ADAM LISIEWICZ

Starzyński po kapitulacji*

Wojska niemieckie wchodziły do Warszawy przez trzy dni, bez parady. Miasto podzielono na trzy strefy, zajmowane kolejno od południa. W pierwszym dniu wojska zajęły strefę południową, t.j. Czerniaków, Mokotów, Ochotę, dochodząc posterunkami do al. Jerozolimskich, w drugim – Wolę i środek miasta po dworzec gdański, w trzecim – resztę. Wojska te (10-a dywizja bawarska) wchodziły w pełnem uzbrojeniu, z osłonami i strażami, jak gdyby walka nie była ukończona: na wszystkich placach i skrzyżowaniach ustawiono posterunki; po ulicach krążyły patrole. Niemcy czuli się niepewnie wśród zgliszczów i ruin.

Jednym z warunków kapitulacji było usunięcie barykad, i miasto się do tego zobowiązało. Prezydent Starzyński od chwili powrotu z Okęcia z rokowań z gen. von Blaskowitzem, zabrał się do pracy nad przywróceniem miastu normalnego wyglądu i życia, zaczynając od dróg i barykad. Jego armją byli pracownicy miejscy, karni i solidarni, i ich rękom zawdzięczała Warszawa szybki powrót do lepszego wyglądu.

W ciągu kilku godzin objechał Starzyński wszystkie ważniejsze objekty i miejsca najbardziej zniszczone. Systematycznie, z raz powziętym planem i właściwą sobie energją i zawziętością, puszczał w ruch wszystkie działy gospodarki miejskiej. Wszędzie trzeba było dotrzeć piochotą i zewsząd zbierać meldunki. Starzyński zorganizował swoich kurjerów i swoją pocztę: tramwajarzy warszawskich.

Odtąd przez cały czas urzędowania Starzyńskiego, wytężona praca wrzała codziennie we wszystkich komórkach zarządu miejskiego.

Po usunięciu gruzów z głównych arteryj trzeba było pomyśleć o komunikacji. Początkowo dało się uruchomić dwie linje autobusowe, jednak spowodu braku benzyny zostały szybko zamknięte. Trzeba było za wszelką cenę uruchomić tramwaje, i do tego zabrała się dyrekcja z całą energją. Największą trudność stanowiła naprawa pozrywanych i poszarpanych w kawałki przewodów; których zapasów nie było. Uruchamiano linje częściowo i przedłużano je co parę dni dalej. Zaczęło się od „trójki”, od pl. Zbawiciela do Królewskiej, następnie przedłużono ją do pl. Krasińskich i pl. Unji, potem uruchomiono linję na Wolską i Żoliborz. Naturalnie, tramwaje były stale przepełnione, i tylko na pierwszej stacji można się było do nich dostać.

Potem przyszedł czas na światło, rozprowadzane równocześnie z wodą, najpierw w śródmieściu, codzień o kilka ulic dalej, wreszcie na gaz, tak że wnet po 1 listopada, z wyjątkiem kilku odcinków, światło, gaz i woda dochodziły wszędzie. Prawdziwy to tryumf energji wszystkich działów służby miejskiej, a przedewszystkiem Starzyńskiego.

Trudności powiększało stanowisko władz okupacyjnych, które żądały pierwszeństwa dla swoich celów; a więc światła i wody dla tych dzielnic, gdzie były koszary, z pominięciem planowego przeprowadzania prac. Tak samo zażądano uruchomienia tramwajów przedewszystkiem na linji potrzebnej dla wojska. Z tych samych względów zamknięto na stałe most Poniatowskiego dla ludności cywilnej. Powtarzały się ciągłe groźby, iż Niemcy nie dopuszczą do „sabotażu”, przyczem stawiano ciągłe terminy 24 lub 48 godzin, których niedotrzymanie wskazywałoby na „niski poziom polskiego samorządu”.

