Szwejk przeciwko Ameryce (7)

Wieść o audjencji, udzielonej Szwejkowi przez dr. Goebbelsa, rozeszła się po Pradze w bardzo szybkiem tempie, i znajomi Szwejka sądzili, że nasz stary przyjaciel będzie teraz zadzierał nosa. Omylili się jednak, gdyż kilka dni temu Szwejk zjawił się w piwiarni „U Kalicha” i usiadł sobie skromnie w samym kącie sali. Do stolika przysiadło się natychmiast wielu sztamgastów tego lokalu, i kilku z nich zaproponowało, że zafundują Szwejkowi kufel piwa. Nie chcąc nikogo obrażać, Szwejk przyjął wszystkie oferty. Po drugim czy – trzecim kuflu przyjaciel nasz zapalił fajkę, co jednak bynajmniej nie oznaczało, że już ugasił pragnienie, lecz tylko że w pochłanianiu piwa nastąpiła krótka przerwa. Korzystając z niej, znajomi postawili Szwejkowi szereg pytań, dotyczących zarówno spraw natury politycznej jak i prywatnej. Wywiązała się interesująca pogawędka, którą przerwało pojawienie się w lokalu szpicla Bretschneidera. Bretschneider nie stracił jeszcze nadziei, że mimo wszystko uda mu się zdemaskować Szwejka, i bywał „U Kalicha” codziennie. Oblicze jego, gdy ujrzał Szwejka, przybrało wyraz radosny.

– Spodziewam się, że panom nie przeszkadzam – rzekł Bretschneider, przysiadając się do stolika. – Ale jeśli to jakieś tajemnice, to sobie pójdę, bo nie chciałbym być piątem kołem u wozu.

– Tajemnic żadnych przed panem nie mamy – oświadczył Szwejk. – Albo się kogoś darzy zaufaniem, albo nie, ale jak tak, to już na całego. I wobec tego powiem panu, żeśmy tu sobie gadali o niejakim Hrebiczku, tym, co to mieszkał na ulicy Legerowej razem z żoną, chociaż była brzydka jak ciężka choroba i bardzo gruba. A razu pewnego, akurat pół czwarta roku temu, zawiozło Hrebiczka pogotowie do szpitala, spowodu tego, że za jego żoną uganiał się niejaki Puc, nawet dosyć przystojny facet z krawatem w żółtawe kropki, bo widocznie lubił grube a nie cienkie, i Hrebiczek trzepnął go za to po papie raz i drugi. A Puc się obraził i tak się zapalił, że połamał Hrebiczkowi trzy żebra i uciekł, ale go potem złapali na tańcach w Żyżkowie.

– Dziwi mnie nieco, – rzekł na to Bretschneider, – że mówicie panowie o Hrebiczku ale nie o Ameryce. Wszystkie gazety piszą dzisiaj o Ameryce, zaznaczając, że Adolf Hitler nie puści jej płazem jej podłego postępowania. Cóż panowie o tem myślą?

– Nie wiem, jak tam inni, – odrzekł Szwejk, – ale co do mnie, mogę powiedzieć tylko tyle, że mnie amerykańskie podłości bynajmniej nie zaskoczyły, ponieważ byłem na nie przygotowany. „Zobaczy pani, -mówiłem zawsze mojej gospodyni, – że ta Ameryka jeszcze nam napsoci, bo to kraj bez sumienia i bez zrozumienia rzeczy, nie mający dla Führera należytego szacunku”. I nawet się z nią raz o to pokłóciłem, bo zaczęła krzyczeć, żebym jej nie zagadywał Ameryką, tylko zapłacił rachunek za węgle.

– Pardon, – przerwał Bretschneider, – nie odbiegajmy od tematu. Czy wolno mi zapytać co skłoniło pana do przypuszczenia, że Ameryka dopuści się tak karygodnych przestępstw.

