Szwejk o wiadomościach bieżących (11)

Były saper Wodiczka, stary przyjaciel Szwejka z czasów zeszłej wojny, odwiedził go niedawno w porze poobiedniej. Pani Müller, która nie darzy Wodiczki specjalną sympatją, zapowiedziała wizytę w sposób następujący:

– Przykuśtykał się ten niegolony, więc widocznie znowu zacznie się pijatyka.

– Milcz, kucyku – rzekł Wodiczka, który niewiadomo czemu uważał panią Müller za stworzenie płci męskiej. – Milcz i zmiataj z pokoju, bo się tu odbędzie rozmowa dla palących, czyli inaczej mówiąc, na pornograficzne tematy.

Wkrótce się jednak okazało, że Wodiczka przesadzał, bo głównym celem jego wizyty było zaciągnięcie pożyczki w wysokości dwudziestu koron. Po pomyślnem załatwieniu tej sprawy, Wodiczka zawiadomił Szwejka, że odczuwa pewne luki w swem wykształceniu, ale wstyd mu się do tego przyznać przed byle kim, i że na tem tle wynikła dość poważna heca w lokalu „Pod Czarnym Łabędziem”. Wodiczka spotkał się tam z niejakim Krostą. Na zapytanie, co słychać w polityce, Krosta odpowiedział, że w gazetach nic niema, ale cośniecoś można zawsze wyczytać między wierszami. Przypuszczając że Krosta drwi sobie z niego, Wodiczka wystąpił energicznie w obronie swego honoru:

– Poklepałem go zlekka po buzi, żeby mnie nie zaczepiał, bo przecież między wierszami nic nie drukują, a pan Krosta zarzucił mi brak politycznego węchu i poskarżył się jednej mojej znajomej, że go skrzywdziłem bez powodu.

– Pan Krosta ma świętą rację – oświadczył Szwejk. – Gdybyś się mnie przedtem zapytał, co oznacza wyrażenie „między wierszami”, tobym ci objaśnił, bo się niedawno zapoznałem z jednym panem z lepszej sfery, co się kierował na buchaltera, tylko że z tego nic nie wyszło spowodu zwędzonego roweru, za który wyfasował cztery tygodnie, a później występował w chórze w teatrze. I otóż ten pan mi opowiedział, że osoby wykształcone często wymieniają między sobą rozmaite zdania, których żaden prosty człowiek nie zrozumie, chyba że go kto nauczy sekretu. Zwyczajny język wykształconym osobom widocznie nie wystarcza, więc sobie dorobili różne wyrażenia. Jak się np. o kimś mówi, że „stawia kropki nad i”, to znaczy, że ten pan dobrze komuś dopiekł i powiedział dokumentnie, co o nim sądzi, nie cofając się przed użyciem świńskich wyrazów. A znowuż inny facet napisze ci jakieś głupstwo w gazecie, i niby nic, a jak przeczytasz ze cztery razy, wówczas dopiero skapujesz, że miał na myśli zupełnie co innego. Albo nawet że to co napisał należy rozumieć całkiem naopak. I wobec tego stosujemy do takiej metody naukowe określenie „między wierszami”, żeby dać do zrozumienia, że ten pan wcale nie jest taki głupi jak wygląda.

– A dlaczego nie napisze co ma na myśli? – zapytał saper Wodiczka. – Widocznie jednakowoż idjota, bo nie umie się wysłowić. Niepotrzebnie go bronisz.

