Szwejk jedzie do Berlina (12)

Czytelnicy, nie znający bliżej naszego przyjaciela Szwejka, myślą pewnie nieraz, że nie wszystko, co Szwejk mówi, zgadza się z prawdą. Jeden z nich w wystosowanym do nas liście wyraził nawet przypuszczenie, że Szwejk buja. Musimy przeto Szwejka wziąć w obronę i stwierdzić, że przyjaciel nasz jest naogół biorąc człowiekiem prawdomównym, nie mniej prawdomównym, niż większość innych naszych znajomych, i kłamie zrzadka, tylko w razie koniecznej potrzeby. Zawiadomił naprzykład niedawno byłego sapera Wodiczkę, że się wybiera do Berlina i że zamierza zwrócić się do Goebbelsa by mu w tem dopomógł przez wzgląd na starą przyjaźń. Wodiczka, człowiek dobrze wychowany, nie powiedział głośno, że uważa Szwejka za kłamcę, ale to właśnie sobie pomyślał. A jednak Szwejk napisał list do Goebbelsa i otrzymał odpowiedź z podpisem jednego z urzędników niemieckiego ministerstwa propagandy. List opiewał, że Szwejk będzie w Berlinie mile widziany i że pan doktór Goebbels chętnie udzieli mu audjencji. I w kilka dni potem Szwejk siedział w przedziale pociągu Praga-Drezno-Berlin, wraz z innymi pasażerami, których było czterech: trzech panów i jedna pani.

Współtowarzysze podróży Szwejka zachowywali się początkowo dość ponuro, wymieniając półgębkiem zdawkowe zdania. Szwejk uznał taki stan rzeczy za anormalny i postanowił zagaić rozmowę ogólną. Zapytał przeto sąsiada, rozwiązującego łamigłówkę z gazety „Völkischer Beobachter”, czy jedzie do Berlina. Sąsiad – suchy jegomość ze sztywnym kołnierzykiem na szyi – odpowiedział że do Berlina, a potem zamilkł. Nie zrażając się, Szwejk zawiadomił zebranych, że jedzie również do Berlina, i dodał:

– Już oddawna marzyłem żeby ujrzeć na własne oczy stolicę Trzeciej Rzeszy, bo mówcie panowie co chcecie ale obce opowiadania nigdy nie zastąpią osobistych wrażeń. Jednakowoż tak się jakoś składało, że odkładałem podróż z dnia na dzień, a w zeszłym roku odwiedziłem miasto Zbracław pod Pragą. Ale Zbracław nie da się porównać z Berlinem, bo nie ma pięknych pomników i historycznych pamiątek, z wyjątkiem koślawego domu z zielonymi dachem, w którym mieszkał dwieście lat temu słynny bandyta nazwiskiem Katkowski. Mieszkał nienajgorzej, to też prawda, i nawet kazał sobie zrobić krzesełko ze szczerego złota, co je zrabował na szosie, ale go wkońcu przyłapali i powiesili na rynku, który się teraz nazywa Adolf Hitler Platz. A co do krzesełka, to też się okazało, że się przez długie lata grubo mylił, nie zdając sobie sprawy, na czem siedzi, bo kowal, co mu zmajstrował krzesełko, ukradł złoto na własne potrzeby i zastąpił je zwykłym mosiądzem, no i obecnie oddali ten zabytek na przetopienie, żeby z niego zrobić armatę lub też inny pożyteczny sprzęt. A kowala podobno nie złapali, bo uciekł ze złotem do Holandji, gdy się wszystko wykryło, w kobiecem przebraniu.

– Pan jest Czechem? – zapytał jegomość, rozwiązujący łamigłówkę.

Odpowiedź twierdząca, jaką dał Szwejk, wywołała pewne zakłopotanie. Młody facet z ptasim profilem i swastyką na piersiach rzucił Szwejkowi piorunujące spojrzenie i wyciągnął nogi, zakreślając tym ruchem symboliczną granicę między własną osobą i Szwejkiem. Właściciel sztywnego kołnierzyka przypatrywał się Szwejkowi dość długo i z wyraźnym wyrzutem. Pragnąc dać do zrozumienia, że uważa rozmowę z nim za skończoną, zwrócił się do młodzieńca ze swastyką i zapytał:

– Może pan wie, co to jest: „Marzenie wszystkich Żydów”. Sześć liter. Wyraz ten jest mi niezbędny do rozwiązania łamigłówki.

