PONURY SIEW
Książki niemieckie o kampanji wrześniowej*

DWA TYPY WYDAWNICTW

W zbiorach Bibljoteki Polskiej w Paryżu znajdują się wydawnictwa niemieckie, omawiające kampanję polsko-niemiecką z września 1939 r.

Lektura tych złowrednych i ponurych publikacyj, wydanych w różnych miastach, przez różne firmy wydawnicze, pisanych przez różnych autorów, przypomina w ostatecznym wyniku niezabawny proceder odczytywania ćwiczeń uczniowskich, pisanych na podstawie tej samej ściągaczki. Źródła wskazać tu łatwo. Ujawnia je taki choćby Picht, pouczający czytelnika, iż praca oparta jest na materjałach urzędowych. Były niemi przedewszystkiem komunikaty wrześniowe Głównej Kwatery Niemieckiej i zestawienia ich z głosami prasy polskiej i francusko-angielskiej, opracowane przez urzędy propagandowe Trzeciej Rzeszy, mowy Führera, wreszcie popularne wydawnictwa antypolskie, kolportowane masowo w lecie 1939 r., takie jak np. „Schlag nach über Polen” (dane statystyczne o Polsce), jak „Raubstaat Polen” i „Das Deutschtum in Polen” Kaudera.

Książki pisano pośpiesznie, pod dyktando, zgodnie z instrukcjami urzędów propagandy, ku pokrzepieniu serc nazistowskich, na chwałę Führera, na pohybel sprzymierzonym i ku zastraszeniu neutralnych. Ta czwarta intencja przebija najwyraźniej z wydawnictw „Der Sieg im Osten”, „Das Oberkommando der Wehrmacht gibt bekannt…” i z antyangielskiej książki Schauffa.

Wydawnictwa przeznaczone na wywóz, drukowane wbrew aktualnym upodobaniom czcionkami łacińskiemi a nie szwabachą, wydane są szczególnie starannie, w wielkich nakładach, dosiadających rzekomo 180 000 egz. Rozpowszechnia się je masowo w krajach neutralnych – ponoć także w podbitej Polsce. Heiss, znany z dawniej już wydanych publikacyj antypolskich („Deutschland und der Korridor”, 1939), ilustruje „Der Sieg im Osten” szeregiem świetnych technicznie fotografij, opatrzonych podpisami trójjęzycznemi: niemieckiemi, angielskiemi i francuskiemi, pragnąc świat cały objąć zasięgiem kłamliwej propagandy.

Wydawnictwa, opracowane na użytek wewnętrzny, przedstawiają się nieco skromniej, ilustrowane są w sposób mniej wyszukany, a bardziej trafiający do serc odbiorców: Führer en face, Führer z profilu, Führer w kuchni polowej, Führer pozdrawiający defilujące wojska efektownem wyciągnięciem ręki, Führer otoczony dziećmi niemieckich kolonistów w Polsce i t. p.

Autorzy podają niemal bez komentarzy przebieg kampanji, dzień po dniu, na podstawie komunikatów, poprzedzając go niekiedy zarysem polsko-niemieckich stosunków historycznych („Unser Kampf in Polen”) lub uzupełniając obrazem bogactw naturalnych Polski, pozyskanych obecnie przez Rzeszę. Göldner („Der Feldzug in Polen”) poświęca oddzielny rozdział zbrojnej pomocy Słowaków w akcji przeciwko Polsce, przeceniając tendencyjnie zasługi wojenne naszych pobratymców.

Od szablonu wydawnictw propagandowych, przeznaczonych na rynek wewnętrzny, odbiega nieco swobodniej w zasadzie potraktowany reportaż „z dróg zwycięstwa” pióra Dietricha, szefa prasowego Rzeszy, który na czele ekipy korespondentów wojennych towarzyszył Hitlerowi w podróżach na front i do zdobytej Warszawy. Zimnokrwistego dziennikarza raduje widok piaseczkiem zasypanych wyrw na lotnisku warszawskiem na Okęciu i ocalałe gmachy poselstw i ambasad w alejach Ujazdowskich; dzień schodzi mu mile na podziwianiu sprężystej organizacji władz okupacyjnych; pod pióro cisną się opisy powitań i pożegnań Führera. Jeśli nawet doleci go swąd spalenizny a oko natrafi niechętnie spostrzegane gruzy i ruiny – wyjrzy z za nich właściwy winowajca zła – Polak, „najemnik” Anglji.

