ZYGMUNT NOWAKOWSKI

Srul z Detroit, czyli o Żydach nie mów źle!

LISTY Z AMERYKI Z CYKLU „NO PARKING”

Moje kontakty z Ukraińcami były ubogie, z przyczyn jak wewnątrz. Mianowicie jak wewnątrz stosunków polsko-ukraińskich. Ograniczyły się do kilku rozmów, raczej krótkich i raczej nieprzyjemnych dla obu stron. Dialog z pewnym leaderem ukraińskim, d. X., urwał się raptownie i beznadziejnie zarazem, na sprawie… pacyfikacji Małopolski Wschodniej, zatem na sprawie, która nam zaszczytu nie przynosi ale która nie należy do najbardziej aktualnych. Znudzony ciągłemi aluzjami do tej nieszczęsnej pacyfikacji, zacząłem mówić o oblężeniu Lwowa i o haniebnej roli, jaką w niem odegrali Ukraińcy, tudzież o masakrowaniu polskich uchodźców i żołnierzy na drogach, wiodących w stronę granicy rumuńskiej czy też węgierskiej. Widząc, że te szczegóły sprawiają przyjemność memu rozmówcy, rzuciłem garść wiadomości na temat stosunku bolszewików do Ukraińców, wspomniałem zatem o tej pacyfikacji, jaką zrobiła armja czerwona po wsiach ukraińskich, wspomniałem o aresztowaniu wybitnych polityków ukraińskich i o wywiezieniu ich w głąb Rosji, o likwidacji rozmaitych „Masłosojuzów” i t. d. Cytaty i nazwiska zrobiły pewne wrażenie, uzupełniłem je więc innemi jeszcze faktami, na które dane mi było patrzeć własnemi oczami z końcem września i w pierwszej połowie października. Zatem zawieszenie całej prasy ukraińskiej, likwidacja teatru, stosunek do cerkwi, propaganda, idąca bezpośrednio z Kijowa, rozrzucane z samolotów ulotki, które wzywały Żydów i Polaków do walki z… Ukraińcami. Nieomieszkałem dodać, że w pewnej wsi niedaleko Doliny widziałem konie kozackie, umieszczone w cerkiewce, zamienionej na stajnię…

– Tak, pane Nowakiwskij, ale pid Lachami buło hirszyj…

Tu watażka wrócił do pacyfikacji i do kieliszka, a krzywonos jeszcze bardziej mu się zaczerwienił. Chciałem warknąć jak Wyhowski do Chmielnickiego : „Nie będziesz pił więcej gorzałki!”, jednak postawiłem jeszcze jedną kolejkę, pokrywając koszta z funduszu dyspozycyjnego a raczej gadzinowego. Dodajmy, że konwersacja toczyła się przez cały czas w dwóch językach, zatem ja mówiłem po polsku, on po ukraińsku. Dla ułatwienia.

Od początku było mi wiadomo, że choć jest niby leaderem, przecież nie reprezentuje de facto żadnego większego odłamu Ukraińców amerykańskich, jak było mi wiadomo dokładnie, że jest tych odłamów trzy albo nawet zgoła pięć, że kłócą się zapamiętale i że może, może dojdzie miedzy nimi do zgody ale dopiero na kongresie, który ma się odbyć z wiosną w Pittsburghu czy w Waszyngtonie. Rozmowa była a priori beznadziejna a poniesione w związku z nią wydatki powinna mi zakwestjonować Najwyższa Izba Kontroli.

Polonja żyje w idealnej zgodzie i harmonji w porównaniu ze stosunkami, jakie panują pośród Ukraińców. W rzeczach zasadniczych niema różnic między t. zw. Wschodem a Zachodem, więc między polskim Nowym Jorkiem a polskiem Chicago, jak w tych rzeczach niema różnic między polonją amerykańską a naszym rządem. Cokolwiekby się dało powiedzieć, wszyscy bez różnicy wiemy, że Polska będzie, i mniej więcej wiemy jaka być powinna, podczas gdy Ukraińcy błądzą poomacku, żrąc się i zwalczając nawzajem. Ich program wisi w powietrzu a jedyną jego podstawą jest negacja w stosunku do Polski. To ich łączy i cementuje, pamięć zaś niewątpliwych krzywd, popełnianych przez nieszczęsną polską politykę mniejszościową, jest bardzo a bardzo żywa.