Bezpośrednio po wejściu wojsk niemieckich najwyższą władzą był komendant 10-ej dywizji bawarskiej, okupującej Warszawę; jego biura umieściły się w dawnej komendzie miasta, sama zaś komenda dywizji ulokowała się przy ul. Mazowieckiej 11, więc w bezpośredniem sąsiedztwie.

Ale skoro tylko generał wydał pierwsze zarządzenia, zjawiła się i władza cywilna: „komisarz Rzeszy na Warszawę”, dr. Otto, burmistrz Düsseldorfu. Starzyński z całą kurtuazją wyznaczył mu na mieszkanie pałac Blanka, mało zniszczony i szybko odrestaurowany. Dr. Otto był to człowiek starszy, o stosunkowo gładkich manierach, który po pierwszych tygodniach sztywności zaczął rozumieć po francusku. Rola jego i uprawnienia nie były ustalone żadnym dekretem, wiadomo było jedynie, że na terenie Warszawy jest najwyższą władzą cywilną i że podlega… Łodzi. Mianowicie zarząd cywilny „okupowanych obszarów” znajdował się w Łodzi. Było to o tyle zrozumiałe, że Łódź została zajęta wcześniej niż Warszawa i że nie była wcale zniszczona.

Starzyński odbywał codzień konferencje z generałem komenderującym (towarzyszył mu zwykle dyr. Lorenc z Muzeum Narodowego) i z komisarzem Rzeszy. Stawiali oni wciąż jakieś żądania porządkowe i organizacyjne lub wydawali coraz to nowe zarządzenia, i trzeba było z nimi wykonanie uzgodnić i wytłumaczyć niemożność przeprowadzenia pewnych spraw. Najczęściej żądania ich miały formę: „Nakazuję w ciągu 24 godzin wykonać…” lub …„dostarczyć”.

Bardzo trudno było o decyzję władz niemieckich w sprawach wychodzących poza szablon. Odkładano zaraz sprawę do uzgodnienia z władzami wojskowemi czy z Berlinem, lub powoływano się na brak zgody zarządu cywilnego w Łodzi, który zresztą bardzo szybko przestał być władzą zwierzchnią, na rzecz Krakowa.

Zarządzenia dr. Otto były raczej negatywne: nie wolno bez jego wiedzy mianować i zwalniać urzędników, nie wolno czynić żadnych wydatków, nie wolno… i t.d.

Ogromną przeszkodę stanowiła niemożność porozumienia się. Na tle nieznajomości języka powstawały zatargi i konflikty. Aby to uregulować, Starzyński polecił mi zorganizować biuro do pośredniczenia z władzami niemieckimi, do przekładu tekstów zarządzeń i t.d. Biuro to zebrałem przeważnie spośród urzędników ministerstwa spraw zagranicznych, znających dobrze niemiecką terminologję administracyjną. Pracowało ono dzień i noc bez przerwy, tłumacząc codzień dziesiątki pism, następnie zaś „Dziennik Zarządzeń” z tekstem polskim i niemieckim, potem niemieckim i polskim (tekst polski po kilku miesiącach wyrugowano zupełnie).

Oczywiście, zmorą zarządu miasta stały się sprawy kwaterunku wojska i pomieszczenia urzędników niemieckich. Już w październiku zaczęto usuwać mieszkańców al. Szucha, ul. Litewskiej i sąsiednich dla stworzenia bloku domów Gestapo. Chcieli być razem i bali się samotności!

Około 10 października przybył do Warszawy szef zarządu cywilnego z Łodzi von Craushaar, a zaraz po nim szef „dystryktu warszawskiego” Fischer (zamieszkał w pałacu Brühlowskim).

Odbyła się na ratuszu całodniowa konferencja, poświęcona „odbudowie Warszawy”. Ze strony niemieckiej wzięli w niej udział: von Craushaar, dr. Otto, dr. Sauberzweig (członek zarządu m. Berlina, bardzo wpływowa osobistość) i przedstawiciel komendy miasta; ze strony polskiej – prezydent Starzyński, wiceprezydent Pohoski, trzej dyrektorzy służb miejskich i ja.

