ADAM LISIEWICZ

Stefan Starzyński broni stolicy

Wtorek 5 września był nieszczęśliwym dniem ewakuacji Warszawy. Dnia następnego przed południem znalazłem się na zebraniu u prezydenta Starzyńskiego jako jeden z tych, którzy chcieli pozostać i pracować w Warszawie. Sytuacja była już tragiczna: władze, wyjeżdżając, nie wydały żadnych zarządzeń i nie myślały o tem co zostawiają; co więcej, dnia tego zarządziły wycofanie policji na prawy brzeg Wisły. Naloty lotnicze, pożary, panika wśród wyjeżdżających, a z drugiej strony nadciągające szosami z południa i zachodu tłumy ludności na wozach i piechotą dawały obraz wojny.

stefan-starzynski

Prezydent Starzyński stanął wobec podwójnego zadania: stworzenia dla ludności nowego autorytetu w okresie ciężkich przejść oraz utrzymania normalnego życia miasta wobec możliwości walk i najazdu.

Nocą dodawały grozy łuny pożarów, głównie z południa, bardzo widoczne przy zaciemnieniu przeciwlotniczem. Na ulicach słychać było całą noc tupot i rżenie ciągnących koni i szmer ludzkich kroków. Na placach, ogrodach i podwórzach tysiące ludzi, nie znających miasta i przeraźliwie zmęczonych i strwożonych, biwakowało do rana, nie wiedząc dokąd idą i poco.

Do trudnych zadań prezydenta miasta i komisarza cywilnego, przybyło jeszcze Starzyńskiemu zadanie przywódcy politycznego na posterunku, który wkrótce stał się jedynym posterunkiem walczącej rozpaczliwie Polski.

Nie zdaje mi się, by nasza opinja polityczna zwróciła uwagę na znaczenie tego stanowiska Starzyńskiego. W chwili, gdy zawalił się autorytet rządu i nie zostało po nim w społeczeństwie nawet uczucia szacunku, gdy opuścili Warszawę przywódcy polityczni, prasa i ci wszyscy, którzy mieli decydujący wpływ na opinję publiczną – jakże trudno było znaleźć jakiś nowy autorytet na miarę chwili i nie pójść po linji najmniejszego oporu: suchego rozkazu!

Starzyński rozumiał to zagadnienie i zwrócił się odrazu do przedstawicieli wszystkich warstw, wszystkich partyj, wszystkich zawodów, i oddał im „autorytet moralny”; uczynił to w pierwszym dniu swych rządów, swej nieograniczonej władzy, dając przykład rozumu politycznego wielkiego formatu. I nie znalazł się nikt, ktoby mu tej współpracy odmówił lub potem z niej zrezygnował – i to również stanowi dowód wyrobienia i ofiarności społeczeństwa polskiego.

Obrona wojskowa Warszawy wychodziła poza zakres działania Starzyńskiego. Wiemy dziś już wszyscy, iż nie była ona nigdy przewidywana: nie było więc dowódcy, nie było fortyfikacyj, nie było wojsk specjalnych przeznaczonych do celów obrony, nie było zapasów, nie wiedziano nawet, co jest i gdzie. I codzień komu innemu podlegały siły wojskowe Warszawy. Sądzę iż decyzja Starzyńskiego i jego wola obrony miasta była czynnikiem, który miał wpływ decydujący na sfery wojskowe i spowodował ich decyzję obrony miasta. Decyzję tę powzięto tak późno, iż obronę przyjąć musiano w najniekorzystniejszych warunkach, bo wprost na krańcach miasta, i tylko bohaterstwu żołnierza i jego dowódców oraz ludności zawdzięczać należy wspaniałe jej rezultaty.

Odrazu pierwszego dnia powstał więc komitet, mający być przedstawicielstwem stolicy, oraz „straż obywatelska”. Na czele jej stanął, otrzymując pełnomocnictwa wprost od Starzyńskiego, energiczny sportowiec p. Regulski, który w ciągu godziny spośród osób znajdujących się na ratuszu lub tam wezwanych wyznaczył delegatów na każdy komisarjat policji; mieli oni stworzyć sobie natychmiast sztab i znaleźć ochotników. W ciągu kilku minut ustalono wytyczne linje postępowania, podpisano dekrety nominacyjne i rozpoczęto urzędowanie. Straż otrzymała żółto-czerwone opaski (kolory Warszawy) i pieczęć z syreną. Zanim jeszcze policja zdążyła odjechać na Pragę, straż zajęła jej biura.

