Szwejk o sprawie Rudolfa Hessa (8)

Sprawozdanie o ustosunkowaniu się Szwejka do ucieczki Hessa otrzymaliśmy z Pragi z pewnem opóźnieniem, łatwo zrozumiałem w obecnych warunkach. Wynika z niego, że przyjaciel nasz powziął pierwszą wiadomość o podróży Hessa z ust pani Müller, która wleciała do pokoju Szwejka w stanie wielce podnieconym. Szwejk leżał w łóżku spowodu ataku reumatyzmu, rozwiązując łamigłówkę z zeszłorocznego numeru gazety „Völkischer Beobachter”, a ponieważ nie lubi, gdy mu przeszkadzają w ważnej pracy, skarcił swą gospodynię surowem spojrzeniem i rzekł:

– Jak już pani wlazła, to może mi pani powie, kto wynalazł korkociąg. Cztery litery. A jak pani nie będzie stukać, zanim pani wchodzi, to się jeszcze kiedyś wydarzy nieprzyjemna okazja.

– A daj mi pan spokój z pańską okazją i z czterema literami! – zawołała pani Müller, nie wiedząc, że chodzi o łamigłówkę. – Że też panu tylko świństwa w głowie i nic innego! Niech pan lepiej wstanie i poleci na miasto posłuchać co ludzie mówią, bo w gazecie stoi napisane, że partajtowarzysz Hess zwarjowal i wylądował w Anglji na spadochronie.

– A jakiemi literami wydrukowali o tem w gazecie? – zapytał Szwejk, który, jak wiadomo, nigdy się niczemu nie dziwi. – Małemi czy dużemi?

– Pewnie że dużemi – odrzekła pani Müller. – A tytuł jeszcze większemi, zaraz na pierwszej stronicy!

– Tak też przypuszczałem – rzekł Szwejk. – W gazecie bardzo dużo zależy od tego, na której stronie, drukują i jakiemi literami. Jakby wydrukowali na ostatniej stronicy, toby pewnie nie wszyscy przeczytali, i partajtowarzysz Hess dostawałby w dalszym ciągu listy i ważne papiery, i poczta musiałaby je zwracać adresatom. A tak to już wszyscy będą wiedzieli, że pan Hess się wyprowadził, i poczta nie będzie miała kłopotu. A jeszcze więcej zależy w gazecie od dobrego tytułu. Kiedy parę lat temu uczęszczałem do piwiarni „Pod Czarnym Koniem”, to mnie tam raz zapoznali z pewną osobistością ze sfer prasowych, a mianowicie z niejakim panem Kołaczkiem, który się dowiedział, że na Żyżkowie cała rodzina otruła się grzybami i umarła. I musi pani wziąć pod uwagę, że rodzina składała się z rodziców i czworga dzieci, a że bawił u nich tego wieczoru kuzyn z Brna, więc też zmarł, ale dopiero nazajutrz. Razem bądźcobądź siedem głów, aż za dużo jak na jeden artykuł w gazecie, a już w każdym razie dostateczna ilość, ale pan Kołaczek powiedział, że go to nie zaspokaja. „Wiadomość – powiada – dopiero wówczas staje się sensacyjna jak ma dobry tytuł, w przeciwnym zaś razie nikogo nie interesuje”. No i dobrał do tej rodziny następujący nagłówek: „Smakowało, ale mało”. Tylko że redaktorowi tytuł niebardzo przypadł do gustu i wykreślił go czerwonym ołówkiem, a pan Kołaczek wymazał czerwoną kreskę gumą i puścił artykuł do druku. Na drugi dzień redaktor dostał kupę listów od czytelników, którym się ten tytuł takżesamo nie podobał, i chciał wobec tego wyrzucić pana Kołaczka z posady, ale nie mógł, bo pan Kołaczek posiadał piękną siostrę, i redaktor miał co do niej nadzieję, że go kiedyś obdarzy względami. A tu trzeba trafu, że siostra wychodzi zamąż za pana Singera i udaje się z nim do Bratisławy. Redaktor ma się rozumieć woła pana Kołaczka i odzywa się do niego w te słowa: „Za to, żeś pan wymazał czerwoną kreskę przed pięcioma miesiącami, zwalniam pana od przyszłej soboty i żegnam”. Pan Kołaczek chciał naturalnie połamać panu Singerowi ze cztery żebra za paskudne postępowanie, ale pan Singer był mu winien sto dwadzieścia koron, i jakby doszło do ostrego konfliktu, toby przypuszczalnie z tego skorzystał, żeby nie zapłacić długu, więc pan Kołaczek musiał się wyrzec zemsty z bólem serca. Stosunki między ludźmi, moja droga pani, są przeważnie bardzo skomplikowane, i nigdy niewiadomo, co od czego zależy. – A czy w tej gazecie nie pisze, czy partajtowarzysz Hess zabrał ze sobą do Anglji Adolfa?