Przewodniczył von Craushaar, który nie wahał się w dyskusji używać języka francuskiego i szedł na przyjęcie wniosków Starzyńskiego, tak iż mieliśmy nadzieję na duże możliwości odbudowy miasta. Konferencja miała za zadanie ustalenie porządku prac na terenie miasta, by przywrócić normalne życie, i nakreśliła plan odbudowy dróg, usunięcia zniszczeń, przywrócenia komunikacji i urządzeń miejskich, a dalej plany aprowizacji do wiosny i gospodarkę finansową.

Ze strony niemieckiej nacisk szedł w kierunku usunięcia zniszczeń ze względu na bezpieczeństwo, i w tym kierunku okupanci nie szczędzili zapewnień daleko idącej pomocy. Pozatem interesowali się zarządzeniami sanitarnemi, lękając się epidemji.

Ciężar planów spoczywał na barkach Starzyńskiego, który w każdej z omawianych spraw miał przygotowane projekty, obliczenia i terminy. Jego orjentacja w tych sprawach była zdumiewająca; wszystkie projekty wytrzymały krytykę i uznane zostały za słuszne. Kładł nacisk na sprawy aprowizacji w trosce o szerokie masy ludności i na uregulowanie spraw finansowych gminy i zaraz podniósł żądanie, by odbudowa odbywała się w myśl planów regulacyjnych rozbudowy miasta, jak również by budynki użyteczności publicznej miały w odbudowie bezwzględne pierszeństwo.

Nikt z nas nie przypuszczał wówczas, że zarząd cywilny za kilka dni przestanie istnieć, a sprawy warszawskie przejdą do „Gouvernement” w Krakowie, oraz że osoby odgrywające dziś rolę zasadniczną, zniką w najbliższym czasie jak efemerydy, a z planów odbudowy zrodzi się dalsze niszczenie lub bezplanowe łatanie dziur.

W dwa tygodnie po objęciu urzędowania przez dr. Otto zjawił się inny przedstawiciel władz niemieckich dr. Dengel, burmistrz Würzburga, mianowany zastępcą dr. Otto z tytułem „kommissarischer Bürgermeister”. Urzędnicy niemieccy szeptali, iż dr. Dengel ma o wiele większe wpływy w partji niż dr. Otto i że jest jego kontrolerem i aniołem-stróżem. Typowy Bawar, dowcipny a zarazem szorstki, usiłował dodać sobie autorytetu przez ostre stawianie wszelkich kwestyj i hałaśliwe podnoszenie głosu, gdy był z czegoś niezadowolony. Zajął mieszkanie ministra Zaleskiego w al. Ujazdowskich i bardzo je sobie chwalił, uznał jednak wkrótce, że jest ono za małe, i żądał zarekwirowania znajdującego się obok mieszkania posła litewskiego. Nie mogłem mu wytłumaczyć, że mieszkania posłów krajów neutralnych muszą być uszanowane przez władze okupacyjne.

Starzyński miał z nim wiele trudności, gdyż usiłował on w szybkiem tempie poznać wszystkie tajniki gospodarki i przez różne niepotrzebne zarządzenia udowodnić nam, iż zna się na samorządzie. Nie mówił żadnym językiem, poza niemieckim, a Starzyński musiał stale rozmawiać z nim przez tłumacza. Zresztą, jak większość urzędników okupacyjnych, wietrzył wszędzie sabotaż, i trudno było mu coś wytłumaczyć. Odwiedzał wszystkie biura magistratu, poznawał urzędników i t.d. Rolę jego zrozumieliśmy dopiero później, mianowicie wtedy gdy w dwa dni po aresztowaniu Starzyńskiego dr. Otto wezwany został „służbowo” do Berlina i z podróży tej nie wrócił, a na czele miasta stanął dr. Dengel, już jako ostateczny przedstawiciel władz okupacyjnych, by długi czas rządzić w Warszawie.