Trzeba było improwizować wszędzie: nawet załogi obrony przeciwlotniczej, doskonale dotąd funkcjonujące, zostały przez ewakuację zdekompletowane, i nie dało się ich już odbudować. To jeden z najistotniejszych powodów, dla których nie można było w późniejszych dniach opanować żadnego z większych pożarów.

Dn. 7 września doszły do Warszawy wiadomości o dotarciu Niemców do Mszczonowa: równocześnie Warszawa uzmysłowiła sobie, iż pomiędzy nią a Niemcami niema żadnego wojska polskiego i że oddziały niemieckie mogą w każdej chwili od tej strony dotrzeć do miasta i zająć je, o ile się samo nie obroni. Z północy od Mławy zaczęli napływać pojedynczy żołnierze z rozbitych w pierwszych dniach walk oddziałów. Wieczorem dotarły na przedmieście od Okęcia pierwsze niemieckie czołgi, a w piątek popołudniu dn. 8 września zaczęło się już od strony Wilanowa ostrzeliwanie artyleryjskie, które miało trwać do ostatniego dnia oblężenia bez przerwy. Pierwsze pociski padły na ulicę Miodową, następne na Śliską, Sienną i Złotą.

W tym momencie głuchej rozpaczy dotarł do wszystkich przez radjo i przez plakaty głos prezydenta Starzyńskiego: „Będziemy się bronili i Warszawy nie oddamy”.

Dziś, z perspektywy trzech lat, wydaje się nam, że decyzja obrony Warszawy była rzeczą oczywistą i że nie można sobie bez niej historji naszych walk wyobrazić. Dziś wydają się nam wszystkie zarządzenia organizacyjne, wszystkie inicjatywy Starzyńskiego, całkiem naturalne. Ale cofnąwszy się o trzy lata wstecz, podziwiać musimy silną wolę i szybkość decyzji tego człowieka, który w ciągu trzech dni, i to dni bardzo ciężkich, musiał przestawić „gospodarkę pokojową” na „gospodarkę wojenną” i uczynił to tak, iż nie widzimy w jego działaniu żadnego błędu. A przecież tyle krajów i tyle rządów upadło w zawierusze wojennej od samych błędów i niedociągnięć!

Głosowi Starzyńskiego wszyscy uwierzyli, i wszyscy poczuli się mocniejsi: głos ten wyrażał powszechną chęć obrony, podświadomą może, a wychodził od człowieka, który czynami swojemi już dowiódł, że jest człowiekiem twardym i że nie mówi na wiatr.

Po wahaniach najwyższych władz wojskowych w kwestji, komu podlega Warszawa i jak należy ją traktować pod względem operacyjnym, otrzymała ona swego dowódcę, gen. Czumę, następnie gen. Rómmla, i przygotowywała się do obrony. Budowano okopy, zasieki, gniazda karabinów maszynowych a cała ludność pomagała z wielkim zapałem oficerom, kierującym pracami nad obroną.

Starzyński jako komisarz cywilny Warszawy reprezentował wszystkie działy cywilne rządu, lecz z rządem tym był bez kontaktu i ani instrukcyj ani wytycznych nie otrzymywał. Nie ruszał się z ratusza chyba tylko dla doglądania spraw miasta: symbolem stały się nosze wojskowe, na których spał nie więcej niż 3-4 godziny na dobę. Sam doglądał wszystkich zarządzeń, wszędzie był na miejscu i czuł, że zjawienie się jego wśród powalonych domów i gruzów dodaje ducha ludności a energji – jego współpracownikom.