– A to mnie skłoniło, że o Ameryce dużo słyszałem, i nigdy nic dobrego – odpowiedział Szwejk. – A jak mnie pan pan poprosi, to panu opowiem ciekawą historyjkę dla przykładu. Otóż znałem przed kilku laty tu w Pradze niejaką panią Szewczykową, która miała sklepik z jarzynami i wuja w Chicago. Jak mi się pan zapyta o sklepik, to jeszcze powiem, że go odziedziczyła po mężu, który umarł na przeziębienie, a co do wuja, to wciąż o nim opowiadała, że się wyrobił w Ameryce na wielkiego miljonera. I na śniadanie, powiada, jada ten wujo tylko kawior z ostrygami, a na obiad kuropatwie skrzydełka z sosem, bo mu inaczej nie wypada. I na inne potrawy nawet okiem nie rzuci. Ale pewnego razu przyjeżdża ten wujo do Pragi, i okazuje się, że w słowach pani Szewczykowej było trochę przesady, bo wujo pożycza sobie od kogo może trzy albo cztery korony, a po jakimś tygodniu wsadzają go do więzienia za kradzież bielizny ze strychu. No i wyfasował za to dwa miesiące, a powiesiła tą bieliznę na strychu lokatorka nazwiskiem Hopaczek, i jucha wujo nawet nie czekał, aż mu obeschnie, – ma się rozumieć nie pani Hopaczek, tylko bielizna, – i sprzedał ją w mokrym stanie, a pieniądze przepił. A jak go skazali na dwa miesiące, to powiedział, że w Ameryce za to samo przestępstwo dawali mu stale miesiąc i już najwyżej sześć tygodni, i że wobec tego przeniesie się z powrotem do Chicago jak tylko odsiedzi swoje. Więc naturalnie rodzina się go wyrzekła, a później nic już o nim nie słyszałem, ale jestem pewien, że wrócił do Ameryki i szczuje tam obecnie amerykański naród do wojny z Niemcami.

– Nie jest to oczywiście wykluczone – rzekł Bretschneider trochę smutnym głosem, jako że historja Szwejka niezbyt nadawała się do raportu, który mógłby złożyć w „Gestapo”. – Ale napewno tego nie wiemy. Dlaczego pan sądzi, że właśnie ten wujo stoi w szeregach podżegaczy wojennych i międzynarodowych masono-plutokratów?

– Z bardzo prostych powodów – odpowiedział Szwejk. – W „Völkischer Beobachter” pisało, że szeregi, o których pan wspomina, rekrutują się z najgorszych szumowin społeczeństwa, a także jednostek całkowicie wyzbytych z moralności. A ten wujo to już był napewno wyzbyty doszczętu, bo w przeciwnym razie nie ukradłby ze strychu całkiem mokrej bielizny: z tem się pan chyba zgodzi. I dlatego też powiadam, że jeśli Ameryka przystąpi któregoś dnia do wojny, to wujo pani Szewczykowej napewno umacza w tym potwornym fakcie swoje brudne łapy i może nawet stoi za plecami amerykańskiego rządu i kieruje incognito jego polityką.

– A czy nie wie pan, jak się ten wujo nazywał? – spytał jeden ze słuchaczy, odznaczający się ciekawością. – Gdyby nazwisko tego przywódcy zakulisowej mafji z Waszyngtonu było znane, możnaby go mieć na oku, zanim jeszcze stanie na czele amerykańskiego Wall-Street.