NIEMIECKI AKT OSKARŻENIA PRZECIWKO POLSCE

Gdybyśmy na podstawie omawianych dziś wydawnictw chcieli sformułować niemiecki akt oskarżenia przeciwko Polsce, musielibyśmy przedewszystkiem obwinić ją o złośliwą i małoduszną obronę własnego terytorjum. Własnego? – mylę się oczywiście, myśląc nałogowo kategorjami polskiemi. Polska, to „Raubstaat”, „Mosaikstaat”, zlepek zwalczających się wzajemnie narodowości, to sztuczny twór Wersalu, państwo sezonowe, w którym po odtrąceniu około 18 000 000 mniejszości (sic!) dopatrzeć się można kilkunastu zaledwie miljonów Polaków. Zaprzedani Anglji, gnębili oni mniejszość niemiecka, faworyzując Żydów.

Nie dobrze jest zestawiać liczby, dotyczące owej mniejszości niemieckiej w Polsce. Okaże się np. że „Schlag nach über Polen”, obalając cyfrę polska 1 029 000 Niemców w Polsce (z r. 1931), podwyższa ją do 2 000 000, gdy tymczasem Peter w „Raubstaat Polen” zadawala się cyfrą 1 500 000, zwiększają zato liczbę Ukraińców do 8 miljonów, gdy wydawnictwo poprzednie poprzestawało na 7 000 000. Jeszcze inne cyfry podaje Kauder w „Das Deutschtum in Polen” i Bömer w „Deutsche Saat in fremder Erde”.

Kontynuujmy jednak niemiecki (powojenny) akt oskarżenia przeciwko Polsce.

Według opinji płk. von Xylandera, wypowiedzianej w przedmowie do „Der Sieg im Osten” Heissa, państwo polskie rozporządzało mikroskopijnemi w stosunku do Rzeszy możliwościami wojskowemi. Zgadzają się z nim autorzy pozostałych publikacyj, zestawiający z lubością ilości niemieckich samolotów, dział, czołgów i t. p. ze znikomemi cyframi polskiemi i przeciwstawiający 80-miljonową ludność Rzeszy 30 miljonom Polaków. Zdaniem autorów niemieckich, cyfry te – jeszcze przed rozpoczęciem działań wojennych – zdecydowały o zwycięstwie.

Z drugiej jednak strony bezpośrednią przyczyną wojny była konieczność obrony zagrożonej przez Polaków Rzeszy. Świadczy o tem niemiecka „biała księga”, deklaracja Hitlera z dn. 1 września ub. r., a w publikacjach, będących przedmiotem niniejszych rozważań, charakterystyczny podpis pod fotografją na str. 21 u tegoż Heissa: „Wojska niemieckie odmaszerowują na wschód w obronie zagrożonej Rzeszy” („Der Vormarsch des deutschen Volksheeres nach Osten zum Schutz des von Polen bedrohten Reiches”).

WALORY ZWYCIĘSTWA

Czytelnik zestawia obydwa te fakty, nie mogąc ani dostatecznie ulec nastrojowi grozy, ani ocenić walorów wiekopomnego zwycięstwa.

Jeśli przeciwnik był słaby, wielekrotnie słabszy ilościowo i technicznie, źle uzbrojony, źle dowodzony, w połowie tylko zmobilizowany, nieprzygotowany do walki z armją zmotoryzowaną, nowoczesną i „najlepszą w świecie” – jakże mógł równocześnie zagrażać III Rzeszy w stopniu tak poważnym, domagającym się natychmiastowej interwencji zbrojnej?

I jak tryumf nad nim mógł dać w efekcie zwycięstwo, przewyższające wszystko co świat dotąd widział?