Nie zdajemy sobie sprawy z trudności, z któremi trzeba było walczyć. Weźmy choćby brak amunicji w Warszawie. Trzeba było na torach kolejowych szukać wagonów z amunicją i przetaczać je nocami do miasta, lub zwozić wozami ze składów w Palmirach. Nikt nie wiedział, co znajduje się w składach broni, i część jej znaleziono na Cytadeli już za późno, by służyła w walce. Tak samo nie było prawie składów z żywnością a dwa wielkie elewatory ze zbożem przy gazowni na Woli zostały zapalone przez pociski i nie udało się ich ugasić nawet po ukończeniu walk. Starzyński organizował kolumny, którym kazał zwozić żywność z dalszych okolic, dopóki się dało, wyzyskał „Agril”, w którego sklepach sprzedawano do ostatnich dni oblężenia mleko dla dzieci i jarzyny. Osobiście nadzorował funkcjonowanie rzeźni i jej zaopatrzenie. Po każdym cięższym nalocie zjawiał się przy płonących i uszkodzonych budynkach i kontrolując akcję ratunkową, szukał możliwości naprawy i ratunku. Był wszędzie osobiście, jego otwarty samochód przebiegał wszystkie ulice, docierał tam, gdzie było najgorzej, a wyobraźnia jego znajdowała odrazu radę i pomoc. Ta zaradność stała się wprost niewiarogodna, i to jest rzecz najbardziej podziwiana przez wszystkich, którzy z nim współpracowali.

Nigdy może nie było większej determinacji niż wśród tych, którzy pracowali nad obroną stolicy. Członkowie komitetu, straż obywatelska, lekarze i szpitale, straż ogniowa, pracownicy tramwajów, wodociągów, gazowni, elektrowni, szoferzy miejscy – wszystko to pracowało z zapałem i poświęceniom. Wszystkie dobra straciły swą wartość wobec grozy wypadków, i jedna myśl przeważała: obrona do końca, z przeświadczeniem, iż piękniej jest umierać walcząc, niż kryjąc się. Z chwilą kiedy każdy, spełniając swój obowiązek, poczuł się żołnierzem – przekroczona została granica małości codziennej. A to natchnienie żołnierskie dał wszystkim nie kto inny lecz Starzyński przez udział swój we wszystkich wypadkach, przez fakt, że widziały go codzień setki ludzi przy działaniu, że na wszystko miał radę i gorące słowo oraz że prawdy nie ukrywał.

Starzyński wlot zrozumiał, że w czasie bombardowań rzeczą najważniejszą jest utrzymać życie miasta możliwie jak najbliżej stanu pokojowego, że składają się na to drobnostki, których trzeba dopilnować, pamiętając i o „moral” ludności.

Starzyński umiał utrzymać osobisty kontakt z ludnością przez pojawianie się osobiste w punktach najbardziej trudnych, przez informowanie drogą radjową bez ukrywania rzeczy niemiłych, przez kontakt z prasą i z przedstawicielami ludności, przez przyjmowanie u siebie tych wszystkich, którzy zgłaszali się w realnych sprawach, potem nawet przez drukowanie codzień i rozlepianie plakatów do ludności, gdy już inne drogi dla kontaktu były zamknięte.

Trzeba było ludność skłonić, by usuwała potłuczone szkło, śmiecie pozostawiane przez ciągnące karawany uchodźców i t.p. Nie mógł tego uczynić zakład oczyszczania miasta, gdyż funkcjonarjusze jego pracowali bez wytchnienia nad wywożeniem trupów, zabitych koni i usuwaniem gruzów z jezdni. Dalej trzeba było nakłaniać sklepy i sklepiki, szczególnie z żywnością, do utrzymania normalnego ruchu. Mimo oporu, Starzyński potrafił to przeprowadzić. Nieraz sam zatrzymywał się na ulicy, wysiadał z samochodu, wchodził i perswadował. I czynił to ze skutkiem.

W ostatnich dniach bywało gorzej: energja gasła, ludzie byli głodni i niewyspani, nawet pracownicy miejscy poddawali się zobojętnieniu. Innych ogarniał strach, i nie chcieli jechać pod bomby i granaty. Wtedy Starzyński umiał ich do tego zmusić. Krzyczał i groził, wyrzucał tchórzostwo i sobkostwo, sam dawał przykład odwagi i wygrywał. Otwierano więc stare, skasowane studnie i wiercono nowe. Ciężarówki miejskie zwoziły z okolic podmiejskich żywność, gdy zaś przestały funkcjonować prawie wszystkie piekarnie (były one w 90% obsługiwane prądem elektrycznym) i gdy zabrakło chleba, Starzyński kazał jeszcze uruchomić kilka parowych piekarń i chleb rozwozić do parafij, których proboszczowie rozdzielali go między najgłodniejszą ludność. Ostatni chleb wypieczono dn. 19 września.