– Nazwiska nie pamiętam – odpowiedział Szwejk – i nawet nie mogę się dowiedzieć, ponieważ pani Szewczykowa teraz twierdzi, że nigdy żadnego wuja nie miała. Gdyby mi dał swoją wizytówkę, to co innego, bo wizytówki zawsze przechowuję na wszelki wypadek w pudełku od sera. Ale mi niestety nie dał, tylkośmy się zapoznali na gębę. Muszę zresztą nadmienić, że na wizytówkach też nie zawsze można polegać. Niejaki pan Munda, co miał na imię Ignacy, – ten, co to zawsze jeździł do biura tramwajem numer sześć, – sam mi kiedyś pokazywał ze trzydzieści wizytówek i każda z nich opiewała na inne nazwisko, a Ignacego Mundy wcale między niemi nie było. I nic dziwnego, że nie było, bo Munda wchodził do rozmaitych domów, i jak widział, że nikogo niema na schodach, to zdzierał wizytówki z drzwi, podważając paznokciem pluskiewki, na których się trzymały. I dlatego też miał zawsze połamane paznokcie, ale jak mu radziłem, żeby nabył scyzoryk, to powiedział, że się obejdzie cygańskie wesele bez marcepanów. Tylko że pan Munda zrywał nie wszystkie wizytówki, lecz wyłącznie takie, któro mu przypadały do gustu bądź to przez wzgląd na nazwisko, bądź też spowodu pięknego druku.

– A w jakim celu to czynił? – spytał ciekawy słuchacz. – Dla kolekcji czy też ze zwykłej fantazji?

– Gdzie tam dla kolekcji. Rozdawał później te wizytówki rozmaitym pannom i mężatkom i dzięki temu cieszył się zasłużonym powodzeniem. Raz mi się nawet radził, co zrobić, bo się zapoznał w ogrodzie z przyzwoitą osobą i jeszcze jej nie wymienił nazwiska, a dopiero za drugim razem chciał jej wręczyć wizytówkę, i nie mógł się zdecydować, która lepiej pasuje. A miał akurat dwie wolne: jedną pergaminową z tłoczonemi literami na nazwisko „Ab-Del-Kahim-de-Mahuda-den-Ali-Mhad-Kahim”, co ją zgolił z wejściowych drzwi jakiegoś Persa, i drugą czeską na nazwisko „Jan Wontek, agronom”. Więc mu naturalnie doradziłem, żeby się zaprezentował za Persa, bo Pers przyzwoitej osobie prędzej zaimponuje, niż pierwszy lepszy Wontek, choćby i agronom. Ale Munda się nie posłuchał i udał się z przyzwoitą osobą do kina na dramat „Mabuze – królem opryszków”, a jak już wychodzili, to jej wręczył wizytówkę pana Wontka, i ona ma się rozumieć podarła mu ją na drobne kawałki za karę, że się zachowywał po świńsku podczas seansu. I jeszcze cisnęła te kawałki do rynsztoku i przydeptała je nogą. A tego wszystkiegoby nie było, gdyby pan Munda podał się za perską osobistość, bo wówczas mógłby się powołać na to, że jako Pers nie jest obznajmiony z miejscowemi prawidłami grzeczności w ciemnej sali. Przyzwoita osoba napewnoby mu uwierzyła i nie miała do niego pretensji za niewłaściwe ruchy.

– Bezwarunkowo – rzekł słuchacz numer drugi, który zgadzał się we wszystkiem ze Szwejkiem. – Munda będzie miał teraz nauczkę.

A ponieważ już mówimy o wizytówkach, – ciągnął Szwejk, – to jeszcze chciałbym przytoczyć, że inny mój znajomy, niejaki Bogumił Chybik, wydrukował sobie wizytówki własnego pomysłu, i kazał na nich napisać: „Bogumił Chybik, idjota”. I ani słowa więcej. I jak go potem zapraszali gdzie na kolację, albo poprostu w odwiedziny, to pokazywał wizytówkę, i wszyscy się śmieli. A pan Chybik też się śmiał, ale tylko mimochodem, bo wymyślił sobie te wizytówki nie dla śmiechu, tylko w celach handlowo-przemysłowych. „Jak przychodzę – powiada – do którejś firmy i każą mi czekać w przedpokoju z godzinkę, to posyłam moją wizytówkę głównemu dyrektorowi, i wówczas sam dyrektor zaraz mnie przyjmuje,choćby nie wiem wiele osób czekało, i nawet często wylatuje do przedpokoju, żeby na własne oczy zobaczyć idjotę. A ja się wtedy grzecznie kłaniam i informuję, że jako roprezentant domu handlowego pod firmą „Pinkus i Machiavelli”, mam zaszczyt złożyć ofertę w sprawie ołówków i bibuły, jak również atramentu rozmaitych kolorów”.

