Szwejk udziela rad Goebbelsowi (6)

Jak donoszą gazety, doktór Goebbels odwiedził niedawno Pragę. Dowiedzieliśmy się z dobrego źródła, że udzielił on tam audjencji naszemu staremu przyjacielowi Szwejkowi, co jest faktem tem bardziej znamiennym, że Szwejk o audjencję bynajmniej się nie ubiegał. Goebbels sam go zaprosił i nawet posłał po niego swój własny samochód. Musimy jednak opowiedzieć od początku, jak to wszystko było, historyczna bowiem rozmowa Szwejka z niemieckim ministrem propagandy jest niewątpliwie ważnem wydarzeniem politycznem, brzemiennem w rozmaite następstwa.

A więc zaczęło się od tego, że Goebbels chciał koniecznie pogadać z jakimś Czechem, czującym sympatję do Trzeciej Rzeszy. Pan Neurath, „protektor” Czechosłowacji, wysunął kandydaturę pewnego publicysty o czeskiem nazwisku, powołując się na to, że ów publicysta wychwala w prasie Göringa i zachwyca się Hitlerem. Jednak Goebbels, z właściwym mu cynizmem, zapytał:

– A ile płacicie temu szelmie za zachwyt?

– Och, wcale niedużo – rzekł Neurath.

– Mogę również skierować do pana ministra czeską aktorkę filmową, do której mamy całkowite zaufanie. Słyszałem niedawno z kół oficerskich, że kazała sobie wyhaftować różowe swastyki na kołdrze, co chyba najlepiej świadczy o jej lojalności.

Ale pan Goebbels, który, jak wiadomo, miał dość przykre przeżycia z czeskiemi aktorkami filmowemi, zażądał, aby mu sprowadzono Czecha, kochającego Adolfa Hitlera całkiem bezinteresownie. I wówczas jeden z szefów praskiego „Gestapo” zabrał głos i zameldował, że słyszał o takim Czechu. Nazywa się on Józef Szwejk i wywiesił niedawno z własnej inicjatywy sztandar z godłem Trzeciej Rzeszy w oknie swego mieszkania.

– Dawać go tu! – krzyknął Goebbels.

Dwóch facetów ruszyło natychmiast na miasto w samochodzie pana doktora. Szwejk bynajmniej się nie zdziwił, gdy mu zakomunikowano, że Goebbels pragnie z nim porozmawiać.

– To się doskonale składa, – rzekł nasz przyjaciel, – bo już oddawna chciałem się zapoznać z jakimś ministrem, tylko że nie miałem dotychczas sposobności. Moja gospodyni, pani Müller, zawsze mi wymawia, że się zadaję z byle kim i że nie szukam znajomości w wyższych sferach. Ale cóż ja na to poradzę, skoro do piwiarni pana Kalicha wyższe sfery rzadko kiedy przychodzą? Raz tylko się tam zapoznałem z pewnym pijanym weterynarzem, który poprosił o kałamarz i namalował sobie palcem na jednym policzku wykrzyknik, a na drugim znak zapytania. A na czole napisał paskudne słowo i wszystkich się pytał, czy mu z tem do twarzy. Więc go naturalnie wyrzucili z lokalu za brak wychowania. Jestem pewien, że pan doktór Goebbels nigdyby tego nie zrobił, bo to człowiek stateczny i z edukacją. Nie wiem, poco mnie wzywa, ale to nic nie szkodzi. Przypuszczalnie chce się ze mną naradzić w jakiejś poufnej sprawie. Wcaleby mnie to nie zdziwiło, bo dwie głowy zawsze więcej znaczą niż jedna, a pozatem ważne zagadnienia lepiej debatować w towarzystwie, niż samemu. Ten rzuci słówko, tamten mu odpowie, ten znowu, swoje, albo też przychyli się do wniosku, i tak długo obracają, sprawę na prawo i na lewo, aż się wyłonią wszystkie jej strony, zarówno dodatnie jak i ujemne. Ale nikt sam ze sobą debatować nie może, boby wszyscy myśleli, że zwarjował. Do prawdziwej debaty trzeba conajmniej dwóch osób, albo i więcej.