Trudno z nimi gadać, a zresztą, choćby człowiek dogadał się wkońcu z jednym, drugi wyprze się pierwszego, twierdząc że ten pierwszy działał i mówił wyłącznie w swojem wlasnem imieniu. Kiedy więc mój gość wrócił po raz setny do pacyfikacji i do blizn, jakie rzekomo każdy chłop ukraiński ma na plecach, spoważniałem nagle i rzekłem stylem samego Jaremy:

– Polska była, naprzekór klęsce jest i mimo klęski będzie. Was nie było, was niema i niewiadomo, czy będziecie. Jeśli zaś sądzicie, że będziecie naprzekór nam, jesteście w grubym błędzie! Płacić!

Rzecz miała miejsce w polskiej restauracji przy ul. 57-ej. Nie widziałem już nigdy więcej dr. X. Nie zaprosił mnie do restauracji ukraińskiej, może dlatego, że i on uznał rozmowę za bezcelową a może dlatego, że restauracji ukraińskiej niema w Nowym Jorku. Nasza jest, ponieważ Polaków jest w Ameryce około pięć miljonów, ich około miljon. Oni mają około pięciu odłamów politycznych, my mniej. Stosunek w tym wypadku jest na naszą korzyść, choć stosunek ten pogorszy się, jeśli uwzględnimy np. odcinek szkolny, ponieważ jak już wspomniałem, oni uczęszczają na uniwersytety, my nie. Co ważniejsze, oni pisząc adres do Roosevelta, piszą otwarcie o Ukrainie, inne zaś nacje wstydziłyby się w tym wypadku wymienienia nazwy swego państwa.

Lojalnie stwierdzam, że dowcipami i to średniej wartości, nie da się rozwiązać tego zagadnienia. Pozatem lojalnie stwierdzam, że pewni Ukraińcy chcieli ze mną mówić, równocześnie stroniąc od rozmów z kimś innym. Dodaję, że ze mną chcieli mówić także i socjaliści czy nawet, nawet zaawansowani komuniści, oraz że ja nie stroniłem od tych rozmów, jak nie stroniłem np. od wyznawców kościoła narodowego. Mimo wszystko rozmowy nie urwały się po zapłaceniu rachunku w restauracji polskiej, przeciwnie, mogę powiedzieć, że nie było miasta, w któremby jakiś Ukrainiec nie załgał się i nie złożył mi wizyty privatissime w hotelu pod pozorem, że pragnie dowiedzieć się, czy taka lub inna ulica we Lwowie nie uległa zniszczeniu, ponieważ właśnie przy tej ulicy mieszkają jego krewni… Mówiłem co wiedziałem, ale w pewnym punkcie kończyła się moja wiedza. To źle! Mimo wszystko, nawet teraz jeszcze, dzięki naszemu aparatowi, wiemy o wiele więcej na temat stosunków pod okupacją sowiecką niż wiedzą Ukraińcy, ergo moglibyśmy informować ich, dostarczać im jakichś biuletynów, utrzymywać z nimi bodaj bierny kontakt, polegający wyłącznie na zastrzykach wiadomości, niestety, nasza propaganda ugoruje w dalszym ciągu, jeśli idzie o Amerykę.

Niechże tej propagandzie ziemia lekka będzie! Amen! Przechodzę do Srula z Detroit i do wszystkich Srulów, z którymi zetknąłem się w Ameryce. I hurtownie i w detalu wszystkie te rozmowy toczyły się w atmosferze noweli Szymańskiego.

Pójdę dalej i powiem, że oni kochają kraj nasz a mówią o nim i o jego nieszczęściu, płacząc łzami, które prawie jak dwie krople wody słonej, podobne są do naszych własnych łez. Pomnę, kiedyś słyszałem wiersz pisany w żargonie, którego treścią była jakby spowiedź Żyda, miljonera amerykańskiego. Mówił on, że zna wszystkie cuda całego świata, że jest bogaty, że podróżował wiele, a przecież : „Ich mechte boden in de Waiksel (Wisła), mechte mit de cerkaleczene Fis durch di Marszałkowska szpaciren”…

Może to manjactwo, ale oni, zupełnie tak jak my, skłonni są utrzymywać, że żaden chleb nie jest tak dobry jak polski i żadna woda tak czysta jak nasza. Cokolwiek widzą na świecie szerokim, cokolwiek kupują, twierdzą, że jest to ostatnia tandeta w porównaniu z najlichszym towarem polskim… Są szowinistami polskimi w tym samym stopniu co my. Może w tem właśnie należy dopatrywać się tragicznego wątku? Może to przekleństwo, które prześladuje i nas i Żydów?

