Sprzęt podobny do fortepianu

Gdy dn. 28 czerwca 1919 r. samochód Paderewskiego zajechał pod pałac wersalski, tłum poznał, kto jedzie. Ten i ów palcem wskazał drugiemu, ktoś szepnął jakieś słowo, ktoś je powtórzył, i słowo pobiegło przez plac, wróciło, wzmogło się na sile, by nagle wystrzelić krzykiem: „Vive la Pologne!”.

Gdy Paderewski zjawiał się na estradzie, sala wstawała w wielkiej ciszy. Stali nawet monarchowie. Długo trwało, zanim ozwał się pierwszy oklask, znacznie dłużej trwało, nim oklaski zmilkły, ustępując miejsca krzykowi wielkiemu: „Niech żyje Polska!”.

Gdy Paderewski umarł, cisza jest jeszcze większa niż w chwili, gdy wstępował na estradę. Wstają wszyscy i patrzą w górę, ponieważ estrada razem z nim w trumnie idzie coraz wyżej i wyżej. Niema w tej chwili nikogo, ktoby nie obnażył głowy. Cisza jest ogromna, śmiertelna. Ręce nie składają się do oklasku. On już nie zagra, choć jest na estradzie, na koturnie najwyższym grobu.

W tej ciszy wielkiej słychać przecież krzyk jeszcze większy niż cisza, krzyk idący poprzez świat. Krzyk: „Niech żyje Polska!”

* * * * *

Trzeba, jak Norwid, poetą być i malarzem równocześnie, aby zauważyć, że fortepian jest „sprzętem podobnym do trumny”. Istotnie, fortepian jest nawet bardzo podobny do trumny, gdy jednak dzisiaj myślimy o Paderewskim, – jakież to dziwne skojarzenie obrazów, – trumna wydaje się nam być sprzętem podobnym do fortepianiu.

Jeśli dawniej razem ze zmarłym spłonąć musiał na stosie koń jego wierny i sprzęty ulubione i wszystko co zmarły kochał za życia, tedy wydaje mi się że Paderewski powinien spłonąć na stosie w trumnie, która byłaby podobna do fortepianu. Byłby to pogrzeb patetyczny w tym samym stopniu co symfonja.

Lecz on nie spłonie na stosie. Przeciwnie, spocznie tam, gdzie winien spocząć. I wracać będzie tą drogą, która mu przystoi. Przez morze. Okręt zawinie do Gdańska. Będzie to punkt trzynasty jego życia. Punkt ostatni. Przez Gdańsk do Polski.

Cyncynatem będąc, przecież jak Korjolan opuścił kraj. Szczególny Korjolan. On sam siebie skazał na banicję, żyjąc sercem i myślą każdą w Polsce, która była inna niż Polska rzeczywista. Nie chciał żyć w Polsce prawdziwej, grając ciągle Polskę, jak w wierszu Norwida, „od zenitu wszechdoskonałości dziejów wziętą tęczą zachwytu”. Grał Polskę złotopszczołą, którą poznałby na krańcach bytu, czyli tam właśnie, gdzie sam dzisiaj jest. On ją poznaje teraz z tej estrady, której na imię wieczność.

Był skłócony z polską rzeczywistością, której za rzeczywistość uznać nie chciał. Bardziej rzeczywista była mu Polska na strunach fortepianiu niż Polska na mapie, choć o tę mapę walczył i dużą jej część wywalczył.

Raz, było to w grudniu 1918 r., Paderewski płynął do Polski na pokładzie H.M.S. „Concord”. Czyli po polsku okręt zwał się „Zgoda”. Albo „Harmonja”. Fale były wzburzone, statek zaś wymijać musiał zasadzki min na morzu Północnem. Pewnego dnia oficerowie angielscy zaprosili artystę do swej messy i jeden z nich odezwał się: „Wyobraźcie sobie, coby powiedzieli nasi koledzy, gdybyśmy mogli pochwalić się przed nimi tem, że właśnie wtedy, gdy „Concord” manewrował wśród min, Paderewski grał dla nas!”.