– Palestyna – rzekł młodzieniec bez namysłu i z dużą pewnością siebie.

– Palestyna? Chyba nie…Sześć liter…

– Może „Liebkosungen”? zaproponowała pani, siedząca przy oknie. – Bo przecież podobno Żydzi są bardzo namiętni.

– Ha, ha! – roześmiał się gruby pan, siedzący przy drzwiach. „Liebkosungen”! Takie słowo wogóle nie istnieje. Pozatem ma dziesięć liter.

– Dwanaście – westchnął właściciel kołnierzyka.

– Tak jest, dwanaście – stwierdził młodzieniec ze swastyką. – I jeśli nie słyszał pan nigdy tego słowa, to jeszcze nie znaczy, że nie istnieje. Używa go się wprawdzie rzadko, ale istnieje.

– W każdym razie jest za długie – rzekł gruby pan.

– A możeby je skrócić ? – rzekła pani, siedząca przy oknie, której sprawiało przykrość, że jej pomysł nie znajduje zastosowania. – Wziąć sześć pierwszych liter, a resztę odrzucić?

– Tego zrobić nie możemy – rzekł pan z gazetą z pewną godnością. – Sprzeciwiałoby się to prawidłom. Mielibyśmy wówczas „Liebko” i nic więcej.

– „Marzenie wszystkich Żydów: Liebko!” – roześmiał się znowu gruby jegomość. – Ha, ha! Świetny pomysł, jak pragnę zdrowia! Ale nie odpowiada rzeczywistości.

– Znałem w Pradze pewnego pana, który doskonale rozwiązywał łamigłówki – oświadczył w tem miejscu Szwejk. – Czasem nawet dwie albo trzy dziennie. I muszę zaznaczyć, że pracował wyłącznie wieczorami, gdy wracał z biura. Żonie kazał chodzić na palcach, bo mówił że walenie buciorami nie pozwala mu się skupiać, zapalał papierosika – i jazda. Jestem przekonany, że gdyby pracował cały dzień, toby rozwiązał jeszcze więcej łamigłówek: ze sześć a może i siedem.
– A jakie to były łamigłówki? – zapytał gruby pań. – Czeskie czy niemieckie?

– Zarówno czeskie jak niemieckie. Ale tylko najtrudniejsze, bo łatwe nie sprawiały mu przyjemności. „Uwielbiam zagadnienia głębokie i skomplikowane, – mówił do żony, – wymagające wrodzonej inteligencji i wykształcenia. A gdy mnie się pytają w gazecie, jak się nazywał pierwszy człowiek, odrzucam łamigłówkę jak najdalej, ponieważ na takie pytanie może odpowiedzieć pierwsze lepsze bydlę, więc nie widzę powodu, dla którego miałbym się wytężać”. I razu pewnego faktycznie odgadł strasznie trudne słowo, tylko że trochę nieprzyzwoite. A żona była akuratnie w kuchni, więc idzie do niej i zawiadamia, że postanowił napić się kawy i zjeść ciastko z makiem w nagrodę za odgadnięcie trudnego wyrazu. Żona ma się rozumieć zapytuje, jakie to było słowo, ale on powiada, że go nie może wymienić, ponieważ podobne świństwa przeznaczone są wyłącznie dla płci męskiej, ale bynajmniej nie kobiecej, i jeszcze się tajemniczo uśmiecha, oblizując wargi jęzorem, bo mu zaschły spowodu wysiłku umyslowego, a później leci do zlewu, żeby nalać wody do szklanki. „W takim razie powiedz mi to słowo na ucho”

– żąda małżonka. „Poco? – odpowiada mąż. – Z jakiej racji na ucho, skoro niema w kuchni żywej duszy? Widzę, żeś doszczętu zgłupiała”. Żona naturalnie się obraża i woła, że albo albo. „Jak mi – powiada – nie szepniesz do ucha odgadniętego wyrazu, to ci nie uwierzę, żeś odgadł. I dojdę do wniosku, że kłamiesz jak pies. A w tym wypadku o kawie nie może być mowy”. „Odsuń się!” – woła mąż, a ona nic. I jeśli państwo myślą, że jej wkońcu powiedział, to się państwo mylą, bo poleciał na dół do piwiarni i opowiedział znajomym o wypadku, dodając że jako gentleman w każdym calu woli się wyrzec kawy, niż wymienić słowo w obecności ślubnej żony. Niektórzy znajomi przyznali mu rację, niektórzy nie. Nie mogę sobie w danej chwili przypomnieć, jakie to było słowo, ale może sobie później przypomnę i państwu powiem.