Przed dziesięciu laty, zwiedzając Ziemię Świętą, zawadziłem o kolonję Żydów polskich pod Tel-Awiwem. Pięknie tam było, słonecznie, zielono od palm, złoto od pomarańcz, któryś kolonista, Żyd spod Łodzi, nazwiskiem Graniewicz, powiada mi,że przecież w Polsce jest ładniej… Trzy miesiące temu rozmawiałem na statku z przewodniczącym gminy żydowskiej w Jerozolimie, p. Szyją Farbsteinem, który opuścił Polskę dawno i już nigdy nie wróci do niej. Gdy mówiliśmy o kraju, płakał. Powtarzam, że nie wróci nigdy do Polski, że niema już tam ani rodziny ani majątku ani interesów, czyli że płakał… bezinteresownie. Czy można mu zabronić?

Przyszedł do mnie w Montrealu pewien dziennikarz żargonowy, nazwiskiem Pietruszka (to pierwotne nazwisko znanego kompozytora Wieniawskiego), i prosił o wywiad. Widząc, że jestem chory i zmęczony, dał za wygraną i zamiast pytać, sam począł mówić. Naturalnie, o Polsce. O czemże innem? Manjak! Warjat! Tęskni i rady dać sobie nie może a „Pana Tadeusza” umie napamięć, mnie nawet w kozi róg zapędzając. Recytował bez końca wiersz za wierszem. Czy można mu zabronić?

– A moja córka, co wieczór siada do fortepianu i gra „Pierwszą Brygadę”… Potem inne pieśni… Niema takich pieśni na świecie jak polskie…

Napewno niema! Pietruszka miał rację! Ale Pietruszka z całą swoją tęsknotą do Polski jest okazem tragicznym, i jego problemu nie da się rozstrzygnąć ani przez utworzenie ghetta w uniwersytetach polskich ani zapomocą np. kastetów. Gdy rozmawiałem z rabinem L. w Chicago na temat zbyt wielkiego procentu Żydów w Polsce, przerwał mi, mówiąc:

– Oj, niech pan w rozmowach z Żydami nie wspomina nigdy, że w Polsce jest za dużo Żydów! Niech pan mówi, że jest za dużo… ludzi wogóle, a Żydzi domyśla się już, o kim mowa…

No, a jeżeli się nie domyślą ? Zagadnienie emigracji…

Oj, niech pan nigdy nie mówi. że Żydzi powinni emigrować z Polski! Niech pan mówi, że powinni emigrować… ludzie wogóle, a Żydzi się domyślą, o kim mowa… Przecież i tak np. do Ameryki może teraz wyemigrować tylko ktoś, kto tu ma rodzinę, która da mu gwarancję utrzymania… A kto może dać gwarancję utrzymania? Żydzi! Tylko z nimi trzeba gadać ostrożnie…

Uczył mnie długo, jak mam mówić z Żydami, poczem na zakończenie rozmowy dodał, że rabinat w Ameryce jest wcale niezłym businessem (nb. wszyscy Żydzi, z którymi rozmawiałem, bardzo narzekają na interesowność i na zmaterializowanie rabinów) i że np. on sam ma już odłożonych piętnaście tysięcy dolarów…

– To o niczem innem nie myślę, tylko żeby wrócić do Żółkwi… Co mi Chicago! Co mi Nowy Jork! Co mi cała Ameryka! Żółkiew to mała dziura ale…

I gadajże z takim! Powiada, że Żydzi sami się domyślą, ale równocześnie pragnie wrócić do śmierdzącej Żółkwi!… Hm, napisałem „śmierdzącej”, i nagle coś mnie ukłuło w samo serce, przyszło mi bowiem na myśl, że i ja pragnąłbym znaleźć się teraz choćby w tejże Żółkwi i że mimo wszystko pachniałaby mi bardziej niż wszystkie kwiaty Regent’s Parku. Och, ileżby człowiek dał za to żeby się dostać tam właśnie!

Wspomniałem o gheccie uniwersyteckiem, o którem wspomniał także w rozmowie ze mną pewien Żyd, który odwiedził mnie w Winnipeg razem z jakimś rabinem. Gdy tylko padły słowa na temat osobnych ławek, rabin uderzył ławką w stół i krzyknął do swego towarzysza:

Niech pan nie mówi o głupstwach, o drobiazgach! Ghetto uniwersyteckie!? Czy pan nie widzi, że Polska to ważniejsza rzecz niż ghetto!?

Właściwie tacy są wszyscy bez wyjątku, i w rozmowach z nimi nigdy, przenigdy nie doznałem najmniejszej przykrości, których to przykrości w najbardziej gorzkim gatunku nie szczędzą rodowici Polacy przybyszowi, ucząc go, pouczając i traktując jak analfabetę. Oni wszystko wiedzą lepiej, oni przenigdy nie doprowadziliby do katastrofy! Gdybyśmy słuchali ich, i tylko ich, nie doszłoby do klęski! Oni pobiliby Niemców na głowę! My tego nie potrafiliśmy! A to było takie łatwe…

Pod pewnym względem zachodzi analogja między Polakami amerykańskimi a Żydami polskimi w Ameryce, ponieważ i jedni i drudzy nie są zadowoleni ze składu osobowego misyj, wysyłanych do Ameryki. Gdy w mojej obecności krytykowano bardzo ostro obu moich kolegów, dałem wyraz przekonaniu, że gdy tylko zamkną się drzwi za mną, wtedy krytyka nie oszczędzi również mnie. Napewno padną słowa: „Po djabła ciężkiego przyjeżdża tu ten Nowakowski?!”.

