PRZED WRZEŚNIEM
Księga ponurych niedopowiedzeń

O „Kampanji wrześniowej 1939 w Polsce” gen. Mieczysława Norwida-Neugebauera

– Jak się nasi biją? – pytał działacz socjalistyczny, późniejszy minister polskiego rządu, rannego oficera polskiego napotkanego we wrześniu 1939 r. pomiędzy Katowicami a Warszawą.
– Nasi się nie biją; nasi umierają – odpowiedział ranny. – Człowiek może walczyć z człowiekiem. Ale jeśli naprzeciwko człowieka idzie maszyna, człowiek, wobec maszyny bezbronny, może tylko umierać.

SPRAWA KTÓREJ SIĘ NIE DA PRZEMILCZEĆ

Po rozgromie państwa polskiego, we wrześniu 1939 r., odrazu podniosły się głosy, by nie podnosić rekryminacyj, nie oskarżać, nie badać, nie potępiać. Nazywało się to walką z judzeniem, z „opluwaniem poległych”, z „jątrzeniem ran”, z nieposzanowaniem żałoby. Na moment zapomniano o mądrem zdaniu Żeromskiego że „trzeba rozrywać rany polskie by się nie zabliźniły blizną podłości”. „Blizny podłości”, jak widzimy, nie dla wszystkich są wstrętne. Ci sami, którzy najgorliwiej komasowali wokoło jednej postaci, formacji czy obozu, całość zasług odbudowania państwa polskiego, obecnie, gdy państwo to runęło w okolicznościach i tempie, którego jednak nie przewidywał ani jeden z trzydziestu pięciu miljonów obywateli, orzekli, że zato o przyczynach, winie i błędach, które spowodowały upadek, mówić nie należy. Używano nawet argumentu szczególnie fałszywego: „Popatrzcie na Francuzów i Anglików, czy oni w takich wypadkach żrą się, kłócą, wspominają o przeszłości? Nigdy w życiu; mówią o tem co teraz być powinno”. Tego rodzaju „argument” jest używany albo przez ludzi którzy nie znają ani Anglji ani Francji, albo którzy sądzą, że ich rozmówca czy czytelnik tej Anglji i Francji nie zna. Przeciwnie. Katastrofa francuska wywołała nie jedną, ale szereg książek, oskarżeń, polemik, analizujących przyczyny upadku, szukających winnych, wypatrujących jakie popełniono błędy. Polityka Anglji i Francji, polityka europejska owych lat ostatnich, doczekała się juz teraz licznych opracowań, w których nb. polityka Marszałka Piłsudskiego występuje w świetle nader korzystnem, co oczywiście nie znaczy wcale by w tem samem świetle występowała i jej beckowska kontynuacja. To nie kto inny niż Winston Churchill powiedział publicznie że „badanie błędów przeszłości jest drogą do poprawy na przyszłość”. Święte, mądre, uczciwe słowa. (Wogóle jaka szkoda, że nasi mężowie stanu nie biorą i w tem i w niejednem praktycznego przykładu z brytyjskiego premjera i że polski podziw dla tego niezwykłego człowieka ogranicza się w praktyce do zamieszczania jego fotografij w urzędówkach i obkadzania go w artykułach).

Raz jeden jeszcze w naszej historji krzyk tych, co nie chcieli „rekryminacyj”, wziął górę nad rozsądkiem tych, co jednak chcieli jakiejś odpowiedzi na pytanie: „jak się to stało?”. Wrzesień 1939 i to co mu towarzyszyło stało się jednak istnem „tabu” dla polskich pisarzy, dla polskich pism, dla polskich wydawnictw. O rok późniejsza tragedja francuska, majowa Dunkierka, ba – Norwegja i Holandja, doczekały się omówień. Polska – nie. W 11 książkach i broszurach omówili ją… Niemcy. U nas przeciwnicy „rekryminacyj”, zwolennicy świętej zgody narodowej gdy można nią własne błędy pokrywać, ruszyli nawet do przeciwnatarcia.