W kilka dni po Denglu zjawiła się nowa władza: „prezydent policji na m. Warszawę” płk. von Classen. Zaczął od wydawania zarządzeń, które miał wykonywać Starzyński i magistrat. Zdziwił się, iż zarządzenia jego były sprzeczne z zarządzeniami generała komenderującego i komisarza Rzeszy. Nie mogąc dojść do ładu ze wszystkiemi zarządzeniami niemieckiemi, prosił Starzyńskiego, a nie żadną władzę niemiecką, o zebranie ich i dostarczenie dla uzgodnienia, co właściwie obowiązuje w Warszawie. Starzyński w ciągu 24 godzin potrafił to wykonać. Do konferencyj i uzgodnień przybyła nowa władza, którą trzeba było obsłużyć.

Po pierwszym okresie, w którym chodziło o usunięcie zniszczeń i uruchomienie służb, należało pomyśleć o przyszłości. Znów w szeregu projektów inicjatywa wychodzi od Starzyńskiego. A więc za jego namową zaczyna działać monopol tytoniowy, który uruchamia na Pradze fabrykę papierosów i w szybkim czasie dostarcza ludności papierosów i tytoniu. Z jego inicjatywy dochodzi do konferencji „skarbowej”. Starzyński przedstawia tu trudności finansowe i ciężary, które spadły na miasto a które powinny obciążać skarb. Starzyński składa do władz okupacyjnych memorjał w sprawie środków na odbudowę zniszczonych wodociągów, gazowni i elektrowni, odbywa konferencje ze wszystkimi referentami budżetowymi tych działów i ustala sumę 45 miljonów zł jako niezbędną do dn. 1 kwietnia 1940 r. na odbudowę urządzeń miejskich.

Sytuacja finansowa miasta była fatalna. Światło, gaz, tramwaje nie przynosiły przez pewien okres żadnych dochodów, a koszta były ponad normę. Podatki wobec zastoju gospodarczego stały pod znakiem zapytania. Przybyły nowe działy wydatków, jak opieka społeczna, kwaterunek, rodziny rezerwistów i inne działy, dawniej państwowe, a nadto trzeba było myśleć o dożywianiu bezdomnych i bezrobotnych podczas ciężkich miesięcy zimowych.

Równocześnie gotówka odpływała z miasta na wieś za żywność. Kredytów, nawet na odbudowę, nikt nie dawał, i nie było na nie nadziei, chyba przy pomocy banków niemieckich.

Starzyński pragnął jak najintensywniej odbudowywać uszkodzone domy i stworzyć plan zajęcia dla bezrobotnych w miesiącach zimowych. Na to wszystko trzeba było nie tylko zezwolenia okupanta lecz i środków.

Starzyński chce zaradzić brakowi gotówki przez emisję „pieniądza miejskiego”, opartego na majątku gminy, i żąda zezwolenia władz okupacyjnych na taką emisję. Wierzy że ludność go poprze i że pieniądz miejski znajdzie pełne zaufanie. Na memorjał ten władze okupacyjne nie dały odpowiedzi, zasłaniając się koniecznością uzyskania zgody Berlina, lecz zaskoczyła je trafność projektu i wiara w jego powodzenie.

Gdy zarząd cywilny obiecał Starzyńskiemu, iż zwróci miastu należności, zaksięgowane jako dług skarbu, z wpływów podatkowych najbliższego miesiąca, jeśli wpłyną w dostatecznej wysokości, a wpływy były słabe, Starzyński wezwał ludność do szybkiego wpłacenia jednorazowo większych sum, motywując to potrzebami miasta. Pieniądze zaczęły gwałtownie wpływać. Niemcy byli tem zdumieni i dali swemu zdumieniu wyraz na jednej z konferencyj, w której brałem udział, ale zrozumieli jak daleko sięga autorytet Starzyńskiego.

