Szwejk o przymierzach i sojuszach (10)

Od chwili wybuchu wojny niemiecko-rosyjskiej Szwejk rzadko bywa w lokalu „U Kalicha”, ale kilka dni temu nasz sprawozdawca z Pragi przyłapał go w tym lokalu. Szwejk ukazał się w piwiarni w towarzystwie byłego sapera Wodiczki, swego starego kumpana z czasów zeszłej wojny. Na zapytanie, czemu tak rzadko zaszczyca lokal swoją obecnością, Szwejk odpowiedział:

– Bo oglądam mapy i słucham radja.

– Cały dzień ? – zapytał jeden ze sztamgastów.

– Cały dzień, a czasem i do późna w nocy – odrzekł Szwejk. – I skutkiem tego posiadam informacje z pierwszego źródła o wypadkach na naszej planecie, jak mawiał pewien szewc z ulicy Hybernskiej, kiedy sobie zaabonował tygodnik p.n. „Skóra i Szydło”. Ale muszę dodać, że przeczytał tylko jeden numer tego pisma, bo się później pokłócił z redaktorem o artykuł, który sam napisał pod pseudonimem Apollo, wyszczególniając z podaniem adresu, że najlepsze zamszowe buciki można zamówić u niego za tanie pieniądze, a jak kto zamówi odrazu dwie pary, to dostanie zapasowe sznurowadła tytułem premjum. Redaktor powiedział, że artykuł nosi charakter reklamowy i jako taki sprzeciwia się pryncypom jego pisma, a mój znajomy krzyknął, że pryncypy bledną wobec faktów. No i wynikła z tego awantura na całą ulicę, bo szewc zaczął wymachiwać krzesełkiem, mówiąc że pryncypy ma w tem miejscu, na którem siada, tylko że to powiedział trochę krócej, i redaktor zawołał maszynistkę na świadka, że nastąpiła obraza i znieważenie słowne. A szewc znowuż przy pannie nie chciał powtórzyć brzydkiego słowa, twierdząc że mu nie przejdzie przez usta w jej obecności, i użył zamiast tego innego zwrotu: „Na pryncypy – powiada – s… z wysokiej wieży”. Panna wyleciała z pokoju, a redaktor aż się zatrząsł z oburzenia i woła, że pryncypy, czyli też zasady, rządzą światem, a szewc furt wywija krzesełkiem i zaprzecza pięścią po stole. Aż go wkońcu zabrali do komisarjatu. I słusznie, bo redaktor tygodnika „Skóra i Szydło” miał świętą rację, mówiąc że pryncypy to wielka rzecz. A jeśli któryś z panów miał co do tego wątpliwości, to go chyba Adolf Hitler nauczył rozumu na przykładzie z Rosją.

– Dobrze gadasz – mruknął saper Wodiczka, który wypił już poprzednio w innym lokalu dość poważną ilość piwa. – Dobrze mówisz, tylko niewiadomo, o co ci chodzi. Nic nie rozumiem, ale popieram twoje stanowisko.

– Nie rozumiesz, bo się tyle znasz na polityce, co kura na pieprzu – oświadczył Szwejk. – Ale inni panowie przypuszczalnie zrozumieli, co miałem na myśli, używając przejrzystej alegorji. Adolf Hitler doszedł do wniosku, że honor więcej znaczy, niż wszystko inne, i skutkiem tego postanowił pójść za głosem sumienia. A jak tylko przyjął to postanowienie, to zmiejsca poświęcił dozgonną przyjaźń dla pryncypu, i cały świat otworzył z podziwu gębę. Wyłożył to niedawno przez radjo w pięknej formie pan Hans Fritsche z Berlina i jeszcze dodał od siebie, że panowie izraelici znowu się przerachowali. „Myśleli – powiada, – że Adolf Hitler przystał do bolszewików na stałe, a tu się okazuje, że tylko czasowo. Bolszewik Roosevelt nie posiadał się z radości, że moskiewscy zbrodniarze uzyskali w osobie Führera cennego sprzymierzeńca, a teraz nastąpi przykre rozczarowanie. I wobec takiego stanu rzeczy Roosevelt z Churchillem są obecnie zgóry przegrani, bo żadna siła nie zmusi Adolfa Hitlera, żeby wstąpił z powrotem do ich Kominternu. A znowuż bez Adolfa, jak każdemu wiadomo, Komintern nie ma racji bytu, to na La Guardii z rooseveltowską żoną się przecież nie utrzyma. Mam nadzieję, Wodiczka, że po tem wyjaśnieniu zrozumiesz sytuację międzynarodową, bo ci przecież wszystko mówię wyraźnie i kładę widłami do głowy.

