Szwejk o przyszłym ustroju świata (2)

Były dzielny wojak Szwejk począł, jak wiadomo, niedawno znowu uczęszczać do knajpy „U Kalicha” w Pradze, którą zaszczycał swoją obecnością podczas poprzedniej wojny światowej. Spotkał się tam przed paru dniami z kilkoma przyjaciółmi i z panem Bretschneiderem, byłym szpiclem policji austrjackiej, a obecnie agentem „Gestapo”. Gadano o różnych sprawach, aż nareszcie Bretschneider, chcąc pokazać, że jest człowiekiem wykształconym, rzekł ni z tego ni z owego :

– Muszę zaznaczyć, że bardzo cenię rozmaite sztuki piękne, jak naprzykład wiersze albo muzykę. Z muzyki najwięcej podobają mi się niemieckie marsze wojenne. Mógłbym ich słuchać godzinami, bo podnoszą w nas ducha, pomijając już ich wartość czysto artystyczną. Weźmy chociażby taki kawałek: tra-la-la-la ! Jakaż to potężna melodja! Pewien jestem, że gdy ją zagra człowiekowi orkiestra i bębny, to pójdzie za Adolfem Hitlerem choćby na koniec świata!

– Pst ! – krzyknął Szwejk przerażonym głosem. – Co pan wyrabia? Dopuścił się pan przestępstwa, graniczącego ze zdradą stanu. Całe szczęście, że się to stało w gronie przyjaciół, bo wrogowie zadenuncjowaliby pana władzom jak dwa razy dwa cztery.

– Cóż takiego uczyniłem? – spytał Bretschneider, któremu twarz przybladła nieco ze strachu.

Zaśpiewał Pan „Badenweiler-Marsch”, nie bacząc na tu że jest to ulubiony marsz Führera i że Adolf Hitler surowo zabronił grania czy śpiewania tego marsza w jego nieobecności. Pisały o tem wszystkie gazety.

– Pardon, – rzekł Bretschneider, – nie wiedziałem co śpiewam. Muszę podkreślić, że nie jestem zbyt muzykalny i z tego powodu często plączę rozmaite melodje. Może to panu potwierdzić każdy kto mnie bliżej zna. Naprzykład moja żona. Niech się pan jej spyta, to panu powie.

– Jeśli cierpi pan na brak słuchu, – odpowiedział Szwejk, – to mi pana szczerze żal, bo w dzisiejszych czasach taki feler może mieć fatalne skutki. Ciekawa historja na tem tle przytrafiła się niedawno panu Otto Kielke, memu dobremu znajomemu. Przysłano go tu do nas do Pragi aż z Hanoweru, bo się zawsze wypowiadał w tem guście, że za Adolfa Hitlera chętnie położy głowę i życie. Wiec rozumie się, dali mu tu dobrą posadę, i dodatkową kartę żywnościową, i przyzwoity lokal na mieszkanie, i żyłby sobie chłop jak się należy, aż tu pewnego razu się dowiaduje, że jeden jego przyjaciel z SA zmarł nie odzyskawszy przytomności o godzinie trzeciej nad ranem. A przytomność, trzeba panu wiedzieć, stracił spowodu trzykrotnego uderzenia po głowie butelką od piwa w lokalu „Dwie Lilje”, bo się tam posprzeczał z innym panem z SA, ale już nie wiem, o co im poszło. Słowem, przyjaciela pana Kielke chowają go na cmentarzu z wielkiemi honorami i podkreślają nad grobem w przemówieniu, że padł na posterunku jak bohater i żeby brać z niego przykład, a później zaczynają śpiewać chórem piękne hymny, a mianowicie „Deutschland über Alles” i „Horst-Wessel-Lied”. A pan Kielke też naturalnie był na cmentarzu i stał sobie w pierwszym rzędzie. I tu się nagle okazuje, że pan Kielke śpiewa nie „Horst-Wessel-Lied” ale tango pod tytułem ,,Weź mnie w objęcia dziś o północy”. I wszyscy doskonale słyszą te słowa, bo pan Kielke ma, niestety, bardzo silny baryton, chociaż z drugiej strony jest trochę roztrzepany. No i naturalnie zaraz go zaaresztowali i dali mu dwa lata więzienia, i sędzia śledczy jeszcze mu powiedział na badaniu, że takiego rozpustnego świntucha na oczy nie widział jak długo żyje, bo myślał, że pan Kielke ma tę samą brzydką chorobę co pan Hauptmann Rohm i że między panem Kielke i jego zakatrupionym przyjacielem coś tam ewentualnie miało miejsce, i z tego powodu wyrwały się panu Kielke te słowa o objęciach. Pan Kielke się zaklinał, że to całkiem nieprawda, ale mu nie uwierzyli. Widzi pan z tego, jak bardzo trzeba być ostrożnym, jeśli chce się uniknąć grubych nieprzyjemności.