– Ale gdzietam! – rzekła pani Müller. -Przecież panu powiadam, że zdradził Führera, bo mu nawet nie mówił, że wyjeżdża, tylko się wybrał w podróż po kryjomu na kradzionym samolocie!

– To bardzo nieładnie z jego strony -stwierdził Szwejk. Kogo jak kogo, ale Adolfa powinien był zabrać, jako że byli ze sobą w przyjaźni od samego początku. Jak w zeszłym roku zaaresztowali w Barandowie jednego pana za kradzież manufaktury ze składu firmy „Rochaczek i Spółka”, to jego wspólnik wywiał w ostatniej chwili z piwnicy i policja go nie złapała, ale w złodziejskich sferach nie podawali mu za to ręki przez blisko dwa lata, bo porzucił przyjaciela w nieszczęściu. I to, niech pani zważy, zwyczajni złodzieje, a w danym wypadku chodzi o mężów stanu. Wspomni pani moje słowa, że Adolf nigdy tego Hessowi nie zapomni, i będzie miał rację, bo prawdziwy przyjaciel tak nie postępuje. Chociaż znowu z drugiej strony niewiadomo, czy faktycznie byli ze sobą w przyjaźni, czy też tylko na bujdę.

– Jakto na bujdę? – rzekła pani Müller. – Wszakże Hess dopiero niedawno miał mowę, z jakiś tydzień temu! Sama słyszałam na własne uszy! Wychwalał Hitlera jak jakiego anioła i jeszcze na samym końcu zaznaczył, że go – powiada – kocha wraz z całym narodem niemieckim jak własnego ojca i rodzoną matkę.

– Zaraz widać, że się pani nie rozumie na dyplomacji powiedział Szwejk. – Że wychwalał Führera to prawda, ale może tylko dyplomatycznie, mając zgóry podłe zamiary zdrady. I nawet nie widzę w tem nic dziwnego, bo jak się kto szykuje do niecnego postępku, to zawsze nasamprzód gada, co mu ślina na język przyniesie, i to zawsze w odwrotnem sensie, boby go w przeciwnym razie odrazu zdemaskowali jako zdrajcę i podleca pierwszej wody. No i wówczas nicby już z tych jego podstępnych zamiarów nie wyszło, i historja nie mogłaby się toczyć normalnym trybem. I takżesamo Rudolf Hess: „Złote serce – mówi o Adolfie – i rozum powiada niesłychanej genjalności”, a pocichu pewnie sobie myśli: „Ach ty świńska cholero, nie masz pojęcia, jak chętniebym się udał na twój pogrzeb”. Ludzie, moja kochana pani, rzadko mówią to co myślą, nie tylko w polityce, ale również w prywatnych sprawach. Niejaki pan Prosik, – ten, co to naprawiał wodociągi też miał taki zwyczaj, że zagadywał kobiety pogodą, albo też hodowlą żyraf w Afryce, bo raz przeczytał artykuł na ten temat w gazecie „Venkov” i zapisał sobie na kartce najważniejsze fakty w tym zakresie. A w samej rzeczy dążył do zwykłego flirtu, jeśli pani rozumie, co chcę przez to powiedzieć. Przypominam sobie, że pewnego razu zaczął się uganiać za jedną mężatką z Jecznej ulicy, i to nawet z powodzeniem, ponieważ był zamaszysty i przystojny. I wskutek tego postanowił połączyć przyjemne z pożytecznem. „Zatkaj – mówi do mężatki – zlew w kuchni, to przylecę naprawić, i umówimy się na środę”. Mężatka ma się rozumieć zatyka, a pan Prosik przychodzi z instrumentami i przedstawia mężowi rachuneczek na dwanaście koron. A po dwóch tygodniach znowuż to samo. Tylko że za drugim razem mąż nie miał już do niego zaufania, bo żona ubrała się w bluzkę w zielone groszki i wylała na głowę ze ćwierć litra pachnącego oleju, więc sobie myśli, że spowodu zwykłego zatkania zlewu tyleby nie wylała, i siada pod drzwiami kuchni na krzesełku jakby nigdy nic, żeby podsłuchać, o czem mówią. No i słyszy, że pan Prosik gada przyciszonym głosem, i nawet się rozlegają jakieś śmiszki, ale nie może zrozumieć, z jakiego powodu, więc włazi do kuchni nibyto po zapałki. Pan Prosik nawet na niego nie spojrzał i nie zamilkł, żeby nie budzić podejrzeń, tylko gada dalej, zmieniając naprędce temat. „Faktycznie, – mówi, – co do tego nie może być dwóch zdań. Koszule męskie mogą być z płótna, albo też z flaneli, z rozmaitemi deseniami na gorsie, względnie całkiem na gładko. Do tego bezwarunkowo nakrochmalony kołnierzyk, a czasem miękki, jak pani woli. Pozatem spodnie, zawieszone na szelkach lub na skórzanym pasku z dziurkami na schudnięcie, i jeszcze jeden wełniany lub też bawełniany szczegół, albo, mówiąc ordynarnie, kalesony. Na górze krawatka z jedwabiu, a na dole znowuż skarpetki, przymocowane do łydki zapomocą gumianej podwiązki, żeby się nie obsunęły. A na samym końcu tak zwany but”. Mąż wytrzeszcza oczy z podziwu, a pan Prosik wylicza w dalszym ciągu szczegóły garderoby, bo mu akuratnie nic innego nie przyszło do głowy. „Trzepnę go chyba w papę na wszelki wypadek?” – myśli sobie mąż, ale się na to nie zdecydował z braku namacalnych dowodów, i w ten sposób pan Prosik uratował honor zamężnej kobiety, a jak tylko mężowi sprzykrzyło się to gadanie i wyszedł, to pan Prosik swoim porządkiem umówił się z nią na piątek. Więc jak pani widzi, słowa słowami, a co się za niemi kryje, to całkiem inna sprawa.

