Rzecz o kampanji wrześniowej

Jeżeli kiedykolwiek w przyszłości znajdzie się w Polsce genjalny, na miarę Piłsudskiego zakrojony psychoanalityk, który zajmie się zgłębianiem istoty psychiki naszego narodu, jeżeli poradzi sobie z tą przedziwną mieszaniną zagrożeń, sprzeczności, kompleksów i wynikających z nich tendencyj oportunizmu, chwiejności i małoduszności – nie będzie on w stanie przejść obojętnie nad dwoma faktami w historji Polski w. XX : „Oleandrami” i kampanją wrześniową. „Oleandrami” – które tak cudownie harmonizowały się w następstwie z wielowiekową elitarnością, szlachetczyzną i wszystkiemi atrybutami jedynego w swoim rodzaju polskiego feudalizmu, dając w rezultacie pustkę dookoła garstki rządzącej i odrywając ją od narodu i terenu. Kampanją wrześniową która zapoczątkowuje nowy cykl przeobrażeń w „moral” naszego narodu.

wrzesień 1939

Przebieg kampanji wrześniowej ugodził w najczulsze strony cech polskich : w wybujałą ambicję i zarozumialstwo, w nadmierną dumę narodową, w umiłowanie wolności, w ukochanie wojska i wojny.

Kampanja wrześniowa jest tematem niezmiernej wagi. Z prawdziwą przykrością trzeba stwierdzić, że obok Niemców zrozumiał jej znaczenie i potraktował ją jako skarbnicę nieprzebranych doświadczeń, jedynie trzeźwy – ach ! jak trzeźwy ! – realizm rosyjski. Nie będę chyba przesadzał gdy stwierdzę, że ten to spokojny dialektyczny sposób obserwacji, myślenia i wyciągania wniosków z kampanji wrześniowej, spowodował, że kampanja sowiecko-niemiecka w znacznej mierze wygląda tak jak wygląda. Za tę aljancką przysługę w odegraniu roli pokazowego poligonu mamy prawo do wystawienia niebyle jakiego rachunku.

Polska literatura wojenna w omawianiu kampanji wrześniowej stoi za literaturą niemiecką i sowiecką. W ponurej atmosferze namiętności zdobyto się zaledwie na kilka prac, w większości fragmentarycznych i przyczynkowych. Starannie opracowana, lecz nieskończenie zwężająca temat, pełna trwożliwych niedomówień książka Norwida-Neugebauera nie odpowiada postulatom syntetycznej pracy wojskowej na ten temat. Wojna już dawno przestała być cyklem operacyj. W nowoczesnej wojnie operacje stanowią stosunkowo najmniej ciekawą, najmniej efektowną część pracy myśli wojennej i wysiłku wojennego. Wojna polsko-niemiecka ma olbrzymie precedensy historyczne, ma szeroki podkład polityczno-gospodarczy, jest nierozerwalnym fragmentem największej z dotychczasowych wojen światowych. 0peracyjna strona tej wojny siłą rzeczy jest zagadnieniem bardziej niż wtórnem. Podobnie artykuł Glabisza w „Bellonie”, to ekwilibrystyka po wąskiej linie abstrakcji czystej sztuki operacyjnej, i aż przerażenie ogarnia, że t.zw. „sztuka wojenna” jest do dnia dzisiejszego do tego stopnia ślepa, płytka, jednostronna i pozbawiona ducha. Materjał przyczynkowy w znakomitej „Myśli Lotniczej” i kilka również przyczynkowych artykułów „Bellony” są nieskończenie bardziej wartościowe.

Toteż z prawdziwem zainteresowaniem bierzemy do ręki dwa pierwsze zeszyty pracy Romana Umiastowskiego p.t. „Bitwa polska”*).

Rzecz Umiastowskiego (zwłaszcza doskonały zeszyt 2-gi) zasługuje na uwagę. Nie będę wyliczał jej zalet. Umiastowski ma za sobą zbyt duży dorobek pisarski, by mógł się zadowolić zdawkowemi wzmiankami, przejdę więc odrazu do zastrzeżeń.

Czytając rozdział o sytuacji ogólnej przed wojną, byłem nieco zawiedziony. Umiastowski jest doskonałym geografem wojskowym, ma za sobą kilka poważnych prac, z których doskonale realistyczna „Geografja wojskowa Polski” wydaje się być dotychczas nieprześcigniona. To wszystko obowiązuje. Tymczasem właśnie w tym pierwszym rozdziale brak jest szerokiego rzutu na układ sytuacji geopolitycznej, która jest przecież podstawą obecnej wojny światowej.

