Szwejk o tajemniczej broni Adolfa Hitlera (3)

Jednym z szefów ,”Gestapo” w Pradze jest pan Hau. W zakres jego działalności wchodzi m. in. organizacja t. z w. „Vlajki”, narodowo-socjalistycznej partji czeskiej na modłę niemiecką. Partja ta składa się z kilkudziesięciu osób o przeszłości przeważnie mocno kryminalnej. Na jej czele z ramienia „Gestapo” stoi niejaki pan Ryś, który przybrał sobie pseudonim „Rozsiewacz”, uważając widocznie że prawdziwe jego nazwisko brzmi niedość dzwięcznie.

Temu to właśnie panu Hau szpieg Bretschneider wręczył niedawno raport o Szwejku. Raport wielce zainteresował pana Hau, bo Bretschneider zaznaczał, że Szwejk cieszy się dużemi wpływami w kołach czeskich, grupujących się w kawiarni „U Kalicha”. A pozatem Szwejk posiadał ten jeszcze atut, że brał udział w wojnie wszechświatowej jako zwykły żołnierz, zupełnie tak samo jak Adolf Hitler. Biorący to wszystko pod uwagę Hau postanowił pogadać ze Szwejkiem i ewentualnie uczynić z niego Führera owej „Vlajki” albowiem Ryś-Rozsiewacz spisywał się w ostatnich czasach coraz gorzej i pił coraz więcej.

Szwejka wezwano przeto do „Gestapo”.

Przyjęto go bardzo grzecznie. Hau poczęstował go cygarem i zapytał, co Szwejk sądzi o partji Rysia-Rozsiewacza.

Jeśli mam być szczery, – rzekł Szwejk – muszę powiedzieć że nic o tem nie sądzę, bo się nie zajmuję polityką z braku edukacji. Każdy służy Adolfowi Hitlerowi jak może : co do mnie, sprzedaję psy i koty i nie znajdzie pan u mnie ani jednej suki, któraby się nie mogła wykazać rasową prababką. Nie zaprzeczę, że przed zajęciem Pragi sprzedawałem różne takie bękarty, ale teraz za nic w świecie. I wobec tego nikt mi nic nie może zarzucić, bo pryncypy „Meinkampfu” stosuję w całej pełni, zwracając specjalną uwagę na kocice, ze względu na angorskie koty, które się do nich często dobierają. A nasze kocice, muszę to niestety zaznaczyć, garną się do tych obcorasowych elementów jak z przeproszeniem ciężka cholera, może ze względu na ich puszyste ogony, a może spowodu ich szelmowskich oczu. Jedno z dwojga.

Dłuższa ta tyrada przypadła panu Hau do gustu, jako że świadczyła o bezwzględnej lojalności Szwejka względem Trzeciej Rzeszy. Hau zaproponował wobec tego Szwejkowi, by się udał na najbliższe zebranie „Vlajki” i wygłosił tam mowę.

– Macie rację, – rzekł Hau, – że się nie zajmujecie polityką, bo kto się tem trudni bez pozwolenia władz, tego spotka, sroga kara i zgnije w więzieniu. Ale jak będziecie działać z mego ramienia, to wam włos z głowy nie spadnie, bo to zupełnie zmienia postać rzeczy. Nic wam nie obiecuję, ale nie jest wykluczone, że się dla was wystaram o dobrą posadę. Może się nawet sczasem dochrapiecie do stanowiska czeskiego Führera. Brak edukacji nie stanie na przeszkodzie – główna rzecz, to entuzjazm i oddanie sprawie. Heil Hitler i do prędkiego zobaczenia !

Szwejk ślicznie podziękował i powiedzial, że nieomieszka skorzystać z zaproszenia pana Hau, jako że zawsze sumiennie wypełnia polecenia władz. I tegoż wieczoru Hau zawiadomił kilku przyjaciół, że znalazł pierwszorzędnego kandydata na posadę czeskiego Führera.

