Szwejk komentuje mowy Hitlera (1)

Kto czytał przygody „Dzielnego wojaka Szwejka”, ten napewno pamięta pana Bretschneidera, agenta policji austrjackiej w Pradze, tego co to aresztował pana Paliwca i szereg innych osób za obrazę majestatu.

Pan Bretschneider od pewnego czasu znowu bawi w Pradze i pracuje w dawnym fachu. Jest teraz agentem „Gestapo” i szwęda się po kawiarniach i i knajpach, usiłując wywąchać co się w mieście dzieje. Zna go oczywiście całe miasto, ale Bretschneider żyje w fałszywem przeświadczeniu, że doskonale zachowuje incognito.

Powiadomiono go niedawno że w lokalu „U Kalicha” począł znów bywać Szwejk, który przy kuflu piwa wygłasza swe poglądy na najważniejsze wydarzenia doby obecnej. Bretschneider udał się tam natychmiast i ku wielkiemu swemu zadowoleniu ujrzał Szwejka królującego wśród większej grupy sztamgastów.

– Uszanowanie, … rzeki Bretschneider, zachwycając się własnym sprytem. Innyby powiedział : „Heil Hitler” i zmiejscaby się zdradził – pomyślał sobie. – „Ale co innego byle dureń a co innego stary wyga Bretschneider”.

– Heil Hitler! – krzyknął rzeźko Szwejk, podnosząc kugórze prawą dłoń. – Miło mi spotkać pana po tylu latach rozłąki. Gadamy tu sobie o ostatniem przemówieniu Adolfa Hitlera. Opowiadam właśnie znajomym, że wydrukowano sto miljonów egzemplarzy tej mowy w języku angielskim.

– Słyszałem coś o tem – powiedział ostrożnie Bretschneider. – Cyfra jest może nieco przesadzona, ale fakt pozostaje faktem.

– Mam te wiadomość z pewnego źródła – rzeki Szwejk. – Musieli wydrukować sto miljonów, bo to dla lotników. A taki lotnik rzuci panu sto czy tysiąc sztuk – i co z tego ? Jedna wpadnie do komina, inna do stawu, albo też, że się tak wyrażę, zupełnie gdzieindziej. Nie wspominam już o tem, że niejedna mowa może się dostać do rąk jakiegoś plutokraty, który z niej zrobi całkiem odwrotny użytek i tak ją panu zapaskudzi, że później nikt już z tego egzemplarza nie będzie miał pociechy. Wiec już lepiej wydrukować trochę więcej na zapas. Ostrożność nigdy nie zawadzi, jak mówił mój znajomy Franta Nowak z ulicy Potocznej, ten co to go oddali pod sąd za plucie w tramwaju, bo nie chciał zapłacić kary. „Wolę – powiada – stanąć przed sądem niż przechowywać w organizmie zarazki zakaźnych chorób”. Taki był jucha ostrożny, ale mu to nie pomogło, bo w zeszłym roku umarł na wątrobę.

– A jakże się panu podobała mowa Adolfa Hitlera? – przerwał potok wymowy Szwejka pan Bretschneider.

– Ogromnie mi się podobała. Stanowczość, ogień i zapał. „Generała Pfeifenau mianuję feldmarszałkiem!” Owacje i brawa. „Generała Gleichenau – również feldmarszałkiem!” Hurra i oklaski. „Generała Bhneichenau – to samo!”, „Sieg” i „Heil”. To rozumiem. Każdy uzyskał szarże, która mu się słusznie należała, i tylko Hermann Goering sprawił Führerowi trochę kłopotu. „Co mam z nim zrobić, – myśli sobie Führer, – skoro już jest feldmarszałkiem i nawet posiada piękną buławę, wysadzaną pierwszorzędnemi brylantami?” Ale Adolf Hitler nie byłby Adolfem Hitlerem gdyby nie znalazł wyjścia z tej ciężkiej sytuacji. Mianował Goeringa reichsmarszałkiem, i sprawa załatwiona. Bo trzeba panom wiedzieć, że najgenjalniejsze pomysły są zawsze najprostsze, ale przychodzą one do głowy tylko wielkim myślicielom, a nie byle świni.

– A czy miedzy feldmarszałkiem i reichsmarszałkiem jest duża różnica?  – zapytał jeden ze sztamgastów, słuchający Szwejka z rozdziawionemi z zachwytu ustami.

