Szwejk na zebraniu Vlajki (5)

Czytelnicy przypominają sobie zapewne, że Szwejk wygłosić miał mowę na zebraniu „Vlajki”, czeskiej partji narodowo-socjalistycznej, zorganizowanej w Pradze przez „Gestapo”. Pan Hau, jeden z wyższych urzędników „Gestapo”, który mu kazał wygłosić tę mowę, długo nie dawał o sobie znaku życia i dopiero niedawno zawiadomił Szwejka, że walne zebranie „Vlajki” odbędzie się we wtorek. Szwejk włożył przeto odświętne ubranie, posmarował włosy pomadą i przejrzawszy się w lustrze, zamierzał właśnie udać się na zebranie, gdy do pokoju wpadła jego gospodyni, pani Müller. Będąc zasadniczą przeciwniczką polityki, pani Müller usiłowała namówić Szwejka, żeby został w domu. Kłótnia z gospodynią zajęła sporo czasu, bo Szwejk swoim zwyczajem opowiedział jej kilka historyjek dla poparcia swego stanowiska. W rezultacie spóźnił się na zebranie o godzinę. Szpicel Bretschneider, który stał przy wejściu i sprawdzał zaproszenia, skarcił go za to surowem spojrzeniem. Szwejk, z wrodzoną, mu skromnością, usiadł w ostatnim rzędzie, umieszczając pod krzesłem złośliwego buldoga imieniem Profos, którego przyprowadził ze sobą w nadziei, że może mu się uda sprzedać go któremuś z wodzów „Vlajki”.

Na trybunie stał mówca o twarzy nieco podobnej do zgniłego jabłka. Przemawiając, podkreślał niektóre słowa z jakichś specjalnych, jemu tylko wiadomych powodów :

– Więc twierdzę i powtarzam : musimy zacząć od programu. Niech nas o to głowa nie boli, co w programie będzie napisane, a nawet dodam, że mi wszystko jedno, bo się słów nie czepiam, tak jak inni panowie, których mogę wymienić z nazwiska, jeśli kto zażąda. (Głosy : „Prosimy !” – „Tylko bez aluzji, ty pijaku!”) –  Kto pijak, a kto nie, to się jeszcze okaże, a teraz tylko zaznaczę, że program musi być wydrukowany jak się należy, na papierze pierwszego sortu, i zaraz, a co do okładki, to proponuję na okładkę portret Adolfa Hitlera, i stawiam wniosek, wnosząc o jednogłośne poparcie.

– A hymn ? – krzyknął łysy jegomość, siedzący w pierwszym rzędzie.

– Z hymnem się nie pali – odrzekł mówca. – Najpierw program, a później hymn.

– Gruba omyłka ! – zaprotestował posiadacz łysiny, zrywając się z krzesła. -Musimy mieć swój czeski „Horst-Wessel-Lied”, i to natychmiast ! Proszę postawić pod glosowanie !

– Siadaj pan – rzekł przewodniczący. – Partajtowarzysz Kraliczek jeszcze nie skończył. Proszę o ciszę, żeby cała cela mogła go słyszeć – pardon, chciałem powiedzieć „cała sala”.

– To ci się pewnie „Pankrac” przypomniał, co ? – zaśmiał się ktoś w środku sali.

– Jeśli mnie pamięć nie myli, toś siedział sam na Pankracu pod dziewiątką – odparł przewodniczący. – Nie ? Nie ty ? No to może twój brat. W każdymbądź razie ktoś z twojej rodziny. Pocóż jednak wspominać bolączki przeszłości, skoro przyszłość stoi przed nami otworem ? Partajtowarzysz Kraliczek ma głos !