Pomost bałtycko-czamomorski stał się w ciągu wieków objektem ekspansji imperjalizmów rosyjskiego i niemieckiego. Nigdy jeszcze nie był on z taką gwałtownością zaatakowany jednocześnie zbrojnie przez obie siły i oczywiście, bez żadnej z obu stron wiary w trwałość jakiejkolwiek linji demarkacyjnej. I to, mojem zdaniem, stanowi to olbrzymie tło, na którem rozegrała się kampanja wrześniowa, a którego niestety, nie zrozumiała i obawiam się, że nie rozumie dotychczas, polityka europejska. Jest to temat sam w sobie olbrzymi, ale bez rozwinięcia go, wiele rzeczy, a przedewszystkiem tragiczny dzień 17 września, pozostanie niejasny.

Pominięcie szeroko pomyślanego tła stosunków sowiecko-niemieckich dla kampanji wrześniowej doprowadza Umiastowskiego do popełnienia zasadniczego i szkodliwego błędu. Na str. 71 Umiastowski pisze : „Nie śpieszyła się natomiast Rosja do walki z silną armją niemiecką. Stara strategiczna doktryna rosyjska z 1812 r.; doktryna Kutuzowa, odnowiona przez Swieczina i Szaposznikowa, uznawana przez Stalina i partję, głosiła, że nieprzyjaciel powinien być zniszczony na ziemi rosyjskiej. Nie na zachód lecz na wschód od granicy polskiej”. Nic bardziej niezgodnego z prawdą. Sowiecka doktryna wojenna do r. 1934/1935 była nawskroś ofensywna i mało miała wspólnego z Suworowem czy z Kutuzowem. Opierała się ona w części polityczno-moralnej na trockistowskiem pojmowaniu ustawicznej rewolucji, w części zaś materjałnej i operacyjnej – na niemieckiej doktrynie uderzeniowej – „taranowej”. Reprezentował ją Tuchaczewskij i cała plejada sowieckich bonapartystów-trockistów. Zarówno przygotowanie terenu sowieckiego, rozkład etapów i rezerw, system mobilizacyjny, jak również zmasowana koncentracja na granicy zachodniej Związku były tego wykładnikiem, najdokładniej zresztą przez całą Europą wyczuwalnym. „Silna armja niemiecka” do r. 1932/1933 była wartością bardzo problematyczną. Konferencja listopadowa 1934 r., o której wspomina Umiastowski na str. 81, była nawskroś uzasadniona. Jeszcze do r. 1935/1936 Polska nie mogła oceniać sytuacji na wschodzie jako mniej groźnej od sytuacji na zachodzie. Nie naszą jest bowiem, nie polską winą, że Stalin dopiero w r. 1937 rozstrzelał wszystkich twórców tej ofensywnej doktryny trockistowskiej, która swą realizacją nie mogła nie wywołać obaw u najbliższych sąsiadów Związku. W tym wypadku twierdzenie odwrotne byłoby nawet swego rodzaju nietaktem wobec obecnego sprzymierzeńca, zakwestjonowaniem słuszności wyroków stalinowskich, podyktowanych przez niebywały realizm tego naprawdę genjalnego Gruzina. Ale to nastąpiło dopiero w r. 1937 ! Do tego czasu Moskwa w osobie swych najbardziej miarodajnych przedstawicieli twierdziła zupełnie inaczej, niż to mówi Umiastowski: „Ani jeden świński ryj nie wejdzie na teren ziemi sowieckiej ! Bić wroga będziemy na podejściach do granic sowieckich !”. Nie oznacza to bynajmniej, by obecna doktryna wojenna Związku mogła być nazwana par excellence obronną. Nazwałbym ją doktryną obrony odwróconej lub obrony dwoistej, jako zachowującej wszystkie elementy politycznej i doktrynalnej ekspansji przy jednoczesnem realnem podejściu do materjalnych możliwości państwa i do konjunktury międzynarodowej.