Paderewski jechał do Polski, by zagrać czy może tylko spróbować zagrać inną pieśń swego życia, jechał, aby manewrować wśród min młodego sejmu i młodej państwowości polskiej, mimo to usłuchał prośby oficerów i siadł do fortepianu, który jednak zawiódł oczekiwania i artysty i słuchaczy. Okazał się instrumentem niesfornym i niepodatnym w tym samym stopniu, w jakim niesforny był sejm gdy na jego estradzie pojawiał się Paderewski-premjer. Może już w tym momencie wylęgła się decyzja Korjolana?

Więc na pokładzie H.M.S. „Concord” Paderewski naprzekór chęciom najlepszym nie mógł zagrać. Jakże będzie zwał się ten Okręt Rzeczypospolitej, na którym popłynie do Polski sprzęt podobny do fortepianu? Nie wiem, ale wydaje mi się, że będzie on wyrażał zgodę, harmonję najwyższą, osiągalną tylko w sztuce. Fale
tym razem uspokoją się, grając wielkie „largo” czy „andante maestoso” żałobnego marsza. Ale i w tym marszu, choć żałobnym, tkwić będzie głęboko krzyk jedyny, wypełniający i fortepian podobny do trumny i trumnę podobną do fortepianu, zatem krzyk, który idzie przez całe życie i przez zgon i po zgonie, krzyk „Niech żyje Polska!”

* * * * *

Poza tym krzykiem, w wielkiej twórczości Paderewskiego i w całem jego życiu niema nic innego. Polska i tylko Polska. Powiedzenie Byrona „Muzyka jest dziwną rzeczą” wydaje się nam w pierwszej chwili banalne, i dziwimy się, że Norwid w wierszu „Fortepian Szopena” posłużył się temi właśnie słowami jako mottem. Analizując życie Paderewskiego, zaczynamy lepiej rozumieć owe słowa i sens ich. Muzyka, jeśli idzie o Paderewskiego, jest rzeczą naprawdę dziwną. Za życia i po śmierci. Trudno oprzeć się nam wrażeniu, że trumna zagra, że się rozdzwoni, że zahuczy, że się rozpłacze Szopenem. Ona gra ciągle. Ona jest mu posłuszna nawet teraz. Ona jest w pewnej mierze… koncertowa. Właśnie jak fortepian.

Tak, muzyka w życiu Paderewskiego jest dziwną rzeczą. Był swego czasu jakiś młody centurjon, którego jedynie dla gładkości lic legjoniści rzymscy obwołali cezarem, czy jednak Paderewski jest Paderewskim dzięki muzyce? A może jest nim naprzekór muzyce? Czy muzyka niosła go, czy też mu ciążyła? Czy przypięła mu skrzydła, czy też, przeciwnie, stanowiła balast?

Jules Cambon, przewodniczący Rady Ambasadorów, człowiek, który patrzył zbliska na działalność Paderewskiego w Paryżu podczas konferencji pokojowej, powiedział co następuje: „Nawet gdyby nie był Paderewskim, zdziałałby niezmiernie wiele dzięki swemu talentowi politycznemu”… „Nawet, gdyby nie był!”. Nie wiem, czy wielki poeta, autor „Atali” i „Męczenników”, Chateaubriand, miał wątpliwości na temat, czy jest lepszym poetą czy lepszym ambasadorem Francji, ale podobne wątpliwości nasuwały się Paderewskiemu, który sam o sobie zwykł mawiać: „Nie wiem, czy umiem grać, natomiast wiem, że umiem mówić!”.

Może ten sąd wielkiego artysty o sobie samym był zasadniczą pomyłką, w której zresztą sekundowali mu inni, więc np. wielki również muzyk, Saint-Saëns. Twierdził on o Paderewskim, że „był to genjusz który także grał na fortepianie”. „Także” Saint-Saënsa stanowi przeciwieństwo cambonowskiego „Nawet gdyby nie był Paderewskim”…

Ale on był Paderewskim! Urodził się Paderewskim!

