młodego pułkownika Lindbergha. Dziś, kiedy ruszają coraz silniej olbrzymie fabryki amerykańskie, kiedy dostawa motorów, samolotów, broni, okrętów, popędza coraz silniej machinę wojny, jest w tem i siła fatalna, niewytłumaczalna materjalnie, nieodgadła dla ludzi ciasnych, niedostępna dla rozumów maluczkich, siła fatalna Ignacego Paderewskiego, syna starej, wielkiej, dziś przekreślonej przez historję, dawnej kultury polskiej.

KSAWERY PRUSZYŃSKI

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close