– Nie napisze, bo nie może – odparł Szwejk. – I tu właśnie wkraczamy w dziedzinę polityki, co ci zaraz objaśnię na przykładzie. W gazecie „Völkischer Beobachter” zaczęli niedawno drukować powieść p.t. „Beate Kraft”, i niktby pewnie nie zwrócił na to uwagi, tylko że krzyczeli przez radjo, że takiego utworu jeszcze świat nie widział, zachęcając do czytania, więc się zapoznałem z treścią tej Beaty, co mi znowuż wielkiego kłopotu nie sprawiło, ponieważ cała treść stoi napisana zaraz na początku w każdym numerze. A z tej treści wynika, że Beata mieszkała w Kamerunie jako przyzwoita Auslandsdeutsche, ale akuratnie przed wojną powróciła do Vaterlandu, no i naturalnie natknęła się na partajtowarzysza z wygadaną gębą. On do niej i tak i owak, a ona nie i nie, tylko się przerzuca na akuszerję w panieńskim stanie. A gazeta dodaje od siebie, że powstaje skutkiem tego faktu ważne zagadnienie, czyli też problemat: słusznie postąpiła Beata, czy może niesłusznie? Nibyto słusznie, myślę sobie, bo jako akuszerka będzie się mogła przyczynić do przysporzenia ludności Trzeciej Rzeszy w sposób ogromnie wydajny, a jakby się zadawała z partajtowarzyszem, toby mu najwyżej zrodziła ze czterech bachorów, a może nawet mniej, w zależności od doboru temperamentów. Ale znowuż z drugiej strony zawiodła nadzieje partajtowarzysza z wyszczekaną gębą, i zupełnie niewiadomo, czy ta cenna i pożyteczna jednostka wynajdzie sobie jaki erzac w postaci innej pełnowartościowej kobiety, nie mającej pociągu do akuszerji. A jak wynajdzie, to jeszcze niewiadomo, czy inna kobieta potrafi mu zastąpić ukochaną Beatę, czy też nie. I jeśli nastąpi to drugie, wóczas partajtowarzysz niezawodnie rozpije się ze zmartwienia, czego należałoby uniknąć przez wzgląd na dobro polityczne Vaterlandu. I już nawet pomijam taką możliwość, że partajtowarzysz poślubi ze złości jakąś cholerę bez sumienia, bo takie wypadki również się zdarzały. A od tego już tylko jeden krok do zabójstwa spowodu obrzydzenia, i zgnije w więzieniu niewinnie, przeklinając akuszerkę z Kamerunu. Łapię się wobec tego za pióro, żeby napisać do gazety „Völkischer Beobachter”, że Beata postąpiła jak zwyczajne ścierwo, ale w ostatniej chwili przychodzi mi do głowy, że odpowiedź na zagadkę znaleźć można między wierszami w samym tytule powieści. Bo jakby redaktor uważał Beatę za świnię, toby pewnie dla niej wynalazł inne nazwisko zamiast Kraft, co po naszemu znaczy silna. Więc najwidoczniej całkowicie pochwala jej postępowanie, i wobec takiego stanu rzeczy napisałem do niego pocztówkę, że Beata zasługuje na zaufanie i inne fintyfluszki powinny brać z niej przykład, a nie wiercić nogami i oczami, jak to niestety, często się dzieje, w celu złapania w sidła małżeńskie ideowych partajtowarzyszy. A podpisałem pocztówkę w taki sposób: „Z poważaniem Józef Szwejk, były Józef Aluminium”. Z redaktorami lepiej żyć w zgodzie i przyjaźni, przychylając się do ich zdania, bo żaden człowiek nie lubi, jak się z nim sprzeczać, a redaktorzy jeszcze mniej niż inni.

– Co to, to prawda – rzekł Wodiczka. – Pamiętam jak w Budapeszcie, podczas zeszłej wojny, zapytała mię jakaś pani na ulicy, którym numerem tramwaju ma jechać na stację, a że to akurat było szóstego maja, więc mówię, że szóstką. No i pojechałaby szóstką na złamanie karku i wszystko byłoby w porządku, ale tu się nagle wysuwa taki jeden w cyklistówce i powiada, że szóstka kursuje tylko do rzeźni i z powrotem, nie zaczepiając bynajmniej o dworzec kolejowy.

I jeszcze wciąż powtarza „i z powrotem” jakby go kto pytał o zdanie. Gdyby powiedział, że do rzeźni, tobym mu może wybaczył, ale tego „z powrotem” nie mogłem mu puścić płazem, i jak potem wyciągali jego przejechaną cyklistówkę spod tramwaju, zadenuncjowałem go węgierskiej publiczności za obrazę czeskiego żołnierza, broniącego własną piersią cesarza Franciszka Józefa. Dwóch panów tak się z tego powodu rozczuliło, że zapłacili za cztery duże piwa, które wypiłem za zdrowie austro-węgierskiej monarchji, ale monarchji, jak ci wiadomo, nic to nie pomogło. Ci panowie wsadzili mnie później do taksówki, i zapłacili szoferowi zgóry, i jeszcze mi wepchnęli do kieszeni dwie paczki papierosów i krzyczeli po czesku „Na zdar !” i „Na schledaną!”, bo im widocznie zależało na tem, żebym nie miał o Węgrach złego zdania. Ale że mnie nie tak łatwo kupić, więc stanowiska względem Węgier nie zmieniłem. Możebyś mi jeszcze raz objaśnił, co znaczy wyrażenie „między wierszami”, bo za pierwszym razem niebardzo skapowałem?

