JAN ROSTWOROWSKI

Rozmowa z byłym jeńcem
„Na wiosnę 1942 uciekłem z niewoli niemieckiej”

Przyjechał do mnie niezapowiedziany, więc i zupełnie nieoczekiwany, wywołał mnie z jadalni i pyta:

– Dzieńdobry, czy poznajesz mnie?

Czy poznaję? Jakżeżbym mógł nie poznać kolegi z koczkodańskiej podchorążowki z tego samego plutonu i nawet z tej samej drużyny? Chłopisko było olbrzymie, bary na metr szerokie, Hoczkisa z podstawą jedną ręką podnosił. Okaz zdrowia i humoru nadzwyczajny. A kolegą był tak dobrym i uczynnym, że za słabszych często godził się chodzić na komisje lekarskie, skąd zawsze przynosił kategorję „A”. Na imię miał Bronek. Po kampanji francuskiej długo zbieraliśmy się i szukali, jednak o wielu słuch jakby zaginął. Jednym z nich był Bronek, ten sam, który teraz stoi przede mną i uśmiecha się szeroką, dobrą gębą. Połowa została z dawnego olbrzyma, ale ta druga „połowa”, wychudzona i jakby przygasła, dotarła do Wielkiej Brytanji.

– Cóż chcesz, – zaczyna opowiadanie, – na wiosnę 1942 r. uciekłem z niewoli niemieckiej…

„Przeszedłem włączoną teraz do Rzeszy Alzację. Nawet ludność pochodzenia niemieckiego ma tutaj zdecydowane oblicze. Czego nie osiągnęły rządy francuskie przez dwadzieścia lat, Niemcy zrobili przez jeden rok. Zaraz po kampanji 1940 r. rozpoczęły się masowe wysiedlenia tych, co podawali się oficjalnie za Francuzów, a mienie ich było rozdawano częściowo kolonistom ze wschodu, częściowo ludności miejscowej, która opowiedziała się za Rzeszą. Spłaty miały być rozłożone w zależności od powierzchni ornej na 15 do 21 lat, władze niemieckie pobierać je miały tylko w naturze, wreszcie Rzesza obiecała dostarczyć rolnikom alzackim wielkich ilości nawozów sztucznych i najnowocześniejszych narzędzi rolniczych. W teorji zapowiadał się więc dla Alzatczyków wspaniały interes. Ale w rzeczywistości okazało się, że raty przewyższają nieraz dwukrotnie możliwość rocznej wytwórczości przeciętnej fermy, że chłopu nie pozostawało ze zbiorów – poza kontyngentem zbóż siewnych -nieraz literalnie nic na potrzeby domowe; maszyny rolnicze, wykonane z tandetnych ersatzów wojennych, psuły się powszechnie a naprawa była w warunkach wojennych niemożliwa. Słowem, zamiast zapowiedzianego raju – nędza. Dzisiaj Alzatczycy, nawet ci, co słabo mówią po francusku, za Francją tęsknią, ci co przed dwoma laty skłonni byli cieszyć się z drugiej klęski pod Sedanem, dziś ją opłakują, ludzie, których uciekający jeniec polski musiał przed dwoma laty wystrzegać się jak ognia, dzisiaj bardzo często ułatwiają mu ucieczkę.

Jakie jest życie w obozach jeńców – o tem Bronek opowiada niechętnie, a opowiadanie jego zgadza się całkowicie z reportażami znakomitego publicysty M. J. Piotrowskiego w „Wiadomościach Polskich” (nr. 114, 117 i 123). Ciągły głód, przygnębienie i powszechna wśród Polaków wiara, a nawet zupełna pewność całkowitego zwycięstwa. Głód jest coraz dotkliwszy. Jeniec dostaje dziennie 120 gr chleba wojskowego, przyczem na chleb ten składa się osobliwa mieszanka z kasztanów, kartofli i minimalnej dosypki mąki zbożowej. Jest gorzkawy, ciągnie się i lepi w ustach. Na śniadanie herbata z kory podobno brzozowej i troszkę „dżemu” buraczanego. Na obiad zupa, na kolację też zupa. A przytem intensywna praca (co najmniej 10 godzin). Czy jeńcy mówią o polityce? Rzadko, bardzo rzadko. Bo o polityce mówić można, gdy żołądek pełny, a to zdarza się tylko, jeśli ktoś zostanie wysłany na roboty na wieś. Tamtym rządom pamiętają tylko, że potrafili Niemcom powiedzieć: „nie”, że nie skapitulowali. Obecnym wierzą, że doprowadzą nas do odrodzonej ojczyzny.