Wiadomość ta, już w formie nieco przesadzonej, doszła do uszu Rysia i jego zastępcy nazwiskiem Szkrach. Opowiedziano im, że Szwejk całemi nocami konferuje z szefami „Gestapo” o przyszłości Europy i że się cieszy ich całkowitym zaufaniem. Panowie Ryś i Szkrach bardzo się przestraszyli i postanowili złożyć wizytę Szwejkowi; uskutecznili to w zeszły czwartek.

Wybrali się dosyć niefortunnie, bo Szwejk mył sobie właśnie nogi w niebieskiej misce. Nie uważał zresztą za wskazane przerwanie tego zajęcia i powiedział :
– Panowie wybaczą, ale czwartek jest czwartkiem a sobota sobotą. W czwartek myję sobie zawsze nogi, a w sobotę głowę. A dwóch rzeczy naraz nigdy nie robię, bo Adolf Hitler napisał w „Meinkampfie”, że to do niczego dobrego nie prowadzi. Najpierw jedno, później drugie.
– „Mein Kampf”, strona 378, wiersz 12 oddołu ! – rzekł pan Ryś, energicznie kiwając głową.

Pan Szkrach, nie chcąc pozostawać wtyle, oświadczył natychmiast:

– Czystość jest matką zdrowia, i jak kto ma czyste nogi, to posiada przeważnie również czystą duszę. Znam tu w Pradze jednego niemieckiego partaitowarzysza, który także myje sobie nogi co tydzień, ale nie w czwartek, lecz w środę. Sądzę, że ten czy inny dzień nie gra wielkiej roli. Nie wiem, czy Panu wiadomo, że byłem zawsze wrogiem Żydów i że o mało nie straciłem życia, bo Semita Goldbaum chciał mnie zgładzić pod pozorem że się ubiegam o względy jego żony. Było to naturalnie bozczelne kłamstwo. Jak się pan zapatruje na to, żeby ogłosić dekret, stawiający wszystkich Anglików poza prawem?

– Niezły pomysł, – odpowiedział Szwejk, – ale Adolf Hitler rozporządza znacznie skuteczniejszą bronią w walce przeciw Anglji. Niech mi Pan da z łaski swojej ten ręcznik z łóżka, to sobie wytrę nogi.

Ryś zręcznie skoczył ku łóżku, wyprzedzając Szkracha o jedną piątą sekundy. Szkrach uśmiechnął się pobłażliwie, podkreślając w ten sposób, że mu na wręczeniu ręcznika specjalnie nie zależy, i powiedział:

– Bylibyśmy panu niesłychanie wdzięczni gdyby pan zechciał udzielić nam informacyj o takemniczej broni Führera. Wiemy, że posiada pan rozległe stosunki i że najwyższe sfery darzą pana zasłużonym zaufaniem. Mogę dodać, że całkowita dyskrecja jest dla nas punktem honoru.

– Jak punktem honoru, to w porządku, – rzekł Szwejk, – bo w przeciwnym razie musiałbym zamknąć gębę na kłódkę. Sekret, który się opowiada na prawo i na lewo, nie jest sekretem ale zwyczajnym świństwem, jak mawiał niejaki pan Rosik z Żyżkowa, ten co to dawniej uczęszczał do piwiarni „Biała Kula”, a w ostatnich czasach przeniósł się do lokalu „Pod Czarnym Łabędziem”, bo w „Białej Kuli” został dłużny czterdzieści dwie korony. A „Pod Łabędziem” nie chcieli mu nalać piwa bo właściciel „Białej Kuli” uprzedził pana Kolfę z „Pod Łabędzia”, że Rosik nie płaci długów. Więc Rosik oczywiście spotyka właściciela „Białej Kuli” i pyta się go: „Pocoś to opowiedział śmierdzielu? Zapomniałeś, że cię prosiłem o sekret? Jak cię trzepnę dwa razy po papie za brak dyskrecji, to będziesz miał nauczkę na przyszłość”. I faktycznie trzepnął go raz z lewej strony, a później poprawił z prawej, bo to, proszę panów,
cham, jakich mało. Ale do panów mam zaufanie, bo wiem, że panowie nigdyby sobie tego nie pozwolili. I wobec tego panom powiem, że Adolf Hitler rozporządza nie jedną bronią, ale dwiema.