Według Pichta, brak jest skali porównawczej dla oceny rozmiarów zwycięstwa: „Liczba jeńców polskich sięga setek tysięcy… Fryderyk Wielki dysponował najwyżej 100 tysiącami wojska, a sam Napoleon, twórca nowoczesnych wielkich liczebnie armij, doszedł do maksymalnej liczby 400 000 żołnierzy. Wojna polska, zakończona ostatecznie w ciągu trzech tygodni, nie ma precedensów w dziejach świata”.

Autorom niemieckim, tym zwłaszcza których prace ukazały się A. D. 1939, imponuje krótkotrwałość kampanji: „Blitzkrieg”. W zestawieniu z nową „genjalną” koncepcją wojny błyskawicznej, wojna przewlekła, obliczona na przetrzymanie przeciwnika, ma złą prasę i wyraźnie jest w sprzeczności z jakiemś podświadomemi obawami, których się tu bynajmniej nie wypowiada. Chętnie podkreśla się zbieżność okresu trwania wojny z zapowiedziami Führera, którego „zasadą” jest dotrzymywanie obietnic i terminów.

Na poczucie „wielkości” zwycięstwa wpływa nadto niezachwiana niczem wiara w skuteczność i niezawodność masowych nalotów lotniczych, „niezwyciężonych” kolumn pancernych, zastosowanych po raz pierwszy na tak szeroką skalę, i doskonałość wywiadu niemieckiego.

Pomija się natomiast systematycznie istotne novum wojny, wyrosłe zresztą z dobrych, starych, wilhelmińskich jeszcze tradycyj walk na terenie Belgji w czasie wielkiej wojny. Pomija się stwierdzony nad wszelką wątpliwość fakt, że była to wojna z ludnością cywilną, wojna z kobietami i dziećmi; że większość celnie zrzucanych bomb spadała na otwarte miasta, miasteczka i wsie, szpitale, kościoły, dzielnice willowe, rynki w czasie targów i t. p. objekty, pozbawione wszelkich walorów strategicznych, O tej istotnej „nowości”, zastosowanej po raz pierwszy w dziejach świata przy pomocy tak doskonałych zdobyczy techniki wojennej, o nowości, która przeważyła szalę niesławnego zwycięstwa, nie znajdziemy ani słowa u autorów niemieckich.

Rzesza nie miała ich zdaniem złych zamiarów w stosunku do Polski, tak jak zresztą nie miała ich dawniej w stosunku do Austrji i Czechosłowacji.

Gdyby Polacy oddali dobrowolnie kraj swój w niewolę gospodarczą III Rzeszy, gdyby zrezygnowali z dostępu do morza, Śląska, Wielkopolski i województwa pomorskiego, gdyby nie stawiali oporu, gdyby nie utrudniali „bezsensowną” obroną zajęcia Westerplatte, Modlina, Warszawy – wszystko byłoby dobrze na najpiękniejszym ze światów, jak zwykł mawiać nieboszczyk Candide.

Jakżeż inaczej działo się w owym pogodnym, słonecznym wrześniu! Bogu ducha winnym Niemcom utrudniano przeprawy przez rzeki, tarasowano przejścia, ba – podpalano nawet domy własne i miasta, niszcząc w ten sposób niedoszły majątek opiekuńczej Rzeszy. Na rachunek odstępujących wojsk polskich zrzuca propaganda niemiecka 90% zniszczeń wojennych, umywając zawczasu ręce od przyszłej odpowiedzialności i niemiłych a kosztownych odszkodowań.

Na kartach książek zjawiają się razporaz wzmianki o ciężkich przeprawach, o wielogodzinnych szturmach, o zaciętych walkach i potyczkach, o samolotach niemieckich, które nie powróciły do baz, o odparciu wroga po ciężkiej walce („nach hartem Kampf”). Czyżby więc zwycięstwo nie przyszło tak według programu, tak łatwo i gładko, jak suggerowały ogólne oceny kampanji?