Ale okazało się, że partajtowarzysz Kraliczek nie ma nic więcej do powiedzenia. Na trybunę szybko wbiegł facet w średnim wieku, w okularach i z grubą teczką pod pachą. Wyciągnąwszy z teczki plikę papierów, mówca położyl je przed sobą, poczem podniósł do góry wskazujący palec i rozpoczął :

Ideologicznie i absolutnie w pierwszym rzędzie, zasadniczo, czyli pryncypjalnie, jak się to mówi po niemiecku. Volkstum przesłania, zasłania i wyciska samokorzyść – na zawsze, panowie, na zawsze ! Jeden świat : plutokracja, plus Żydzi, plus samokorzyść, plus Ameryka, plus czynsz, plus piękne kobiety z pudrem, plus złoto-waluta, plus banki, plus marxizm, plus puder-pardon, o pudrze, zdaje się, już mówiłem. Drugi świat : Adolf Hitler, plus Feldgrauenuniform, plus ideał, plus dusza narodu, plus Sieg und Heil, plus precz z bankami, plus nigdy ci tego nie zapomnę, plus nowe tory. Kto zwycięży ? Kto w tytanicznej walce powali tyranicznych tytanów, nie cofając się, ale całkiem naodwrót, przed tytaniczną siłą i tytaniczną odwagą ? Ha, ha ! O to mi się pytacie, portajtowarzysze ! Ha, ha ! Tylko jeden, tylko ten pierwszy, ani drugi, ani trzeci – któż? !

– Adolf Hitler ! – ryknęła sala.

– Racja ! Odgadliście ! Słońce wschodzi na horyzoncie, zwiastując nową erę ! Witamy kres tyranizmu operacyj giełdowych ! Benito Mussolini rozbija wraz z Führerem więzy plutomarksizmu, jemu tylko poda Adolf Hitler rękę, nikomu więcej, nikomu więcej ! Baczność ! Prezentuj broń ! Jutrzenka nowego porządku płynie ku nam z zaświatów !

Mówca, który jak objaśniono Szwejkowi, był głównym teoretykiem „Vlajki”, krzyczał jeszcze z dobre pół godziny. Dopiero potem przewodniczący udzielił głosu Szwejkowi.

– Drodzy partajtowarzysze, jak również inni panowie i panie, – zaczął Szwejk, – uprzedzam, że nie jestem pierwszorzędnym mówcą. (Głosy : „Nic się nie bój !”  „Wal dalej !” – „Jak się nazywasz?”). – Nazywam się Józef Szwejk i sprzedaję psy i koty, ale mi powiedzieli, że inni partajtowarzysze podobierali sobie pseudonimy, więc zrobiłem to samo. Jeden przyjaciel mi doradzał, żebym sobie zmienił nazwisko na Józef Żelazny, bo to ładnie brzmi i przeważnie okolicznościowo, ale się na to nie mogłem zgodzić, ponieważ znam niejakiego Żelaznego Jędrzeja z ulicy Hybernskiej, który często dostawał cięgi od żony, bo się uganiał za praczkami z pralni naprzeciwko, podając się za dentystę doktora Kropka, chociaż wszystkie go już znały i wiedziały, że to nieprawda. Więc naturalnie nie chciałem, żeby mnie przypadkiem brali za niego. (Głosy: „Brawo!” – „Heil Hitler!” -„Nie przeszkadzajcie mówcy !” – „Powiedzno pan, czy żona tego Jędrzeja niema czasem pieprzyka na nosie?”). – Nie, ta z pieprzykiem, to jej kuzynka. Więc zdecydowałem się skutkiem tego na inny pseudonim, a mianowicie Józef Aluminium. A dlaczego Aluminium? Żeby wyrazić zaufanie do zwycięskiej Luftwafy, która lata na tym metalu. Niech żyje pan reichsmarszałek Göring !

– Pardon ! – rzekł w tem miejscu srogim głosem teoretyk „Vlajki”. – Nie zapominajmy o ideologji. Chciałbym zapytać, czy partajtowarzysz Aluminium zastanawiał się nad kwestją mitologicznego objaśnienia ekonomicznych pryncypów w świetle historycznego pseudorozwoju, w przeciwieństwie do tak zwanego pseudoplutokratyzmu feudalnego, opartego na występnym materjalizmie, ultra-ultra, w demokratyczno-masońskiem pseudoznaczeniu tego słowa? Jaki jest stosunek partajtowarzysza Aluminium do tego problematu?