– Teraz już trochę kapuję, – powiedział Wodiczka, – ale wydaje mi się, że popełniasz błąd, zapominając o Węgrach. Mojem zdaniem, wszystkiemu są winni Węgrzy. Kiedy podczas zeszłej wojny byłem na Węgrzech w mieście Piszczany, to mi tam naleli w jednym lokalu kwaśnego piwa i jeszcze krzyczeli, że to prawdziwe pilzeńskie. Więc rozumie się, wylałem je z kufla na głowę jakiejś pani, co tam blisko ode mnie siedziała, i trzepnąłem przy okazji po papie dwóch cywilów za to że się dekują, zamiast bronić cesarza Franciszka Józefa na polu chwały. Węgierskie intrygi są zwykle bardzo niebezbieczne.

Uwaga sapera Wodiczki przebrzmiała bez echa. Tymczasem wokół Szwejka zebrało się dość liczne grono słuchaczy. Kilku z nich zaproponowało, by Szwejk wyłożył swój pogląd na źródła konfliktu niemiecko-rosyjskiego, uwzględniając stronę historyczną tego wydarzenia.

– Dlaczego – spytał jeden z nich -Hitler uderzył na Rosję dopiero teraz i właśnie teraz, a nie przedtem? Co się za tem kryje?

– Tego panom powiedzieć nie mogę, -odpowiedział Szwejk, – bo pan Fritsche z Berlina nic o tem nie mówił. Jednakowoż nie ulega wątpliwości, że Führer nie mógł wcześniej uderzyć na Rosję, ponieważ zawsze uderza dopiero wtedy, gdy straci cierpliwość. A przedtem jeszcze nie stracił, bo to człowiek spokojny i stateczny i posiada ogromne zapasy cierpliwości, z których czerpie, jak to mówią, w razie potrzeby. A znowuż z drugiej strony Führer mało co wiedział o Rosji, i dlatego Stalinowi przez długie lata uchodziły na sucho jego niecne postępki. Niech panowie nie zapominają, że Führer ma na głowie cztery strony świata: Europę, Azję, Afrykę i Amerykę, która mu coraz więcej psoci, więc nie może się zająć wszystkiemi sprawami odrazu. A że niedawno miał chwilkę wolnego czasu, więc kazał sobie sporządzić referat o Rosji na czterdziestu dwóch stronicach i dopiero się zamknął w swoim gabinecie, żeby przeczytać. A jak przeczytał to sprawozdanie, to mu wąsik stanął dęba, i posłał zmiejsca po pana Ribbentropa. „Ładnych rzeczy się tu dowiaduję – powiada do Ribbentropa – o tej Rosji sowieckiej! Podobno panuje tam bolszewizm? Podobno niema wolności słowa, ani nawet prasy?” – „Tak jest, – mówi Ribbentrop, – co do bolszewizmu, to faktycznie nie da się zaprzeczyć, i nawet zwracałem na to uwagę Waszej Ekscelencji, jakem wrócił z Moskwy, tylko że Wasza Ekscelencja dłubała sobie akuratnie w uchu i wskutek tego nie słyszała moich słów”. – „Kłamiesz! – woła na to Führer – nic nie mówiłeś! Won z pokoju! – krzyczy na niego – ukryłeś przede mną potworne fakty! Nigdy nie pozwolę na pozbawianie ludzkości elementarnych praw i swobód! Zaduszę bolszewicką hydrę, choćby nie wiem co! Proszę mi przynieść układ niemiecko-sowiecki, to go podrę na drobne kawałki!”. No i naturalnie przynoszą mu ten dokument na złotej tacy, a Adolf Hitler pluje na traktat trzykrotnie i wyrzuca opluty papier za okno. I od tej historycznej chwili umowę z Sowietami można uważać za nieistniejącą.