W trakcie tych wynurzeń samochód zajechał przed pałac pana Neuratha. Szwejka wprowadzono natychmiast do gabinetu, gdzie doktór Goebbels już na niego czekał. Szwejk pięknie się ukłonił, podniósł prawą rękę ku górze i obdarzył pana ministra ślicznym uśmiechem.

– Siadajcie, – rzekł doktór Goebbels, -słyszałem o was dużo dobrego. Wiecie zapewne, że rozpoczynamy wkrótce nową akcję propagandową na wielką skalę, zarówno w Niemczech jak w Protektoracie. Jeśli macie jakieś idee w tym względzie, to ich chętnie wysłucham. Głos ludu zawsze był mi bliski.

– Wiele idej nie posiadam, – odpowiedział Szwejk, – ale zawsze cośniecoś mógłbym panu ministrowi doradzić. A nasamprzód wnoszę propozycję, żeby pan minister kazał skasować słowa „Heil Hitler !” przy powitaniu.

– Dlaczego ? – zdziwił się Goebbels.

– A dlatego, że te słowa się już z przeproszeniem wytarły, jak nieprzymierzając miedziane halerze, co je wycofali z obiegu od czasu wojny – odpowiedział Szwejk.

– A jak pan minister pozwoli, to mu opowiem krótką historyjkę z własnych przeżyć, żeby pan minister lepiej zrozumiał, o co mi chodzi. Otóż znałem tu w Pradze przed kilku laty niejakiego pana Stydnika, który sprzedawał używane ubrania, jak również co lepsze kapelusze i palta, po przystępnych cenach. I wszystko byłoby w porządku, tylko że pan Stydnik pił za trzech, a może i za siedmiu. A jeszcze muszę nadmienić, że pan Stydnik miał żonę, dosyć szpetną, mówiąc między nami, ale zawsze żonę, i otóż jak wracał do domu po pijanemu, to pani Stydnik witała go temi słowami: „Znowuś się uchlał, ty świnio zatracona”. A pan Stydnik przychodził pijany przeważnie każdego dnia, a czasami nawet parę razy na dzień, bo mówił, że uwielbia ciepło domowego ogniska, i za każdym razem słyszał te same słowa: „świnio zatracona”, i nic innego. Więc się naturalnie do tych słów tak przyzwyczaił, że go wcale nie raziły i nie wywierały na niego moralnego wpływu, i jak wracał do domu po nocy, to walił pięścią w bramę i krzyczał na całą ulicę: „otwieraj, złotko! to ja, twoja zatracona świnia!”. Aż raz zwrócił na to uwagę niejaki pan Grubek, co mieszkał w tym samym domu. A ten pan Grubek to był człowiek bardzo wykształcony i z lepszej sfery, i miał na samym przodzie dwa zęby z prawdziwego złota, a wieczorami grywał na harmonji. I otóż pan Grubek przychodzi do pani Stydnik z wizytą i powiada: „Kochana pani, jak tak dalej pójdzie, to się pani nie doczeka od męża żadnej pociechy. Musi pani bezwarunkowo zmienić system wychowania i witać go za każdym razem innemi słowami, a nie powtarzać ciągle wkółko: „zatracona świnia”. Niech mu pani powie: „ty wieprzu sobaczy”, a jutro: „ty śmierdzielu żołędny”, a pojutrze, dla urozmaicenia: „ty kobyło spod ciemnej gwiazdy”, czy też coś innego w tym zakresie, ale za każdym razem coś nowego. I wówczas przekona się pani na własnem doświadczeniu, że szanowny małżonek zaniecha swych niecnych czynów i przestanie chlać wódkę jak ruda suka”. Pani Stydnik podziękowała za radę i zastosowała nową metodę w całej pełni. I niech mi pan minister wierzy albo nie, ale nowe słowa tak zbawiennie podziałały na pana Stydnika, że się faktycznie gruntownie poprawił, i od tego czasu wracał do domu w nietrzeźwym stanie najwyżej trzy razy w tygodniu, a czasami tylko dwa. Więc skutkiem tego powiadam, że z tą „zatraconą świnią” jest tak samo. jak z „Heil Hitler!” a może nawet jeszcze gorzej, bo „Heil Hitler!” mówi się co kilka minut. I nic dziwnego, że rozmaite jednostki wygłaszają te słowa bez żadnego zrozumienia i wzruszenia, ponieważ się przytępiły od częstego używania, a niektóre osoby myślą przytem o całkiem innych sprawach, zamiast się zastanowić nad głębokiem politycznem znaczeniem tych dwóch pięknych słów.