– Skoro nie skapowałeś za pierwszym razem, to pewnie nie zrozumiesz i za drugim – odrzekł Szwejk. – Jednakowoż ze względu ze starą przyjaźń spróbuję ci to wyświetlić powtórnie, ale już na innym przykładzie. Słyszałeś zapewne, że w niemieckiem radjo w Berlinie zaszły niedawno przykre wypadki. Partajtowarzysze przemawiają najspokojniej w imieniu narodowego socjalizmu i donoszą pięknym głosem publiczności, że wszystko jest na dobrej drodze, a tu się nagle włącza jakaś ciemna figura i komunikuje nadprogramowo, że mówca absolutnie mija się z prawdą. „Za grosz mu – powiada – nie wierzcie, bo go znam jako skończonego łajdaka”. Mówca się tem nie zraża i ciągnie dalej, że niby jutrzenka i niemiecki ideał, ale figura znowu swoje, i tak sobie dogadują, niby w cyrku albo na mityngu. Ale że mityngi nie mają w Trzeciej Rzeszy racji bytu, więc pan doktór Goebbels kazał gadać przez radjo z szybkością armatniej kuli i obecnie poszukuje facetów, umiejących przemawiać jeszcze prędzej. Co powie to powie, postanowił pan Goebbels, na treści mi nie zależy, tylko na szybkości, bo jak znowu wynikną przerwy między słowami, ciemna figura wstawi szkodliwe uwagi, podważające podstawy państwowego organizmu. Więc tu masz znowu typowy przykład gadania między wierszami, tylko że z innej dziedziny.

– Moim zdaniem, pan doktór Goebbels powinien sobie wyszukać jakiego tenora – oświadczył saper Wodiczka. – W takich razach niema nic lepszego niż tenor. Znałem jednego, który potrafił zagłuszyć sześciu albo siedmiu, i kiedy gadał bez wielkiego wysiłku, mogłeś go usłyszeć o trzy mile drogi. I wówczas nikt inny nie mógł w żadnym razie dojść do słowa.

– A śpiewał takżesamo w teatrze, czy też tylko prywatnie? – zapytał Szwejk.

– Pocóż miał śpiewać, kiedy mu się bez tego doskonale powodziło? – odpowiedział Wodiczka. – Był za woźnego w biurze i uganiał się za służącą pana pułkownika Krepanka. Po twojemu, po uczonemu, tenor musi obowiązkowo śpiewać, ale mojem zdaniem, jak mocno wrzeszczy, to też w zupełności wystarczy.