Jechałem pewnego dnia podczas nalotu ze Starzyńskim. Na domy i ulice padały dziesiątki bomb zapalających. Zauważyliśmy jedną, palącą się na jezdni. Starzyński zatrzymał samochód i zwrócił się do jakiegoś człowieka, który z bramy domu obojętnie na nią patrzył.

– Dlaczego pan tej bomby nie ugasi?

Człowiek ten natychmiast, jakby zbudzony ze snu, zasypał bombę piaskiem. Nieco dalej, na pustym placu Trzech Krzyży, znowu bomba na jezdni: Starzyński sam wysiadł i bombę piaskiem zasypał.

– Wypali się dziura na asfalcie – powiedział jak troskliwy gospodarz tego miasta.

Gdzieś, przed 20 września, zwalona została pociskiem kopuła wieży zamkowej, i powstał silny pożar. Raczej kolumna Zygmunta, Łazienki czy gmach Teatru Wielkiego były symboliczne dla Warszawy. A jednak widok leżącego na bruku hełmu zwalonej wieży zamkowej, świadomość tradycji tego Zamku, który szczycił się jednem z najpiękniejszych w świecie wnętrz, jak np. sala Rycerska czy Assamblowa, czy najwspanialszemi w Europie parkietami sali Tronowej lub Malinowej, robił wrażenie straszliwej klęski i żałości.

Zresztą wspomnę nawiasem, iż Starzyński robił później wszystko co się dało, by ratować resztki zwalonej i spalonej części Zamku, wprowadził tam dr. Otto, dr. Dengla i innych przedstawicieli władz okupacyjnych, ludzi w naszem pojęciu kulturalnych, w nadziei że uda mu się przekonać ich o konieczności ratowania tego zabytku.

Jak wielki był zapał wśród ludności Warszawy i chęć czynnego wzięcia udziału w obronie miasta, świadczy powstanie oddziałów ochotniczych. Organizacje P.P.S. najbardziej naciskały na dopuszczenie ich do udziału w walkach. Nie można było ze względu na przepisy prawa międzynarodowego uzbrajać ludności cywilnej, ponadto wartość wojskowa ludzi niewyszkolonych była problematyczna, i władze wojskowe nie chciały tego ryzyka. Jednak pod naciskiem idącym z dołu, który poparł Starzyński, zdecydowano się na zorganizowanie oddziału wojskowego, formalnie związanego z armją. Wobec braku mundurów i uzbrojenia ilość ta nie mogła być wielka. Wówczas Starzyński, rankiem dn. 15 września, zapowiedział przez radjo utworzenie bataljonu ochotniczego i wezwał chętnych do zgłaszania się w ciągu dwóch godzin na pl. Mostowskich. Ze względu na możliwości nalotu lotniczego nie można było wyznaczyć terminu dłuższego. A jednak jeszcze nie nadszedł czas oznaczony a pl. Mostowskich był przepełniony ochotnikami, z których wielu z dalszych przedmieść biegło kłusem, by zdążyć na czas. Ze zgłoszonych wybrano po przemowie Starzyńskiego, zamiast 600, 1000 ochotników. Zostali oni tego dnia zaprzysiężeni, umundurowani i uzbrojeni i następnego dnia poszli na odcinek zachodni, na którym bili się doskonale. Czyż może być lepszy dowód nastrojów ludności?

Niespodziewanie radjo niemieckie zaproponowało głośno na cały świat ewakuację przedstawicieli krajów neutralnych z Warszawy. Byliśmy zaskoczeni i zdziwieni tym objawem humanitaryzmu, gdyż do tej pory nie oszczędzano obcych przedstawicielstw podczas bombardowania i ostrzeliwania.

Zarówno Starzyński jak gen. Rómmel stanęli na stanowisku, iż trzeba propozycję przyjąć i cudzoziemcom opuszczenie Warszawy ułatwić. Starzyński zdawał sobie doskonale sprawę że obecność dyplomatów obcych i świadectwo ich wobec świata może uchronić Warszawę od jaskrawych aktów terroru, toteż ubolewał, gdy korpus dyplomatyczny zdecydował się na skorzystanie z tej okazji, jednak doskonale rozumiał, iż nie można wymagać od obcych, by cierpieli i umierali dlatego, że my wbrew ich przewidywaniom powzięliśmy decyzję walki do upadłego. Zatrzymuję się nad tą sprawą dłużej, ponieważ były to sprawy, za które ponosiłem odpowiedzialność, i ponieważ brałem udział w rokowaniach i przygotowaniach. Porozumienie radjowe z Niemcami było bardzo trudne, gdyż propozycje miały charakter niekonkretny i nawet podejrzewaliśmy że wysunięto je tylko w celach propagandowych. Decyzja w tej materji zahaczała o całą naszą politykę. Działo się to w czasie, kiedy Warszawa była symbolem Polski, kiedy już nie było rządu na terytorjum Rzeczypospolitej. Byliśmy tego świadomi, i do sprawy tej Starzyński przywiązywał wielką wagę.

