Szwejk w szponach „Gestapo” (4)

Wczoraj o dwunastej w południe w mieszkaniu Szwejka zjawił się agent „Gestapo” i zapytał sucho:

– Szwejk Józef, lat 53, urodzony w Pradze?

– W Pradze – odrzekł Szwejk.

– No to idziemy. Bez rzeczy. Jazda!

I poszli. W byłym pałacu Peczeka, gdzie mieści się obecnie „Gestapo”, Szwejkowi kazano czekać na korytarzu z godzinę, poczem stanął przed obliczem dygnitarza nazwiskiem Hau. Dygnitarz zmierzył go surowym wzrokiem i zapytał:

– Wiecie, za co was aresztowano?

– Nie wiem, ale się domyślam – odpowiedział Szwejk. – Przypuszczalnie lepiej się nie wypierać, bo to tylko prowadzi na manowce, jak powiedział jeden mój znajomy z ulicy Werduńskiej na Bubieńcu, kiedy go przyłapano w publicznej czytelni na wycinaniu ilustracyj z książki pod tytułem „Rzeżączka – plagą ludzkości. Szkic naukowo-popularny”. Wolę odrazu powiedzieć prawdę. Otóż z tym pudlem sprawa miała się tak…

– Z jakim pudlem? – spytał pan Hau.

– A no z Kiki. Bo zapomniałem powiedzieć, że się wabił Kiki, a co do tego, że był trochę ślepy na oba oczy, to też prawda, tylko że jak pan Hagenau przyszedł po psa trzy lata temu, to gadał po czesku, a po niemiecku ani słowa. I jeszcze napomknął, ze pan Stepniczek, z którym graliśmy w domino co sobotę, jest rodzonym bratem jego szwagra. Więc, powiada, mam prawo na rabat i liczę na to, że pies jest w zupełności rasowy, bo innych nie znoszę. Wobec tego myślę sobie, że Czech na połślepym psie nie odrazu się pozna, – co innego Niemiec, posiadający edukację, – i powiadam panu Hagenau, że Kiki ma trochę krótki wzrok i dlatego się potyka, ale mu to przejdzie na świeżem powietrzu. No i inkasuję zadatek w wysokości dwudziestu koron, a pozostałe dwadzieścia miałem dostać za tydzień. A tu trzeba trafu że pudel spotyka na ulicy pana profesora Schmita z niemieckiego realnego gimnazjum i rzuca się na niego i wyrywa mu kawałek ciała z łydki, przypuszczalnie przez omyłkę, biorąc pana profesora za buldoga imieniem Popik. Bo trzeba panu wiedzieć, że do tego Pepika Kiki miał oddawna urazę, niewiadomo z jakiego powodu, a że mało co widział na oba oczy, więc się pomylił, a później uciekł, i do dziś dnia go nie odnaleziono, wobec czego przypuszczam, że opuścił granice Protektoratu. A przedwczoraj spotykam pana Hagenau na ulicy i mówię, że mi się należy od niego dwadzieścia koron, a on powiada po niemiecku : „Precz ode mnie ! Nie znam cię i i nie chcę cię znać ! Idź na zbity łeb, bo jak nie, to jeszcze o mnie usłyszysz !” I wyciąga z kieszeni notesik i zapisuje ogromnemi literami moje nazwisko. A jak je jeszcze podkreślił czerwonym ołówkiem, to już się domyśliłem, że marne moje widoki. No i faktycznie, bo mnie dzisiaj zaaresztowali.

– Mylicie się, – rzekł pan Hau, wysłuchawszy całej tej historji z uwagą, bo się spodziewał, że się dowie czegoś nowego.

– Zaaresztowano was nie za psa, ale za sztandar.