– Bardzo przychylny – odpowiedział Szwejk. – A jeśli któryś z partajtowarzyszy chciałby mi zadać jeszcze jakieś pytania, to bardzo proszę. Zawsze chętnie odpowiadam na pytania, bo się kieruję zasadą, że im więcej pytań się komuś zadaje, tem lepiej można go poznać, jak mawiał jeden mój znajomy, niejaki pan Dopiórek, który był zaręczony z panną Jarmiłą Ondraczek. I otóż sobie przypominam, że pan Dopiórek ciągle jej zadawał różne pytania, jak naprzykład „A czy umiesz ugotować karpia w sosie rodzynkowym, z masłem i kartoflami, i z odrobiną cebuli na wierzchu?” – „A gdzie byłaś w piątek o trzeciej?” – „A czy zawsze będziesz kochała twojego Pupcia-Mupcia ?” – i jeszcze inne, których tu, niestety, nie mogę powtórzyć. (Głosy : ..Powtórz !” – „Prosimy !” – „Precz z tajną polityką !” – „A czy ten Dopiórek był partajtowarzyszem ?”). – Nie, pan Dopiórek nie był partajtowarzyszem, tylko pracował w aptece pana Horsta na ulicy Oldrzychowej. A ponieważ państwo o to proszą, to jeszcze przytoczę, że się raz zapytał narzeczonej, czy murzyni są czarni tylko z wierzchu, czy też w środku również? „Również” – powiada Jarmiła. „Hm, – powiada Dopiórek, – nie jestem tego pewien, chociaż się często nad tem zastanawiałem. Trzeba będzie poczekać, aż się któryś murzyn zatnie w palec, i zobaczyć, ale czy się taka okazja prędko nadarzy, to nie wiem”. A po tych wszystkich pytaniach wziął i ożenił się z jedną wdową z Czeskich Budziejowic, a Jarmiłę puścił kantem.

– Łajdak ! – krzyknęła starsza pani, siedząca w pierwszym rzędzie.

Ale w tej samej chwili przewodniczący przerwał zebranie, bo na sali zrobiła się wielka awantura.

Wywołał ją, sam o tem nie wiedząc, złośliwy buldog Profos. Udając się na trybunę, Szwejk powierzył go pieczy sąsiada, rudowłosego i barczystego mężczyzny z nieco spłaszczonym nosem. Buldog Profos początkowo leżał spokojnie pod krzesłem, ale po pewnym czasie doszedł do wniosku, że życie jest zbyt krótkie, by tracić czas na próżno. A że w kącie sali leżała zwinięta w kulę gazeta, Profos wziął ją, delikatnie w zęby i spoglądając w oczy rudowłosemu, dał mu do zrozumienia, że umie aportować. Rudowłosy rzucił kulę o kilka rzędów dalej. Pies pocichutku, żeby nie przeszkadzać mówcy, ruszył za kulą i przyniósł ją z powrotem, wymachując ogonem. Powtórzył ten wyczyn kilkakrotnie, ale rudowłosy odnosił się z sympatją nie tylko do zwierząt, lecz i do kobiet. Obok niego siedziała niewiasta o uśmiechniętem obliczu. Rudowłosy zapytał ją, czy lubi orzechy. Niewiasta odpowiedziała potakująco. Rudowłosy rzekł, że gdyby to wiedział, toby na pewno przyniósł ze dwa funty, ale niestety nie przewidział, że spotka tak miłą osobę. Następne jego zdanie, bez wyraźnego związku z poprzednim, brzmiało w taki sposób :

– A możebyśmy poszli w sobotę na tańce do sali „Berowka” ?