Napróżno oczekiwaliśmy od autorów niemieckich objektywnego stwierdzenia, że fala napierających wojsk niemieckich spotykała się z ostrym oporem wojsk polskich i zaciętą obroną. Toż przecież zyskiwałby na tym ogólny obraz zwycięstwa, w którego określeniu kryje się pojęcie pokonania przeszkód!

Spotykamy się natomiast ze zjawiskiem odwrotnem – z obniżaniem wartości i ośmieszaniem wszelkich prób oporu ze strony polskiej. Nastroje autorów charakteryzuje najwymowniej ocena Dietricha: „tak zwana obrona Warszawy nie była wyczynem bohaterskim…” („diese sogenannte Verteidigung von Warschau war keine Heldentat…”).

Prymitywna radość z łupu, z zaspokojenia żądzy rabunku, niszczenia wszystkiego co pod rękę i oko się nawinie, wystarcza w zupełności ludowi III Rzeszy. Pocóż tworzyć fikcję wartości moralnych zwycięstwa, komuż będzie ona potrzebna?

PRÓBY USPRAWIEDLIWIENIA NAPAŚCI

W wydawnictwach przeznaczonych dla zagranicy można jednak doszukać się chęci dorobienia ex post ideologji, usprawiedliwiającej wobec świata i potomności napaść i straszliwy bilans kampanji. Kogóż obarcza odpowiedzialność za przebieg wypadków?

Wcześniej już wspomniałam o rzekomej winie i agresji ze strony Polski. Autorzy niemieccy twierdzą zgodnie, że kardynalnym błędem kierowników polskiej polityki zagranicznej było „zejście z linji wytyczonej przez testament polityczny Marszałka Piłsudskiego”, związanie się sojuszem ze sprzymierzonymi, a w szczególności z Anglją, uważaną zgodnie za kontrahenta nielojalnego i niepewnego, który w chwili decydującej (- czyżby klęski Niemiec? -) zawiedzie nadzieje Polaków. Anglja – na dalszym planie Francja – ponosi wespół z Polską odpowiedzialność za wybuch i konsekwencje wojny.

To jednak nie starcza do zupełnego wybielenia sumienia. Reichspressechef Dietrich idzie przeto dalej, dając rozdziałowi swej książki „Auf den Strassen des Sieges” wymowny tytuł: „Pokarał ich Pan, zginęło wszystko: ludzie, wozy, konie…”, będący parafrazą psalmu Mojżesza (Exod., II, 15): „Currus Pharaonis et exercitum eius proiecit in mare”…

Koncepcja przerzucenia odpowiedzialności na Boga przypadła także do smaku Heissowi („Der Sieg im Osten”, str. 98), jak wynika z podpisu pod fotografją zniszczonych przez odstępujące wojska polskie taborów, zatopionych w Bzurze.

U nas uznawało się tylko możliwość wojny obronnej – zło konieczne. Kościoły brzmiały suplikacjami: „Od powietrza, głodu, ognia i wojny, zachowaj nas. Panie”…

Tam wojna jest radością, źródłem siły i młodości, początkiem wielkich Niemiec. „Der Krieg ist zwar nicht der Vater aller, aber Umwandler vieler Dinge” – konkluduje wreszcie Winschuh w „Unser Kampf in Polen” (str. 75), podsumowując wyniki zakończonej rzekomo ostatecznie kampanji.

Przyszłość przyniesie dalsze zwycięstwa, przyniesie wielkie Niemcy, zbudowane na gruzach Europy, po wykonaniu całości planu Führera. Autorzy dławią się smakowitemi kąskami, rosną w pychę i wielkość in spe. Czcionki ożywają – z niemych kart książki zdaje się unosić znany dobrze z radja zachrypły krzyk, gubiący się w przekleństwach i pogróżkach. Bierzemy książkę drugą, trzecią, czwartą – to samo. Ale to właśnie potwierdza naszą diagnozę. Znamy dobrze i to zjawisko.