– A jednak – opowiada dalej Bronek – dzisiaj lżej jest żyć w niewoli, niż rok temu. Wprawdzie z jedzeniem jest jeszcze gorzej, a będzie w przyszłości gorzej, niż jest teraz, bo w Niemczech o żywność coraz trudniej, jednak Niemcy spokornieli. Dawniej, zwłaszcza w pierwszym okresie po zwycięstwie nad Francją i w czasie ofensywy lotniczej na Wielką Brytanję, każdy najmniejszy żołnierz, każdy mały chłopak, każda kobieta wiejska pewna była zwycięstwa Trzeciej Rzeszy, wierzyła że zgodnie z zapowiedzią Hitlera, wojna skończy się w r. 1941. Doszło do tego, że starano się nawet o miejsca na defiladzie w Londynie. Tymczasem zamiast zwycięstwa przyszła wojna bolszewicka.

„Wojnę tę przeczuwali nasi jeńcy. Nadzieja wstąpiła w nich gdy Wielka Brytanja nie skapitulowała i odparła pierwsze wściekłe ataki niemieckiego lotnictwa; jaśniejsze jutro zaświeciło nam po wybuchu kampanji bałkańskiej. Klęska Jugosławji i Grecji była poważnym wstrząsem, ale wkrótce potem zaczęły krążyć po obozach pogłoski o wielkich koncentracjach wojsk na wschodzie, o zbliżającej się wojnie z Rosją. Tę wojnę Polacy prorokowali Niemcom i spotykali się zawsze w odpowiedzi z drwinami i zapewnieniami, że przecież Hitler zawarł ze Stalinem przymierze, że Niemcy oddali Rosji pół Polski, państwa bałtyckie, Besarabję i część Finlandji, że nigdy Rosja tak się nie wzbogaciła, jak dzięki przymierzu z Niemcami, że bolszewicy są dobrymi towarzyszami i t.d.

„Aż tu nagle 22 czerwca rano na zbiórce nasi jeńcy zauważyli jakieś dziwne poruszenie wśród strażników. Ktoś zapytał pewnego feldwebla, ten machnął ręką, odszedł parę kroków, poczem rozejrzał się na wszystkie strony, wrócił, jeszcze raz rozejrzał się i wypluł: „Mieliście rację, mamy wojnę z Sowietami”.

„To był wielki dzień. Największy nasz dzień w niewoli. Komendant obozu zarządził nadzwyczajną zbiórkę i oświadczył, że chociaż Polacy bardzo dużo zawinili wobec Niemców, mimo to chwila obecna powinna stać się chwilą zbratania wszystkich narodów kultury europejskiej i wszyscy, zarówno zwycięzcy jak zwyciężeni, powinni wziąć udział w świętej krucjacie antybolszewickiej. Jeszcze nie skończył mówić, a już w odpowiedzi rozległy się w szeregach śmiechy: „Kolegów sobie szukają”. I koledzy nie znaleźli się. W parę dni później, gadzinówka niemiecka, wydawana dla naszych jeńców po polsku, „Gazeta Ilustrowana”, rozpoczęła kampanję w tym samym duchu: „Wstępujcie do wojska niemieckiego, a przez walkę z bolszewikami odkupicie wasze winy i odzyskacie wolność”. Artykułom tym towarzyszyły i inne, z których zdumieni jeńcy dowiadywali się, że należą do wielkiego i bitnego narodu o wielkich tradycjach, pięknej historji i bogatej kulturze, mogącego wykazać swą dojrzałość do niepodległości, jeśli przyłączy się do ogólnoeuropejskiej krucjaty. „Tylko dwa są narody europejskie – wołała „Gazeta Ilustrowana” – które świecą nieobecnością w świętej wojnie: Anglicy i Polacy*). Boć nawet i Czesi, ci Czesi, którzy własnej niepodległości bronić się nie odważyli, znaleźli przecie w sobie odwagę, gdy przyszło do obrony ludzkości przed barbarzyństwem Wschodu. Anglikom – ciągnęła gadzinówka – nie dziwimy się i o nich wogóle pisać nie będziemy. Wasza jednak nieobecność, Polacy, zaprzecza wszystkim waszym bohaterskim tradycjom wiekowego bastjonu cywilizacji chrześcijańskiej na Wschodzie”.