Toteż przyklasnąć należy – z zasady samej – książce gen. Mieczysława Norwida-Neugebauera*), bo z dużym nakładem pracy, z wielką sumiennością, z poważną zwięzłością słowa, rozpoczął nareszcie swą „Kampanją wrześniową” omawianie przez Polaków największej klęski ich historji. Trzeba ją przeczytać. Trzeba się nad jej zdaniami zastanowić. Trzeba ją przemyśleć. Albowiem istotą demokracji (o której, niestety, mamy narazie raczej frazesy od święta) jest właśnie to, że społeczeństwo jest wdrożone nie tylko do ofiar na rzecz swego państwa, ale także do myślenia o swem państwie, jak chłop myśli o swem gospodarstwie, kupiec o sklepie, robotnik o warsztacie. I z tą jedyną, jak dotąd, książką o naszej klęsce, napisaną przez generała, przez zwolennika i b. ministra niedawnych rządów, nachylmy się poważnie i badawczo nad tem co się stało.

ZA CIASNO I ZA KRÓTKO

Prawdopodobnie wielu czytelników już po pierwszych rozdziałach dojdzie do wniosku, wraz z autorem niniejszych słów, że książka ta ujęła zagadnienie, na które szukamy odpowiedzi, za ciasno i za krótko. Albowiem ujęła ją wyłącznie jako pewne zagadnienie wojskowe i wyłącznie jako pewną kampanję wojenną, od dnia jej rozpoczęcia do dnia jej zakończenia.

Niestety jednak, przyczyny, jakie się złożyły na klęskę wrześniową, sięgają znacznie głębiej i rozpościerają się znacznie szerzej. Są to zagadnienia z dziedziny polityki zagranicznej, jak Rosja, jak Słowacja, jak sojusz brytyjski. Jest niewytłumaczalne, dlaczego – skoro groziła wojna nie uczyniono nic, choćby dla próby, by pozyskać sobie życzliwość sowiecką? Dlaczego postąpiono tak jakby za Zbruczem i Horyniem kończył się „orbis terrarum”, zaczynało polityczne vacuum, skąd nic grozić nie mogło? Mniejszem zagadnieniem, ale jeszcze jaskrawszym błędem była nasza polityka słowacka. Nikt nigdy nie wiedział, o co Polsce chodziło kiedy podniecała przeciwko Pradze irredentę słowacką: czy o przyłączenie Słowacji do Polski (czego bodaj nie chciała), czy o przyłączenie jej z powrotem do Węgier (czego znowuż nie chcieli Słowacy), czy wreszcie Warszawa chciała mieć w Europie środkowej jedno państwo więcej? Po podbechtywaniu Hlinków, Tisów, Murgaszów i Machów, po uznawaniu Słowaków za to samo czego gwałtownie odmawiano o ileż samodzielniejszym Ukraińcom, t. j. za odrębny naród, zagrano po Zaolziu politykę odmienną. Wołano teraz o Spisz i Orawę, odkryto 100 000 „zesłowacczonych” Polaków i ze wspaniałem użyciem siły zbrojnej zagarnięto Słowakom parę skalistych gmin, które w Polsce nie obchodziły nikogo poza taternikami; zato w Słowacji aneksja ta oburzyła na Polskę cały dosłownie naród. Warto przypomnieć, że w tej wojnie tatrzańskiej, to G.I.S.Z. i wojsko pchały nasze ministerstwo spraw zagranicznych po najfatalniejszej już drodze. Nie wolno zapominać, że na uwagi sceptyków, iż nie warto rzucać Bratysławy w ramiona niemieckie dla kilkunastu mizernych wiosek góralskich, odpowiadano nam tajemniczo, że chodzi o ,,względy strategiczne” i że posiadłszy tych parę dolinek, będziemy zabezpieczeni od południa. W rezultacie wszystkich wysiłków Słowacja stała się niebawem Prusami Wschodniemi naszej granicy południowej, bo oddała się w ręce niemieckie. Jeżeli zaś chodzi o „walory strategiczne” owych gminek, zabłysły one w całej okazałości i splendorze już w pierwszych godzinach wojny, kiedy armje niemieckie przedostały się bez najmniejszego trudu do Suchej, Zakopanego i dalej. Dzisiaj wiemy wszyscy że ów marsz na Słowację, jak i pochód na Litwę rok przedtem, były typowem posunięciem kamarylli wojskowej, którą rozpiera żądza „sławy” dość efektownej, a co najważniejsze – jak najtańszej. Stąd nagła żądza „poszerzenia Ojczyzny” o obszar Skalitego i Czadcy. Tem fatalnem posunięciem polskiej dyplomacji, walnie tu wspartej przez jeszcze bezmyślniejsze czynniki wojskowe sztabu, uzyskiwano istotnie „poszerzenie”, coprawda nie tyle Ojczyzny ile frontu. O zgórą 600 km.