– A co do mnie to się dziwię, że partajtowarzysz Hess wywiał zagranicę – rzekła pani Müller. – Jakby pan wywiał albo kto ze znajomych, to co innego, i nawet samabym wlazła na samolot i poleciała do stu djabłów, gdyby mi kto zaproponował. Ale partajtowarzysz Hess żył sobie w Trzeciej Rzeszy jak u Pana Boga za piecem. Chyba że faktycznie zwarjował, jak pisze w gazecie.

– Możliwe że zwarjował, ale możliwe że to tylko tak napisali ze względu na zagranicę, żeby się za bardzo nie cieszyła – odpowiedział Szwejk. – Nawet przypuszczam, że to wymyślił mój znajomy pan doktór Goebbels, bo to człowiek światły i z głową na karku. Zaciera pewnie teraz ręce z radości i powiada do małżonki, że wszystko w porządku. „Już go – powiada – faktycznie ukatrupiłem i jeśli powie w Anglji co złego na mnie albo na Adolfa, to wybuchnę szyderczym śmiechem w prasie i oświadczę, że angielscy plutokraci kopią sobie grób własnemi rękami, bo wierzą kiepskiemu warjatowi”. A potem pan doktór uda się do Führera i poprosi, żeby mu dali w nagrodę za dobry kawał futra i kosztowności, które partajtowarzysz Hess pozostawił w Monachjum, żeby nie obciążać samolotu. A zresztą na samolot wszystkoby nie wlazło, więc i tak musiał zostawić. Może mu Führer pozwoli zabrać te wszystkie rzeczy do domu na ciężarówce, a może go zrzuci ze schodów na zbity łeb, jedno z dwojgu. Ale najprawdopodobniej nastąpi to drugie, ponieważ pan doktór popełnił gruby błąd, ogłaszając Hessa za warjata dopiero po fakcie, ale nie zawczasu. Jakby to uczynił z rok temu, albo chociażby ze sześć miesięcy, toby mu się ten fortel lepiej udał i wyfasowałby w chwili obecnej z rąk Führera order Żelaznego Krzyża pierwszej kategorji.

– Ale jakże miał to zrobić, kiedy nie wiedział, że mu Hess wywieje? – zaprotestowała pani Müller. – Sam pan zawsze mówi, że trudno przewidzieć wszystko zgóry.