– To mnie bardzo dziwi – wyznał Szwejk. – Bo z tym sztandarem to znowu było tak : przychodzę wczoraj do sklepu pana Kapuzki, co się też niedawno wyklarował na niemieckiego folksgenossa i złożył zeznanie czarno na białem, że nie jest bynajmniej synem starego Kapuzki, jako że jego mama zapoznała się w danym czasie z pewną niemiecką jednostką, a mianowicie z komiwojażerem Hugo Schlipp z miasta Hamburga. Pan Kapuzka dołączył do zeznania fotografję Hugo Schlipp z wąsem do góry, i na tej fotografji pan Schlipp napisał własnoręcznie dedykację : „An meine liebe Frau Kapuzka – vom Hugo”, i data dedykacji się zgadzała, więc panią Kapuzkową pochwalili za to, że przełożyła niemiecką jednostkę nad starego Kapuzkę, i dali jej w nagrodę extrakartę żywnościową na czterdzieści gramów masła. A Kapuzkę mianowali partajtowarzyszem i pozwolili mu sprzedawać sztandary ze swastyką i portrety wodzów. Więc, jak już mówiłem, udaję się do jego sklepu i powiadam, że chciałbym kupić sztandar z godłem Trzeciej Rzeszy, ale coś lepszego, a nie taką tandetę co płowieje po tygodniu, bo nie lubię wyrzucać pieniędzy na świństwa. „Pięćdziesiąt koron” – powiada Kapuzka i pokazuje chorągiew. „A jak ci – powiada – wypłowieje, to też nic nie szkodzi, bo nie gacie kupujesz – ale narodowe godło”. „Z tem – mówię – mogę się ostatecznie zgodzić, ale cena wydaje mi się nieco wygórowana. Nie masz czegoś tańszego ?” „Mam tu jedną mniejszą za czterdzieści koron” – powiada Kapuzka. Ale to mi jeszcze furt było za drogo, więc zaznaczam, że przeznaczyłem na ten wydatek dziesięć koron, i żeby mi coś dobrał w tej cenie. „Za dziesięć koron mogę ci sprzedać nie sztandar, ale łajno” – powiada Kapuzka. I nawet powiodział nie „łajno”, a jeszcze gorzej, tylko się już wstydzę powtórzyć. „A jakie łajno, czyli też to inne słowo?” — pytam się go na wszelki wypadek. ,,A to – powiada Kapuzka i wyciąga z szuflady kolorowy portret Adolfa Hitlera. I to nawet nie na tekturze, ale na zwyczajnym papierze. Więc się wobec tego decyduję na grubszy wydatek i kupuję sztandar za czterdzieści koron, bo za łajno to i dziesięć koron za drogo, każdy to chyba przyzna. No i idę do domu i wywieszam sztandar ze swastyką u siebie w oknie. A wieczorem przychodzi jeden pan z niemieckiej policji i pyta się, skąd się wzięła w oknie chorągiew z godłem. „A stąd, że ją tam powiesiłem” – mówię mu na to. „Nie mieliście prawa, – powiada ten pan z policji, – bo dziś nie jest żadne święto, i nie było rozkazu, żeby wywiesić sztandary, upiększając w ten sposób miasto Pragę. Jak pan doktór Goebbels rozkaże „Fahnen heraus”, to wtedy mają być „heraus”, a inaczej nie. A jak zobaczył, że się zasmuciłem, to mnie poklepał po plecach i powiedział: „Rozumiem, że macie jak najlepsze intencje, i dziękuję wam w imieniu ogółu społeczeństwa, ale porządek przedewszystkiem. Musicie zdać sobie sprawę, że to nie prywatna sprawa, ale państwowa. A to duża różnica, którą wam wyjaśnię na przykładzie. Jak się komu, powiedzmy, urodzi syn, albo coś w tym guście, to w istocie rzeczy sztandaru wywiesić nie może, a jak wkroczymy do jakiegoś kraju, to musi. Bo w pierwszym wypadku rozchodzi się o szczęście jednostki, a w drugim – o dobro „Volksgemeinschaft”, czyli też ogółu. I wobec powyższego proszę natychmiast wciągnąć chorągiew do pokoju”. „Rozumiem” – powiadam, bo nie lubię się sprzeczać. No i zdejmuję z okna sztandar z godłem i kładę go pod łóżko. A to się znowu nie podoba temu panu z policji. „Sztandar – mówi – nie śmie leżeć pod łóżkiem, bo to ewentualnie zakrawa na skalanie, czyli też zniewagę godła”. Więc wyciągam sztandar i czyszczę go szczotką, bo się pod łóżkiem trochę zapaskudził z tego powodu, że pani Müller, moja gospodyni, nigdy nie wyciera kurzu jak się należy. Nie mogę jej tego nauczyć, i nawet raz, żeby ją zawstydzić, zabrałem jej w nocy wszystkie szpilki do włosów i schowałem pod łóżkiem, a po tygodniu mówię : „Jakby pani sprzątała pokój jak się należy, toby pani znalazła pod łóżkiem swoje szpilki i nie chodziła od tygodnia rozczochrana jak nieboskie stworzenie”. Myśli pan, że to pomogło? Nic nie pomogło. „Jak się panu nie podoba moja głowa, – powiada gospodyni, – to niech pan sobie wynajmie na służącą tę rudą Zofkę od piekarza co to pan na nią zawsze zerka, tylko niech się pan pospieszy, bo ją pewnie niedługo zabiorą do kryminału za rozmaite sprawki”. Z tego pan widzi, jakie to niechlujne – i względem kurzu, i tak samo względem własnej głowy, a w dodatku zazdrosne jak cholera. Więc, wracając do rzeczy, czyszczę, jak już mówiłem, zawalany sztandar, a ten pan z policji krzyczy : „A co, nie uprzedzałem was, ze sztandaru nie wolno kłaść pod łóżko?”. I każe mi go schować w innem miejscu. Zabieram wobec tego sztandar z godłem i wychodzę z pokoju. A później wracam. Myślałem, że ten pan już sobie poszedł, a on stoi. „Dokąd zanieśliście sztandar?”. Więc mówię zgodnie z prawdą, że go postawiłem za takiemi drzwiami, na których często malują dwa 0, pojęcia nie mam dlaczego, choć się nad tem nieraz zastanawiałem, i nawet się pytałem jednego pana, co ma skończony uniwersytet, skąd się wzięły te dwa 0, a on powiada, że musi zajrzeć do encyklopedji, ale widocznie nie zajrzał, bo jak mnie spotyka na ulicy, to przechodzi na drugą stronę i udaje, że mnie nie widzi. Tylko że u mnie na tych drzwiach jest inny znak, a mianowicie porcelanowa tabliczka z napisem po niemiecku : „Vergiss nicht die Sauberkeit und knopfe zu dein ganzes Kleid”. Kupiłem ją sobie w jednym niemieckim sklepie tutaj w Pradze, ze względu na wiersz, i jeszcze mi powiedzieli w sklepie, że wkrótce nadejdą z Berlina nowe tabliczki z jeszcze piękniejszemi wierszami, i że jak będę czegoś potrzebował, to żebym do nich zaszedł. Ale ten pan z policji zaczyna krzyczeć, może dlatego że mu się wiersz nie spodobał, czy ja wiem, i powiada, że złoży na mnie raport. A jak wyszedł, to tak walnął drzwiami, że aż się wszystko zatrzęsło.