Niewiasta nie dała odpowiedzi odmownej, ale nie wyraziła również wyraźnej aprobaty, co wywołało dość ożywioną wymianę zdań szeptem. W trakcie tego zaawansowanego flirtu Profos przyniósł kulę papierową po raz czwarty lub piąty. Rudowłosy, żeby się od niego odczepić, schował kulę do kieszeni, myśląc, że to najlepiej załatwi sprawę. A że pies, pragnąc zwrócić na siebie uwagę, ocierał się nosem o jego spodnie, więc go zlekka kopnął.

Profos zrozumiał, że rudowłosy przekłada konszachty z panną nad doskonałą zabawę z kulą, i warknął. Gdy ta przestroga nie pomogła, złośliwy buldog postanowił ukarać flirciarza za zdradę, porwał cyklistówkę, którą tamten umieścił na krześle Szwejka, i uciekł. Spodobało się to ogromnie jakiemuś blondynowi o wesołym wyglądzie, siedzącemu w pobliżu. Blondyn przywołał Profosa i poczęstował go jabłkiem. Buldog nie lubił jabłek, ale wziął je z grzeczności, ofiarowując blondynowi wzamian cyklistówkę. Dalsze wypadki nastąpiły z kolosalną szybkością. Blondyn cisnął czapkę na środek sali i zainkasował za to natychmiast dźwięczne uderzenie w papę, wymierzone przez rudowłosego styłu. Profos złapał czapkę, lecz w chwili, gdy ją chciał zwrócić blondynowi, umożliwiając w ten sposób kontynuację zabawy, ten walczył już na śmierć i życie z grupą zwolenników posiadacza czapki. Kilku panów stanęło wobec tego po stronie blondyna, żeby wyrównać siły walczących. Jakiś szpakowaty jegomość, ukrywszy się za filarem, wymierzał stamtąd trafne ciosy parasolem najbliższym sąsiadom. Zezujący facet w zielonym swetrze krzyczał bez widocznego powodu : „Precz z masonami !”, a niziutki starzec ze śpiczastą siwą bródką wołał, że mu ukradziono binokle. Rudowłosy trzepnął go za to w gębę i spoliczkował jeszcze dwie osoby, nie biorące żadnego udziału w walce. W trakcie tego buldog Profos, piszcząc z radości i w głębokiem przekonaniu, że wszystko to dzieje się wyłącznie poto, by go rozweselić, latał za cyklistówką, którą paru młodzieńców przerzucało z jednego rogu sali do drugiego.

Przewodniczący opanował jednak wkrótce sytuację. Dwudziestu drabów w szarych koszulach ruszyło na jego rozkaz na salę, żeby zrobić porządek. Zaczęli od tego, że złapali za kark starca bez binokli i wyrzucili go za drzwi. Wesoły blondyn i niewiasta, lubiącą orzechy, wylecieli z lokalu o chwilę później. Rudowłosy atleta pomagał czynnie drabom w szarych koszulach, zarówno przy pomocy nóg jak i rąk, wołając:

– Ten też ! I tamten z czerwonemi uszami, ten marksista cholerny !

Ale mu to nie pomogło, bo świadkowie wyrządzonych przezeń krzywd zadenucjowali go przed władzami, i rudowłosy podzielił los swoich ofiar.

Szwejk tymczasem złapał złośliwego buldoga, który udawał, że go nie poznaje, i nie tracąc nadziei, że może jakimś cudem znajdzie na niego kupca, począł wychwalać ukryte zalety Profosa.