Wreszcie istnieją błędy dyplomatyczne z ostatniej już chwili. To błędy polsko-francusko-brytyjskiej umowy sojuszniczej. Jak wiadomo, w wypadkach podobnych sojuszy, obliczonych na działania wojenne, po zasadniczych rozmowach dyplomatów następują rozmowy sztabów. One to dopiero ustalają pewne ściślejsze okoliczności współpracy, omawiają terminy, formę jaką przybierze, rozmiary. Sojusz brytyjsko-francuski sprzed r. 1914 nie istniał jako akcja dyplomatyczna; oficjalnie były to tylko porozumienia sztabów. Te porozumienia były jednak tak płodne, że wystarczyły na cztery lata wojny. W wypadku polsko-brytyjsko-francuskim sprawa przedstawia się – zdaniem gen. Norwida-Neugebauera – znacznie gorzej. „Rozmowy między kierowniczemi organami sił zbrojnych, – pisze on, – które odbyły się w maju i czerwcu 1939, obejmowały jedynie wzajemną wymianę informacyj, pozostawiając stronom sprzymierzonym zupełną swobodę i niezależność. Bliżej, lecz w najbardziej mało wiążącej formie, był omówiony czynnik czasu jedynie z Francją”.

Należy zaprotokółować sobie te twierdzenia wybitnego wojskowego i pisarza. Są one nadzwyczaj cenne. Okazuje się, że nasze władze wojskowe nie uczyniły nic, aby ukonkretnić wojskowo ów sojusz. Nie wytargowały tego, by w razie wtargnięcia Niemiec do Polski Francja i Anglja pośpieszyły z natychmiastową pomocą. Nie ustaliły jakiegoś terminu takiej pomocy, ofensywy sprzymierzonych, czy czegoś podobnego. Czem wytłumaczyć to zaniedbanie? Prawdopodobnie tą nieprawdopodobną butą i pewnością siebie, jaka cechowała, niestety, wielu naszych rządzących i pozwalała im zapewniać na prawo i lewo, że będziemy niebawem w Królewcu, w Pradze czy w Berlinie. W ten sposób największe dzieło dyplomacji polskiej nie zostało wyzyskane na czas. Raz jeszcze, nawet w dyplomacji, wojskowi psuli.

Jeżeli dobra polityka zagraniczna może wojnie zapobiec, może ją starannie lub niestarannie przygotować przez swe sojusze czy konflikty, to oczywiście istnieje jeszcze i przygotowanie gospodarcze wojny. W książce gen. Norwida-Neugebauera, która jest wyraźnie wojskowa i – z wielką dla przejrzystości korzyścią – unika odbiegania ku innym sprawom, niema o tem nic. A jednak niema rozumnego człowieka któryby nie wiedział, że polityka gospodarcza państwa może prowadzenie wojny ułatwić lub utrudnić, że na losach przyszłej kampanji wojennej zaważy tak lub inaczej. Nie pragnę się rozwodzić dłużej nad tem zagadnieniem. Nie byłem nigdy zwolennikiem ani polityki ani osoby ministra Kwiatkowskiego. A jednak jest oczywiste, że wystarczyłoby jedno słowo „drugiej osoby w państwie”, jaką stał się marszałek Śmigły-Rydz, aby Kwiatkowskiego przegonić na suche lasy, by zamiast budowania własnych fabryk broni, na co był może czas w r. 1929 i 1930, ale na co w r. 1935 było już grubo za późno, iść na zakup broni u obcych, co niejedno państwo praktykowało z niemałem powodzeniem. Oczywiste jest jednak, że budowanie własnych fabryk stwarzało nieograniczone możliwości posad, czy raczej synekur zarządczych, na których umieszczano zasłużonych ze sztabów. Wreszcie to nie kto inny tylko czynniki wojskowe regulowały u nas od początku sprawę, której błędne postawienie rozumiało w Polsce najgorsze nawet pismo, – z wyjątkiem „Polski Zbrojnej”, – sprawę haniebnej motoryzacji. Jeśli kto pamięta choćby taki szczegół, że urzędnik kupujący dwuosobową „Simca” uzyskiwał ulgi, raty i potrącenia, a rzeźnik nabywający ciężarówkę nie uzyskiwał nic, ten rozumie, że nawet to jedno zagadnienie zaważyło straszliwie na Wrześniu, bo zaważyło podwójnie szkodliwie. Raz, że uniemożliwiło szybki przerzut wojsk na potrzebne odcinki i na czas (do tego brakło właśnie owych rzeźnickich ciężarówek). Po drugie, że umożliwiło elicie posiadaczy nieużytecznych wojskowo „Simek” szybkie przeniesienie się do Zaleszczyk i dalej, na obdarzanie Ojczyzny dalszą, równie owocną, pomocą.