– To ciekawe ! – rzekł pan Szkrach. – Pst! – krzyknął na niego pan Ryś-Rozsiewacz, podnosząc do góry prawą dłoń.

– Zacznę od broni numer pierwszy, – ciągnął Szwejk, – ale muszę panom najpierw opowiedzieć krótka historyjkę, bo inaczej trudno będzie panom zrozumieć, na czem ta broń polega. Otóż znałem przed paru laty niejakiego Jerzego Potocznego, który kazał sobie wydrukować wizytówki z napisem „George Potoczny”, żeby uchodzić za Anglika, chociaż przyjechał do Pragi z Morawskiej Ostrawy. Ale Anglicy byli jeszcze wtedy północną rasą, a nie plutokratami, więc nie można Potocznemu mieć za złe, że sobie tak upiększył imię. A ten Potoczny, trzeba panom wiedzieć, miał piękną laskę z rzeźbioną rączką z prawdziwej słoniowej kości, i raz przychodzi do niego pan Robaczek, co mieszkał w tej samej kamienicy, i prosi o pożyczenie mu tej laski do wtorku. …Bo powiada – chodzi mi o niejaką Małgorzatę S., która mi robi pewne trudności, ale jak zobaczy tę wartościową laskę, to chyba przestanie, bo się zna na antykach. No i George Potoczny pożycza mu laskę, a Robaczek nie oddaje mu jej ani we wtorek, ani w środę, twierdząc że ją zostawił u tej Małgorzaty i że napewno odda w poniedziałek, pod słowem honoru. „Dobrze, – powiada Potoczny, – poczekam do poniedziałku”. A tu się akurat tak złożyło, że w niedzielę popołudniu Robaczek ma grać na skrzypcach w orkiestrze straży ogniowej na Bubieńcu, bo to, proszę panów, skrzypek jakich mało. Pan Potoczny udaje się na koncert i nagle przychodzi mu do głowy, że jak będzie miał fant w ręku, to Robaczek napewno odda laskę, a bez fantu nic niewiadomo, nie bacząc na słowo honoru. Więc w chwili gdy orkiestra gra jeden z utworów pana Smetany, Potoczny wstaje, zbliża się na palcach do Robaczka i zabiera mu sprzed nosa nuty. „Cóż to ma znaczyć ? !” – syczy półgłosem Robaczek i strasznie się irytuje, bo bez nut grać nie może. A Potoczny ucieka z nutami pod pachą i powiada : ,,.Jak oddasz laskę, to dostaniesz nuty, a jak nie, to niema głupich”. Robi się naturalnie awantura, bo bez pierwszych skrzypiec orkiestra nie ma racji bytu, a dyrygent, który jest trochę przygłupi, nie rozumie, czemu się wszyscy śmieją, i przypuszcza, że to może dlatego że zapomniał zapiąć rozporek w spodniach, co mu się czasami zdarza, ale znowuż nie może sprawdzić tego przy publiczności, bo mu nie wypada, więc przerywa koncert i leci do pokoiku za bufetem, myśląc, że tam nikogo niema i że będzie mógł sprawdzić. A tu się okazuje, że w pokoiku przebywa jego własna żona w towarzystwie sierżanta Wąsika z 48-go pułku piechoty. No i naturalnie stanęła sprawa o rozwód, ale Potoczny dostał z powrotem wartościową laskę i dowiódł, że miał rację.

– Pardon, – rzekł Ryś-Rozsiewacz, – nie rozumiem, co ta historja ma wspólnego z Adolfem Hitlerem ?