– Zgadza się – rzekł pan Hau. – Złożono na was raport i zebrano o was informacje, z których wynika, że oddawna uchodzicie za idjotę. Po kiego djabła wywiesiliście sztandar ze swastyką?

– Z radości – odpowiedział Szwejk. – A jednocześnie chciałem podkreślić, że jestem lojalny obywatel i wierzę w to co jest napisane w gazecie. A jeśli pan pozwoli, to opowiem wszystko od początku. Stoję sobie wczoraj na przystanku tramwajowym i czytam gazetę, bo akurat czekałem na dziewiątkę, i dowiaduję się, ze waleczna flota niemiecka zatopiła znowu dwieście tysięcy tonn, a obok mnie stoi jakiś pan i powiada, że to wszystko bujda. „Jakto bujda? – mówię – kiedy stoi napisane czarno na białem, że dwieście tysięcy tonn w ciągu jednego tygodnia”. A on w śmiech i powiada, ze niemieckim komunikatom nikt w całej Pradze nie wierzy, bo to – powiada – kłamstwo na kłamstwie i kłamstwem pogania. Tu już mnie wzięła złość i mówię do niego, że niemieckie komunikaty odzwierciedlają, że się tak wyrażę, gołą prawdę, i nic innego.

– Zupełnie słusznie – rzekł pan Hau. – Od czasu do czasu możliwe są oczywiście drobne omyłki, ale to bynajmniej nie zmienia postaci rzeczy.