Ale w tem miejscu stary szpicel Bretschneider zdradzać począł objawy zaniepokojenia, bo go bolało, że Szwejk uchyla się od tematów politycznych. Kierując rozmowę na właściwe tory, Bretschneider zapytał przeto Szwejka, co sądzi o amerykańskiej armji i flocie.

– Jestem przekonany, – odrzekł Szwejk, – że Ameryka zostanie pokonana najpierw na wodzie, a potem na lądzie, albo też na odwrót. O operacjach morskich dużo nie powiem, bo służyłem podczas zeszłej wojny w piechocie jako ordynans pana porucznika Lukacza, ale o strategji na lądzie mógłbym się wypowiedzieć w tym sensie, że Adolf Hitler już przygotowuje w Berlinie dla niemieckich bohaterów nowy pierwszorzędny cmentarz, jak o tem niedawno pisały gazety, i z tego wniosek, że Führer jest pewny zwycięstwa. Bo gdyby nie był, toby mu na nowym cmentarzu specjalnie nie zależało. – Dobre cmentarze należą się wyłącznie zwycięskim wojskowym, a zwyciężeni mogą sobie leżeć gdzieniebądź, a nawet jak im po śmierci pozmieniają nazwiska, to też nic nie szkodzi. Zdarzył się już raz taki wypadek w Tyrolu, więc mieliśmy dowód.

– Chwileczkę – rzekł Bretschneider, węsząc w słowach Szwejka zdradę stanu i szereg innych przestępstw. – Nie rozumiem, o jakich poległych bohaterach pan mówi. Bo chyba nie o niemieckich?

– A właśnie że o niemieckich – odpowiedział Szwejk. – O tych, co ich pochowali po zeszłej wojnie w Tyrolu, a ponieważ Mussolini nie był wtedy w takiej dobrej komitywie z Führerem, jak teraz, to kazał im pozmieniać nazwiska. I jeśli gdzie było napisane: „Tu leży Karl Schulze, poległy w walce z wrogiem podczas wojny roku 1914-1918, cześć jego pamięci”, to zamiast tego napisali: „Tu leży Carlo Sulcini”. I basta, jak mówią Włosi. „Cześć jego pamięci” wykreślili i zeszłą wojnę również. I skutkiem tego wielu niemieckich bohaterów zmieniło po wojnie narodowość na włoską, i niemiecka gazeta „Bohemia”, w której to przed wojną wyczytałem, dodała od siebie, że tej obrazy martwych ciał Niemcy nigdy Mussolini nie zapomną. A potem Adolf Hitler powtórzył te same słowa, że mu nie zapomni, tylko już w trochę innym sensie. I nic dziwnego, że w innym sensie, bo to się odbyło w całkiem innych okolicznościach.

– Muszę kiedyś sprawdzić co pisała gazeta, na którą się pan powołuje – oświadczył Bretschneider srogim tonem. – W każdym bądź razie nie ma to nic do rzeczy, bo mówiliśmy o Ameryce, ale bynajmniej nie o Włochach.

– Co do tego ma pan zupełną rację, -rzekł Szwejk, – i nawet muszę panu podziękować za zwrócenie mi uwagi, bo o mały włos zapomniałbym opowiedzieć panu ideę, która mi niedawno przyszła do głowy. A idea tyczy się wyłącznie wojny z Ameryką, i to na lądzie, nie na wodzie, bo na wodzie zastosowanie mojego projektu nie miałoby racji bytu. Żałuję, że nie opowiedziałem tej idei panu doktorowi Goebbelsowi, ale może ją jeszcze napiszę na pocztówce i poślę mu ją do Berlina do rąk własnych.

– Prosimy o ciszę! – zawołał jegomość, odznaczający się ciekawością. – Słuchamy, panie Józefie, słuchamy!