„Ale my, jeńcy, pozostawaliśmy głusi i obojętni na te głosy. Byliśmy i znów staniemy się przedmurzem chrześcijaństwa, ale Niemców bronić nie będziemy.

„Jeśli mowa już o obrzydliwej gadzinówce obozowej, wytknąć wypada jej perfidną, ale widocznemi ściegami szytą robotę, mającą skłócić Polaków z Francuzami, Polskę z Francją. Niemcy wiedzą, że niedola zbliża, wiedzą również, że przyszła współpraca Polski z Francją stanowić może potężną tamę dla ich imperjalistycznych zakusów. A więc „Gazeta Ilustrowana” razporaz zamieszczała sążniste artykuły, omawiające winy Francji wobec nas, iż wpędziła nas w wojnę, że obiecała pomoc, której nie dostarczyła, że miała ruszyć z wielką ofensywą na zachodzie, że nas zdradziła przez kapitulację i t.d. Jednocześnie druga gadzinówka, wydawana również na Wilhelmstrasse, ale po francusku i przeznaczona dla Francuzów, judziła ich przeciw nam, że to Polacy są winni wojnie, że jeśli Francja jest dziś upokorzona a tylu jej synów przebywa w niewoli, to dlatego, że chcieli bić się za Gdańsk, że Polska była wojskowo zbyt słabem państwem aby mogła być brana pod uwagę jako sojusznik, który zastąpiłby na wschodzie dawną carską Rosję. Polacy przekładali artykuły pisane po polsku – kolegom-Francuzom, Francuzi artykuły pisane po francusku – kolegom-Polakom. Śmiech, rzadki w monotonnem życiu obozowem, serdeczny śmiech był jedynym rezultatem pracy propagandy niemieckiej.

„Pierwsza wiadomość o wybuchu wojny na wschodzie wywołała w społeczeństwie niemieckiem niepokój; szczególnie wyraźnie występował on u starszych, którzy pamiętają Rosjan z poprzedniej wojny. Początkowe sukcesy niemieckie i szybkie posuwanie się formacyj pancernych naprzód, oraz niezwykłe natężenie propagandy uspokoiły jednak opinję i umocniły ją w nadziei, że kolos sowiecki, jak olbrzymi garniec z palonej gliny, rozleci się prędko pod ciosami niemieckich sił zbrojnych. Mówiono, że wojna potrwa na wschodzie sześć tygodni, potem, że trzy miesiące, później, że zakończy się przed zimą, wreszcie, że armje niemieckie zajmą przynajmniej Moskwę i Kaukaz, a zima wykończy niedobitki wojsk sowieckich. Tymczasem wojna się nie skończyła, Moskwa nie padła, Kaukaz nie padł, a zima poczęła kruszyć siły Trzeciej Rzeszy.

„Jeńcy sowieccy przywożeni byli w ogromnych ilościach już w pierwszych miesiącach wojny, i prawdopodobnie z braku odpowiednich obozów, początkowo umieszczano ich razem z nami. Stłaczano nas przytem po osiemdziesięciu do jednego baraku. Ale dziwni to byli jeńcy. Brudni i obdarci, nie wyglądali jednak na zrezygnowanych i przekonanych o nieuchronnej klęsce własnego państwa. Rozmawiałem z nimi. Odnosili się do nas obojętnie, rozmawiali niechętnie. Nie okazywali ani fanatycznej miłości ojczyzny, ani fanatycznej wiary w ideę komunistyczną. Ale nienawidzili Niemców do głębi duszy. Nienawidzili ich za zdradziecką napaść, za wyrwanie z normalnego trybu życia, nienawidzili za nędze życia w niewoli, nienawidzili za oderwanie od bliskich. Komendant obozu szybko zagonił ich do pracy. Nie chcieli pracować. Nie wiem, czy decydowała tutaj chęć prowadzenia wojny dalej przez opór bierny, czy i lenistwo Wschodu, ale nie chcieli. Potem nas rozłączono.