W tej chwili zaskrzypiały hamulce, i pociąg nagle stanął w szczerem polu. Drobniutkie kropelki deszczu tańczyły w powietrzu, zraszając pusto, brunatno-żółte pola. Gdzieś daleko zatrąbił dróżnik, potem znowu było cicho.

– Zaczyna się – rzekł gruby jegomość. – W zeszłym tygodniu stawaliśmy po drodze z Pragi do Drezna sześć razy. Staliśmy za każdym razem co najmniej pół godziny. A odległość z Pragi do Drezna wynosi wszystkiego 250 km. Może nawet 200, bo dokładnie nie pamiętam.

– Jeśli pan nie pamięta, niech pan lepiej nie zabiera głosu – powiedział arogant ze swastyką. – Pewne trudności transportowe są nieuniknione ze względów państwowych, ale w chwili gdy Adolf Hitler prowadzi walkę na śmierć i życie z wrogami narodu niemieckiego, należy milczeć i w żadnym razie nie wypowiadać nagłos uwag w obecności rozmaitych elementów. Jestem znacznie lepiej obeznany z kolejnictwem niż pan, ale milczę.

– Ach tak – rzekł gruby pan, któremu nagle poczerwieniały uszy. – Jeśli jest pan obeznany z kolejnictwem, to może mi pan powie, jak długo jechało się dawniej z Berlina do Hamburga? Trzy godziny? Dwanaście godzin? Aha. Nie wie pan. Dalej: ile kilometrów jest z Lipska do Berlina? Nie wie pan. Pięknie. Dodam w nawiasie, że słowo „Palestyna” zawiera dziewięć liter. Nie sześć, lecz dziewięć. Czy ma mi pan jeszcze coś do powiedzenia?

– Nie jestem obowiązany odpowiadać na pytania pana – odparł młodzieniec, spoglądając przez okno.

– Nie może pan odpowiedzieć, bo nie ma pan pojęcia – zawyrokował gruby pan. – A może pan wie, ile kilometrów wynosi odległość między Marsem i księżycem? Ile lat żyje struś? Mam, oczywiście, na myśli samca. Jak było na imię Bismarckowi? Gdzie się urodził Hermann Göring? Nie wie pan. Nawet tego pan nie wie. Tak też myślałem.

Młodzieniec wstał i wyszedł. Po chwili można go było dojrzeć przez okno: stał na torze z taką miną jakby nic się nie stało i deszcz go nie dotyczył. Szwejk zdecydował, że tak silnie podkreślona obojętność na sprawy życiowe źle o nim świadczy, gdyż powinien wykazywać więcej zaczepności, chociażby ze względu na młodzieńczy wiek. Szwejk wyszedł wobec tego z wagonu i przywoławszy młodego aroganta skinieniem palca, poradził mu, by zadał tłustemu panu kilka trudnych pytań „z zakresu wiedzy”.

– Już nawet obmyśliłem dla pana rozmaite pytania, ponieważ uważam, że pana wróg za dużo się stawia. Niech go pan zapyta, pod jakiem drzewem siedzi zając gdy deszcz pada. Zobaczymy, co nam odpowie. Pewnie nic.

– Mogę go zapytać, ale musi mi pan zgóry powiedzieć, o jakie drzewo chodzi – rzekł młodzieniec bardzo poważnie.

– O mokre – odpowiedział Szwejk. -Podczas deszczu wszystkie drzewa są mokre, i biedny zając nie może siedzieć pod suchem, choćby nie wiem jak chciał, tylko się musi zadowolić mokrem. Dobry kawał, co? Opowiadał mi go wujo, i nie tylko mnie, lecz również innym krewnym i znajomym w ciągu dwudziestu lat, i za każdym razem śmiał się dorozpuku, i ja też. Nie wiem, czy się pan ze mną zgodzi, ale uważam, że dobry dowcip nigdy się nie starzeje, a nawet naodwrót.