– Hm, – rzekł doktór Goebbels, – to przypuszczenie nie jest pozbawione pewnej logiki. Ale jeśli skasujemy słowa „Heil Hitler!”, trzeba je czemś zastąpić.

– Co do tego, ma pan minister świętą rację – zgodził się Szwejk. – Sam już nad tem myślałem i przypomniałem sobie, że jakem był ordynansem u pana porucznika Lukacza podczas zeszłej wojny, pan porucznik kazał mi raz odnieść do pralni trzy koszule i dorzucił do każdej koszuli po dwa kołnierzyki. Trochę mnie to zdziwiło, więc się pana porucznika spytałem, poco aż dwa kołnierzyki do tej samej koszuli, a na to pan porucznik odpowiedział mi w te słowa: „A dlatego, patentowany kretynie, – bo tak czasami do mnie mówił, jak był w dobrym humorze, – dlatego, – powiada, -że elegancki mężczyzna obowiązkowo zmienia kołnierzyk co drugi dzień, ale koszuli się to nie dotyczy, ponieważ się ją zmienia przeważnie dwa razy na tydzień, albo i rzadziej. A jak mi jeszcze raz zapakujesz szczotkę do zębów do brudnej skarpetki, to zobaczysz, co cię spotka”. Ale o tej skarpetce to zaznaczam panu ministrowi tylko mimochodem, a właściwie chciałem powiedzieć, że z formą powitania można zrobić tak samo jak robił pan porucznik z kołnierzykami. W poniedziałek niemieccy bohaterowie będą się witali słowami: „Pfui dem Churchill”, ale we wtorek te słowa będą już nieważne, i zamiast „Heil Hitler !” trzeba będzie powiedzieć znowuż co innego, naprzykład: „Ohne Streicher warst du weicher”, albo też „Judenbande – Englandsschande”. Na środę wymyśliłem powitanie „Hitlers Mut tut uns gut” 2), żeby każdy sobie przypomniał, co ma Führerowi do zawdzięczenia. A w niedzielę każemy wszystkim witać się po rosyjsku, ze względu na stosunki zagraniczne, i jeden powie drugiemu przy spotkaniu „swołocz” – i uchyli kapelusika. Nie wiem dokładnie, co to słowo oznacza, ale widocznie cós ładnego, bo jeden mój znajomy, który był w Rosji przed wojną, nauczył się go od pewnej pani, z którą się zapoznał na ulicy, i opowiadał, że ta pani miała na sobie bardzo eleganckie futro. Tylko że niestety, nie wiem, jak się mówi „swołocz” po japońsku i po włosku.

– A jakże będzie z odpowiedzią? – zapytał Goebbels. – Na „Heil Hitler!” odpowiada się tak samo: „Heil Hitler!”. Więc na „swołocz” chyba tak samo – „swołocz”?