Ale nie tylko wielkie zagadnienia, które przygotowały na swój sposób Wrzesień, są w książce gen. Norwida-Neugebauera pominięte tematycznie. Pominięte jest również i samo wojskowe przygotowanie do wojny. Książka rozpoczyna się właściwie na parę dni przed 1 września, dniem wojny. Nie jestem żadnym strategiem, choć ostatecznie widzieliśmy że i ci co się za takich pozwalali podawać, strategami także nie byli. Ośmielę się jednak powiedzieć że -mojem skromnem zdaniem – ciężar wydarzeń spoczywa nie po 1 września, ale przed tą datą, że nasza klęska dokonała się znacznie, znacznie wcześniej, że nastąpiła już przed wojną. W bridżu, który w pewnych kołach w Szkocji znajduje więcej amatorów niż głupie „learn English!”, istnieją dwie odrębne części: licytacja i rozgrywka. Otóż zdarza się często, że licytacja „wadliwa” czy udana, przesądza już o wyniku gry, która po niej nastąpi, że w „rozgrywce” można potem nadrobić lub nie nadrobić lewy, ale że najlepsza nawet rozgrywka złej licytacji już nie przekreśli. A zwłaszcza licytacji fatalnej.

WOJSKOWE PRZYGOTOWANIE WOJNY

Od szeregu lat sztaby europejskie posiadały pewne koncepcje przyszłej wojny. Stosownie do tych swych koncepcyj, kładziono nacisk to na tę, to znowuż na inną stronę przygotowania wojny. Sztaby niemieckie i włoskie, podobnie jak rosyjski, miały dość jednolitą koncepcję przyszłej wojny jako wojny par excellence ruchowej. Czołgi, zmotoryzowana artylerja, zmotoryzowana piechota, samoloty – miały umożliwić rzucenie wielkich elementów ognia i nie mniejszych ruchu na pewne konkretne odcinki, przełamanie tam oporu i wdarcie się niewstrzymanie dalej. Sztab francuski (w odróżnieniu od jednego z jego świetnych młodych oficerów, płk. de Gaulle) był innego zdania. Sądził, że linja nowoczesnych fortyfikacyj zatrzyma na swojem przedpolu i wyniszczy doszczętnie armje na motorach. Wojna hiszpańska nie dała ostatecznie odpowiedzi na te pytania. Wprawdzie pas obronny wokoło Bilbao udało się wojskom gen. Franco przełamać, ale Madryt z linjami nad Jaramą i z Guadalajara, wskazywał że bywa i inaczej. Nieszczęściem i błędem Francji była głównie niekompletność jej koncepcji maginotowskiej. Całe północne odcinki tej linji wogóle nie powstały, wobec rachuby na belgijskie linje obronne, które były słabe, niepełne, i zostały zdobyte bez trudu. I może nie tyle błędność samego założenia, że linja Maginota zatrzyma wszystko, ile niedoprowadzenie do końca tej koncepcji, było główną przyczyną wojskową załamania się Francji.