– No to dobrze – rozpoczął Szwejk. -Gdy układałem tą ideę, wychodziłem z założenia, że amerykański naród nie posiada żadnych ideałów, spowodu wiekowego zaniku moralności, ale jest zato okropnie łasy na pieniądze, i przeważnie na złoto, bo to zawsze pewniejsze niż papierowe banknoty. Wszystkie gazety o tem pisały, więc wątpliwości w tem względzie być nie może. I wobec takiego stanu rzeczy wymyśliłem na Amerykę pułapkę, do której ją złapiemy jak mysz na sadło. Tylko że rolę sadła odegrają armatnie kule ze szczerego złota. W chwili, gdy amerykańska armja przyjedzie do Europy i ruszy do ataku, Adolf Hitler krzyknie przez głośniki po angielsku, że każdy dziesiąty pocisk niemiecki zawiera 98% złota, albo też 78%, w zależności od faktu. I zaraz po tem oświadczeniu niemiecka artylerja da ognia ze wszystkich dział. No i to załatwi z miejsca sprawę, bo łapczywy amerykański naród rzuci się na te pociski jak jeden mąż, skutkiem czego zapanuje zamieszanie w szeregach i wielki nieład. A o zastosowaniu dyscypliny nie może być mowy, bo każdy amerykański żołnierz czy oficer zapragnie złapać ze dwa funty złota, a jak złapie, to je obowiązkowo wsadzi to kieszeni, czy też na tym złotym szrapnelu usiądzie, żeby mu go kto nie odebrał. I skutkiem tego rozpoczną się bratobójcze walki między Amerykanami. Broń pancerna pomiesza się z artylerją, artylerja z piechotą, piechota z kawalerją, kawalerja z cenzurą polową, i rozmaite szarże zaczną sobie wyrywać kawałki złota, krzycząc: „Oddaj szrapnel, złodzieju, bo ja go pierwszy spostrzegłem!” – „Odsuń się, suko, żebym cię nie zdzielił w ryja za kłamstwo !” – i inne wyrazy w tym guście. A tymczasowo złote kule lecieć będą z nieba bezprzestanku, aż do chwili, kiedy amerykańska armja doszczętnie się rozleci. Prosit, panowie, i Heil Hitler!

Projekt Szwejka uzyskał aprobatę większości obecnych, ale mniejszość miała rozmaite objekcje. Szpicel Bretschneider bębnił palcami po stole, nie mogąc się zdecydować, czy przychylić się do zdania większości, czy też zająć stanowisko neutralne. Na wyraźne żądanie Szwejka, Bretschneider zabrał wreszcie głos i oświadczył, że projekt ma niewątpliwie dobre strony, ale urzeczywistnieniu idei Szwejka mogą stanąć na przeszkodzie względy natury zarówno technicznej jak i gospodarczej. Wyszczególniwszy wszystkie te względy z dużą dokładnością, Bretschneider dodał:

– Pozatem nie jestem pewien, czy psychologiczny efekt projektu pana nie zawiedzie nas w ostatniej chwili. Chciwość narodu amerykańskiego nie da się wprawdzie zaprzeczyć, ale nie ręczę, że posunie się ona aż tak daleko, jak pan sądzi.