– Nie, panie ministrze – odparł Szwejk. – Wydaje mi się, że byłoby o wiele ciekawiej, gdyby odpowiedź była inna. Ktoś przychodzi naprzykład do sklepu i powiada: „Pfui dem Churchill – proszę mi dać dziesięć gramów erzacmiodu na kupon LM karty chlebowej numer trzydzieści osiem”. A sprzedawca odpowie mu na to w taki sposób: „Hitlers Mut tut uns gut – erzacmiodu nie mamy już od sześciu tygodni, może panu zawinąć pędzel do golenia?”. I tak dalej. A kto się omyli i wygłosi w środę wtorkową formę powitania, albo też naodwrót, zapłaci dwie marki kary. A jak się któryś zapomni i powie „Heil Hitler !”, to też zapłaci karę, ale nie dwie marki, tylko markę, ponieważ popełni ten występek nie ze złej woli, ale z przyzwyczajenia. Jak się panu ministrowi podoba mój projekt?

– Muszę się nad nim zastanowić – rzekł Goebbels. – Jest niewątpliwie oryginalny i posiada pewne możliwości propagandowe, ale trzebaby go opracować, bo w obecnej formie jest zbyt radykalny. Już i tak posądzają mnie o rewolucyjne idee. Może macie jeszcze jakieś pomysły?

– Owszem – wyznał Szwejk. – Mam jeszcze jedną ideę, ale to już nie będzie z dziedziny propagandy, tylko w sprawie nagród dla niemieckich bohaterów, jak również zwykłych folksgenosów w zakresie ogólnopaństwowym.

– Dobre idee zawsze mnie interesują, – powiedział Goebbels, – wszystko jedno z jakiej dziedziny.

– No to w takim razie panu ministrowi wyłożę co mi przyszło do głowy – oświadczył Szwejk bardzo zadowolonym tonem. – Niech pan minister wyda rozkaz, żeby wszystkich Niemców ponumerować i żeby każdy obowiązkowo nosił na plecach swój numer, jak wychodzi na ulicę. A pod tym numerem musi wisieć tabliczka z tektury, albo też z blachy, ale lepiej z blachy, ze względu na deszcze. I na tej tabliczce każdy sobie napisze, czegoby najwięcej pragnął, i policja ostempluje mu to życzenie w komisarjacie, żeby go nie mógł zmienić. A co z tego wyniknie, to pan minister zaraz usłyszy. Jak reforma będzie wprowadzona w życie w każdem niemieckiem mieście, to dopiero wtedy uda się na ten przykład do miasta Hamburga pan doktór Ley, czy też inna wybitna osoba, i zacznie się tam przechadzać po głównej ulicy. Aż nagle stanie i powie do swego adjutanta: „Ten z krzywemi nogami”. Adjutant ma się rozumieć złapie za kołnierz daną jednostkę i przyciągnie ją do pana doktora Leya. A pan doktór wyda rezolucję: „Numer 2346732! Życzenie : „Pragnę ujrzeć na własne oczy reichsmarszałka Göringa. Widziałem go kilkakrotnie na filmie, ale mi to nie wystarcza”. „Uskutecznić!” – rozkaże pan doktór Ley, adjutant zapisze rezolucję do notesu, żeby nie zapomnieć. I skutkiem tego numer 2346732 wyfasuje bezpłatny bilet pierwszej klasy do Berlina i z powrotem, i gazety wydrukują jego fotografję z opisem, jak się to wszystko odbyło. I każdy Niemiec będzie się mógł przekonać, że urzeczywistnienie jego marzeń może się przytrafić każdego dnia i o każdej godzinie, z wyjątkiem wieczoru i nocy, bo wtedy nie widać numerów na plecach. A jak kto zamieszkuje w Erfurcie, czy też w mieście Krotoszynie, to także nie będzie pokrzywdzony, ponieważ pan doktór Ley może niepostrzeżenie zawitać do każdego miasta, w zależności od własnej fantazji. I w najbliższej mowie Adolf Hitler wypowie się w tym sensie, że uszczęśliwia naród niemiecki już dzisiaj, chociaż dawniej obiecywał to zrobić dopiero po wojnie. Cała zagranica pęknie z zazdrości, jak się o tem dowie, bo reforma, jak to pan minister już sam pewnie zauważył, posiada ogromne znaczenie polityczno-agitacyjne.