– Kolosalna. Jeszcze większa niż między zwykłym admirałem a kontradmirałem. Można by o tem napisać grubą książką ale wystarczy, jeśli panu powiem, że reichsmarszałek może posłać feldmarszałka po papierosy, jak kapral zwykłego szeregowca. Kiedy byłem przy wojsku, to mnie jeden kapral często posyłał po papierosy i za każdym razem dodawał: „Jak nie wrócisz draniu za jakieś pięć minut, to ci tak zoperuję twoją słodką buzię, że cię twoja rodzona sukinmatka nie pozna”. Reichsmarszałek tego oczywiście do feldmarszałka nie powie, bo ma rozum i wykształcenie, ale mógłby powiedzieć gdyby chciał. Tak-to, panowie. Prosit – i Heil Hitler!

Szwejk dopił swój kufel do końca. Pan Bretschneider chrząknął i rzekł:

– Wydaje mi się, kochany panie, że niedocenia pan politycznej strony tej sprawy. Mianowania, zarządzone świeżo przez Adolfa Hitlera, posiadają niesłychanie doniosłe znaczenie polityczne i nawet, powiedziałbym, moralne.

– Co do tego najzupełniej się z panem zgadzam. Jak kto dostaje wyższe stanowisko, to zawsze pracuje lepiej, niż gdyby go nie dostał. Znałem na przykład kiedyś niejakiego Hodilnika z ulicy Werduńskiej na Bubieńcu. Miał tam sklepik kolonjalny, ale nikt nie chciał u niego kupować, bo co się tyczy kartofli, to sprzedawał przeważnie podgniłe, a śledzie śmierdziały jak z przeproszeniem zdechły kot. Otóż ten Hodilnik miał subjekta, czyli, powiedzmy, zwykłego sprzedawcę nazwiskiem Putka. Obiecał, że mu będzie płacił 800 koron na miesiąc, ale za pierwszy miesiąc zapłacił mu tylko 300 koron, za drugi nic, i za trzeci też nie, bo powiada, „nie mam pieniędzy”. „Cóż to ma znaczyć? – myśli sobie Putka. – Albo -albo!” I udaje się do Hodilnika na prywatne mieszkanie, żeby go zapytać, jak on to rozumie. A Hodilnik już się tej wizyty spodziewał i powiada do niego prosto z mostu: „Mianuję cię starszym subjektern i podwyższam ci pensję o dwadzieścia procent.”, Putka się naturalnie zgadza. Mija tydzień, i znowuż dostaje podwyżkę, bo Hodilnik zamianował go szefem wydziału sprzedaży, później inspektorem magazynu i wkońcu dyrektorem całego zakładu. Ale gotówki Putka wciąż nie widzi, bo Hodilnik obiecuje, że zapłaci wszystko odrazu, a tymczasem tytułuje Putkę panem dyrektorem przy byle okazji: „Uszanowanie panu dyrektorowi, jak się panu spało?”… „Niech pan dyrektor odkroi łaskawie dla tej pani kawałek wędzonki”… I tak dalej. Putce to strasznie imponuje, więc już o pieniądzach nie gada i tylko wciąż wylicza, jaką sumę zainkasuje, kiedy Hodilnik zapłaci wszystko odrazu. Aż tu pewnego dniu się okazuje, że Hodilnik zbankrutował i zamknął sklep na kłódkę. Więc Putka znów idzie do Hodilnika na prywatną kwaterę, żeby się dowiedzieć, kiedy dostanie pieniądze. Myślicie panowie że dostał? Grosza nie dostał, i jeszcze go Hodilnik zepchnął ze schodów na zbity łeb. Ale Putka nie daje za wygraną i krzyczy z podwórka: ,,Chwileczkę, panie Hodilnik! Proszę mi odpowiedzieć na jedno pytanie: jestem dyrektorem zakładu czy nie jestem?” ,,Od dzisiaj nie jesteś”- odpowiada Hodilnik. „Więc czemże jestem?” – pyta Putka. „Skończonym kretynem i niczem więcej” – mówi Hodilnik. I oblewa Putkę z okna brudną wodą, żeby poszedł do domu. No i Putka naturalnie poszedł, bo przecież nie mógł stać wiecznie na podwórku z mokrą głową. Sądzę, że każdy na jego miejscu zrobiłby to samo.

Pardon – powiedział Bretschneider, rozważając czy opowiedziana przez Szwejka historja nie zakrawa na przedrwinki z władzy. – Przypuszcza pan, o ile pana dobrze zrozumiałem, że marszałków Trzeciej Rzeszy może spotkać taki sam los jaki spotkał pana Putkę. Musze zaznaczyć, że -jest pan w grubym błędzie. Zwycięska armja niemiecka nie da się porównać do sklepiku z kartoflami. W armji, panie Szwejk, panuje porządek, i każdy feldmarszałek dostaje pensję pierwszego i piętnastego każdego miesiąca. Opóźnienia są absolutnie wykluczone. Poza tem przyszłość każdego marszałka jest zapewniona pod każdym względem.