– Mówię, – odparł Szwejk, – ale znowuż muszę zaznaczyć, że się pani ani za grosz nie wyznaje na polityce wyższego gatunku. Zwykła jednostka, czyli dajmy na to jakiś pan Prosik, niczego zgóry przewidzieć nie może, i ogół społeczeństwa nie ma mu tego za złe, ale co innego pierwszy lepszy sraluch, przepraszając za wyrażenie, i co innego pan doktór Goebbels. Jako pierwszorzędny mąż stanu, pan Goebbels musi wiedzieć, co nastąpi w przyszłości, bo mu za to płacą miesięczną pensję z dodatkami na drożyznę. A jeśli nie wie, to się powinien naradzić z żoną, względnie zapytać jakiejś Cyganki. Znałem tu u nas w Pradze taką cygańską wróżkę – jak co komu przepowiedziała z kart albo z ręki, to się bezwarunkowo sprawdzało, tylko czasami wychodziło naodwrót, ale drobne omyłki są zwykle nieuniknione. I raz nawet niejaki pan Kolarz tak się na nią zawziął, że odmówił zapłacenia honorarjum zgóry, bo powiada – jak się nie sprawdzi, to szkoda pieniędzy. No i umówili się, że jej będzie płacił ratami, ale po pierwszej racie coś się nie zgadzało w sprawie blondynek i pan Kolarz zaznaczył, że wydał z winy Cyganki czternaście koron w nadziei na następstwa, a że go spotkał przykry zawód, więc zerwał z blondynką i uznał umowę z Cyganką za zanulowaną, jak się to mówi, ipso facto. A Cyganka ma się rozumieć rzuciła za to na pana Kolarza urok. I niech mi pani wierzy albo nie, ale w jakieś półtora roku pan Kolarz zachorował na zęby. Toby jeszcze nic, ale zaraz podczas pierwszej wizyty pan Kolarz pokłócił się z dentystą o politykę, i dentysta ze zdenerwowania albo może przez złość, kazał mu wypłukać usta taką gorącą wodą, że pan Kolarz poparzył sobie język i od tego czasu stale się jąka. I skutkiem tego powiadam, że panu doktorowi Goebbelsowi nic takiego nie grozi, jeśli tylko zapłaci za przepowiednię według taksy, uchylając, jak to mówią, rąbek przyszłości.

– A co mu z tego przyjdzie, jak go uchyli? – zapytała pani Müller. – Też mu się to na nic nie zda.

– O to niech już panią głowa nie boli – rzeki Szwejk. – Gdybym był na miejscu pana doktora, tobym wiedział, co uczynić. Może się mnie zapyta, jak zeszłym razem, to mu poufnie doradzę. Ale nie jest wykluczone, że pan doktór Goebbels sam wpadnie na ten sam pomysł, nawet bez żadnej Cyganki, a tylko nauczony gorzkiem doświadczeniem. I wówczas naprawi błąd, który popełnił, unikając nieporozumień na przyszłość. A ponieważ dokładnie niewiadomo, kto w najbliższym czasie da nura, więc pan doktór prawdopodobnie ucieknie się do najlepszego sposobu i każe napisać w gazetach o każdym potrochu, odcinając im możność ucieczki. O polnym marszałku Göringu ogłosi, że to znane bydlę i kłamca, a pozatem nałogowy morfinista i złodziej. I jak potem pan marszałek drapnie do Anglji ze spadochronem, to się tam spotka z nieufnością angielskiego narodu. A znowuż o Himmlerze pan doktór napisze, że cała ludność Trzeciej Rzeszy, nie wyłączając samego Adolfa, ma o nim jak najgorsze zdanie, i wymieni kilka fakcików z życia Himmlera, kompromitując go zawczasu w oczach anglo-amerykańskiej żydo-masonerji, i to samo spotka pana Ribbentropa i wszystkich innych. A o Rosenbergu pan doktór powie przez radjo, że poprostu kretyn, i sprawa załatwiona.

– Ale o Adolfie pewnie nic nie napisze -rzekła pani Müller z ubolewaniem w głosie.