– Zauważyłem – przyznał Goebbels. – Ale jeśli mnie pamięć nie myli, projekt wasz miał przewidywać nagrody dla bohaterów, czyli, innemi słowy, dla osób specjalnie zasłużonych. Tymczasem z tego co mówicie wynika, że każdy może sobie powiesić na plechach tabliczkę z życzeniem, niezależnie od zasług, co zakrawa na demokrację.

– A bo jeszcze nie opowiedziałem panu ministrowi całej reformy – rzekł Szwejk. – Zwyczajne jednostki będą miały prawo na jedno życzenie, ale zasłużone osoby na dwa albo trzy. Więc o demokratyźmie nie może być mowy, i nawet się dziwię, że pan minister posądza mnie o taki występek. Żeby uniknąć nieporozumień na przyszłość, przytoczę przykład. Partajtowarzysz Heldenmut spaceruje sobie w niedzielę po rodzinnem mieścio Szczecinie, witając przyjaciół i znajomych życzliwym uśmiechem i słowem „swołocz”, zgodnie z regulaminem. I spacerując rozmyśla nad tem, w jaki sposób mógłby się jeszcze raz przysłużyć Führerowi, bo już raz się przysłużył. I w trakcie tych rozmyślań słyszy świstek i staje. I dobrze robi, że staje, bo z zielonego samochodu wysiada dwóch mężów we frakach. Mężowie wręczają Heldenmutowi swoje wizytówki, a z tych wizytówek wynika, że wyższe władze upoważniły ich do uszczęśliwiania ludności. Tu się naturalnie robi zbiegowisko, i Heldenmutowi każą stanąć twarzą do ściany, bo się kręcił z radości, utrudniając zapisanie numeru. No i odczytują życzenia. „Po pierwsze: marzę o tem, żeby się nauczyć grać na gitarze, ale mnie krępują wydatki. Po drugie: chętniebym poślubił Gertrudę Hoc, Hermann-Göring-Strasse 42, która mi odpowiada pod każdym względem. Niestety, Gertruda darzy zaufaniem niejakiego Szponta, znanego łobuza”. Władze sprawdzają adres, wzywają do policji Gertrudę, biorą za mordę, pardon za wyrażenie, łobuza Szponta, i po tygodniu partajtowarzysz Heldenmut łączy się węzłem małżeńskim z ukochaną przez niego jednostką. A w dzień ślubu rząd Trzeciej Rzeszy przysyła mu w podarunku z Berlina kolosalną gitarę w tekturowem pudle i samouczek gry na tym instrumencie, składający się z czterdziestu rozdziałów. Widziałem raz taki samouczek na wystawie w pewnym sklepie, i jeszcze było na nim napisane motto, czyli też przygrywka, opiewające w ten sposób, że „gra na gitarze skraca wieczory zimowe i uszlachetnia charakter”. Nie wiem, czy to prawda, ale co do bębna to mógłbym się wypowiedzieć, że charakteru bynajmniej nie uszlachetnia, bo znalem niejakiego pana Karlika, który grał na bębnie w orkiestrze, a później uciekł do Argentyny i pokazywał tam w kinematografie przed seansem sztuki z kartami, nie bacząc na to, że pozostawał w Pradze na pastwę losu żonę z dwojgiem dzieci.

Podczas tej rozmowy do gabinetu parokrotnie stukano, i raz nawet jeden z sekretarzy pana Goebbelsa pokazał na zegar, czyniąc rozpaczliwy wyraz twarzy. Ale Goebbelsowi Szwejk tak się spodobał, że wyrzucił sekretarza za drzwi, poczem oświadczył Szwejkowi, że w jego projektach są niewątpliwie zdrowe ziarna. Jednak z właściwą wszystkim Niemcom „Gründlichkeit”, Goebbels nie mógł pominąć milczeniem pewnego szczegółu w projektach Szwejka. Szczegół ten dotyczył numerów na plecach. Życzenia – owszem, ale poco numery, skoro wystarczą nazwiska i paszporty?