– A jakie to będzie miało skutki? – zapytał jeden ze słuchaczy.

– To zależy, o co panu chodzi, – rzekł Szwejk, – o strategję czy też o politykę. Co do strategji, to niech się pan lepiej zapyta Wodiczki, który jako były saper znakomicie się wyznaje na sprawach wojskowych, ale co do polityki, to nie ulega wątpliwości, że krok Führera będzie miał skutki wysoce zbawienne, chyba że Adolfowi przytrafi się podobny wypadek, jaki się kiedyś przytrafił mojej ciotce, o której panom któregoś dnia już opowiadałem. Otóż moja ciotka była strasznie skąpa i nigdy nie wydawała pieniędzy na głupstwa, ale pewnego razu zapoznała się w tramwaju z jedną panią z Żyżkowa, która jej doradziła, żeby sobie kupiła uczoną srokę, którą widziała na wystawie w sklepie. „Jest to doskonała lokata kapitału – mówi znajoma z Żyżkowa – i nawet pewny interes, bo dużo pani taka sroka nie zje, a jak ją pani utuczy kartoflami albo kaszą, to ją pani potem sprzeda ze znacznym zyskiem. Do tego dodam, że srokę można nauczyć gadać zupełnie jak papugę, a nawet jeszcze lepiej, więc zabawi pani przy okazji gości, co także ma swoje znaczenie”. Ciotka dała się przekonać i nabyła srokę za cztery korony. Powiedzieli jej w sklepie, że sroka już trochę gada i jak jest w dobrym humorze, wykrzykuje rozmaite wesołe słowa, ale się okazało, że kłamali jak najęci, bo sroka umiała tylko gwizdać, i to że tak powiem półgębkiem i bardzo kiepsko. Ale ciotka nie traci nadziei i kupuje za pół korony gotowanego grochu, bo słyszała, że sroki uwielbiają groch, a do tego jeszcze zapłaciła sześć koron za drewnianą klatkę. Tylko że ta klatka była zawsze otwarta, a okna zamknięte, żeby sroka mogła latać po pokoju ze względu na rozwój mięśni i żeby czasem nie wyfrunęła na ulicę. Ale jeśli panowie sądzą, że sroka się ciotce odwdzięczyła, to się panowie grubo mylą. Ile razy ciotka zostawiała ją samą w pokoju, sroka łapała rozmaite błyszczące przedmioty i chowała je pod łóżkiem albo na szafie. A pewnego razu porwała kawałek szkła i połknęła. Ciotka leci po weterynarza, bo już bądźcobądź wsadziła w srokę poważny kapitał, i wyraża obawę, że sroka prawdopodobnie zdechnie, a weterynarz powiada, że wcaleby go nie zdziwiło, bo szkło zawsze pozostanie szkłem, nie bacząc na rozwój medycyny, jak również i weterynarji. A potem weterynarz ubiera krawatkę i pędzi za ciotką do jej mieszkania, a tam się okazuje, że sroka faktycznie wyzionęła ducha, tylko nie spowodu połkniętego szkła, ale dlatego, że ją zeżarł rudy kot, korzystając z nieobecności pani domu. Ciotka w jęk, a weterynarz inkasuje za wizytę pięć koron, twierdząc że za przedwczesną śmierć pacjenta nie ponosi żadnej odpowiedzialności, więc ta śmierć nie może się odbić na honorarjum. I tu się dopiero zaczyna dramat, albo też opera, jak panowie wolą. Ciotka łapie kota-mordercę i dochodzi do wniosku, że godziny