„Za pierwszemi transportami jeńców sowieckich, które w ludności niemieckiej budziły niesłychany zapał, jako namacalny sprawdzian prawdziwości komunikatów wojennych i propagandy urzędowej, przyszły transporty rannych. Tych początkowo zwożono do Generalgouvernement i do Czechosłowacji, by nie wywoływać przygnębienia we własnem społeczeństwie. Potem tamtejsze szpitale okazały się za małe. Ranni zaczęli więc napływać z konieczności do Niemiec, a wraz z nimi wieści, najprawdziwsze, niekłamane wieści o prawdzie frontu wschodniego, o przestrzeniach, o straszliwych trudach marszów naprzód, wiecznie naprzód, bez możliwości osiągnięcia decydującego zwycięstwa, o szalonych stratach w ludziach, o czołgach grzęznących w błotach jesiennych, wreszcie o zimie i mrozach. Nagle Rzesza zaroiła się od młodych inwalidów, przygnębionych, smutnych, obojętnych, apatycznych; a przecież byli to ci sami ludzie, którzy jeszcze przed pół rokiem z największym entuzjazmem i ze śpiewem „Die Fahne hoch” opuszczali ostatnie etapy, by jecheć na wschód, na front.

„Nie wiem, jak wielkie są materjalne straty niemieckich sił zbrojnych w kampanji zimowej na wschodzie, lecz wiem, bo sam mogłem to stwierdzić, jakie są straty moralne. Kampanja zimowa przeciw Sowietom zabiła w Rzeszy entuzjazm wojenny. Ta zmiana nastrojów odbiła się i na naszem życiu obozowem. Pewnego dnia przyjechała specjalna komisja lekarska do zbadania wszystkich, którzy należeli do niemieckich kadr podoficerskich. Odrazu gruchnęła pogłoska, że chodzi o wysłanie zdrowszych na front wschodni. Potem przyjechała druga komisja. Plotka zamieniła się w wiadomość zupełnie pewną. I nagle ci podoficerowie, dotychczas najbutniejsi, najwięksi sadyści, najnikczemniejsi, najbardziej się nad nami pastwiący, stali się ludzcy, zaczęli, gdy nikt nie widział, rozmawiać z nami, nawet się skarżyć. Nagle dowiadywaliśmy się, że taki a taki wachmistrz ma żonę i dzieci, jeszcze młode, że taki kapral niedawno się ożenił, że taki feldwebel ma zdrowie sterane poprzednią wojną, że już brak mu sił i ochoty walczyć i krew przelewać za niewiadomo czyją sprawę. Nagle ci sadyści, pozbawieni jakichkolwiek uczuć ludzkich, okazali się zwykłymi, biednymi ludźmi. Na wiadomość, że mają iść na front, na mróz i na karabiny sowieckie, zaczynali się załamywać. Wreszcie poszli. Na ich miejsce przybyli do obozu weterani z poprzedniej wojny, inwalidzi, często bez ręki czy ze sztywną nogą. Zapas ludzki Rzeszy wyraźnie się wyczerpywał.

„Tymczasem zima trwała. Zbiórka futer w Rzeszy, mimo że prowadzona przy niesłychanem natężeniu propagandy i nacisku administracyjnym, nie pokrywała zapotrzebowania całej armji. Ludzie marzli. Konieczność uzupełnienia stanów odbiła się i na naszym obozie w postaci przeniesienia na etapy również prostych żołnierzy niemieckich. Wtedy – rzecz niesłychana i przedtem zupełnie nie do pomyślenia – pewien gefreiter podszedł do paru Polaków i zaproponował im wspólną ucieczkę. „Wy wiecie, jak to zrobić, by zwiać zagranicę. Ja wystaram się wam o ubrania cywilne i uciekniemy razem”. I uciekli; czy szczęśliwie – nie wiem.