– Co do tego mógłbym się z tobą zgodzić – rzeki Szwejk. – Jednakowoż nie jestem pewien, czy twój tenor mógłby, – jak to mówią, skutecznie odegrać historyczną rolę, jaką mu przeznaczasz. Sprawa berlińskiego radja nie jest tak prosta jak się wydaje, i nie jest wykluczone, że się za nią kryje kolosalny kant pana doktora Goebbelsa. A ponieważ zgóry przypuszczam, że nie skapujesz, o co mi chodzi, więc ci objaśnię moją myśl na przykładzie z własnych przeżyć. Otóż jakem mieszkał przed tamtą wojną na Żyżkowie, otworzyli tam pewnego razu teatr ze śpiewami i tańcami i puszczali żołnierzy za połowę ceny, i przy wejściu napisali, że spektakl bynajmniej się nie nadaje ani dla młodzieży w niedojrzałym wieku, ani dla pań cierpiących na słabe nerwy. A we środku się okazało, że wszystko kłamstwo i nabieranie. Jedna pani po pięćdziesiątce latała po scenie w różowej spódnicy i śpiewała skrzeczącym głosom, że ją namawiał znajomy na wolną miłość przy stawie, a ona znowuż naodwrót przymawiała się do ożenku, i skutkiem tego po każdej odśpiewanej strofce stawała pośrodku sceny i krzyczała: „Hop, hop, tra-la-la !”. Potem wypuścili łykacza wężów i ognia i powiedzieli, że się nazywa po indusku Hali-Mabali, i nawet go trochę ufarbowali na brązowo, ale to nie pomogło, bo publika odrazu poznała, że to nie żaden Indus, tylko pan Hugo Przełyczek z Podgórnej 28. I inne numery były niewiele lepsze. Więc publiczność, ma się rozumieć, przestała uczęszczać do teatru, i dyrektor stanął przed groźbą bankructwa. Ale żona mu doradziła, żeby się nie wdawał w pesymizm, bo mu ściągnie widzów do teatru dzięki fantazji własnego pomysłu. I faktycznie w najbliższy czwartek pan Przełyczek oberwał zgniłem jajkiem po gębie, a znowuż w piątek spuścili z galerji na sznurku zdechłego kota, pomalowanego na żółto, i kiedy publiczność z dołu chciała go złapać, ci z góry pluli łapiącym na głowy i ciągnęli kota zpowrotem. A w sobotę pan dyrektor pokłócił się z małżonką, i wylecieli na scenę podczas spektaklu, wykrzykując rozmaite wyrazy, co je piszą zwykle kredą na płotach, a czasem nawet nie kredą, tylko anilinowym ołówkiem, żeby się nie wytarły. A wszystko to wymyśliła pani dyrektorowa własnym rozumem dla dobra sztuki i miała w zupełności rację, bo zaraz się po Żyżkowie rozeszło, że w teatrze co wieczór odchodzi doskonała zabawa nad program, i wszyscy zaczęli latać do przybytku muzy ze względu na skandal. Więc skutkiem tego powiadam, że pan doktór Goebbels prawdopodobnie wpadł na taki sam pomysł. Dowiedział się, że jego radja nikt nie chce słuchać, więc postanowił dosypać pikanterji, żeby złapać publiczność na przynętę. Nawet mi się wydaje, że sam we własnej osobie dogaduje mówcom zmienionym głosem, udając ciemną figurę. Ale czy ten sposób uda mu się na dłuższą metę, wątpię, chyba że dorzuci jeszcze więcej zachęty i zacznie sobie wymyślać od ostatnich, ale nie między wierszami tylko na całego, nie dając mówcy dojść do słowa. A najlepiej toby podziałał jeszcze śmielszy krok, tylko nie wiem, czy pan Goebbels się na niego zdobędzie. Jakby tak urządzili walkę na pięści między panem Göringiem i Ribbentropkiem, to powodzenie przedsięwzięcia byłoby zapewnione, a w odpowiedniej chwili pan doktór Goebbels wyskoczyłby zza krzaku, za którym siedział przykucnięty, i wygłosił do zgromadzonych piękne przemówienie w tym sensie, że sytuacja polityczna nie pozostawia nic do życzenia.

– A mordobicie? – zapytał saper Wodiczka. – Zapomniałeś o mordobiciu.

– Do mordobicia możeby nie doszło, -rzekł Szwejk, – ponieważ Göring z Ribbentropkiem odgrywaliby tylko rolę przynęty. Ale jak ci na tem zależy, to mogłoby się odbyć.

– Musi się odbyć, – oświadczył Wodiczka, – bo w przeciwnym razie publiczność słusznie powie, że ją nabito w butelkę, jak to niedawno stało się w Wersalu. Wpakowali tam podobno trzy kule w niejakiego Lavala, a on jakby nigdy nic sypie do samochodu pod rączkę z najgłówniejszym niemieckim chirurgiem. Więc wszystkich naturalnie wzięła złość, że im sprawił zawód, bo mieli nadzieję, że na miejscu wyciągnie kopyta, i krzyczą: „śmierć podlecowi i oszustowi !”, i niektórzy żądają, żeby im zwrócili pieniądze za wejście. Opowiadał mi tę sprawę znajomy kelner z piwiarni „Pod Szczęśliwą Wiewiórką”, ale nie wiedział, co za jeden był ten kropnięty. „Hycel bez sumienia i profesji” – powiada. A ja mu na to, że co do sumienia nie mogę się sprzeczać, ale profesję musiał obowiązkowo posiadać, bo podobno latał po Wersalu w cylinderku, więc się najwidoczniej dorobił jucha do zbytków. Chyba że się znajdował chwilowo w poszukiwaniu stanowiska w dziedzinie polityki, pragnąc służyć ojczyźnie, swojej albo cudzej, w zależności od stanu rzeczy.

