Szwejk pokrzepia Niemców na duchu (9)

Do domu, w którym mieszka Szwejk, wprowadził się w tych dniach nowy lokator, niejaki Paul Haberbusch z małżonką. Zawiadamiając o tem Szwejka przy rannem sprzątaniu, pani Müller, stara jego gospodyni, rzekła z oburzeniem:

– Niech pan sam powie, czy to nie skandal? Przyjechali wprost z Berlina i za lokal nie płacą ani grosza. Policja kazała im dać dwa pokoje z kuchnią na drugiem piętrze. I to nawet do ludzi niepodobne, bo ten Haberbusch wygląda zupełnie jak świnia, a o żonie już nic nie powiem.

– Jak świnia, czy też jak prosię? – spytał Szwejk, zapalając fajkę.

– A właśnie że jak świnia, bo prosięta są różowawe, a ten nie. Pytali się go, poco tu przyjechał, to powiedział, że jako flüchtling, czyli po naszemu uchodźca. Jakby go kiedy piorun trząsł, tobym się wcale nie zdziwiła.

– Pan Haberbusch, jako uchodźca, ma prawo na serdeczne przyjęcie, ponieważ należy do kategorji numer trzy – rzekł Szwejk. – Nie wie pani, co to znaczy? No to pani objaśnię. Pierwsza kategorja, to wojsko i „Gestapo”. Później przydrałowali z Niemiec partajtowarzysze i inne wartościowe jednostki. A teraz przybywa trzecia kategorja gości: uciekinierzy z Berlina i innych miast, które bombardują Anglicy. Proszę pójść do tego pana, pięknie mu się ode mnie pokłonić i powiedzieć, że go dzisiaj odwiedzę.

Pani Müller spełniła polecenie. Po obiedzie Szwejk we własnej osobie udał się do mieszkania państwa Haberbusch i rzekł:

– Heil Hitler i szacuneczek. Miło mi powitać w naszem mieście tak sympatycznych gości. Nie są państwo zbyt zmęczeni po podróży? Mam nadzieję że pociąg nie był zbytnio przepełniony?

– Niech się pan lepiej nie pyta – powiedziała ze złością pani Haberbusch. – Był taki tłok, że się o mało nie zadusiłam.

– Przesada, przesada! – rzekł wesołym głosem pan Haberbusch, rzucając żonie piorunujące spojrzenie. – Trzeba panu wiedzieć, że żona cierpi na migrenę. Tylko to skłoniło nas do opuszczenia Berlina.

– Doskonale to rozumiem, – rzekł Szwejk, -bo na migrenę niema nic gorszego niż bomby. I wogóle się nie dziwię, że wiele osób opuszcza Niemcy i udaje się do Pragi. Nie każdy może się przyzwyczaić do hałasu, a niektórzy wprost nie znoszą bomb i strzelaniny. Jakem był przy wojsku podczas zeszłej wojny, to mieliśmy w naszym pułku kaprala nazwiskiem Boczek. I wyobraźcie sobie państwo, że pewnego rana Boczek wyskakuje z łóżka i zaczyna gadać damskim głosem. Pytają go się, z jakiego powodu, a on staje do raportu i melduje, że się zamienił w pannę i prosi o zwolnienie z wojska zgodnie z duchem konstytucji. I pęka ze śmiechu, pragnąc by go uznali za kompletnego warjata. Wlepili mu pięć dni karcu za kłamstwo, ale on nie daje za wygraną i kupuje sobie widokówkę z pięknym pejzażem pod tytułem „Zachód słońca” i posyła tę widokówkę pocztą na własny adres, tylko odrobinę zmieniony: „Wielmożna Pani Boczek, ta przystojna, 271 Pułk Piechoty”. A na odwrotnej stronie pisze treść: „Szanowna Pani! Pani pocałunki palą mi usta. Kiedy znów? – Z poważaniem X. Y., Anonim”. I wyobraźcie sobie państwo, że karta doszła. Boczek idzie z tą kartą wprost do pułkowego lekarza i powiada, że przyniósł dowód rzeczowy, czyli też „corpus delicti”. „Wobec tego – powiada – proszę mnie dokładnie zbadać, bo najwidoczniej zapadłem w ciążę”. Dali mu dziesięć dni karcu za bezczelność i sześć za symulację, to razem szesnaście. Odsiedział swoje, a jak go wypuścili, to ukradł pułkownikowi zegarek i przepił. No i wygrał, bo go musieli skazać na rok więzienia i odesłać z frontu do Morawskiej Ostrawy. I tam sobie siedział w pace aż do zawieszenia broni. Dlatego też powiadam, że jeśli w dobie obecnej niektóre jednostki opuszczają Berlin spowodu nadszarpniętego zdrowia, to nie można mieć im tego za złe. Słyszałem, że pociągi do Paryża są również przepełnione?