Prezydent Warszawy pamiętał też i o innych kłopotach ludności: opracował projekt moratorjum półrocznego dla wszystkich zobowiązań (zapomniał o tej sprawie, niestety, rząd przed opuszczeniem Polski z wielką krzywdą dla ludności) i projekt obniżenia komornego.

Oba te projekty zostały przyjęte przez władze okupacyjne życzliwie, lecz nie doczekały się nigdy wprowadzenia w życie.

Jeżeli uświadomimy sobie, że wszystko to działo się w tak krótkim czasie (dn. 27 października Starzyński został aresztowany), każdemu musi zaimponować rozmiar i zakres działań oraz inicjatywy tego jednego człowieka.

Jedną z trosk Starzyńskiego stanowiła aprowizacja Warszawy w miesiącach zimowych. Wobec rekwizycyj niemieckich nie można było liczyć na swobodny zakup zboża i kartofli na obszarze Polski, nie mówiąc o trudnościach transportowych. Bezpośrednio przed aresztowaniem rozmawiał ze mną Starzyński o zwróceniu się do Stanów Zjednoczonych, by dożywiały Polskę, jak niegdyś misja Hoovera dożywiała Belgję. Już po aresztowaniu Starzyńskiego, pamiętając o jego nadziejach, byłem kilkakrotnie w ambasadzie Stanów Zjednoczonych, gdzie urzędował przybyły w październiku nowy konsul generalny, i przedstawiałem sprawy pomocy dla Polski w wyżywieniu i środkach lekarskich, jednak konsul nie zgodził się na przesłanie memorjału w tej sprawie, wymawiając się neutralnością. Obiecał natomiast, iż fatalną sytuację żywnościową przedstawi swoim władzom od siebie.

Już w pierwszych dniach października nastąpiły aresztowania w Warszawie. Setki „gestapowców” rozjechały się nagle po mieście w poszukiwaniu ofiar. Mieli w swych rękach listę kilkuset osób, wydrukowaną starannie i bez błędów, i na podstawie tej listy dokonywali aresztowań. Jednak ilość osób aresztowanych wówczas była znacznie większa, niż ilość osób na liście. Uzupełniono ją wielu księżmi i nauczycielami, umieszczając ich w więzieniu na Rakowieckiej.

Starzyński z całą ofiarnością i wielką godnością rozpoczął interwenjować w ich obronie. Jeździł do generała i jego zastępcy, do komisarza Rzeszy, poruszał jego wszystkich pomocników, ale odpowiedź była jedna: „to Gestapo”, nieuchwytna instytucja, która nikomu nie podlega a przed którą drżą nawet najwyżsi dygnitarze. Zwolnienie następowało bardzo powoli, wszystkich nie udało się zwolnić.

Na ulicach miasta pojawiły się następnie drukowane ogłoszenia w języku niemieckim i polskim o rozstrzelaniu wielu osób za „posiadanie przez nie broni”. Prawie codziennie kilka lub kilkanaście nazwisk. Potem znalazły się i inne motywy rozstrzeliwania, jak „sabotaż”, „opór władzy”, „niszczenie dobra państwowego”, aż do chwili, kiedy wobec rozmiaru terroru uznano za stosowne wogóle żadnych list nie ogłaszać.

Ludność Warszawy wierzyła w ostateczne zwycięstwo Polski. Ale świadomość, że niepodległa Polska skończyła się chwilowo, była tragiczna a zewnętrzne warunki czyniły tę świadomość jeszcze bardziej ciężką. Zniknął nagle rząd polski, na miejscu pięknych gmachów zostały gruzy i popioły, ludzie pracy byli pozbawieni chleba i zarobku, zapanowała nędza, a wśród togo panoszyli się okrutni i szyderczy najeźdźcy.