– Zupełnie słusznie – rzekł młody, człowiek. – Znałem również kilka doskonałych kawałów, ale w danej chwili żadnego nie pamiętam. Noszę zwykle przy sobie notes, do którego zapisuję dowcipy, które usłyszę, żeby je później opowiedzieć gdy mnie gdzie zaproszą z wizytą. Znajomi bardzo często chwalą moje dowcipy i powiadają, że są bardzo zabawne. Szkoda że zostawiłem swój notes w Berlinie. Może zna pan jeszcze jakąś dobrą zagadkę?

– Znam jeszcze jedną, o wiele trudniejszą, niż pierwsza. Nikt jej nigdy nie rozwiązał, a brzmi jak następuje: pierwsze chodzi, drugie chodzi, trzecie nie chodzi. Wie pan, co to jest?

– Nie wiem – odrzekł szczerze młodzieniec.

– Odpowiedź jest bardzo prosta: dzieci mojego kuzyna. Pierwsze liczy półczwarta roku i biega jak djabeł, drugie również, bo ma dwa lata z górą, ale trzecie pełza spowodu młodego wieku, bo dopiero przedwczoraj skończyło siedem miesięcy.

– Hm, – rzekł arogant, – jest to niewątpliwie trudna zagadka. Ale niezupełnie rozumiem. Ile lat ma pierwsze dziecko?

– Trzy. A jeśli panu trudno zapamiętać, niech pan powie, że osiem. I jeśli pan nie ma kuzyna, może być kuzynka. Opowiadał mi ten kawał jeden znajomy, który nawet nie widział kuzynki na oczy, bo mieszkała w Brazylji jako bezdzietna panna, i nikt mu tego nie miał za złe. Chodź pan!

Kawał z zającem uzyskał poklask obecnych, ale historja z kuzynką wywołała ostry protest grubego jegomościa, który oświadczył, że to nie zagadka, ale szachrajstwo, dopuszczalne, być może, w sferach, w jakich się obraca młodzieniec ze swastyką, lecz w żadnych innych. Młodzieniec krzyknął, że wyprasza sobie obelgi, i zapytał, czy gruby pan wie, z kim rozmawia. Grupy pan powiedział że nie wie, ale go to nie obchodzi, i dodał, że znaczek ze swastyką każdy może sobie kupić za parę groszy.

– Rozumie się – rzekł młodzieniec. -Ale tego. co mam w kieszeni, nie można kupić nawet za grube pieniądze.

Wypowiedziawszy te słowa, arogant uśmiechnął się tajemniczo, dając do zrozumienia, że ma w kieszeni kartę członkowską partji. Ale gruby pan nie dał się nabrać: członkowie partji hitlerowskiej nie jeżdżą trzecią klasą.

– Pokaż pan, co pan ma w kieszeni, gdy pan taki mądry – rzekł tłusty jegomość. -Guzik pan ma. A może stare szelki. Ha, ha! Pewnie stare szelki. A najpewniej wogóle nic.

– Przypomina mi to pewien wypadek w Pradze – zabrał głos Szwejk. – Tam się też jednego pana pytali, co ma w kieszeni, bo zrobił awanturę w lokalu „Pod Łabędziem” i nie chciał zapłacić za stłuczone kufle, więc mu naturalnie wyciągnęli pugilares, żeby zobaczyć, czy posiada gotówkę, pragnąc uniknąć procedury sądowej, związanej ze stratą czasu. A on im znowuż wydziera z rąk pugilares, chcąc zachować incognito, bo występował w prasie pod pseudonimem „Ciocia Matylda” i dawał porady w druku w kwestjach miłosnych, jak naprzyklad: „Mówi, że mnie kocha, ale ściska w tramwaju inną osobę. Co mam uczynić?”. Pisali mu takie pytania do redakcji, a on odpowiadał co czwartek jako Matylda i czasami nawet sam wymyślał pytania, bo mi opowiadał, że prawdziwe listy nie nadają się do prasy spowodu ordynarnych propozycyj, a płacili mu trzy korony za sztukę, tak samo za odpowiedź jak za list z zapytaniem, jeżeli go sam ułożył. Tylko że pewnego razu dostał list który go bardzo zmartwił, bo opiewał mniejwięcej tak: „Ach, ty cholero! Znam cię, Matyldo! Wiem kim jesteś, chamie! Trzepnę cię w papę w najbliższy piątek! Czterokrotnie! Już wiesz za co!”. I na końcu była wymalowana trupia główka, i cztery wybite zęby, otoczone girlandą z niezapominajek, i napis: „Albo to albo tamto”. Więc ten pan doszedł do wniosku, że napis prawdopodobnie dotyczy albo trupiej główki albo też wybitych zębów, a że mu się słusznie należało po papie od kilku znajomych, więc postanowił spędzać piątki incognito w piwiarni na drugim końcu miasta. No i tutej powracam do tej sprawy z pugilaresem, bo zapomniałem dodać, że mój znajomy nosił list w pugilaresie, i naturalnie nie mógł się zgodzić, żeby list wpadł w ręce właściciela lokalu, bo właściciel odrazuby się domyślił, z kim ma przyjemność. I skutkiem tego powiadam, że ten pan też pewnie nosi przy sobie jakiś papier czy dokument. Nie mówię, że list tej samej treści, ale może coś w tym rodzaju.