WYMOWA ILUSTRACYJ

Z bezkrytyczną pedanterją starano się udokumentować zwycięstwo autentycznemi materjałami fotograficznemi. Widzimy więc Führera i zespół jego najbliższych współpracowników, zwycięskich generałów o obliczach łatwo wbijających się w pamięć i wiele! – o! bardzo wiele dowodów celności bomb niemieckich, zrzucanych z mniejszej lub większej wysokości na miasta i miasteczka polskie. Jeśli nawet niektóre z nich nie stanowiły przed wojną punktów strategicznych, przewrotni Polacy, rekrutujący się często spośród ludności cywilnej („Heckenschützen”), sprawiali że „twierdzą się stawał każdy próg” a miasteczko przeobrażało w groźny objekt wojskowy, „w którym trzeba było zdobywać piędź po piędzi” („Haus für Haus muss gesäubert werden” w Heissa „Der Sieg im Osten”, str. 28). Aby uniknąć walk i dla przykładu skarcić niszczono dla uproszczenia wszystko co polskie na szlaku przelotów, lubując się zwłaszcza w docieraniu do punktów nie bronionych artylerją.

Pojęcie miasta otwartego jest sprawą względną. Wystarczy ruiny zamku średniowiecznego, szczątki murów obronnych lub staromodne forty ziemne, by miejscowość nabrała charakteru fortecy, zagrażającej III Rzeszy. Korespondent wojenny Dietrich, stwierdza np. dn. 19 września: „Ta Warszawa nie jest miastem otwartem, jak nas napróżno przekonywano. Dziś rano w pobliżu Mokotowa zaatakowano, zdobyto i zajęto fort, jeden z wielu, otaczających wieńcem miasto…” („Auf den Strassen des Sieges”, str. 161-2).

Nie niszczono miast otwartych; nie niszczono także szpitali i kościołów; to wymysł propagandy polsko-angielskiej, twierdzi Schauff („Der polnische Feldzug”, str. 37). Napróżno szukalibyśmy wśród setek ilustracyj, „zdobiących” książki niemieckie, fotografij kościoła św. Krzyża, katedry św. Jana, wież kościoła Zbawiciela. Nie znajdziemy także Zamku królewskiego, Teatru Wielkiego, ministerstwa rolnictwa czy giełdy. Ani cmentarzy na skwerach warszawskich.

Ulubionym tematem fotografij są natomiast lotnicy w momencie zrzucania bomb i same bomby, ciężkie i wielkie, opadające po kilka naraz na szarą gmatwaninę dróg czy torów, rysującą się mgliście na dalszym planie fotografji. I sam moment eksplozji.

Razporaz zjawiają się na kartach książek czołgi w akcji, działa, kolumny pancerne, pokonywające przeszkody terenowe: złe drogi, barykady, łożyska napół wyschłych rzek. Ze złośliwą satysfakcją reprodukują Niemcy mosty zerwane przez polskich saperów.

Najchętniej fotografuje reporter niemiecki miasta i miasteczka polskie, objęte łuną pożarów, i żałosne zgliszcza drewnianych biednych domostw.

Oto ulica w kurpiowskim Nowogrodzie, „miasteczku białoruskiem” (sic!), wytyczona dwoma rzędami osmalonych kominów. Trudno poznać, który z nich dymił niegdyś nad Muzeum Narwiańsko-Kurpiowskiem, otoczonem staremi, leśnemi kapliczkami, z których lipowi święci słali błogosławieństwo czterem stronom świata. Barć tam stała odwieczna, z serca puszczy, gdzieś spod Myszyńca przywieziona. Paliła się pewno dobrze…

Oto miasteczko bez nazwy, dziwnie znajome i bliskie, może to Nieszawa, może Służewo, może Radziejów – może inne jakieś miasteczko kujawskie. Reporter nie znał nawet jego nazwy. To szczegół bez znaczenia. Wiedział jednak, że w miasteczku tem mieszkali Niemcy (Volksdeutsche) i że pożar wzniecili perfidni Polacy.

Oni także podpalili Pragę (Heiss: „Der Sieg im Osten”, str. 78), choć skądinąd pamiętamy że speakerowi wrocławskiemu podobał się deszcz bomb zapalających, spadających „jak rój robaczków świętojańskich” na tę samą Pragę.