Rodacy zaprotestowali przez grzeczność, ale ja nie uwierzyłem tak łatwo i spytałem, kto powinien przyjechać, aby wzbudzić stuprocentowe zaufanie, ewentualnie nawet entuzjazm.

Po namyśle padła odpowiedź że jest Polak, który jako bohaterski obrońca Warszawy zdobyłby serca bez wyjątku całej polonji, mianowicie prezydent Starzyński. Odpowiedziałem, że jest to sprawa trudna, ogromnie trudna. Starzyński albo siedzi w więzieniu albo nie żyje. Pozatem, jeśliby nawet mógł przyjechać, kto zagwarantuje, że ofiarność polonji, wyrażająca się w cyfrze niespełna siedmiu centów na głowę (w biednej Kanadzie ofiarność sięga czterdziestu kilku centów na głowę), otóż, kto przyjmie gwarancję za to, że ta ofiarność skoczy gwałtownie dogóry i wyrazi się w cyfrze np…. ośmiu czy dziewięciu centów ?… Zapanowało głuche i żenujące milczenie, poczem przeszliśmy na inne tematy.

Podobnie stawiają sprawę i Żydzi. Pewien rabin oświadczył mi, że jest tylko jeden Polak, którego nazwisko mogłoby zelektryzować wszystkich Żydów amerykańskich i pobudzić ich do aktywnej pracy dla sprawy Polski, mianowicie, prof. Stanisław Kulczyński, rektor Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie… Nikt inny! Polacy chcą Starzyńskiego. Żydzi – Kulczyńskiego, a tymczasem ani ten ani tamten, niestety, przyjechać do Ameryki nie może…

Pytam na wszelki wypadek, czy Żydzi amerykańscy chętnie będą widzieli przyjazd członka Rady Narodowej, dr. Schwarzbarta, na co rabin krzywi się odrobinę (inni bardzo pozytywnie odnieśli się do tego projektu), mówiąc że dr. Schwarzbart należy do syjonistów, podczas gdy np. on, rabin L. jest ortodoksem, czyli z syjonistami żyje na niezbyt dobrej stopie…

– Wynika stąd, że osobno powinien przyjechać ktoś do syjonistów, osobno do ortodoksów, osobno zaś do innych ugrupowań? A może lepiej żeby nikt nie przyjeżdżał?

– No, taki przyjazd nie zaszkodzi, ale…

Oni tak samo nie chcą żadnych „misyj”, jak nie chcą ich Polacy. Nadto, wydaje mi się, że twierdzenie o jednolitości frontu żydowskiego byłoby grubo przesadne. Gdy Żydzi amerykańscy domagali się od rządu w Angers jakiejś deklaracji na temat stosunków mniejszościowych w przyszłej Polsce, równocześnie Żabotyński gorąco odradzał wydawanie takiejże deklaracji. Gdy prezes „American Jewish Congress” Wize zwrócił się do mnie za pośrednictwem redakcji „The Day”, prosząc abym zawiadomił nasz rząd, że chce przyjechać do Angers wraz z deputacją, reprezentującą cale społeczeństwo żydowskie w Ameryce, ucieszyłem się bardzo. Uciecha moja trwała krótko, ponieważ już na drugi dzień z innych sfer żydowskich doniesiono mi, że tenże prezes i tenże kongres nie reprezentują „całej” opinji, równocześnie zaś Żydzi polscy we Francji oświadczyli się przeciwko przyjmowaniu tej delegacji przez nasz rząd…

Mimo wszystko żałuję, że taka delegacja nie przyjechała do Angers. Reprezentują oni siłę poważną, z którą trzeba się liczyć na gruncie amerykańskim. Jest to siła nastawiona dodatnio, bynajmniej nie wrogo w stosunku do nas. Można z nimi dogadać się, można porozumieć się nawet w sprawach tak dla nich drażliwych, jak np. kwestja emigracji. W każdym razie nie wolno ich traktować per non sunt.

Naprzekór pozorom, nasza propaganda jest oparta tylko na jednej półkuli. Na szerokiej, ale zato na jednej. A wydawałoby się, że ma dwie.

ZYGMUNT NOWAKOWSKI.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close