– Tak mu też powiedziałem – ciągnął Szwejk. „W oddzielnych wypadkach coś tam może nie sztymuje, – mówię do niego, ale to się zdarza nie tylko w komunikatach, ale i w życiu”. I potwierdziłem mu to na przykładzie. „Znałem naprzykład – powiadam – niejakiego pana Mrazka, o którym rodzony ojciec mówił, że nic z niego nigdy nie będzie, bo się hultaj nie chciał uczyć ani pracować, aż się wykierował na dziennikarza i pojechał za reportera do Morawskiej Ostrawy. I otóż w Morawskiej Ostrawie cały dzień grał w bilard, a pewnego razu przyjeżdża do miasta operetka z Pilzna, żeby odegrać przedstawienie pod tytułem „Rozwódka”, i pan Mrazek miał napisać sprawozdanie. Innyby naturalnie udał się do teatru, zwłaszcza że mu dali za darmo bilety, ale Mrazek wolał grać w bilard, bo – powiada -utwór ten juz widziałem na stołecznej scenie. No i gra aż do nocy, a później siada w kawiarni i pisze : „Panna Vlasticzka Sejbalowa była wczoraj urocza jak nigdy. Jej kryształowy głosik w słynnym duecie „I krok w krok za nią mknie…” zrobił kolosalne wrażenie, pomijając już przepiękny, zwiewny, lekki i uroczy taniec, przypominający jak najlepsze tradycje. Brawo, Vlasticzka, dziękujemy Pani w imieniu Morawskiej Ostrawy !”. Artykuł wydrukowali, a na drugi dzień się okazuje, że przedstawienie się nie odbyło z powodu braku dekoracji. Więc pan redaktor Hłaska wyrzucił Mrazka z redakcji i nie zapłacił za sprawozdanie ani grosza. A Mrazek się obraził i powiada, że dymisję akceptuje, ale za sprawozdanie należy mu się honorarjum, ponieważ było wydrukowano, a że przedstawienie się nie odbyło, to co ma pięść do wiatraka ? „Wynoś się ! – krzyczy Hłaska – nie dostaniesz złamanego szeląga !”. „Zobaczymy” -powiada Mrazek, i zaprzysiągł mu zemstę. I przez cztery tygodnie nic innego nie robił, tylko pisał anilinowym ołówkiem na banknotach dziesięciokoronowych, które mu wpadły do ręki, następujące słowa: „Redaktor Hłaska – egoista i świński ryj”. I puszczał te banknoty w obieg, kompromitując pana redaktora nie tylko w obrębie Morawskiej Ostrawy, ale w zakresie wszechświatowym. A jak się przekonał, że to nie pomaga, to przyszedł raz do restauracji pana Serdki, gdzie Hłaska jadał kolacje, i kazał sobie dać menu. I do tego menu, proszę sobie wyobrazić, dopisał rozmaite potrawy, które wogóle nie istnieją. Była tam naprzykład „Wątróbka cielęca”, a pan Mrazek dopisał od siebie : „Wątróbka Hłaski, dobrze przysmażona, sześć koron pięćdziesiąt. Ze śmietaną -siedem koron”. „Żeberko Hłaski, z makaronem, cztery korony”. A na końcu napisał takie danie : „Serce Hłaski, w sosie pomidorowym, sześćdziesiąt halerzy (bo bardzo małe)”. Hłaska przychodzi do lokalu i słyszy, że jakiś gość zamawia u kelnera „wątróbkę Hłaski”, naturalnie ze śmietaną, robi mu się niedobrze, i na drugi dzień proponuje panu Mrazkow i kompromis : „Zapłacę ci – powiada – za sprawozdanie, ale nie całe honorarjum, ale tylko połowę.” Więc ja mówię do tego pana na przystanku, że coś podobnego może się przytrafić i na wojnie. Do redaktora, który pisze komunikat, przychodzą rozmaici panowie wojskowi, i każdy ma coś do opowiedzenia : ten – że dokonał bohaterstwa, inny – że widział to i to na własne oczy, a redaktor pracuje w pośpiechu, bo komunikat musi iść do druku codziennie o tej samej godzinie, i brak mu wobec tego czasu na zebranie informacyj o każdym panu wojskowym zosobna, jak to robiła firma „Prowaźnik i Spółka”, kiedy sprzedawała klientowi meble na raty. Pan Prowaźnik posyłał w takich razach buchaltera na zwiady, i jak się buchalter dowiedział od dozorcy domowego, że klient nie zasługuje na zaufanie, to mu dopisywali do rachunku dziesięć procent ze względu na ryzyko, i swoim porządkiem robili dobry interes, bo meble były akurat tyle warte co zadatek, nie więcej i nie mniej, a każda rata już się liczyła na czysty zysk. Ale panowie ze sztabu generalnego nie mogą postępować w podobny sposób, więc nic dziwnego że się czasem do nich zgłosi jakiś pan, mówiąc że był tam i tam i widział to i to, a potem się okazuje, że podobnie jak pan Mrazek nigdzie nie był i nic nie widział, i z tego wynikają fatalne omyłki. „Co do tego to ma pan świętą rację, – powiada ten pan na przystanku, – i dlatego też jak w komunikacie stoi napisane, ze nasi lotnicy strącili sto angielskich samolotów, to należy to rozumieć w ten sposób, ze nie sto, ale dwadzieścia, i nie nasi lotnicy strącili, ale Anglicy, i nie angielskich samolotów, ale włoskich, lecz pozatem wszystko się zgadza”. No i tak sobie gadamy, chociaż dziewiątka już ze trzy razy podjechała, bo przecież nie mogę pozwolić, żeby on miał ostatnio słowo i żeby mnie agitował, i jeszcze mu powiadam mimochodem w rozmowie, ze jakby kiedy chciał kupić ładnego pieska, to niech do mnie przyjdzie, i żeby sobie zapisał adres, a on powiada, że ma dobrą pamięć i nie potrzebuje zapisywać. „A teraz – powiada – życzę powodzenia i żegnam, bo żona czeka z obiadem”. I siada do czternastki. Ale mnie się w ostatniej chwili przypomniało, że pamięć często zawodzi, więc mu krzyczę na pożegnanie : „Józef Szwejk, ulica Spaléna ! Powieszę w oknie chorągiew ze swastyką, żeby panu było łatwiej mnie znaleźć !”. No i zaraz potom kupiłem tą chorągiew z godłem, aby uczcić zatopienie dwustu tysięcy tonn i jednocześnie ułatwić temu panu poszukiwania, bo o klientów teraz trudno, a mam akurat buldoga którego chciałbym prędko sprzedać ze względu na jego złośliwy charakter : kości nie źre, a jak gdzie zobaczy but, to go wynosi na podwórko i zakopuje w ziemi. Mówię wszystko rzetelnie jak było, a co do buldoga, to moja gospodyni, pani Müller, może Panu potwierdzić każde słowo.