Gdyby fotografje mogły oddać koloryt dni tamtych, karty książek, okryłyby się purpurą pożogi. I ta z płonącą Pragą, i następna i jeszcze dalsza. Biją z nich płomienie, dym, kurz

…i ostrzej, mocniej w nozdrza bije czad dopalających się ruin Lublina…

przebijający się we wspomnieniu Łobodowskiego jeszcze w październiku poprzez świeży powiew znad wzgórz węgierskich, okrytych winnicami.

Jak wulkan zionie ogniem płonąca Westerplatte! Wiemy już i pamiętać będziemy zawsze. Stąd właśnie, z tego morza płomieni biegły w świat sygnały polskiej radjostacji krótkofalowej, mówiące że garść obrońców broni się jaszcze. Aż wreszcie ucichły.

* * * * *

Ponury siew makabrycznych robaczków świętojańskich spadł na ziemie polskie, zostawiając po sobie zgliszcza, gruzy, rozdarte mury kamienic. W rozwalonym domu „gdzieś na piątem piętrze wisi jeszcze na ścianie zegar. Wolno tyka wahadło, poruszane wiatrem”.

Spoczął na nim przez chwilę, na którejś z ulic warszawskich wzrok Dietricha, który osobliwy ten fakt odnotował w kronice zwiedzania miasta z Führerem („Auf den Strassen des Sieges”. str. 177).

Czas, naturalny przeciwnik „Blitzkrieg”u, nie zatrzymał się w dniu wiekopomnego zwycięstwa – i robi swoje.

MARJA DANILEWICZOWA.

——
*) Unser Kampf in Polen. Die Vorgeschichte – Strategische Einführung – Politische und kriegerische Dokumente. Mit 76 Abbildungen und Karten. Monachjum, F. Bruckmann. 1939; str. 158 i 2bbl. i tabl. 16 (91396). – Der Feldzug in Polen 1939. Dokumente – Bilder – Berichte mit Erläuterungen. Von Generalleutnant z. V. Paul Göldner. Den Schutzumschlag zeichnete Else Driessen. Den Einband entwarf Heinz Ilgenfritz. Berlin, Frundsberg-Verlag. 1939; str. 121 i 1nl. i 6bbl. i tabl. 24. (91356). – Rudolf Schauff. Der polnische Feldzug. England! Dein Werk! Mit 3 Karten und vielen z. T. unveröffentlichten Bildern. Umschlag: Theo Matejko. Tamże, „Die Wehrmacht”, 1939; str. 61 i 3bbl. i tabl. 8. (91664). – Friedrich Heiss. Der Sieg im Osten. Ein Bericht vom Kampf des deutschen Volksheeres in Polen. Mit einem militärpolitischen Beitrag von Oberst Rudolf Ritter von Xylander. Entwurf des Einbandes und des Schutzumschlages Erich Ecke. Tamże, „Volk und Reich”, 1940; str. 119 i 1nl. (91408). – Das Oberkommando der Wehrmacht gibt bekannt… Wahrheit und Lüge über den September-Feldzug 1939. Auf Grund amtlichen Materials zusammengestellt von Werner Picht. Mit einer Operationsskizze. Tamże, E. S. Mittler und Sohn, 1940;str. 69 i 3bbl. i tabl. 1. (91357). – Auf den Strassen des Sieges. Erlebnisse mit dem Führer in Polen. Ein Gemeinschaftsbuch von Reichspressechef Dr. Otto Dietrich und seinen im Führer-hauptquartier tätigen Mitarbeitern Helmut Sündermunn, Wilfrid Bade, Gunter d’Alquen, Heinz Lorenz. Einband und Schutzumschlag: Kurt Tillessen. Monachjum. Zentralverlag des NSDAP, 1940; str. 207 i 1nl. i tabl. 16. (91954). – Numery w nawiasach oznaczają sygnatury książek w Bibljotece Polskiej (6, quai d’Orleans).

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close