– To pan zaraz zobaczy – odparł Szwejk. – Adolf Hitler zrobi to samo co George Potoczny i wygra wojnę. A stanie się to w ten sposób, że nasamprzód wyląduje w Anglji na spadochronach kilkunastu bohaterów, i nikt ich nie pozna, ponieważ będą przebrani za krowy. A jak to panów dziwi, to zaznaczę, że Adolf Hitler powiedział w ostatniej mowie, że się przed niczem nie cofnie. No i te nibyto krowy będą się nibyto pasły na łące, a potem zaczną się przechadzać po całej Anglji bez przepustki, żeby wywąchać, gdzie mieszkają najważniejsi angielscy plutokraci, a jak się dowiedzą, to się na nich rzucą w nocy ze sztyletem w ręku i pod groźbą śmierci wsadzą ich do samolotów i wywiozą do Berlina. A niemieckie samoloty wylądują w nocy w Anglji na dany znak, a znakiem tym będzie zielona rakieta, którą każdy z tych bohaterów schowa sobie w lewem kopycie. I jak się tych porwanych lordów uzbiera ze dwunastu, to Adolf Hitler zapyta Churchila przez radjo : „Dajesz Pan kolonje za lordów, czy nie? Bo jak nie, to puszczam w ruch broń numer drugi !”.

– A czy mógłby nam pan powiedzieć, jaka jest zasadnicza cecha tej broni – zapytał szeptem Szkrach, sprawdzając, czy nikt nie podsłuchuje pod drzwiami.

– Chętnie, – odpowiedział Szwejk, – ale muszę panów uprzedzić, że o ile numer pierwszy wychodzi przeważnie z założeń ekonomiczno-społecznych, o tyle numer drugi pozostaje całkowicie w granicach techniki. Jeden uczony z Hamburga zmajstrował tak zwany „Magnes-Barbarossa”, przyciągający każdy metal bez względu na odległość i wagę. Więc nietrudno sobie wyobrazić, co z tego wyniknie. Każdy taki „Barbarossa” przyśrubowany do samolotu, wyciągnie panu dogóry metalową maszynę, gazową rurę, albo też zwykły gwóźdź, i nic mu się nie oprze. Samolot szybować sobie będzie nad Londynem i rozmaite metalowe kawałki pofruną automatycznie w przestworza. A jak się wzniosą na jakieś pięć tysięcy metrów, to lotnik wyłączy magnetyczny prąd i całe to żelastwo spadnie z powrotem na głowy panów plutokratów. I w ten sposób zdemolujemy nie tylko fabryki, lecz również lokomotywy, i mosty, i wszystko co pan chce, i jak kto schowa do komody tuzin srebrnych łyżek, to komoda wyskoczy do góry jak Zeppelin, i może się nawet wydarzyć, że jakiś łysy plutokrata nagle zauważy, że szybuje w powietrzu na wysokości tysiąca metrów, i początkowo nie zda sobie nawet sprawy, z jakiego powodu, i dopiero po chwili stuknie się palcem w czoło i powie: „Ach, jakiż ze mnie idiota ! Zapomniałem, że mam w gębie moc złotych zębów !”. No i fika i fajta nogami w przestworzach, ale nic mu świntuchowi nie pomoże, bo go magnes ciągnie do góry jak grajcarek korek z butelki. Tak jest panowie. Führer wszystko przewidział i, jak zwykle, skierował ostrze swej broni wyłącznie przeciwko bogatym, bo biedni na złote zęby nie mogą sobie pozwolić.

– Sieg und Heil ! – krzyknął Ryś-Rozsiewacz, którego twarz promieniała z zachwytu.

A pan Szkrach dodał, że to genjalne połączenie techniki z zagadnieniami natury społecznej najlepiej charakteryzuje Adolfa Hitlera.

A później panowie Ryś i Szkrach poszli do domu, bo Szwejk powiedział, że musi przygotować mowę, którą wygłosi na najbliższym zebraniu „Vlajki”. Uczynimy wszystko co będziemy mogli, by zdać czytelnikom z tego zebrania dokładne sprawozdanie.

W. J. SOLSKI.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close