– Co do tego, to się mogę z panią zgodzić – przyznał Szwejk. – Adolfa chyba przemilczy ze względu na prestiż, ale ja na jego miejscu nikomubym nie ufał, i pan doktór przypuszczalnie podziela moje zdanie. I wobec tego wcalebym się nie zdziwił, gdyby pan Goebbels zawczasu zmienił nazwy placów we wszystkich miastach i kazał napisać na tabliczkach „Plac Dwunastu Bandytów”, zamiast „Adolf-Hitler-Platz”. Mógłby się wówczas w razie czego powołać na nowe tabliczki i stwierdzić, że wszystko zgóry przewidział. „Cyfra dwanaście – oświadczy pan doktór – oznaczała, że Adolf drapnie akuratnie o północy, a co do słowa „bandyta”, to była to z mojej strony przejrzysta aluzja”. Jeśli zaś Führer wyruszy w podróż o dziesiątej, to pan doktór napisze, że w każdym bądź razie między dwunastą a dwunastą, więc się znowu zgadza z symbolem. „Róbcie z nim teraz – powie pan doktór Anglikom – co wam się żywnie podoba, tylko uważajcie, żeby wam czasem czego nie ściągnął. A co do nas, to się obejdziemy bez Adolfa z miłą chęcią, jako naród filozofów i demokratów”. I wobec takiego stanu rzeczy Churchill zrozumie, że nie będzie miał z Adolfa żadnej pociechy i będzie musiał się go wyrzec. Ale to jeszcze nie wszystko, bo na samym końcu pan doktór napisze o sobie w tym guście, że się oddawna uważa za świntucha, i nawymyśla w prasie swojej własnej prababce za flirty z podejrzaną osobistością obcej rasy. „Dopiero teraz to wykryłem w rodzinnych papierach – napisze pan Goebbels – i natychmiast podaję do wiadomości publicznej, jako wzorowy obywatel. Czuję, że ciąży na mnie owo pokrewieństwo, jak również grzechy przodków, co może zaważyć na moich przyszłych losach, powodując ten czy inny kant, którego się prawdopodobnie dopuszczę”. Może tak napisze, a może inaczej, ale w każdym razie musi napisać, bo inaczej inni się obrażą, że wszystkich obmalował jak się patrzy, a o sobie zapomniał. I im prędzej pan doktór zabierze się do pracy, tem lepiej, bo mówiąc między nami sprawa może przybrać niepożądany obrót, jeśli angielska markso-burżuazja, żeby zrobić na złość Adolfowi, naznaczy Hessa na angielskiego ministra oświaty i kultury. Slyszałem, że po angielsku już się przedtem nauczył, więc brak języka nie stanąłby na przeszkodzie. W mieście Zbracławiu raz już się zdarzył podobny wypadek: niejaki Tronczek, co był za starszego woźnego w domu handlowym „Puchta i Sondermann”, obraził się na starego Puchtę za to, że mu robił wyrzuty spowodu pijaństwa, i wobec tego wykradł Sondermannowi poufne dokumenty w sprawie olejków. A potem udał się z temi dokumentami do konkurencji i podkreślił, że chętnie opowie rozmaite sekrety wzamian za posadę. A jak go się pytali, dlaczego opuszcza dom handlowy „Puchta i Sondermann”, powiedział, że z przyczyn ideologiczno-społecznych. Tylko że z tego interesu nic nie wyszło, bo Tronczek domagał się posady starszego woźnego i na zwykłego woźnego nie chciał się zgodzić ze względu na honor, a posada starszego woźnego była akurat nie obsadzona. Partajtowarzysz Hess pewnie słyszał o tym fakcie, bo o Tronczku pisało później w gazetach, jak go sądzili za kradzież papierów w sprawie olejków, i jednocześnie za bicie po głowie niejakiego Werthauera w nietrzeźwym stanie. Wiec Hessa pewnie to natchnęło, i przypuszczalnie stara się teraz w Londynie o odpowiednie stanowisko. Niech się pani odwróci do ściany, to włożę spodnie.

Pani Müller stanęła bokiem i Szwejk niezbyt się krępując jej obecnością, począł się ubierać. Wychodząc zażądał od niej by zamknęła w nocy drzwi na łańcuch, a to spowodu możliwości wizyty któregoś z berlińskich dygnitarzy:

– Bo jak już zaczęli latać, – rzeki Szwejk – to niewiadomo, gdzie który wyląduje.

Obudzi się pani w nocy i ujrzy przed sobą w pokoju Ribbentropa czy Papena ze spadochronem pod pachą. Wiec już lepiej przedsięwziąć środki ostrożności, żeby mnie potem nie posądzili, że byłem z nimi w zmowie.

Po tych słowach Szwejk przejrzał się w lustrze i obdarzywszy panią Müller ślicznym uśmiechem na pożegnanie, udał się na miasto.

WACŁAW SOLSKI.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close