Pominięcie przez Umiastowskiego tego tematu wiąże się z pominięciem tematu niezmiernie ważnego przy omawianiu całości naszych przygotowań wojennych : braku doktryny wojennej. Istotnie, polskiej doktryny wojennej nie mieliśmy. Niema wojny jako sztuki dla sztuki, niema też międzynarodowej doktryny wojennej. Jeśli wojna niema być abstrakcją, musi ona dostosować się do podłoża przygotowującego się do niej państwa. Każda inna wojna musi się zakończyć klęską. Powstrzymuję się narazie od twierdzenia, że kampanja wrześniowa była całkowitą abstrakcją, jednakże już teraz można twierdzić, że posiadała ona aż nadmiar tej abstrakcji.

Świat rozwija się i kształtuje nierównomiernie. Ta sama idea, ten sam fakt działają w różnych warunkach inaczej i wywołują inne reakcje. Napoleon w Niemczech dał Fichtego i Kleista – reakcję i nacjonalizm, dał hallerowską wizję państwa jako własności samowładcy, dał wreszcie Clausewitza, który przyswoił genjalną prostotę filozoficzną i nadludzki realizm wykonania wielkiego cesarza do dialektycznej umysłowości niemieckiej. Napoleon w Niemczech zrodził Moltkego i Schlieffena. Co więcej : zrodził Hitlera ! W ciągu stu lat rozwinęły się w Niemczech (jakże jednostronnie !) wszystkie metody napoleońskie, tworząc zharmonizowaną i ściśle duchowi niemieckiemu odpowiadającą doktrynę „blitzkrieg”u, potwornie wyolbrzymionych „Cann”. Lecz w ciągu tychże stu lat zagubiona została całkowicie napoleońska idea rewolucji, idea równości, dobrowolnego związku narodów bez szowinistycznej przewagi jednego narodu, bez niewolnictwa materji i ducha.

Napoleon dał Rosji „zapadniczestwo”. Poszerzył wyrąbane przez Piotra Wielkiego okno do Europy, przesunął granice imperjum rosyjskiego na zachód, przekreślił wielowiekową wspaniałą rolę Europy środkowej, wprowadził do społecznej myśli rosyjskiej kompleks wyższości i ambicje imperjalizmu duchowego. W dziedzinie doktryny wojennej Napoleon umocnił Rosjan w suworowowskiem pojmowaniu ruchu i ognia obrony i natarcia, siły i sprytu. Poddał doktrynę wojenną polityce i związał nierozerwalnie wodza z władcą.

Napoleon w Polsce zapoczątkował patos narodowy, pogłębił wiarę w czyn orężny, lecz – niestety – spowodował przeniesienie myśli wojennej w sferę kompletnej romantyki i abstrakcji, wyidealizował tak zagadnienie wodza jako męża rozumu i czynu rozwagi i odwagi, że odtąd aż do Piłsudskiego stać nas zawsze było na proroków, rezonerów i Hamletów, a nie na wodzów.

Polska Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego, Polska Żeromskiego, Wyspiańskiego czy Norwida była bez granic i w pewnym stopniu bez ziemi. Nadludzka romantyka naszej wielkiej literatury sprawiła, że pokochaliśmy bardziej Ojczyznę wyśnioną, papierową, niż rzeczywistą, że jest nam bliższa mapa, niż ziemia. Dbaliśmy o ducha, mając materję w pańszczyźnie u wrogów. Wolność ludów, fantasmagorje najidealniejszej a najnierealniejszej demokracji, nie obowiązujące nikogo a niczem nieskrępowane pomysły federacyjne, umiłowanie poezji a niechęć do statystyki, miłość „człowieka” a sadystyczna nienawiść do ludzi, uniwersalny liberalizm i tolerancja a zapamiętały szowinizm jakąż mogły być podstawą dla doktryny wojennej ? Polska doktryna wojenna – w oparciu na niej Sobieski osiągnął ostatnie wielkie zwycięstwo polskie – była doktryną jagiellońską, wynikającą z jedynie słusznego dla realnej polityki polskiej zanegowania supremacji jednego narodu na terenie pomostu bałtycko-czarnomorskiego. Była najwspanialszą, najbardziej demokratyczną, najbardziej żołnierską doktryną, która dawała wodzów, a nie pięknoduchów, dawała ludzi czynu, a nie krzykaczy wiecowych. Opierała się ona na realiach : znakomitem wyczuciu odrębności geograficznej pasa bałtycko-czarnomorskiego przy jednoczesnem zrozumieniu jego przejściowości i bezustannego a obustronnego zagrożenia. Opierała się na realnem wyczuciu politycznej i strategicznej wartości trójkąta Kraków – Wilno – Kijów, o którego nieprzemijającem znaczeniu zapomnieli na zgubę swych narodów szowiniści polscy, litewscy i ukraińscy, osiągając zamiast obłędnej, rozhu
lałej wolności, hańbiącą niewolę i tragiczny upadek.