jego są policzone, ponieważ zjadł ze smakiem srokę z kawałkiem szkła we środku, co mu chyba nie wyjdzie na dobre. I weterynarz potwierdza ze swojej strony, że kot fajtnie przypuszczalnie tej samej nocy, nie bacząc na to, że się w danej chwili oblizuje, nie wiedząc co go czeka. Ciotka wobec tego wpada na pomysł, żeby podrzucić kota sąsiadowi nazwiskiem Kudasz, z którym była dawniej w przyjaźni, ale później się pokłócili ze względów sentymentalnych, i ciotka od tego czasu miała do niego urazę. „Zaniosę mu kota do mieszkania – myśli sobie ciotka – i powiem, że mu go daję w prezencie, a jak rude zwierzę wyciągnie kopyta, wówczas puszczę pogłoskę, że pan Kudasz otruł kota, żeby wywrzeć na mnie złość, jak również spowodu podłego charakteru i z zazdrości. I wszyscy lokatorzy bezwarunkowo mi uwierzą i będą spoglądać na pana Kudasza krzywem okiem”. No i niesie kota do pana Kudasza, ciesząc się, że wykombinowała sprytną intrygę i że się zemści za zawiedzione sentymenty i nadzieje. Ale niech mi panowie wierzą albo nie: kot nie zdechł ani tej nocy, ani następnej, a po jakichś czterech miesiącach zrodził cztery rudawe kocięta, bo się w dodatku okazało, że to nawet nie był kot, tylko kocica. I pan Kudasz sprzedał kocięta po dwie korony za sztukę, nie bacząc na krzyki ciotki, że jej się te pieniądze słusznie należą, „bo skąd, – powiada pan Kudasz, – skoro nie miała pani w zrodzeniu kociąt żadnego udziału”. Więc z tego wynika, że ciotka straciła na całym interesie cztery korony za srokę, pół korony za groch, sześć za drewnianą klatkę i pięć co je dała weterynarzowi, to razem piętnaście i pół. A do tego trzeba jeszcze dodać osiem koron tytułem straty z przewidzianych zysków, bo jakby nie podarowała kota panu Kudaszowi, toby mogła sprzedać kocięta na własny rachunek. A więc ogółem 23 korony i 50 halerzy. Mówcie panowie co chcecie, ale w każdym bądź razie dość poważny kapitał jak dla oszczędnej osoby. A z tego wszystkiego widać, że podrzucanie prezentów nie zawsze daje dobre rezultaty, zarówno w życiu prywatnych jednostek jak w dziedzinie polityki zagranicznej. Tylko że Adolf Hitler napewno przewidział grożące mu niebezpieczeństwo, więc się o niego nie boję i stawiam wniosek, żeby wypić za zdrowie mojej ciotki, bo to zacności kobieta, chociaż skąpa jak jasna cholera.

– Za pozwoleniem – rzekł jeden ze słuchaczy, niejaki pan Bonc, zastępujący od pewnego czasu szpicla Bretschneidera i żyjący w mylnem przeświadczeniu, że nikt o tem nie wie. – Czy mógłbym zapytać, do czego pan pije, mówiąc o rudym kocie, względnie kocicy? Bo o ile dobrze zrozumiałem, figuruje ona w pana opowiadaniu jako symbol, reprezentujący Komintern albo też międzynarodową judo-masonerję, a może nawet podły kapitalizm anglo-amerykańskich pluto-demokratów? Otóż chciałbym wiedzieć, który z tych czynników miał pan na myśli?