– Nie macie państwo pojęcia, – mówił, – jakie to inteligentne zwierzę. Posyłałem go dawniej na dół po gazety, ale teraz już tego nie robię, bo się obawiam, że go ktoś zwędzi. Kiedyś, jeszcze przed zajęciem Pragi przez waleczną armję niemiecka, posłałem go jak zwykle na ulice po gazetę „Narodni Politika”, ze względu na ogłoszenia, z których zawsze można się było dowiedzieć czegoś ciekawego, jak naprzykład że pies Pepik zaginął i znalazca otrzyma nagrodę, albo coś w tym rodzaju. I otóż gazeciarz dał mu nie „Politikę”, ale „Pravo Lidu”. A to „Pravo Lidu”, to była, proszę państwa, gazeta przeważnie plutokratyczno-wywrotowa, bo ją pisali najpaskudniejsi socjaliści i inne elementy, i oprócz tego o psach nic w niej nie drukowali, więc Profos naturalnie zrozumiał, że go chcą oszukać i za karę plunął gazeciarzowi w ucho. Bo muszę dodać, że przeszedł specjalną tresurę. Leżeć, Profos ! Wezmę za niego niedrogo, przez wzgląd na wojenne czasy, a dyplomy o nagrodach, które mu dali na wszechświatowych wystawach, mam w domu w ceratowej kopercie.

Ale interes nie doszedł do skutku, bo właśnie zapanowała cisza, i przewodniczący oświadczył, że dzień ten zapisany zostanie złotemi zgłoskami w historji „Vlajki”.

– Churchill znowu się przeliczył – mówił przewodniczący. – Podesłani przez niego tajni agenci zostali przez nas unieszkodliwieni. Niektórzy przekonali się na własnej skórze, że Praga to nie Londyn, gdzie anarchja kwitnie na każdym kroku. (Głosy : „Sieg und Heil!” – „Za mordę i won!”)! – Uważam wobec tego zabranie za otwarte.

– Wcaleś go pan nie zamykał – rzeki teoretyk, który czuł do przewodniczącego jakąś urazę.

– Tem bardziej. Jeśli nie zamykałem, to tem bardziej. Dziękuje za cenną, uwagę i przechodzę nad nią do porządku dziennego. Głos ma partajtowarzysz Aluminium!

Szwejk znalazł się więc znowu na trybunie i zawiadomił zebranych, że druga część jego mowy nosić będzie charakter wybitnie polityczny:

– Więc odrazu przechodzę do rzeczy i dziwię się, że żaden przedmówca nie podziękował Führerowi za zajęcie Pragi. Bo jakby Adolf Hitler nie objął nad nami protektoratu, toby przecież nie było „Vlajki”, i pan przewodniczący nie siedziałby tam, gdzie siedzi, i jabym też tu nie stał, gdzie stoję, ale zupełnie gdzieindziej. I skutkiem tego powinniśmy być dozgonnie wdzięczni Führerowi i posłać mu podarunek. Jednakowoż musimy się bardzo zastanowić, co mu kupić w prezencie, bo jak się komu daje nieodpowiedni prezent, to wynikają z tego tylko grube nieprzyjemności i nic więcej, tak to raz się zdarzyło z panem Szwecem, którego bardzo dobrze znałem. Pan Szwec pracował u jednego pana Modlana, co sprzedawał węgle en gros i na detal, w zależności od życzenia klienta, a że mu akurat wypadły urodziny, wiec Szwec kupił mu w podarunku parę nocnych pantofli za 43 korony. Ale te pantofle nie przypadły panu Modlanowi do gustu, więc się udał do sklepu, w którym były kupione, z zapytaniem, czyby się ich nie dało wymienić na różowy abażur. A sprzedawczyni w sklepie powiada, że to niemożliwe, bo abażurów – powiada – nie mają na składzie, ale pantofle są przecież bardzo piękne i twarzowe, a na to pan Modlan mówi po namyśle, że sprzedawczyni jest jeszcze o wiele piękniejsza. Ona mu zwraca uwagę, że to pewnie komplement, ale pan Modlan zaprzecza i powiada, że to czysta prawda. A potem jej się pyta, czy lubi Gretę Garbo, i ona odpowiada, że bardzo lubi, podobnie jak i tango pod tytułem „Spójrz w moje oczy przy świetle księżyca”, i wszystko co pan Modlan uwielbiał, to ona też, tak że wkońcu od słowa do słowa pan Modlan musiał zamknąć firmę po półtora roku, bo wydał na tę kobietę 73 000 koron, a więcej kapitału nie posiadał. A później pan Modlan przeniósł się do Pilzna, bo tam mieszkał jego brat, a pannę przyjęli z powrotem do sklepu. Ale pan Szwec naturalnie stracił stanowisko z powodu tego prezentu i na drugi raz będzie miał nauczkę. Sam mi to wszystko opowiadał i jeszcze zaznaczył, że najbardziej go boli, że zapłacił wtedy za te pantofle 43 korony, bo widział później na wystawie w innym sklepie wcale nie gorsze pantofle za 39 koron i 85 halerzy. Więc naskutek tego powiadam, że podobnej omyłki musimy się wystrzegać. Jak już zrobimy Führerowi prezent, to musimy kupić coś co mu sprawi przyjemność, żeby później nie potrzebował wymieniać. I podarunek musi być koniecznie polityczny, bo Adolf Hitler nie da się porównać do pana Modlana, sprzedającego węgiel en gros i na detal. Nie zapominajmy, że to genjusz jakich mało i należy to uwzględnić przy kupowaniu prezentu.

