Polskie złoto

Nieprawdopodobna odyssea złota ze skarbca Banku Polskiego prosi się o pióro dobrego autora powieści awanturniczych lub detektywnych. Temat nadaje się także do rozważań całkiem na serjo, żeby nie powiedzieć – ponurych. Te sztaby złota, które nagromadziliśmy w podziemiach przy ul. Bielańskiej, były przecież owocem niezliczonych poświęceń i cierpień. Dla ratowania togo złota polska biedota przez całe lata przepłacała węgiel, cukier i tyle innych niezbędnych artykułów, które sprzedawaliśmy zabezcen zagranicę. Każdy rząd, który naraża lekkomyślnie skarb tak drogo okupiony, zasługuje na rozmaite „przymiotniki”.

Tego rodzaju rozważania obce są jednak autorom wydanej niedawno po angielsku książki p.t. „Polish Gold” *). Pp. Westerby i Low, którzy – jak twierdzą – opierali się na informacjach otrzymanych z polskiego ministerstwa skarbu, dali nam dość naiwny opis pełnej niebezpieczeństw wędrówki polskiego złota z Warszawy do Paryża.

Dowiadujemy się najpierw, że jednym z głównych celów niemieckiego najazdu na Polskę było zagarnięcie 75 tonn złota, spoczywających w Banku Polskim. Autorzy nie zastanawiają się, dlaczego tego złota, a przynajmniej znacznej jego części, nie przewieziono przed wybuchem wojny do Londynu lub Nowego Jorku, dlaczego po ucieczce rządu złoto zostawiono na łasce losu w Warszawie. Dość na tem, że płk. Koc, ani do tego z urzędu nie zobowiązany, ani też nie uprawniony, postanowił dn. 5 września ratować złoto i przewieźć je do Francji. Koc nawiązał kontakt z Ignacym Matuszewskim i razem opracowali plan kampanji.

Matuszewski zwerbował dziesięciu zapalonych młodzików, którzy wytrzasnęli niemal spod ziemi pięć starych autobusów. Na te wehikuły załadowano nieco ponad ćwierć całego zapasu złota. Koc pozostał w Warszawie, Matuszewski zaś na czele konwoju ruszył do Brześcia nad Bugiem, jadąc wyłącznie nocą a kryjąc się w dzień. Podróż do Brześcia trwała dwie doby, podczas których lotnictwo niemieckie nie próżnowało.

W Brześciu Matuszewski przekonał się, że wszystkie drogi wiodące na południe zostały przerwane, i postanowił zaryzykować powrót do Warszawy. Przedtem jednak trzeba było się upewnić, że stolica nie jest jeszcze w rękach wroga i uzyskać informacje co do sytuacji na drogach. Cudem nawinął się samolot wywiadowczy, zestrzelony pod Terespolem. Szoferzy w ekipie Matuszewskiego zdołali zremontować maszynę, i jeden z nich wystartował do Warszawy. Udało mu się nie tylko dotrzeć do stolicy, znaleźć Koca i wziąć od niego instrukcje, lecz powrócić tego samego wieczora do Brześcia.

Po szalonej jeździe do Warszawy – czytamy dalej w „Polish Gold” – złoto przeładowano na nowe autobusy, których tym razem było piętnaście, i kolumna zabrała cały skarbiec Banku Polskiego. Koc przygotował wszystko czego było trzeba: benzynę, pieniądze, mapy i t.p., tak że Matuszewski ze znacznie większą ufnością ruszył raz jeszcze w drogę, tym razem na południo-wschód.

Pomimo nieprawdopodobnych wręcz trudności, transport złota dotarł nareszcie do Śniatynia, gdzie cenny balast załadowano na pociąg. W pół godziny po przejeździe pociągu, most graniczny wyleciał w powietrze, wysadzony ukrytą bombą zegarową.

W Konstancy czekał już statek, lecz naskutek intryg niemieckich cała załoga zdezerterowała w ostatniej chwili. Matuszewski na czele kilku swoich ludzi zdołał groźbami i przemocą zebrać nową, choć niechętną, załogę i odpłynąć do Stambułu. Tam wyłonił się niezwykły kłopot: Matuszewski, strażnik miljonów, nie miał trzydziestu tysięcy dolarów na zapłacenie transportu złota koleją do Bejrutu. Dopiero pożyczka pewnego amerykańskiego towarzystwa naftowego usunęła tę trudność, i dn. 28 września nietknięty skarb Polski dotarł do Banku Francji w Paryżu.

Tyle pp. Westerby i Low. Ich opis, o ile nam wiadomo, nie jest ani całkiem ścisły, ani wyczerpujący. Odyssea złota polskiego, która nie zakończyła się zresztą… w Paryżu, czeka jeszcze na swego „Homera”.

JAZON.

——-
*) The Polish Gold by Robert Westerby and R. M. Low. Londyn, Methuen, 1940; str. VIII i 88.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close