– To się pan widocznie nie stykał z ludźmi, którzy dla pieniądza daliby się posiekać na kawałki – odparł Szwejk. – Ale ja kilka takich osób znałem i nawet miałem w rodzinie ciotkę, charakterystyczną, jak się to mówi, w tym względzie, i mieszkającą przy ulicy Paryskiej pod czternastym, bo to było jeszcze przed wojną. I otóż pewnego dnia ciotka podlewa pelargonje, co je miała w doniczce na balkonie, i przy tej okazji wylatuje jej z kieszeni fartucha dziesięć halerzy wprost na ulicę. No i upada ta moneta zaraz koło latarni i leży. Ciotka widzi ją z balkonu na własne oczy, ale jakby poleciała na dół po pieniądze, toby je może kto ukradł tymczasem, bo mieszkała na trzeciem piętrze, więc nie leci, tylko się zastanawia, co by tu takiego wykombinować. „Póki stoję na balkonie, -myśli sobie, – pieniądze są pewne jak w banku, ponieważ nad niemi czuwam i nie pozwolę zrobić, sobie krzywdy, a może wkrótce nadejdzie ktoś ze znajomych, to go poproszę, żeby mi je podniósł”. I stoi. Aż tu nagle zaczyna padać deszcz. Nawet nie powiem, żeby duży, ale zawsze deszcz, więc z jednej strony chodzi o fartuch, że może puścić od wody, bo go niedawno ufarbowała na zielono, a z drugiej o dziesięć halerzy. Niewiadomo, co przeważy, może jedno, a może drugie. Aż się wkońcu zdecydowała na ryzyko, i hops do pokoju po parasol i krzesełko, a później wraca i patrzy: są pieniądze czy niema? Okazuje się, że są, i nawet po błyskują na deszczu. Ciotka wobec tego otwiera parasol i siada. A na ulicy już się zgromadziła kupa gapiów, i nikt nie może zrozumieć, poco ciotka siedzi na balkonie pod parasolem, a ona znowuż nie może wydać im tajemnicy, jako że się obawia o całość gotówki, i nic im na ich pytania nie odpowiada. Publiczność dochodzi do wniosku, że najwidoczniej zwarjowała, i jakiś pan doradza, żeby zawezwać straż ogniową ze składaną drabiną, a inny powiada, że już lepiej doktora, i nawet proponuje swojego zięcia-chirurga. I pewnieby wezwali, tylko że na szczęście wyłania się zza rogu niejaki pan Kowarzyk, a że to było przy niedzieli, więc się trochę upił i pyta się ciotki z dołu, co to za opera. A ciotka go znała od dwunastu lat jako człowieka bez skazy, zasługującego w zupełności na zaufanie. Więc mu tłumaczy, co i jak, a Kowarzyk żąda nagrody za usługę. „Co mi pani obieca, – zapytuje, – jak skoczę na górę z pieniędzmi? Całusa czy też coś więcej? Bo jak tylko całusa, to mi się to nie kalkuluje”. I tak się z nią drażni jeszcze z kwadransik, rujnując jej dobre imię i honor w obliczu całej ulicy. Musiała mu wkońcu obiecać dwie kanapki z chrzanem na odczepne, ale jak przyszedł na górę, to mu dała tylko jedną, i dopiero jak pan Kowarzyk jej zagroził, że zrzuci z balkonu pomadę na piękność cery pod nazwą „Jutrzenka”, którą wyciągnął ciotce z szuflady, to dostał drugą. A jak już zeżarł jedną i drugą, to swoim porządkiem poleciał na balkon w kapeluszu ciotki i zaczął szmyrgać na ulicę rozmaite przedmioty: nasamprzód złotą rybkę, co ją wyłowił z akwarjum łyżeczką, później pawie pióro, a potem swoje własne buty i marynarkę, nie mówiąc już o kamizelce, i jeszcze przytem krzyczał po pijanemu, że zimny prysznic doskonale pomaga na wątrobę i żeby całe miasto brało z niego przykład. I bezwarunkowo rozebrałby się do naga, tylko że go złapali za nogę sąsiedzi, a jak go ciągnęli, to jeszcze wyrwał polargonję z doniczki i zjadł. Z tego pan widzi, do czego prowadzi chciwość na pieniądze, i nie wątpię, że poprze pan mój antyamerykański projekt w odpowiednich sferach.

Na tem pogawędka ze Szwejkiem została zakończona. Nasz przyjaciel oświadczył, że musi iść do domu, bo obiecał pani Müllerowej, że jej pokaże sztukę z kartami, której się niedawno nauczył od pewnego znajomego murzyna. Pan Bretschneider westchnął i pożegnał Szwejka ledwo dostrzegalnem skinieniem głowy.

WACŁAW SOLSKI.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Close