Bretschneider nic nie odpowiedział, tylko spojrzał na Szwejka podejrzliwie, bo mu się przypomniała rozmowa, którą miał poprzedniego dnia z żoną. Pani Bretschneider powiedziała mężowi, że nie powinien zbytnio ufać Szwejkowi, który być może, jest niebezpiecznym wrogiem Adolfa Hitlera i nie zawsze mówi to co myśli. Bretschneider postanowił tę sprawę wyjaśnić i rzekł:

Pozwolę sobie zwrócić panu uwagę, że istnieje gruba różnica, między śpiewaniem prywatnem a publicznem. Śpiewanie prywatne w żadnym razie nie może być karalne, bo toby się nie zgadzało z duchem prawa. Pozatem uważam, że zakaz śpiewania czy grania .”Badenweiler-Marsch” w nieobecności Adolfa Hitlera jest wogóle niesłuszny, a nawet powiedziałbym, niesprawiedliwy. Takie wzniosłe melodje powinno się grać jak najczęściej, a nie tylko w obecności Führera, bo dzieła sztuki istnieją dla całego ogółu, a bynajmniej nie tylko dla poszczególnych jednostek. Czy nie mam racji, panie Szwejk? Czy nie uważa pan również że Adolf Hitler popełnia dużo błędów?

„Teraz go złapałem, – pomyślał sobie Bretschneider, wypowiadając te słowa. Jeśli potwierdzi, że Führer się myli, zagrożę mu aresztem za obrazę osoby Adolfa Hitlera i pod groźbą więzienia wyciągnę od niego wszystko co będę chciał. Pierwszorzędny chwyt, niema co gadać! Żona będzie ze mnie dumna!”.

Ale Szwejk odpowiedział z całą szczerością, że się z panem Bretschneiderem nie zgadza i że Führer nigdy się nie myli. Zakaz, dotyczący „Badenweiler-Marsch”, jest zupełnie słuszny, i wkrótce ogłoszone zostaną inne zakazy w tem samym guście.