Pan Hau milczał przez kilka sekund, spoglądając na Szwejka ze zdumieniem, i dopiero po dłuższej chwili zapytał:

– Powiedzcie-no, Szwejk : jesteście rzeczywiście takim idjotą, na jakiego wyglądacie, czy tylko udajecie?

Szwejk odpowiedział na to pytanie z absolutną szczerością :

– Melduję posłusznie, że jestem w samej rzeczy ogromnie głupi, i nawet mnie zwolniono oficjalnie ze służby wojskowej w Austrji spowodu chronicznego kretynizmu. Ale jak się zaczęła zeszła wojna, to mnie powołano do szeregów nie bacząc na stan umysłu, ponieważ odwieczny wróg zagrażał naszemu państwu i nawet największy idjota bronić musiał cesarza Franciszka Józefa. I tak samo teraz, jeśli Trzecia Rzesza, która nas Czechów proteguje i ochrania, nie będzie mogła obejść się beze mnie, wyruszę bez wahania na wojnę, by bronić Adolfa Hitlera, chociaż cierpię na reumatyzm i jestem głupi jak stołowe nogi.

Po tej tyradzie pan Hau ostatecznie stracił cierpliwość i począł krzyczeć na Szwejka, każąc mu się natychmiast wynosić z pokoju i zapowiadając mu, że się z nim rozprawi, jeśli Szwejk raz jeszcze wpadnie w jego ręce.

Szwejk ślicznie podziękował i z błogim uśmiechem na twarzy udał się do domu.

W. J. SOLSKI.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

1 komentarz

  • Bartosz 20 sierpnia 2014 at 13:18

    Jak zwykle bezbłędny wojak Szwejk . Uwielbiam jego tok myślenia .

    Odpowiedz
  • Napisz komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

    Close