„Później takie propozycje zdarzyły się jeszcze parę razy, a jak dowiedziałem się we Francji, trafiały się one nie tylko w moim obozie. Strach w Niemczech przed frontem wschodnim jest dziś tak wielki, że wielu w obliczu odkomenderowania na etap załamuje się całkowicie i dezerteruje. Dzieje się to zresztą nie tylko ze zwykłymi strzelcami, ale nawet i z oficerami. Opowiadano mi że gdy kwaterujący od dłuższego czasu w jednem z miast francuskich pułk otrzymał w lutym b.r. rozkaz udania się na front wschodni, wybuchł bunt, w którym wzięło udział również wielu oficerów. Bunt stłumiony został bardzo krwawo. Wiem również o innym wypadku dezercji dwóch oficerów, którzy na wiadomość o przeniesieniu ich na front wschodni, przebrali się w ubrania cywilne i zniknęli w niewiadomym kierunku. Gdy się siedzi w Niemczech i obserwuje uważnie, widać jak ich piekielna maszyna wojenna zgrzyta, zgrzyta coraz częściej, coraz silniej, coraz głębiej. I nie pomogą na to żadni technicy, żadni mechanicy, choćby najzręczniejsi, gdyż jest to proces nieodwracalny.

„Nie należy wyprowadzać stąd zbyt daleko idących wniosków. Wojsko niemieckie jest „en masse” ciągle jeszcze doskonałe, i rozkruszyć je nie będzie łatwo. Ale nerwy społeczeństwa zaczynają już nie wytrzymywać.

„W zimie głośno było o rozruchach kobiet w Berlinie i w szeregu innych miast przeciw wojnie. Rozruchów sam nie widziałem, ale obserwowałem inne charakterystyczne zjawisko. W Trewirze, gdy pracowaliśmy przy robotach miejskich, zaobserwowaliśmy w ustępach ulotki komunistyczne. Z początku myśleliśmy że to prowokacja, ale potem podpatrzyliśmy, że rozrzucają je jakieś kobiety. Później ulotki to zaczęły rozchodzić się szerzej. Informowały o sytuacji na froncie wschodnim, mówiły o kontrofensywie sowieckiej i nawoływały nas do jak najmniej wydajnej pracy na rzecz wspólnego wroga. Pozatem zaprzeczały wiadomościom niemieckim o niezwykłej nędzy sowieckiej. Po klęsce Francji kolporterzy takich ulotek byliby wykryci odrazu, teraz pozostali nieznani. Odporność narodu niemieckiego maleje.

– A bombardowania angielskie?

– Jakież celne, jakież wspaniałe!! Podczas pierwszej zimy słyszeliśmy tylko czasami w nocy warkot motorów gdzieś wysoko w powietrzu i jedynie domyślaliśmy się, że to Brytyjczycy. Ostatniej zimy, jeśli tylko warunki atmosferyczne były odpowiednie, silniki grzmiały godzinami po niebie, a głos ten, wywołujący panikę wśród Niemców, wydawał się nam cudownem graniem orkiestry niebieskiej. Dawniej Anglicy latali wysoko. Dzisiaj często lecą niziutko, nieraz nad samemi barakami, i zrzucają ulotki, z których dowiedzieć się można prawdy. Ale dla Niemców mają przedewszystkiem bomby. Widziałem, jak na dłoni, nalot na Karlsruhe, i tego widoku nigdy nie zapomnę. Wysłano nas wtedy na roboty nad Renem, a że z pociągami w Niemczech teraz bardzo kuso i na linjach, gdzie dawniej po osiem ich chodziło, obecnie idzie jeden, najwyżej dwa pociągi pasażerskie, więc z konieczności musieli zatrzymać nas na noc w mieście i umieścili naturalnie w więzieniu. Nazajutrz znów nie było możliwości komunikacyjnych, więc o głodzie przeczekaliśmy cały dzień i zostaliśmy jeszcze na jedną noc. Nigdy tego nie będę żałował. Dzień był pogodny, na niebie białe, wełniaste, dość niskopułapowe chmurki, takie nasze „baranki”. Taki czas podobno najlepiej nadaje się na bombardowanie. W każdym razie tej nocy „nadał się” świetnie. Koło 11-ej rozległy się syreny alarmowe, a po krótkiej chwili dosłyszeliśmy daleki warkot angielskich bombowców. Czy aby dostrzegą miasto? – bo zaciemnienie było tak dokładne, że tutejszy black-out niech się schowa – bardzośmy się niepokoili. Ale dostrzegli z łatwością i zrzucili kilka rakiet świetlnych, potem bomby zapalające, aż zrobiło się jasno niemal jak w dzień. Błysnęły reflektory. Niemcy poczęli walić z artylerji. Ale na to sypać zaczęły się z góry bomby i wybuchać ze straszliwym hukiem w najludniejszych dzielnicach miasta. Jak ciężkie dojrzałe gruszki na ziemię, padały bomby na składy portowe nad Renem, na fabrykę kauczuku syntetycznego, na elektrownię, na stacje pomp, wszędzie. Pożary wybuchały jeden za drugim, miasto, dobrze widoczne z więzienia, znajdującego się na górze, płonęło. W świetle wielkiego ognia oszaleli ze strachu ludzie wybiegali z płonących schronów i w popłochu pędzili naoślep przed siebie. Całe bombardowanie trwało niecałe trzy kwadranse, a potem przez dwa tygodnie wąchaliśmy jak najznakomitsze perfumy spaleniznę, unoszącą się w powietrzu o przeszło dwadzieścia kilometrów od Karlsruhe!