Genjusz Piłsudskiego, jego wszechpolskość i zimny objektywizm miały doskonałe wyczucie tej właśnie strony zagadnienia. Napoleon studjował kampanję Aleksandra Macedońskiego i wyprawy Juljusza Cezara. Suworow ślęczał nad Hannibalem i z największą uwagą śledził początki epopei napoleońskiej. Powstały z tego dwie najgroźniejsze doktryny wojenne świata. Piłsudski od początku swoich dni politycznych wierzył w walkę czynną. Tę to walkę, a nie żadne dyplomatyczno-oportunistyczne kombinacje i spekulacje, uważał za jedyne możliwe rozwiązanie najważniejszych spraw. Nie studjuje jednak ani Hannibala, ani Cezara. Nie wzoruje się na Napoleonie, nie wspomina o Suworowie. Ze wszystkich największych wodzów świata wchłania w siebie jedynie syntezę: „C’est la réalité des choses qui commande !”. Piłsudski nie uznaje „pajaca w wielkiej dziejowej pracy wojny”. Nie nawiązuje do Bolesława Chrobrego czy do Stefana Batorego. Pisze dwie prace, które są i nadal zrębami nienaruszalnemi polskiej doktryny wojennej i od których musi się zacząć studjum wojny w Polsce jeżeli się nie chce jej kończyć na San Domingo : geografję wojskową Królestwa Polskiego i „Rok 1863″. C’est la réalité des choses qui commande !

I cóż za niebywałe efekty ! Czyż „Rok 1920″ nie jest najlepszą książką o… obecnej kampanji niemiecko-sowieckiej ? Czyż Stalin nie rozstrzelał Tuchaczewskiego w r. 1937 za to wszystko, co temu abstrakcyjnemu bonapartyście Piłsudski zarzucił już w r. 1924? Czyż realizm obecny Stalina, Szaposznikowa i Timoszenki z r. 1941/1942 nie jest odbiciem realizmu Piłsudskiego z r. 1920? Czyż „Rok 1920″ nie jest wyraźnem stwierdzeniem, że do realizmu nie prowadzi wyłącznie droga przez materjalizm, negujący wartości ducha, lecz że najwspanialsi romantycy potrafią się wznieść na szczyty realizmu i zakasować najbardziej wyrafinowanych doktrynerów materjalistycznych ?

Polska doktryna wojenna musi się oprzeć na geografji ziem polskich i sąsiednich pojętej z realizmem Nałkowskiego, odbronzowanej przez zdrowy, broń Boże, nie kompleksowy, nie alkowiany rewizjonizm historyczny, historji naszych dziejów, na syntezie i analizie… „Małego Rocznika Statystycznego”. Tymczasem o braku polskiej doktryny wojennej, o niedoskonałości w pojmowaniu spraw wojny przez naszą myśl wojenną Umiastowski zupełnie nie wspomina, tak jakby to nie była jedna z najważniejszych przyczyn przebiegu Września.

Jest jedno zdanie u Umiastowskiego, które musi spowodować ostry sprzeciw. Pisze on mianowicie na str. 83 : „Chcąc w zbrojeniach podążać równolegle za sąsiadami i wykonać przy polskiem ubóstwie próbę totalnego przygotowania państwa, należałoby rozpocząć od rzeczy zasadniczej, źródła wszelkiej akcji totalnej, t .j. dyktatury. Przed tą cofał się gługie lata Piłsudski i nie chciał jej Śmigły”. Rozumiem, o co Umiastowskiemu chodziło, ale zdanie to jest tak niebezpiecznym skrótem, że muszę protestować nie przeciwko sensowi, który zapewne autor miał na myśli, lecz przeciwko temu sensowi, którego ma prawo doszukiwać się czytelnik.