– Słyszałem, – mówił Szwejk, – że napisane już zostało prawo, mocą którego Reichsmarszałek Hermann Goering otrzyma w podarunku całego Beethovena. A jak to nastąpi, to symfonje Beethovena i inne jego kawałki będzie można grać tylko w obecności pana Reichsmarszałka. Hermann Goering będzie mógł oczywiście zaprosić tylu gości ilu będzie chciał, ale jak kto odegra Beethovena bez jego pozwolenia, zapłaci sto marek kary, a recydywiści wyfasują dwa lata więzienia. A całego Ryszarda Wagnera dostanie Rudolf Hess, z wyjątkiem opery pod nazwą „Lohengrin”, którą Führer obiecał panu doktorowi Goebbelsowi, bo w tej operze jeden rycerz jeździ wierzchem na łabędziu, i pan Goebbels powiedział że to jest symbol i że się to odnosi do niego. Podobno doktór Goebbels wystarał się o specjalną audjencję u Führera, bo Rudolf Hess nie chciał w żaden sposób oddać „Lohengrina”, chyba że mu dadzą za niego „Wesołą wdówkę”. Ale że „Wesołą wdówkę” Führer zarezerwował dla siebie samego, więc z tego handlu nic nie wyszło i Rudolf Hess musiał oddać „Lohengrina” za darmo. A pozatem Adolf Hitler wziął sobie jeszcze utwory Schillera, i nikt inny nie będzie miał prawa ich czytać. „Bo – powiada – nie poto genjalni pisarze latami łamali sobie głowy w pocie czoła, żeby ich książki czytała później byle świnia”. I ja się z tem najzupełniej zgadzam. Ale to jeszcze nie wszystko, bo jak słyszałem, zreformowana będzie także tak zwana mowa potoczna, czyli zwyczajne gadanie. Pracuje nad tą sprawą już od dłuższego czasu Alfred Rosenberg, i dlatego właśnie oddawna nic o nim nie słychać, bo to rzetelny uczony i siedzi przeważnie w swoim gabinecie calemi nocami. I z tego powodu niema takiej sprawy, o której by Alfred Rosenberg nie pomyślał i którejby naukowo nie załatwił. „Z jakiej racji, – rzekł sobie Alfred Rosenberg pewnego dnia, – pierwszy lepszy Iks lub Igrek, czy jakieś inne bydlę, nie mogące prawdopodobnie wykazać się z żadnych zasług na polu krzewienia narodowo-socjalistycznych idej, ma używać tych samych wyrazów co SS-Gruppenführer albo nawet sam Gauleiter? Gdzieżby była sprawiedliwość wobec tak smutnego faktu? W krajach plutokracji jest to może na miejscu i w porządku, ale u nas, w obliczu „Führer-prinzip”u, tego rodzaju nadużycia nie mają racji bytu”. I znowuż muszę się z panem Rosenbergiem całkowicie zgodzić, bo znałem kiedyś niejakiego pana Pawka z Wyrszowic, który naskutek tej plutokratycznej niesprawiedliwości utracił ukochaną przez niego osobę. A było to tak, że pan Pawek posiadał dwie kamienice, i własny samochód, i gotówkę, i jeszcze wciąż furt pracował jako rzeźnik we własnym sklepie, no i pewnego razu zapoznaje się z wdową z dobrego domu. Od słowa do słowa dochodzi do wniosku, że się z nią ożeni, ale wpierw ją zaprasza kilka razy do kina, i do teatru, i tak dalej, żeby wymacać charakter tej kobiety, póki nie za późno. Okazuje się, że wszystko w jak największym porządku i że mu odpowiada pod każdym względem. Ale zapomniałem powiedzieć, że pan Pawek miał u siebie w sklepie sprzedawcę nazwiskiem Vejwoda, a ten Vejwoda to był, proszę panów, nachał jakich mało. Wyskrobał sobie skądeiś dziewczynę, przechadza się z nią po mieście i pali papierosiki. „Co to za jedna ?” – pyta go się raz pan Pawek. „A to, proszę pana, moja narzeczona” – mówi Vejwoda. „Narzeczona czy nie narzeczona, – powiada Pawek, – a jak mi jeszcze raz wsadzisz papierosa do cielęcego tyłka na wystawie, to cię wyrzucę na zbity łeb”. Bo trzeba panom wiedzieć, że Vejwoda miał ze swoją dziewczyną taki umówiony znak : jak wtykał papierosa do cielęcego tyłka, to to miało oznaczać, że jest tego wieczoru wolny. A pewnego razu pan Pawek był w dobrym humorze i pyta Vejwodę: „Ciekaw jestem, co ty mówisz do tej twojej dziewczyny, jak jej chcesz zrobić przyjemność ?”