– Wszystkie dziewięć czynników – odrzekł zamiast Szwejka saper Wodiczka, któremu po ósmym kuflu piwa troiło się w głowie. – Nie był pan czasem kiedy w Budapeszcie? Przypomina mi pan z gęby jednego chama. Zaczepił mnie w szesnastym roku, bo mu nie pasowało, że sypię za kołnierz jego damie małe kamuszki w kinie, a ja mu na to po czesku, że każdy zawiera znajomości jak umie, albo przy pomocy konwersacji, albo też inaczej. Obiecałem mu, że mu połamię ze trzy żebra, jak go jeszcze kiedy spotkam. Przyznaj się, draniu,
że to ty, bo cię poznałem, chociaż się przebrałeś za kogo innego!

Saper Wodiczka zerwał się, by spełnić obietnicę. Ale do bijatyki nie doszło, bo Szwejk wziął w obronę Bonca, oświadczając Wodiczce, że ręczy za niego pod każdym względem.

– Znam go nie od dzisiaj, i często sobie gadamy o rozmaitościach. Za każdym razem pan Bonc płaci za piwo, więc o wrodzonej podłości nie może być mowy, i niema dwóch zdań, że zaszła pomyłka co do osoby. Pan Bonc cieszy się nawet zaufaniem władz, jak słyszałem z dobrego źródła. Zewnętrzne podobieństwo często zawodzi, i skutkiem tego nie można na niem polegać. Mógłbym ci opowiedzieć na ten temat pewną historyjkę, która się przytrafiła…

– Pan wybaczy – przerwał wynurzenia Szwejka uparty pan Bonc. – Może wrócimy do tematów politycznych. Nie odpowiedział pan jeszcze na moje poprzednie pytanie, a pozatem chciałbym wiedzieć, jaki jest główny cel ataku Führera na Sowiety? Nie sądzę, żeby pan dostatecznie wyjaśnił tę sprawę, która nas wszystkich interesuje.

– Co do poprzedniego pytania, to już mi dawno wyleciało z głowy, – odpowiedział Szwejk, – ale na drugie chętnie panu odpowiem. Otóż mojem zdaniem Adolf Hitler swoim atakiem na Rosję zadaje kłam twierdzeniom bolszewika Roosevelta, że Trzecia Rzesza dąży do opanowania Ameryki. I pan Hans Fritsche z Berlina podziela w zupełności moje stanowisko. „Niema mowy – powiada pan Fritsche – o ataku na Amerykę, bo Rosja całkowicie nam wystarczy”. Jak pan widzi, żydo-mason Roosevelt traci wskutek tego najznakomitszy atut agitacyjny, i sam pan sobie może dośpiewać, czem to dla niego pachnie. Ameryka siłą rzeczy zmuszona będzie zawrzeć z nami przymierze, albo też sojusz zaczepno-odporny, co na jedno wychodzi. Słyszałem, że tekst tego historycznego dokumentu został już ułożony przez pana doktora Goebbelsa i że nawet nie miał z tego powodu zbyt wiele roboty, bo poprostu podniósł opluty przez Führera traktat z Sowietami, wyrzucony za okno, i napisał wszędzie zamiast „Rosja” – „Stany Zjednoczone”, a wszystko inne pozostawił bez zmiany.

– Nie wydaje mi się to ani bardzo prawdpodobne, ani celowe – rzekł Bonc.

Odpowiedź ta wywołała ostrą replikę sapera Wodiczki, niezbyt orjentującego się w sprawach politycznych:

– A panby pewnie chciał, żeby Europa utonęła w morzu anarchji, łącząc się z bolszewizmem i jej sojusznikiem narodowym socjalizmem, który nigdy nie zapomni Ameryce, że mu popsuła przymierze ze Stalinem przy pomocy kombinacyj giełdowych?