Proponuję posłać genjalnemu Führerowi Trzeciej Rzeszy depeszę, wyrażającą głęboką wdzięczność za wszystko co dla nas uczynił – rzekł przewodniczący.

– A co mu przyjdzie z depeszy? – odparł Szwejk. – Depesza łatwo może się zagubić, zwłaszcza jak kto ma w szufladach tyle ważnych papierów co Führer : tutaj traktat z Bułgarją, tam znowu układy z japońskim sułtanem albo też, powiedzmy, z panem Ducze, pod niemi własnoręczny list Stalina, podpisany krwią na batyście, a obok projekt nowego ustroju dla całego świata, przepisany na pierwszorzędnej maszynie. Führer położy naszą depeszę do szuflady, a potem depesza gdzieś mu się zapodzieje, i zirytuje się jak sto djabłów, zanim ją odnajdzie. Co innego wielka chorągięw z brunatnego pluszu, którą Führer przymocuje sobie na ścianie w Berchtesgaden. Wnoszę, żeby mu kupić taką chorągiew, z napisem w lewym rogu: „Die tschechische Vlajka – dem Führer”. A w środku musimy napisać hasło, wyrażające nasze myśli i życzenia. I nasze hasło musi być dostosowane do programu naszych niemieckich partajtowarzyszy i braci, którzy słusznie twierdzą, że jesteśmy narodem trzeciego sortu i powinniśmy jak najprędzej zniknąć z powierzchni świata, żeby nie zabierać Niemcom ich odwiecznego lebensraumu. Jak poślemy taką chorągiew Führerowi, to się z pewnością ucieszy, i będzie ją pokazywał innym narodom, jak do niego przyjdą, mówiąc im, żeby brali z nas przykład. Tylko że to hasło na chorągwi musi być krótkie i jasne, bo Führer innych nie lubi. Jak mnie partajtowarzysze poproszą, to je zacytuję, bo je ułożyłem w domu. (Głosy : „Prosimy !” – „Wiwat Aluminium !”). – Więc napiszemy na chorągwi: „Precz z nami !” – i wykrzyknik. „Precz z nami !”, i ani słowa więcej. Podpisano, w imieniu „Vlajki”: partajtowarzysz Aluminium. Heil Hitler !

Zdania o mowie Szwejka były podzielone. Jedni byli za, inni przeciw, jak to zwykłe bywa na zebraniach. Co się tyczy szpicla Bretschneidera, to nie posiadając własnego zdania, udał się on natychmiast do „Gestapo”, by złożyć o wystąpieniu Szwejka dokładną relację.

Postaramy się powiadomić czytelników jak najprędzej, jakie to miało skutki.

WACŁAW SOLSKI.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Close