Nieostrożna formuła Umiastowskiego jest jednym z objawów, cechujących t.zw. „światopogląd oficerski”. Opinja ta świadczy o bardzo szkodliwej dla interesów narodowych kastowości. Ma ona swoje uzasadnienie subjektywne. Wojskowy, kształcący się w rzemiośle wojskowem w naszych ubogich warunkach, operując – jako się rzekło -metodą abstrakcyjną, a nie realistyczną, pojmowania wojny, mimowoli obraca się w ciągłej masie porównań. A tam tak, a tam znów inaczej ! A tam czołgi, a tam znów bombowce ! A tu w kraju nieomal rohatyna, nieomal misiurka ! Więc żalem się oblewa przy tych porównaniach żołnierskie serce i doszukuje przyczyn powierzchownych. Rezultat rozważań : totalizm, to najlepszy system zwiększenia możliwości wojennych kraju. Nieprawda ! W Niemczech napewno tak, bo totalizm i imperjalizm, to właśnie Niemcy, bo totalizm, to szczyt imperjalistycznego kapitalizmu. Potęga wojenna Niemiec nie wynika z abstrakcyjnego uwielbiania czy narzucania przez wojsko totalizmu narodowi, lecz polega na tem, że system totalny jest przyrodzonym systemem niemieckim. Na tem polega olbrzymia siła Hitlera, ale stąd płynie też straszliwa katastrofa narodu niemieckiego, bez względu na to, kiedy ona nastąpi.

W Rosji napewno tak, bo negacja indywidualnego człowieka, ubóstwianie władzy i swoisty kompleks wyższości, to Rosja. Wojenna potęga Rosji polega przedewszystkiem na tem, że obecny ustrój sowiecki jest najpełniejszym wyrazem obecnych rosyjskich możliwości ustrojowych. I ma zupełną rację Ksawery Pruszyński w artykule „Wobec Rosji” (nr. 134 „Wiadomości Polskich”) twierdząc, że ta właśnie wojna otwiera przed Rosją niebywałe horyzonty.

Ale już we Włoszech było i jest inaczej. Totalizm nie dał tam tych samych wyników. A u nas w Polsce musiałby się chyba skończyć nie uzbrojeniem i dozbrojeniem, lecz żałosnym marszem z temiż rohatynami i w tychże misiurkach do obozów koncentracyjnych niemieckich czy innych.

Tragedją przygotowań wojennych Polski było to, że tylko w zakresie uczuciowym opierały się one na narodzie, w zakresie zaś organizacyjnym i materjalnym były poza nim. Tragedją przygotowań wojennych Polski było to, że z tych czy innych przyczyn wojna w Polsce jako mus polityczny pozostała tylko w sferze uczuć narodowych, a nie układu społecznego. I przerażenie ogarnia, gdy się myśli, że wszystko to może się powtórzyć. Że po powrocie do kraju zaczniemy skolei pasjonować się „blitzkrieg”ami, taranami, masami żelastwa, nierealną dla nas techniką, tak jak pasjonowaliśmy się platonicznie Verdunem, Marną czy linją Maginota, i że w rezultacie armja będzie poza narodem.

Wojna bowiem jest zjawiskiem socjologicznem i nie może być ustawiona poza socjologicznemi możliwościami narodu, ani pod względem swej ideowej, ani pod względem swej materjalnej strony. I zrozumiałe z kastowego punktu widzenia marzenia wojskowe o totalizmie, tęsknoty i wzdychania do idealnych form doktryny totalnej (zwłaszcza tej klasycznej) załatwione muszą być w narodzie nie przez ich spełnienie, lecz przez jak najbardziej kategoryczne wytępienie kastowości, przez zespolenie wojska z narodem, przez istotną jego demokratyzację, przez rozszerzanie, a nie zwężanie społecznego, politycznego i obywatelskiego horyzontu oficera. Wówczas i doktryna wojenna stanie się funkcją narodu, a nie kasty czy elity. Bo te pozornie platoniczne zachwyty, to właśnie doskonała podmurówka ideowa pod „obce agentury”, o których mówił Komendant, a o których nie wolno nam nawet we śnie zapominać, jeżeli Polskę mieć chcemy.

RYSZARD WRAGA.

————–
*) Roman Umiastowski. Bitwa polska. Przygotowanie i przebieg wojny polsko-niemieckiej w roku 1939. Zeszyt 1. Mitcham Surrey Press, 1942. Zeszyt 2. Golders Green, autor, 1942. Str. 172.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close