„Furja naszych strażników zwróciła się naturalnie przeciw nam, bo domyślali się oni, że w nalocie nie mogło zabraknąć i naszych bombowców. „Przeklęci Polacy, wszędzie was pełno. Wyrżnąłbym was wszystkich, wywieszał po jednemu” – miotał się jakiś kapral, ale gniew kapralski nie był dla nas straszny. Wspomnieć należy, że lotnicy nasi są w Niemczech może jeszcze bardziej znani, niż tutaj, w Wielkiej Brytanji. Nie pisze o nich nikt, a wiedzą wszyscy. Jak się to dzieje, nie wiem, ale tak jest. To jedna z tajemnic obecnej dziwnej wojny.

– Jak reagują Niemcy na bombardowania?

– Jeśli chodzi o władze, to istnieją, poza strażami ogniowemi i pogotowiem przeciwlotniczem, w którem pracują kobiety i młodzież, specjalne drużyny z organizacji Todta, których zadaniem jest jak najszybciej usunąć zniszczenia, spowodowane bombardowaniami, i doprowadzić miasto, przynajmniej pod względem wyglądu zewnętrznego, do jakiego takiego stanu. W pierwszych dniach po nalocie miasto jest zamknięte i wszelki ruch ludności wstrzymany, by wiadomość o klęsce nie roznosiła się zbyt szybko po całem państwie. Bombardowania – poza zniszczeniami przemysłu – ogromnie wyczerpują nerwowo Niemców. Im będzie ich więcej, może nawet im dłużej będzie przeciągała się wojna, tem dla nas lepiej, bo tem systematyczniej Rzesza zostanie zniszczona. Samemi bombardowaniami nie można zwyciężyć Trzeciej Rzeszy, ale przyczyniają się one do wewnętrznego rozkładu Niemiec, przez wzmaganie niepokoju, niechęci do przedłużającej się wojny, z której nie widać dziś wyjścia, i podważają zaufanie przeciętnego obywatela do najwyższych czynników wojskowych i państwowych, nie wyłączając samego Hitlera. „Gdzie są nasze samoloty?” – wołała we wrześniu ludność Polski. „Gdzie są nasze samoloty? – wołają skolei dziś zrozpaczeni mieszkańcy walących się w gruzy miast niemieckich.

*

Odprowadzałem mego przyjaciela na dworzec. W Niemczech pociąg pasażerski na wielu dużych linjach idzie tylko raz dziennie. Tutaj autobusy co dwadzieścia minut.

– Jakie wrażenie robi na tobie Wielka Brytanja?

– Że czas tu płynie trochę wolno. Że szybciej Niemcy wojnę przegrają, niż Anglja ją wygra.

JAN ROSTWOROWSKI.

——–
*) W depeszy Paula Holta, przesłanej z Moskwy do redakcji „Daily Express”u (numer z dn. 26 sierpnia), czytamy, że von Bock pośród 58 przeróżnych dywizyj, któremi rozporządza, ma także dywizję, a może nawet dywizje… polskie. Wielki czas, aby propaganda nasza uruchomiła jakąś komórkę, której zadaniem byłoby prostować na gorąco podobne bzdury czy też świadome fałsze. Taka depesza powinna być dosłownie odszczekana, jednak nie pod stołem, lecz na Trafalgar Square albo na Piccadilly Circus. Nie poto krwawią się nasi lotnicy i marynarze, nie poto brygada karpacka broniła Tobruku, aby tutejszą opinję publiczną tak złośliwie czy tak głupio informowały depesze, wysyłane z Moskwy (przyp. red.).

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close