– Co do tego to ma pan świętą rację – przyznał Szwejk. – Niech się dzieje co chce, a marszałek polny zawsze będzie marszałkiem polnym i marszałek Rzeszy marszałkiem Rzeszy. Nikt nie ma prawa pozbawić go tego tytułu, jak to zrobił Hodilnik z panem Putką, ani za życia, ani po śmierci.

– A czy jest pan tego pewien? – spytał sztamgast z rozdziawionemi ustami, który chciał wszystko wiedzieć dokładnie.

– Najzupełniej pewien. Jak panu taki feldmarszałek z przeproszeniem zemrze, to go pochowają nie jak jakiego przybłąkanego psa, a zupełnie inaczej, grób mu wykopią szeroki i wygodny i postawią na grobie kamień z napisem: „Tu spoczywa Pan Marszałek Polny Pfeifenau”. Albo Bchneichenau. Względnie Reichenau. W zależności od faktu. Niech mu ziemia lekką będzie. A jak umrze marszałek Rzeszy, to dla niego wykopią jeszcze większy grób i postawią na tym grobie jeszcze wyższy kamień. I kwiatów na pogrzebie dostanie, ma się rozumieć, o wiele więcej, i będzie sobie leżał w tym grobie pod opieką prawa, bo jakby komu przyszło do głowy ukraść z cmentarza taki kamień z napisem, albo też powiedzmy, zamazać jaką farbą tytuł „Marszałek Rzeszy”, to go spotka sroga kara, przewidziana w kodeksie : sto tysięcy marek grzywny albo więzienie do lat sześciu, albo też obie kary jednocześnie, w zależności od tego, czy działał w stanie trzeźwym, czy też po pijanemu. Naskutek tego cmentarze z feldmarszałkami wyglądać będą zawsze czyściutko i pięknie, i każdy popatrzy na nie z prawdziwą przyjemnością.

– Hm, rzekł Bretschneider, któremu wynurzeniu Szwejka niecałkiem się podobały, – mam wrażenie, że wyciąga pan z mowy Adolfa Hitlera dosyć dziwne wnioski. Czy mógłbym zapytać co pan sądzi o przestrodze Führera, skierowanej pod adresem Anglji?

– Mocny kawałek, panie Bretschneider, mocny i do rzeczy! Ale jeszcze więcej podobało mi się to co Führer mówił o Rosji sowieckiej. „Z rządem sowieckim – powiada – żaden porządny człowiek nie ma prawa się zadawać, bo to, powiada, bandyci i oszuści. Nigdy w życiu – powiada – nie podpiszę z niemi układu, ponieważ nie mam do nich zaufania”. To im, panie, wlepił! I może się pan założyć o co pan chce, że Adolf Hitler dotrzyma słowa. Angielscy plutokraci i panowie Izraelici spuszczą teraz nos na kwintę. Myśleli, że się im uda skłonić Führera do paktu ze Stalinem, ale się grubo przerachowali. Podobno nawet liczyli na to, że Adolf Hitler pojedzie do Moskwy, żeby odebrać defiladę czerwonej armji. A po cholerę? Ani mu się nie śni. I bardzo dobrze, że mu się nie śni : niech zostanie w Berlinie i furt nami rządzi, to się nam będzie działo jeszcze lepiej niż teraz. Nawet dla nas Czechów nastaną lepsze czasy, chociaż drażniliśmy i gniewaliśmy Führera jak te niewdzięczne prosięta. Powiadam panom, że zbliża się dzień, w którym Adolf Hitler przebaczy nam wszystkie nasze zbrodnie i każe wydać Czechowi dużego śledzia na kupon B karty węglowej numer 17, zupełnie tak samo jak Niemcom w Trzeciej Rzeszy, którzy tego śledzia już wyfasowali spowodu zwycięstwa we Francji. Pisała mi o tem ciotka, która mieszka w Berlinie.

Bretschneider usiłował przekonać Szwejka, że poplątał najwidoczniej kilka mów Hitlera. Ale Szwejk był nieugięty i twierdził, że słyszał mowę Führera przez radjo i że się na pewno nie myli. A ponieważ lokal juz zamykano, więc całe towarzystwo udało się do domu.

Szwejk obiecał jednak panu Bretschneiderowi że się z nim wkrótce znów spotka aby pogadać o polityce. Uczynimy wszystko co jest w naszej mocy, żeby zdać czytelnikom z tej rozmowy dokładną relację.

W. J. SOLSKI.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close