Szwejk z całą stanowczością odrzucił ten punkt widzenia, twierdząc, że numery są niezbędne.

– Na nazwiskach – powiedział – w dobie obecnej nie można polegać, jak tego dowodzi wypadek, który się przytrafił niejakiej pannie Kubek. Jeden znajomy jej zaznaczył, że mogłaby odgrywać role w filmie przez wzgląd na urodę, i to samo potwierdził jej wujo, więc panna Kubek napisała list do pana reżysera Bąka i włożyła do listu swoją fotografję z profilu, bo sprawdziła w lustrze, że z profilu najlepiej się uwydatnia. I na ten list dostała odpowiedź na różowym papierze, żeby przyszła do pana Bąka o szóstej, to się wszystko załatwi na miejscu. A w post-scriptum pan Bąk napisał jeszcze różne wyrazy. Ale panna Kubek do niego nie poszła, ponieważ odpowiedż wpadła w ręce jej narzeczonego, a narzeczony złapał dosyć grubą laskę, głównie spowodu postscriptum, i poleciał do pana Bąka na kwaterę. No i wchodzi do pokoju i widzi starszego pana z siwą bródką, który siedzi na fotelu przed oknem i pogwizduje walca z operetki „Baron cygański”. I jeszcze sobie przytupuje do taktu, chociaż gwiżdże całkiem fałszywie, bo jak się okazuje nic nie słyszy, ani na jedno ucho, ani na drugie. Narzeczony panny Kubek zawiadamia go o przyczynie tej wizyty z laską, a pan Bąk odpowiada na to w taki sposób: „Więc chce mi pan wmówić, że pszenica numer trzy, loco Hamburg, poszła w górę o dwa punkty? Bardzo przepraszam, ale nigdy w to nie uwierzę”. Narzeczony dochodzi do wniosku, że mu nie wypada walić laską starszego i ułomnego jegomościa, ale musi go przecież jakoś ukarać, więc bierze filiżankę z kawą i oblewa tą kawą kanarka pana Bąka, mówiąc, że taką manifestację nawet głuchy musi skapować. Kanarek, ma się rozumieć, robi się brunatny od stóp do głowy i zaczyna śpiewać, przypuszczalnie ze zdziwienia. A narzeczony zabiera laskę i wychodzi. Ale co do tego kanarka, to uważam, że postąpił bardzo niesprawiedliwie, bo cóż ten mały ptaszek jest winien temu, że panna Kubek popełniła fatalną omyłkę, szukając adresu Bąka w spisie telefonów? Było tam kilku Bąków, i mogła sobie wybrać, jakiego chciała, ale wypadkowo trafiła nie na tego, co trzeba, ale na całkiem innego, i zwichnęła sobie na zawsze filmową karjerę. Więc skutkiem tego powiadam, że nazwiska często zawodzą, i pan minister napewno przyzna mi rację.

Ale w tej chwili wtargnął do pokoju sam pan Neurath i przepraszając stokrotnie Goebbelsa, począł mu coś szeptać do ucha. Pan Goebbels musiał przerwać pogawędkę ze Szwejkiem, ale mu obiecał na pożegnanie, że się zastanowi nad urzeczywistnieniem jego projektów.

Nie wątpimy, że Goebbels dotrzyma słowa. O zbawiennych skutkach rozmowy pana ministra ze Szwejkiem dowiemy się zapewne niedługo z gazet.

WACŁAW SOLSKI.

———————————
2) „Bez Streichera byłbyś miększy” – „Żydowska banda – hańbą Anglji” — „Odwaga Hitlera wychodzi nam na dobre”.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close