– Do Paryża jadą ci, co mają stosunki, a jak kto nie ma protekcji, to mu każą jechać do Pragi – rzekła pani Haberbusch.

– Żona jest trochę zdenerwowana po podróży – powiedział szybko pan Haberbusch. – Gotów pan jeszcze pomyśleć, że krytykuje zarządzenia władzy! Nie miała oczywiście takiego zamiaru. Chciała poprostu powiedzieć, że chętnie pojechałaby do Paryża, ale jak nie można, to trudno. Prawda, Gertrudo, że to tylko chciałaś powiedzieć, i nic innego? Nie martw się, kochanie, Paryż nam nie ucieknie. Pojedziemy jeszcze kiedyś do tego miasta, jak nie teraz, to innym razem.

– Z całą pewnością, – potwierdził Szwejk, – do Paryża, albo też trochę dalej. Słyszałem z dobrego źródła, że Adolf Hitler nosi się z zamiarem zdobycia Konstantynopola, Bagdadu, a może nawet Berdyczowa. A poco? A z tego prostego względu, że Führer wszystko przewiduje zgóry. Jeśli się okaże, że trzeba będzie ewakuować „Brunatny Dom” z Monachjum do jakiegoś innego miasta, to poprostu każe go wywieźć do Bagdadu, i sprawa załatwiona. A Reichstag przeniesie do Berdyczowa. Pewnie ma już nawet upatrzony lokal.

Po tych słowach otuchy Szwejk zaproponował państwu Haberbusch zwiedzenie Pragi pod jego kierownictwem. Oprowadzał ich po mieście dosyć długo, twierdząc że wszystkie lepsze domy wybudowali Niemcy po zajęciu Pragi w ciągu niespełna dwóch miesięcy. Słynne mosty praskie są, jak mówił Szwejk, również dziełem rąk niemieckich, z wyjątkiem mostu św. Karola, bo ten „zmajstrowali głupi Czesi bodaj że w XVI stuleciu. Nic przeto dziwnego, że na tym moście stoją pomniki i inne zbyteczne figury, a tablicy z napisem „Nie pluć z mostu do wody” czy też innej pożytecznej wskazówki nigdzie się państwo nie dopatrzą”.

Uprzyjemniał w ten sposób swym gościom pobyt w Pradze aż do wieczora. O godzinie dziesiątej wszyscy troje znaleźli się w knajpie „Pod Trzema Gwiazdami”, a jako że odwiedzili uprzednio cztery inne lokale, pan Haberbusch ledwo trzymał się na nogach. Śpiewał naprzemian „Deutschland über Alles” i piosenkę pod tytułem „Susanne in der Badewanne”, twierdząc, że druga bardziej mu się podoba, bo jest pikantniejsza od pierwszej. W tem miejscu poklepał żonę po udzie, ale później nagle posmutniał i wypił w milczeniu kufel piwa i dwa kieliszki wódki, poczem wygłosił do Szwejka następujące przemówiemie:

– Pozwoli pan, że się panu przedstawię, bo nie pamiętam, czy to uczyniłem przedtem, czy też nie. Jestem Paul Haberbusch, a oto moja żona Gertruda, rodem z Hanoweru. Więc nibyto wszystko w jak największym porządku. Gertrudo, odsuń się, bo cię nie znam. Mówię, co mi się podoba i piję ile wlezie. Heil Hitler po wszystkie czasy. Miałem w Berlinie sklep z garnkami i innym sprzętem kuchennym, i kiedy Hitler objął władzę, powiedziałem natychmiast do żony: „Gertrudo, to jest najpiękniejszy dzień w mojem życiu. Bo po pierwsze, pół-Żyd Kohler, który ma taki sam sklep o trzy domy dalej, nie będzie mi mógł robić konkurencji, a po drugie, Adolf Hitler zbawi naród niemiecki. Niech pan spyta Gertrudę, to potwierdzi panu każde słowo. I nikt mi nic może zarzucić, że nie prowadziłem interesu jak się należy, bo przecież sam osobiście zameldowałem „Gestapo” że pół-Żyd Kohler zadaje się z ćwierć-Żydówką Agatą Kranz, i po sprawdzeniu okazało się, że Agata Kranz posiada faktycznie tylko jedną czwartą krwi żydowskiej, a trzy czwarte czysto aryjskiej, i po Kohlera przyszło dwóch policjantów, i od tego czasu nikt go już nie widział. Więc nibyto wszystko w porządku. Ale tu się okazuje, że interes idzie coraz gorzej, bo nikt nie ma pieniędzy na kupno garnków. Urządzam wyprzedaż, piszę w oknie wołowemi literami: „Haberbusch zwarjował! Sprzedaje garnki ze stratą 50%! Łapcie się za garnki, póki nie za późno!”. Myśli Pan, że to pomogło? Nic nie pomogło. A potem Adolf Hitler zdobył Warszawę. Więc powiadam do żony, że teraz wszystko pójdzie jak po maśle: skoro nie mogę sprzedać garnków w Berlinie, poślę je do Warszawy. Niech żyje Adolf Hitler! Posłałem. Przyszły z powrotem. Bo tam podobno nędza jeszcze gorsza niż u nas. „Zjadamy kapitał” – mówię do Gertrudy. I nic dziwnego, że nikt garnków nie kupuje, bo co do tego garnka włoży? Ale Führer zdobywa Norwegję, Danję i Holandję, i jeszcze jakiś Luksemburg, jeśli mnie pamięć nie myli, i doktór Goebbels powiada, że nas spotkało wielkie szczęście. Więc cieszymy się z Gertrudą ze zwycięstw, a z kapitału nic już prawie nie zostało. Tak się to ciągnie jeszcze kilka miesięcy, aż tu pewnego dnia Adolf Hitler wkracza do Paryża. Wołam żonę i mówię, że nareszcie będzie zawarty pokój. „Powieś – powiadam -w oknie portret Führera, bo to genjusz, jakiego świat nie widział!” Ale o pokoju niema mowy. Na szczęście kuzyn żony, który się obraca w różnych sferach, informuje nas poufnie, że Adolf Hitler zbombarduje Londyn i zmusi Anglików do zawarcia pokoju. Więc nibyto wszystko w jak największym porządku. A tymczasem Anglicy nie zgadzają się na pokój i rzucają ogromną bombę prosto na Kotbusserstrasse, i mój sklep wylatuje w powietrze. Przychodzę rano, i widzę, że z całej kamienicy pozostała tylko dziura. Tak sobie stoję i patrzę, a tu właśnie nadchodzi Gertruda. Tu już mnie złość wzięła, bo wszystko ma swoje granice. „Gertrudo, – mówię do żony, – jeśli chcesz wiedzieć, jakie jest teraz moje zdanie o Führerze, to ci powiem tylko jedno: „Adolf Hitler może mnie”…

– Pst! – szepnął Szwejk, – nie mów pan dalej, bo mam wrażenie, że uczynił pan Führerowi niegrzeczną propozycję. To bardzo nieładnie z pana strony, bo Adolf Hitler dnie i noce pracuje dla naszego dobra. Wkrótce z pewnością zdobędzie nowe tereny, i wszyscy Niemcy powinni mu być dozgonnie wdzięczni, bo pocóż mają mieszkać w Berlinie czy w Hamburgu, skoro mogą mieszkać w Berdyczowie?

Ale pan Haberbusch stracił cierpliwość:

– Nie! – krzyknął wielkim głosem – mam tego dosyć! Jeśli Adolf Hitler zdobędzie jeszcze jedno miasto, to mu wypowiem walkę na śmierć i życie! Pan mnie jeszcze nie zna, panie Szwejk, nie wie pan, do czego jestem zdolny, jak mnie kto wyprowadzi z równowagi! Zapytaj się pan żony, to panu powie! Jestem zdecydowany na wszystko! Daj mi pan adres Partji Plutokratycznej! Chcę walczyć w jej szeregach do ostatniej kropli krwi! Moja żona Gertruda, rodem z Hanoweru, wstępuje wraz ze mną do Partji Angielskich Plutokratów! Odsuń się, Gertrudo, wiem, co mówię! Podnoszę kielich za zdrowie pół-Żyda Kohlera! Wszyscy wstać! Heil Kohler! Kto nie pije, tego pan wal w mordę ! Niech żyje Agata Kranz!!…

*

O północy Szwejk przywiózł taksówką do domu berlińskich gości. Pan Haberbusch spadł po drodze ze schodów i obudził sąsiadów, którzy wybiegli z mieszkań w bieliźnie. Szwejk przeprosił ich w jego imieniu, mówiąc:

– Pan Haberbusch trochę się urżnął, ale to z radości. Powiedziałem mu, że Adolf Hitler zajmie jeszcze kilka miast. Nie macie pojęcia, jak go to ucieszyło!

WACŁAW SOLSKI.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close