Sztab polski miał o miedzę od siebie kilka doskonałych przykładów nowoczesnych koncepcyj wojennych. Miał niewielką, ale świetnie wyposażoną, nawskroś nowoczesną, zaopatrzoną i w linje obronne i w czołgi czy samoloty, armję czechosłowacką. Armja ta nie walczyła. To prawda. Ale nie walczyła dlatego, że i sama armja, i cała Czechosłowacja, wchodziły w skład pewnej koncepcji ogólnoeuropejskiej. Były tylko odcinkiem frontu. Cennym, ale tylko odcinkiem. Jeśli główne linje oporu cofają się naraz, obrona odcinka może być heroicznem samobójstwem, pięknym symbolem, i koniec. Plan ugody i przetrwania, koncepcja Hachy, może być godna nagany, ale jest koncepcją. Dzięki niemu położenie Czechów jest najznośniejsze w porównaniu z położeniem kilkunastu narodów podbitych przez Niemcy. Że armja czechosłowacka, posłuszna swej władzy, rozbrojona w Monachjum, nie walczyła, gdy Niemcy zajęli Pragę, to jedna sprawa, a to że Czechosłowacja miała swoją koncepcję obrony i była dobrze uzbrojona, to inna. Koncepcja czeska wahała się pomiędzy niemiecką a francuską. Pomiędzy motoryzacją a linją fortów. Miała to i miała tamto. Tylko myśmy nie mieli niczego.

Był jeszcze także o miedzę przykład niemiecki i przykład sowiecki. Oba tem dla nas ciekawsze, że chodziło o naszych sąsiadów. I tem że obaj finansowali wielki plan zbrojeniowy nie złotem, bo go nie mieli, ale szeregiem innych sposobów, które wzbogacały Niemcy o autostrady a Sowiety o Dnieprostroje. Specjalnie przykład sowiecki mógł być dla nas ciekawy. Pokazywał jak kraj zniszczony wojną, pozbawiony kredytów zagranicznych, stwarza sobie ciężki przemysł, sadza parobków na traktory, żołnierzy na czołgi. Nasi literaci podziwiali w Sowietach dobrobyt ludowy, którego nie było, nasi biurokraci nie mieli słów zachwytu dla tych systemów nowoczesnego brania za mordę, w jakie wyposażyła państwo rewolucja socjalistyczna. Tylko czołgi pozostały niezauważone i niedostrzeżone. Wiedział o nich każdy obywatel Rzeczypospolitej. Pokazywano je na każdej paradzie w Moskwie. Zapraszano na te parady naszego attache wojskowego. Poczem kola „kompetentne” uspokajały nas, że czołgi te są z tektury i dykty, że ten sam czołg pojawia się na paradzie kilkanaście razy pokolei. O niemieckich czołgach powiadano u nas, że nie przejdą po naszych drogach, że zatrzyma je Wisłok, Pilica, Nida i Bzura. Utrzymywaliśmy masy kawalerji. „Była to broń kosztowna” stwierdza gen. Norwid-Neugebauer. Dlaczegośmy ją zatrzymali? – pyta mimowoli czytelnik. Gen. Norwid-Neugebauer podaje następujące racje: wzgląd na tradycje narodu, stan dróg, myśl o wojnie na wschodzie i niezmotoryzowanie kraju. Odpowiemy na to: tradycja narodu jest rzeczą bardzo piękną, ale nie w tej dziedzinie. Idąc tak dalej, musielibyśmy reaktywować w naszej armji pancerze spod Wiednia i łuki króla Popiela. Stan naszych dróg nie skłonił Niemców do wyrzeczenia się czołgów. A nasz sąsiad ze wschodu, ten właśnie na którego mieliśmy ruszyć po staremu, po polsku, z lancą i szabelką, a na koniku, gramolił właśnie swoich kozaków na stupudowe czołgi… O, tak ! Kawalerja była to broń kosztowna. Kosztowała nas ogromnie wiele. O wiele więcej niż mogły liczyć najśmielsze budżety kawaleryjskich pułków.

Polska tedy nie miała ani stałej linji obronnej, ani motoryzacji. Nie miała ani francuskiej, ani niemieckiej czy rosyjskiej koncepcji. Nie miała i własnej. Nie miała też czeskiej nowoczesności. Sprawa lotnictwa jest tu może najbardziej ponurą sprawą. Nie tylko wojskowości. Wogóle rządów naszych, niestety – od r. 1926. Dn. 8 września 1939 r. okazało się że po 13 latach rządów wojska mamy znikomą cyfrę 377 samolotów bojowych. Mniejsza już – jeśli wolno tak mówić – że bombowiec niemiecki był szybszy od polskiego myśliwca, że – jak stwierdza mimochodem gen. Norwid-Neugebauer – samoloty niemieckie i szybkością i uzbrojeniem górowały nad polskiemi. Pozostanie faktem, że w r. 1926, w tym samym gdy zamierzona została, nieprzeprowadzona potem, motoryzacja armji, posiadaliśmy samolotów bojowych więcej niż po 13 latach rządów wojskowych. Jakto? Jak to się stało? – zapyta każdy myślący czytelnik. Co za szkoda, że w książce gen. Norwida-Neugebauera nie znajdzie na to pytanie żadnej odpowiedzi.