* * * * *

Muzyka otwierała mu naścieżaj wszystkie drzwi, wprowadzała go na dwory monarchów i wielkich tego świata, słała mu się mostem pod nogami. Zdarzało się jednak, że zamykała przed nim drzwi na wszystkie spusty, i otwierać je musiał nie Paderewski-muzyk ale Paderewski-człowiek. Oto jesteśmy w Paryżu w r. 1919. Gdy Clemenceau, ten złośliwy, ponury a wielki Clemenceau, po raz pierwszy ujrzał Paderewskiego, spytał go podstępnie:

– Czy pan jest krewny sławnego pianisty?

– Ja właśnie jestem tym pianistą, panie premjerze! – odrzekł Paderewski.

– I pan, pan, wielki artysta, został premjerem? Ach, jakiż to upadek!

Clemenceau zachichotał, poczem obaj się roześmiali.

Większość aktorów konferencji wersalskiej, protagonistów i pomniejszych, a nawet i statystów, przeniosła się już dawno na łono wieczności. Po ziemskim padole przechadza się ich niewielu. Dajmy im pokój! Pocóż wspominać nazwiska, których nieszczęsną aktualność do kwadratu podnosi chwila obecna? Mówmy raczej o tych, którzy spacerują po polach elizejskich.

Jest tam pomiędzy nimi Clemenceau. Zachował pewnie strój niedbały, swą nieśmiertelną „calotte”, swą laskę a raczej lagę sękatą i swe historyczne, bawełniane rękawiczki. Pewnie i Paderewski zachowa swój niezwykły strój z czasów bardzo „ancien régime”u : czarny długi a wykwintny surdut, biała kamizelka, biały krawat i buciki zapinane, buciki „w szpic”. Gdy obaj spotkają się tam, w górze, Clemenceau, ponury samotnik i odludek pól elizejskich, spyta:

– Ach, to pan jest tym genjalnym pianistą Paderewskim?

– Nie! – będzie brzmiała odpowiedź. – Ja jestem ambsadorem Polski.

Odpowiedź prawdziwa i trafna. Paderewski, choćby nawet chciał, nie mógłby już być niczem innem, niż tylko ambasadorem czy adwokatem Polski. I to adwokatem najlepszym! A list wspólny, podpisany przez Komitet Czterech, więc przez Wilsona, Clemenceau, Orlanda i… Lloyd George’a, słusznie stwierdza: „Niema chyba państwa, które mogłoby pragnąć lepszego adwokata niż on”…

Zatem i w obecnej rozmowie z „tygrysem” Clemenceau, Paderewski nie przestanie być ambasadorem czy adwokatem, nie przestanie mówić o sprawie polskiej. Wyszuka Wilsona, aby punkt trzynasty rozszerzyć o to, co nam przypaść powinno, więc o Prusy Wschodnie. Mówić będzie z właściwym sobie ogniem, z płomieniem w oczach, z uporem, z silą. I może tam, w górze, przeżyją oni wszyscy jeszcze raz moment podpisywania pokoju. Może z wysokości wmiesza się w tę sprawę Clemenceau i zabierze głos, wołając jeszcze bardziej twardo i nieustępliwie, niż w r. 1919, „Faites entrer les Allemands!”

* * * * *

W czasie, gdy Paderewski przeżywał chwile największych trymfów na gruncie Anglji, bawił w Londynie inny Polak. Uciekł właśnie z Rosji, ze szpitala obłąkanych, gdzie przebywał, przytomnym, ach, jak przytomnym, będąc. Zmylił lekarzy, zmylił dozorców, zmylił wreszcie pościg i przedostał się zagranicę, do Anglji.

Paderewski był na ustach wszystkich. Ten drugi krył się w cieniu. Paderewski był na afiszach, w gazetach, ten drugi w kartotece podejrzanych cudzoziemców. Po ulicach Londynu, po całej Anglji krążyła olbrzymia platforma, na której towarzyszyły artyście trzy fortepiany. Ogromny plakat z portretem Paderewskiego dawał znać, do kogo należą skrzynie.