Młodzieniec ze swastyką zapłonął z oburzenia i wrzasnął, że Szwejk obraził w jego osobie naród niemiecki. Szwejk tłumaczył się jak mógł ale bezskutecznie: młodzieniec oświadczył, że go zadenuncjuje władzom na najbliższej stacji.

Tymczasem pociąg ruszył, ale po chwili znowu stanął. Zdenerwowany młodzieniec wybiegł z wagonu. Jakaś pani zapytała go z okna, dlaczego pociąg stoi. Młodzieniec odpowiedział, że nie ma pojęcia, ale się dowie. Zapytany konduktor odrzekł, że również nie ma pojęcia. Młodzieniec doniósł o tem pani w oknie i obdarzony został dość przyjaznym uśmiechem.

W tej samej chwili pociąg ruszył, ale bardzo powoli. Młodzieniec, chcąc się popisać przed damą, odwrócił się tyłem. Pragnął zapewne pokazać, że mu się nie śpieszy, ale nie wyszło mu to na dobre. W chwili gdy ruchem pełnym wytworności chciał otworzyć drzwiczki ostatniego wagonu, pociąg szedł już dość dzybko, a drzwiczki się zacięły. Młodzieniec biegł za pociągiem jeszcze parę kroków, ale los jego był przesądzony: musiał zrezygnować z dalszej jazdy, ku wielkiemu wzruszeniu pasażerów, udzielających mu rozmaitych rad z okien.

Tylko Szwejk, przypał rujący się wszystkiemu z wrodzoną mu flegmą, zachował spokój. Wróciwszy do przedziału, zawiadomił zebranych o tem co zaszło i dodał:

– I wobec tego będziemy musieli odbyć dalszą drogę bez tego pana. Pewnie ma nadzieję, że mu wyrzucimy przez okno walizkę, którą to zostawił, ale nie możemy tego uczynić ze względu na przepisy. Ciężkich przedmiotów nie wolno wyrzucać, tylko lekkie. Przeczytaną gazetę albo też, powiedzmy, jakieś piórko moglibyśmy wyrzucić. ale walizki nie możemy.

Po tem oświadczeniu, które nie wywołało zresztą sprzeciwów, Szwejk postanowił zasnąć. Obudził się w kilka godzin później, ponieważ współtowarzyszka podróży bardzo głośno chrapała. Inni pasażerowie również spali, ale ciszej. Szwejk zagwizdał pasażerce do ucha dwa pierwsze takty pieśni „Deutschland über alles”, bo mu się przypomniało, że ludzie, którzy chrapią, natychmiast przestają chrapać, gdy usłyszą we śnie świst. Ale okazało się, że to nieprawda.

W godzinę później, już przed samym Berlinem, Szwejk obudził się po raz drugi. Stwierdziwszy, że dochodzi dwunasta w nocy, Szwejk pociągnął za rękę właściciela twardego kołnierzyka, który spojrzał na niego osłupiałym wzrokiem.

– Gelder – rzekł szeptem Szwejk. -„Marzenie wszystkich Żydów, sześć liter”. G-E-L-D-E-R. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć. Dzięki Bogu wszystko się zgadza. Jegomość westchnął i nic nie odpowiedział.

– Niech pan sobie zapisze to słowo do notesu – dodał Szwejk. – Bo w przeciwnym razie może pan zapomnieć.

O pierwszej w nocy pociąg przybył wreszcie do Berlina. Szwejk postanowił przenocować na dworcu i z samego rana udać się na poszukiwania urzędu pana Goebbelsa.

WACŁAW SOLSKI.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close