Byliśmy bez czołgów, byliśmy bez linij obronnych, byliśmy bez samolotów. Ale zato sławiliśmy się że w żadnej armji europejskiej dzień marszowy piechoty nie jest tak długi jak w naszym. Rekord 70 km. dziennie ! Niestety, zmotoryzowane jednostki innych armij europejskich odbywały tę przestrzeń w ciągu dwóch godzin. Posiadaliśmy żelazną dyscyplinę. Posiadaliśmy wreszcie idealny materjał żołnierski. O, takiego nie posiadała w Europie żadna armja. Ale znowu, że tak było, to nie było zasługą ani sztabu, ani G.I.S.Z.u, ani wojska. Było to zasługa polskich tradycyj, zasługa polskiej matki, polskiego domu, polskiej szkoły powszechnej, ludu polskiego, że młodzież nasza wchodziła w życie z pozytywnym stosunkiem do wojska, a heroicznym – do wojny. Toteż, jeśli kto wspomina, jak gen. Norwid-Neugebauer, że nie mieliśmy czołgów, ale mieliśmy świetny materjał żołnierski, żaden myślący człowiek nie może tego zapisać ani na benefis wojska, ani na benefis państwa. Był to benefis narodu. Istotnie naród we Wrześniu dał z siebie tyle, ile Kartagińczycy w drugiej wojnie punickiej, ile Hellada pod Termopilami, ile Lwów w listopadzie 1918 r. Tem większa szkoda, że państwo nie umiało gospodarować tym wspaniałym materjałem jaki otrzymało. Że nie umiało go ani nowocześnie uzbroić, ani nowocześnie wyszkolić. Że nie umiało z tylu ofiarnych śmierci wydobyć maximum korzyści.

A przestróg jednak nie brakło. Mniejsza o prasowe i polskie. Stanisław Mackiewicz został przecież w r. 1939 osadzony w Berezie za „podważanie wiary w siły obronne naszej armji” właśnie po swych artykułach o motoryzacji, o czterech zmotoryzowanych dywizjach, których się domagał wbrew zdaniu organu kół wojskowych, po swych uwagach o Słowacji. Ależ były i przestrogi niepolskie; Abisynja pokazała, że czołg przejdzie i po bezdrożach górskich – i to jakich, Hiszpanja pokazała jak się z czołgiem walczy. To wcale nie oddziały zdyscyplinowane mikołajewską wprost dyscypliną zatrzymały czołgi na dolinie Guadalajary. To były „bandy”, jakby to u nas określano, anarchistów, komunistów, ludu. Potrafiły trzymać dwa lata. Można było te metody poważnie, przez ludzi inteligentnych, przestudjować, wnioski wyciągnąć. Tymczasem tym, co o tem pisali, robili potem nasi dwójkarze najbardziej łajdackie kanty. Co gorsza, z nauki hiszpańskiej nie wyciągnęli żadnej, najmniejszej, lekcji. Polska zapłaciła za to krwią swoich najlepszych żołnierzy, męką, hańbą. Ci, co byli winni, zmienili tylko miejsce pobytu.

Nawet, jeśli się miało mało czołgów i mało samolotów, były w Polsce wielkie możliwości obrony. Należało obarykadować i bronić każdego miasta w wojskowych walkach ulicznych. „Costa lo que costa”, jak mi mówili bohaterzy osmoleni z Ciudad Universitaria. Masowo użyty karabin przeciwpancerny, świetne dzieło polskiego technika, inżyniera, oddałby tu usługi. Ale ileż ich było, tych karabinów? Należało kontratakować co nocy, zamiast odsuwać się coraz dalej. Należało nie sprzedawać zagranicy broni pancernej, co pochwalała znowu „Polska Zbrojna” a co krytykował znowu Mackiewicz, ale zatrzymać te działka przeciwlotnicze do obrony kraju. Należało wprowadzić pistolet automatyczny, rozpowszechnić moździerz, broń tanią, łatwiejszą dla nas. Należało oprzeć łączność nie na antycznym telefonie, ale na radju. Nie uczyniono i tego.