. „A to jej wtedy mówię: „moje złotko” – powiada Vejwoda. A tu trzeba takiego trafu, że pan Pawek do swojej wdowy również się stale zwracał z temi samemi słowami. Więc go naturalnie wzięła złość, bo jako człowiek zamożny i szanowany nie mógł się pogodzić z tem, że Vejwoda, który zarabiał u niego niecałe osiemset koron na miesiąc, używa tych samych słów co i on. A raz w niedzielę pan Pawek wybrał się ze swoją wdową za miasto do Barandowa i spotyka tam Vejwodę w towarzystwie tej dziewczyny. Vejwoda, jakby nigdy nic, elegancko mu się kłania i powiada do wdowy: „Pozwoli pani, że panią zapoznam z moją narzeczoną”. I jeszcze się przytem nachalnie uśmiecha, a na drugi dzień mówi do pana Pawka w sklepie : „Ładną mieliśmy wczoraj pogodę w tem Barandowie – co, może nie?”. Tu już pan Pawek nie wytrzymał i aż na niego krzyknął: „Ja miałem pogodę i tyś miał pogodę, świński ryju. A wspólnej z tobą pogody nigdy nie miałem i mieć nie będę. Zapamiętaj to sobie raz na zawsze i zakarbuj na nosie, bo nie lubię poufałości”. Ale od tej chwili pan Pawek nie mógł patrzeć na wdowę, bo jak patrzał, to mu się zawsze przypominał Vejwoda, przemawiający do swojej dziewczyny zupełnie tak samo jak pan Pawek. I koniec końców wdowa tak panu Pawkowi obrzydła, że o ślubie nie mogło być mowy, i tylko jej zapłacił trzy tysiące koron odczepnego, żeby mu dala święty spokój. A co się stało z temi pieniędzmi, tego już nie wiem, tylko słyszałem, że wdowa pożyczyła je niejakiemu panu Slawiczkowi z ulicy Podgórnej, z którym później chodziła do cyrku na walki francuskie międzynarodowych siłaczy, i że jej nie oddał tych pieniędzy do dziś dnia. Tak to jedno nieszczęście zawsze wynika z drugiego, a wszystko zaczęło się od tego, że pan Pawek nie miał, jak to mówią, prawnej podstawy, żeby zabronić Vejwodzie używania tych samych słów co i on. Ale w przyszłości wszystko to ulegnie zmianie, i takich wyrazów, jak „moje złotko” albo „moje kociątko”, używać będą mogli tylko członkowie partji od Standartenführera wzwyż. A zwyczajnym „Volksgenossen” nie będzie wolno posiłkować się słowami „miłość”, „pocałunek” i „mandolina”, bo to słowa są dla nich o wiele za ładne i mogliby je zapaskudzić. Pan Alfred Rosenberg wymyślił już dla nas ersatze, które te słowa zastąpią. Zamiast „pocałunek” będzie się naprzykład mówiło „wargocisk”, co znaczy zupełnie to samo, ale brzmi trochę gorzej. I wiele jeszcze innych wyrazów zostanie wycofanych z obiegu i zarezerwowanych do wyłącznego użytku naszych bohaterów, zupełnie tak samo jak prawdziwe masło albo mydło. Będzie to pierwszy krok ku nowemu ustrojowi, który Adolf Hitler obiecał nam wybudować na gruzach stanego świata. Ale ten nowy ustrój powstanie dopiero wówczas, kiedy Adolf Hitler ostatecznie pokona wrogów, bo teraz Führer ma jeszcze zawróconą głowę innemi sprawami. I dlatego powiadam, że musimy zrobić wszystko co jest w naszej mocy, żeby ostateczne zwycięstwo nastąpiło jak najprędzej.

– A kiedy mniej więcej, według pana przypuszczeń, Adolf Hitler pokona wrogów? – zapytał jeden z przyjaciół, któremu zależało na dokładności.

– W najbliższym czasie – rzekł Szwejk. – Zwycięstwo odniesione zostanie przy pomocy sekretnej broni, a jak mi się kto z panów zapyta, co to za broń, to mu powiem, że nie mam dzisiaj czasu na wyjaśnienia, bo mi się śpieszy. Ale słyszałem z dobrego źródła rozmaite szczegóły i opowiem je panom w czwartek o dziewiątej. Heil Hitler!

Po tych słowach Szwejk zabrał się i poszedł. Musimy więc poczekać do przyszłego czwartku na jego dalsze rewelacje.

W. J. SOLSKI.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close