Ten drugi mieszkał współcześnie w ubogim domku dzielnicy White Chapel. Zresztą mieszkał krótko, ponieważ z kraju przyszły wieści o jakiejś wielkiej „wsypie”, o aresztowaniach, o wyrokach śmierci. Wilję, ubogą wilję, spożył w gronie przyjaciół, którzy ze wszystkich sił odradzali mu powrót do Polski jako szaleństwo. Pojechał.

We mgle londyńskiej nie spotkali się nigdy. Zestawianie ich obu, nawet dzisiaj, byłoby próbą skazaną zgóry na niepowodzenie. Obaj byli ludźmi z zupełnie odmiennej gliny, byli gwiazdami odległych konstelacyj. Jeśli powiedzieć można z całą ścisłością, że nie spotkali się we mgle londyńskiej, z jeszcze większą ścisłością stwierdzić należy i to, że drogi ich rozminęły się w słońcu wolnej Polski. Ale właśnie dzisiaj powiedzieć trzeba, że obaj kochali Polskę ponad wszystko inne. Życie ich obu, w inny wprawdzie sposób lecz tak samo, bo po brzegi, wypełniała Polska. Tylko Polska.

Dzisiaj spotkają się tam, dokąd wszystkich niesie statek, na którego żaglach widać słowo „Zgoda”. Albo „Harmonja”. Jest to harmonja z gatunku wiecznych. Słychać tam pieśń, graną przez Mistrza na szklanych harmoniki kręgach. Jest to pieśń godna Boga i Natury. Pieśń tworzenia.

Może to pieśń, podczas której tony harmoniki nie wstrzymują się w pędzie, może ta pieśń, to siła, dzielność? Może ta pieśń, to nieśmiertelność Polski?

Ach, nie dociekajmy dłużej ! Oni to wiedzą lepiej niż my.

* * * * *

Za kilka dni mamy rocznicę Grunwaldu. Trzydzieści jeden lat temu Paderewski przemawiał do stutysięcznego tłumu, który zebrał się pod pomnikiem na pl. Matejki w Krakowie. Pomnika tego, który był darem artysty, niema już od blisko dwóch lat. Rozebrali go Niemcy. Łatwo poszło im prawie z wszystkiemi postaciami, stawiały bowiem niewielki opór. Jagiełło wraz z koniem runął, podobnie jak Witold, podobnie jak dwie boczne grupy, gdy jednakże przystąpiono do rozbiórki części rzeźby od strony ul. Warszawskiej, zatem do figury oracza, zdarzyła się katastrofa. Najpierw motory, które miały ściągnąć tę postać z pomnika, okazały się za słabe. Dodano jeszcze jakąś ciężarówkę. Gruby łańcuch wyprężył się, ale figura nie drgnęła nawet. Jeszcze raz zapuszczono silniki, łańcuch wyprężył się jeszcze bardziej i pękł. Samochody potoczyły się jak szalone i wpadły na domy, rozbijając się o nie.

Jest jakiś wymowny symbol w tem, że właśnie postać oracza, postać chłopa, którego Paderewski chciał mieć i widzieć, na pomniku grunwaldzkim, że właśnie ta postać stawiła najsilniejszy opór.

* * * * *

Kiedyś, w ostatniej już swej drodze, pod nowym pomnikiem grunwaldzkim zatrzyma się korowód żałobny wśród dźwięku dzwonów. Dziwny czarny sprzęt okryty będzie sztandarem biało-czerwonym, tak sutym, tak ogromnym, że spływać będą obie barwy, złączone w jeden znak. I pod tem pokryciem już trudno będzie nam odróżnić, czy ten sprzęt to fortepian podobny do trumny, czy trumna podobna do fortepianu.

Miał Paderewski w życiu swem kwiatów nieprzebrane mnóstwo. Miał wieńce złote, srebrne i laurowe. Miał wstęgi. Piętrzyły się na estradzie wiązanki, bukiety, wieńce niezliczone.

I może właśnie dlatego wieniec na tym dziwnym czarnym sprzęcie, wieniec w dniu pogrzebu mały będzie, skromny a przecież najpiękniejszy ze wszystkich, jakie Paderewski za życia otrzymał.

Będzie to wieniec z niezapominajek.

ZYGMUNT NOWAKOWSKI.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close