Pan Bonc oświadczył, że taka chęć jest mu zupełnie obca, a podejrzenie, iż do tego dąży, uważa za wysoce krzywdzące i na niczem nie oparte. Saper Wodiczka uznał odpowiedź Bonca za niewystarczającą i zażądał aby Bonc przytoczył z pamięci 181-ą stronicę książki „Mein Kampf”, na dowód że kocha Führera i że nie jest tajnym agentem Worosziłowa. Bonc usiłował obrócić wszystko w żart, ale Wodiczka odpiął pasek, twierdząc że musi związać Bonca i oddać go w ręce władz, bo mu się wydaje, że prawdziwe nazwisko Bonca brzmi zupełnie inaczej:

– Nazywasz się Rumpelmayer i uciekłeś z więzienia w Piszczanach, gdzie cię trzymano za podrabianie pieniędzy! Poznaję cię z portretu w gazecie! Oskarżano cię również o gwałt na osobie pani Rumpelmayer, aleś się nie chciał przyznać! Jazda do cyrkułu! W gazetach stało napisane, że za złapanie Rumpelmayera wypłacona zostanie nagroda pieniężna w wysokości tysiąca koron, które przepijemy ze Szwejkiem za twoje zdrowie!

Szwejk, aby zażegnać burzę, podstawił Wodiczce nogę. Saper upadł, i Bonc, korzystając z zamieszania, uciekł. Wodiczka zawiadomił zebranych, że ucieczka nic Boncowi nie pomoże, gdyż on, saper Wodiczka, wkrótce go złapie na osobności i porozmawia z nim po wojskowemu. Wypowiedziawszy te słowa, Wodiczka nagle zasnął.

– Dajcie mu spokój, bo się biedactwo zmęczył – rzekł Szwejk. – Dawniej wypijał dwadzieścia kufli, a obecnie głupie dziesięć zwala go z nóg. Szybkie zmiany polityczne także wpływają na niego ujemnie, bo się nie wyznaje na dyplomacji i od tygodnia wciąż mi się pyta, jakiem prawem Führer zerwał sojusz z Sowietami bez wypowiedzenia, skoro w traktacie pisało, że obydwie strony obowiązuje wypowiedzenie roczne albo też pięcioletnie. Musiałem mu wkońcu obiecać, że doradzę mojemu znajomemu, panu doktorowi Goebbelsowi, aby w przyszłych układach o dozgonnej przyjaźni obowiązywało wypowiedzenie dzienne, albo nawet godzinne, tak samo jak w tych hotelach koło dworca, co to się cieszą kiepską reputacją spowodu wiadomych przyczyn, chociaż nic złego w tej sprawie nie widzę, a nawet całkiem naodwrót. Albo też można będzie zrobić tak jak jeden mój znajomy z Pilzna, który napisał pocztówkę do przyjaciela w Pradze, zaznaczając, że go szanuje i lubi i że nawet za nim tęskni, bo nie wiedział, że przyjaciel bawi w Pradze z jego własną żoną. A kiedy się dowiedział, pocztówka jeszcze nie była wysłana, więc mój znajomy z Pilzna dopisał do niej postscriptum, ponieważ mu się nie chciało przepisywać pocztówki, bo musiałby wtedy kupić nową, a tamta byłaby stracona. A co się tyczy post-scriptum, brzmiało ono jak następuje: „Wszystko powyższe proszę uważać za ironję, ponieważ uważam pana za bydlaka, złodzieja i ciemną figurę i zrywam z panem wszelkie stosunki”. Wcaleby mnie nie zdziwiło, gdyby post-scriptum w tym guście dopisali do sojuszu Trzeciej Rzeszy z Japonją i z panem Duce, ale naturalnie jako punkt tajny, który się może przydać. Ale teraz muszę już iść do domu, bo pani Müller miała mi dzisiaj zrobić gorący kompres na reumatyzm, i obawiam się, że jej wystygnie.

Po tych słowach Szwejk opuścił lokal „U Kalicha” i udał się do domu.

WACŁAW SOLSKI.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close