Jedyną ostoją był ratusz, gdzie trwał dobrze miastu znany prezydent, i tam do niego szła nędza i krzywda na skargę i po poradę. Do tego ostatniego symbolu polskiej władzy szli ludzie ze swemi sprawami i kłopotami, prosząc o pomoc, o wysłanie urzędnika do rozmowy z Niemcem, o zwolnienie mieszkania, o zasiłek, o lekarza, o mleko dla dzieci i inne rzeczy, fantastyczne może, na które nikt rady znaleźć nie mógł.

Magistrat był od rana zapełniony setkami tych ludzi a choć niewiele mógł zrobić – okazywał dobrą wolę i był sercem Warszawy. Niemcy nie mogli do tego dopuścić i musieli ten polski ratusz zniszczyć, zamienić go na obcy, niemiecki urząd. Tak nakazywała logika.

Dn. 27 października około godz. 10 rano Starzyński wezwany został na konferencję do płk. von Classena, prezydenta policji (konferencje takie odbywały się przedtem kilkakrotnie) i przed godz. 11 wyjechał. Konferencje nie trwały zwykle długo; wszyscy Niemcy pilnowali, by kończyć pracę przed godz. 1 i nie przeszkadzać sobie w obiedzie.

Tymczasem minęła godz. 1, minęła godz. 2, a Starzyński nie wracał. Popołudniu było już rzeczą jasną iż nie szło o konferencję, a zaraz potem dowiedzieliśmy się poufnie od jednego z urzędników że przyszła wiadomość iż dr. Otto został mianowany prezydentem Warszawy. Miasto jeszcze przez kilka dni o aresztowaniu Starzyńskiego nie wiedziało.

– Będę wykonywał wszystkie rozkazy, dopóki mnie nie zamkną, ale odbuduję miasto – mawiał do nas Starzyński i niezachwianie wierzył w Warszawę i w jej możliwości.

Nie wiedział wówczas, że ci, co przyszli do Warszawy, nie mają nic wspólnego z tymi, którzy budowali Weimar, Norymbergę czy Drezno, że chcieli jedynie niszczyć i burzyć.

Ostatnie dni października i pierwsze listopada, to chwila oddechu fizycznego: cieplej w mieszkaniach, światło na ulicy i w domu, wody poddostatkiem, ciepła kąpiel i kuchnia gazowa, poprawa w komunikacji i w dowozie żywności.

Wiedzieliśmy już od powracających do Warszawy o obronie Helu, o walkach pod Kockiem, o zwycięstwie gen. Sosnkowskiego pod Gródkiem Jagiellońskim (jakże trzeba nam było choć jednego zwycięstwa!), słowem, o tem iż Polska wszędzie stawiała zacięty opór przewadze wroga. A przedewszystkiem wiedzieliśmy o powstaniu we Francji legalnego rządu gen. Sikorskiego, o jego decyzji tworzenia nowej armji na obczyźnie, zrozumieliśmy że z katastrofy dał się ocalić trzon pełnej organizacji państwa, że jest tylko kwestją czasu kiedy nastąpi powrót suwerennych władz polskich do Kraju.

Ale po kilku dniach tego „lepszego życia” przyszła fala terroru. Aresztowanie przed 11 listopada przeszło 500 zakładników, wywiezienie do Niemiec przeszło 1000 oficerów, pierwsza masowa egzekucja w Zielonce, setki rewizji w poszukiwaniu broni i radja, wyrzucanie z mieszkań i t.d. – wszystko to spadło na Warszawę prawie niespodzianie.

Z perspektywy widzimy, iż nie był to przypadkowy napad furji, lecz systematyczny terror, a jego symbolicznym początkiem i pierwszym świadomym aktem było aresztowanie pierwszego obrońcy Warszawy i jej gospodarza, Stefana Starzyńskiego.

ADAM LISIEWICZ.

————
*) por. „Stefan Starzyński broni stolicy” w nr. 131 „Wiadomości Polskich”.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close