Byliśmy wprawdzie biedni, ale byliśmy niezwykle ofiarni i niezwykle entuzjastycznie nastrojeni dla armji. W parlamencie francuskim głosowanie nad budżetem wojskowym zamieniało się w sarabandę karczemnych awantur. W brytyjskim powstawały objekcje zasadnicze. W Polsce ten sam budżet przechodził przez aklamację. Ba, głosowało za nim nawet ukraińskie Undo ! Od r. 1926 armja była faktycznie wyjęta spod kontroli sejmu. Gdybyż to tylko! Ale armja coraz faktyczniej rządziła i kontrolowała wszystko. Po politykach co przeszli „stage” legjonowy, przyszli poprostu wojskowi do ministerstwa spraw zagranicznych, wojskowi – do spraw wewnętrznych, wojskowi – do skarbu, wojskowi na wojewodów, na starostów, na wychowawców młodzieży, wojskowi – do ciężkiego przemysłu. Gdzież nie było wojskowych? Jakich spraw w Polsce nie ogarniała ich „kompetencja”? Wszak obejmowały już i sprawy agrarne, gdzie toczyli zaciekłe boje z ministrem Poniatowskim, i sprawy mniejszościowe, gdzie powoływali do życia nowy naród Hucułów, wynaleźli 100 000 szlachty zagrodowej, nawracali na katolicyzm w pasie K.O.P.u, burzyli cerkwie na Chełmszczyźnie, wydawali czasopisma i książki, dożywiali dzieci, budowali luksusowe yacht-cluby, eksplorowali Madagaskar. Słowem, robili szereg rzeczy potrzebnych lub niepotrzebnych, pożytecznych lub szkodliwych, o to mniejsza, ale najniezawodniej nie należących nigdy i nigdzie do kompetencji armji. Czy to przemysłowcy z Łodzi, jak czasem sądzono, albo ziemianie z Nieświeża, jak tłumaczyli inni, rządzili w ostatnich czasach wszystkiem w Polsce? Nigdy: – rządzili wojskowi.

Nieskrępowanie armji prawem, oddanie państwa w jej zarząd, zemściło się srodze właśnie na armji. „Moral” wojskowy wygniwał sprawami takiemi jak okaleczenie Nowaczyńskiego, czy najohydniejszy już, plamiący w oczach uczciwego Polaka honor munduru, samosąd nad Cywińskim. W Niemczech, kiedy Reichswehra próbowała rządzić albo mieszać się do rządzenia, Hitler parokrotnie i brutalnie wyperswadował jej te niewczesne, szkodliwe dla niej, pomysły. Los gen. Schleichera, zastrzelonego przez „Gestapo”, kilku pułkowników i majorów powystrzelanych jak kaczki z okazji Röhma, pouczył kogo należy. (W Sowietach Stalin nie zawahał się przed rozstrzelaniem dwóch marszałków, kilkunastu komdywów i kombrygów (generałów), nie mówiąc już o całej czeredzie pomniejszych pułkowników). Nie przeszkodziło to armji niemieckiej osiągnąć niezwykłych sukcesów. I dlatego twierdzę, że oddaje armji najgorszą przysługę ten kto chce by stanowiła ona o wszystkiem, umieszczała swoich ludzi wszędzie, kontrolowała wszystko. Twierdzę, że odsunięcie armji, mówiąc konkretnie – wojskowych, od tych zadań, do których ani rodzajem wykształcenia ani zawodem nie są odpowiedni, jest prawdziwą usługą oddaną właśnie armji.

I historja nasza wzniesie jeszcze pomniki temu człowiekowi w Polsce, który zerwie z tem co się działo u nas w ostatnich latach. A obarczy straszliwą współodpowiedzialnością tych ludzi, co tego stanu rzeczy, kiedy mogli, po klęsce 1939 r., nie potrafili zmienić, okazali się na to za słabi.

Oto w czem można oddać Polsce historyczną usługę albo obciążyć własne karty najczarniejszym z błędów.

KSAWERY PRUSZYŃSKI.

——–
*) Mieczyslaw Norwid-Neugebauer, generał dywizji. Kampanja wrześniowa w 1939 w Polsce. Londyn, M. I. Kolin. 1941: str. X i 2nl. i 160 i 4nl. i tabl. 15.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close