W tej wojnie, tak barbarzyńskiej ze strony najeźdźcy, musieliśmy być wolni od jakiejkolwiek skazy. Dlatego w chwili, kiedy mogliśmy się schować za mur, jakim byli dla nas obcy dyplomaci, – za cenę uchybienia honorowi polskiemu, – decyzja Starzyńskiego była jasna i powzięta z pełną świadomością.

Ze strony wojska jedynym warunkiem przeprowadzenia ewakuacji było to, by odbyła się za dnia i z zachowaniem środków ostrożności, by nieprzyjaciel nie skorzystał z przerwania ognia i nie zaskoczył nas atakiem niebezpiecznym wobec jego przewagi liczebnej. Dn. 21 września o godz. 2 pp. ustał nagle ogień artylerji ku zdumieniu ludności, i spokój trwał do godz. 7 wieczór. W ciągu tego czasu ewakuowano przez szosę radzymińską prawie 200 osób personelu placówek dyplomatycznych i 1100 cudzoziemców, obywateli krajów neutralnych.

*

Mimo wszystkich wysiłków, życie zwolna zamierało. Gaz został zamknięty bardzo dawno, wobec obawy wybuchu, potem przyszła kolej na tramwaje, na elektryczność i na wodę. Brak wody był najdotkliwszy, bo uniemożliwiał gaszenie pożarów. Ludzi trzymała już tylko determinacja i zawziętość, ale nie znalazł się nikt, ktoby zawołał głośno: „Poddać się; nie chcemy dłużej cierpieć!”.

Na emigracji często poruszano kwestję, za czyim wpływem nastąpiło poddanie Warszawy i czy nie należało uczynić tego o kilka dni wcześniej? Oczywiście, nie znam dokładnie szczegółów, ale stwierdzam, iż w ciągu dn. 25 września, owego najgorszego dnia furji niemieckiej, byłem dwukrotnie ze Starzyńskim u gen. Rómmla. Obaj mówili o sytuacji na mieście i wzajemnie się informowali, żaden jednak propozycji poddania miasta nie wypowiedział. Ocena Starzyńskiego była mojem zdaniem bardziej realna niż gen. Rómmla ; obaj byli przekonani, że należy trzymać się do końca, że niema momentu, w którym kapitulacja byłaby bardziej lub mniej korzystna. Zdaje mi się że wysiłek trwał do ostatka, że nie można go było przeciągnąć dłużej niż na godziny i że tylko ta ocena zdecydowała o kapitulacji.

„Być może, iż nikt z nas nie zostanie przy życiu, ale nie czas się cofać, skoro zgodnie zdecydowaliśmy, iż będziemy się bronili” – tak brzmiała decyzja i argumentacja Starzyńskiego. Wszyscy mieliśmy chwile wątpliwości, i trzeba nam było tak jasnego postawienia sprawy. Starzyński był silny i pełen energji do końca. Nie szanował się ani na chwilę, nie cofał przed niczem, świadomy honoru, który reprezentował, tego samego honoru który niegdyś zaprowadził księcia Józefa w nurty Elstery.

Warszawa dogorywała w obłokach dymu, ale pozostawiła po sobie pamięć bezcenną i niedaremną.

Jeżelibym chciał w tem morzu poświęcenia znaleźć coś najpiękniejszego, postawiłbym na czele robotników Warszawy, przedewszystkiem zorganizowanych w P.P.S., i cały personel Czerwonego Krzyża i szpitali.

Dn. 27 września na Okęciu gen. Kutrzeba i prezydent Starzyński uzgodnili z gen. von Blaskowitzem warunki poddania Warszawy.

ADAM LISIEWICZ.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close