– Cylinderek jeszcze niczego nie dowodzi, – rzekł Szwejk, – bo mógł być wypożyczony. Jednakowoż pan Laval faktycznie miał posadę, tylko nie taką, jak mu obiecali. Niemcy mieli z niego zrobić coś w rodzaju francuskiego króla, ale skończyło się na tem, że mu dali taką samą posadę, jaką miał u nas w Pradze pan Jarda Beranek z ulicy Jecznej, którego bardzo dobrze znałem. Pan Beranek pracował za reprezentanta w firmie „Svoboda i Koch”, która sprzedawała dywany, kołdry i koce, ale rozumie się nie za gotówkę, ponieważ mieli towar najgorszego gatunku, tylko na kredyt, a ponieważ pan Beranek dosyć kiepsko wywiązywał się ze swoich funkcyj, więc mu groziło wydalenie. I wówczas pan Svoboda zawiadamia wspólnika Kocha, że Beranek jest kuzynem jego małżonki i należy mu się protekcja. „No to rób z nim co ci się podobał, – powiada Koch, – ale w razie czego umywam ręce”. Więc pan Svoboda woła Beranka do siebie i przemawia do niego w te słowa: „Ponieważ się nie nadajesz jako skończony idjota, nie pozostaje mi nic innego oprócz następującej propozycji: będziesz chodził do klientów po pieniądze, ale wyłącznie do takich, którzy nie płacą zasadniczo spowodu złośliwości charakteru i pozatem znani mi są osobiście z niesłychanego chamstwa. A jak ci zamiast gotówki wlepią gdziekolwiek raz i drugi, to też niema nieszczęścia, ponieważ kto nie ma złota ani miedzi płaci tem na czem siedzi, i w podobnym wypadku nie masz prawa się zrażać, tylko musisz zawitać do klienta powtórnie, drzwiami czy też oknem, jak ci się żywnie podoba”. „Dobra jest , – mówi Beranek, – ściskam twoją zacną prawicę, ale muszę zaznaczyć, że liczę na fix, czyli stałą pensję, ponieważ nie mogę uzależniać egzystencji od postępowania chamów i na procenty nigdy się nie zgodzę”. Jednakowoż Svoboda podkreśla, że o fiksie nie może być mowy, i dopiero po kłótni ustalili warunki, na mocy których Beranek miał otrzymywać dwie korony za każde uderzenie po papie, trzy za kopnięcie w siedzenie i pięć w razie zrzucenia ze schodów przez klienta. Początkowo zarabiał wcale nieźle, ale go martwiło, że latają za nim po ulicy andrusy z jego domu i krzyczą: „Uwaga ! Oto Jarda Beranek, który inkasuje trzy korony za każde kopnięcie w tyłeczek !”. A pewnego razu przychodzi Jarda do klienta z bródką nabakier i zawiadamia, że się należy tyle a tyle. „Uiści pan czy pan nie uiści?” – zapytuje Beranek, a klient kręci bródką i powiada, że z przyjemnością uiści, tylko musi zmienić buty. „Dziwne zwyczaje” – myśli sobie Beranek i czeka. I po chwili klient wraca, mając na sobie ciężkie buciory, i Beranek wciąż jeszcze nie rozumie, o co chodzi, aż tu nagle dostaje raz butem w spodnie, ale dobrze, i klient woła, że umyślnie zmienił buty, bo tamte były za lekkie. Więc Beranek pisze rachunek na cztery korony, motywując różnicę w cenie perwersją klienta, bo, powiada, kopnięcie kopnięciu nierówne, i sprawiedliwości musi stać się zadość. „Nigdy ! – powiada Svoboda, – więcej niż trzy korony nie należy ci się według taksy”. Wynika między niemi awantura, i pan Svoboda krzyczy, że uważa Beranka za oszusta. „Klient z Fochovej – powiada – wlepił ci w zeszłym tygodniu dwa razy po papie, jeden mój znajomy widział wszystko na własne oczy ! A postawiłeś w rachunku trzykrotne spoliczkowanie ! Wstydź się, Beranek ! Uczciwy obywatel tak nie postępuje !”. No i od tego czasu Beranek opowiada znajomym, że go skrzywdzono. Nie wiem, czy pan Laval pracował na tych samych warunkach, czy też otrzymywał miesięczny fix, ale przypuszczalnie płacili mu miesięcznie, żeby sobie mógł sprawić ekwipunek, niezbędny dla męża stanu. I wobec tego cylinder wcale mnie nie dziwi. A teraz, jeśli ci nie robi różnicy, szoruj do domu, bo muszę napisać list do pana doktora Goebbelsa. Postanowiłem udać się do Berlina i mam nadzieję, że pan doktór mi w tem dopomoże przez wzgląd na starą przyjaźń.

WACŁAW SOLSKI.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close