Trzy Gdynie

GDYNIA PRZED WOJNĄ

Nie zdarzyło mi się spotkać Polaka, który będąc w Gdyni, nie pokochałby jej od pierwszego wejrzenia. Zapewne przyczyn wskazaćby można wiele i wszystkie byłyby trafne. Duma posiadania a raczej zbudowania własnego portu, egzotyczność samego miasta (jedyne portowe miasto w Polsce), wpływ Żeromskiego i wiele wiele innych. Lecz każdy zgodzić się musi, że samo położenie Gdyni jest urocze.

Gdynia - widok na port z Kamiennej Góry (pocztówka)

Zalesione wzgórza Witomina, Orłowa czy Redłowa, Kamienna Góra w samem mieście, urocze Oksywie ze starym kościołkiem i cmentarzem, lekko zarysowane kontury półwyspu helskiego, no i wreszcie sama zatoka. Na tem tle, młode, z wielkim rozmachem zakrojone miasto, gdzie wielopiętrowe nowoczesne gmachy sąsiadują z łanami zboża. Nawet skandaliczne rozplanowanie miasta nie mogło osłabić uroku całości.

W r. 1933 Gdynia jest już wielkim portem na Bałtyku. Pewnego grudniowego dnia, wczesnym rankiem warszawski pociąg wyrzucił mnie na dworcu gdyńskim. Po każdem dłuższem niewidzeniu Gdyni, powiedzmy – kilku miesiącach, należało zapoznać się nanowo z miastem, które rosło i zmieniało wygląd z każdym dniem. Tym razem w dodatku przyjechałem do Gdyni na stałe.

Śpiące jeszcze miasto pełne było robotników portowych, wracających z nocnej zmiany, oraz kobiet pachnących wędzonemi rybami, wracających z pracy w wędzarniach. Grupki ludzi kierowały się wprost z pl. Kaszubskiego polami do dworca. Nieliczni tylko trzymali się wytyczonych ulic.

Krzywa Starowiejska doprowadziła mnie do pustego pl. Kaszubskiego i Portowej. Portowa ze starym dębem pośrodku była wówczas ośrodkiem nocnego życia portu gdyńskiego. Większość nocnych lokali kończyła właśnie swe czynne życie, usuwając zbyt opieszałych gości. Portowa była również rozgraniczeniem portu od właściwego miasta. Tutaj panował wszechwładnie zapach wędzonych ryb, lecz widziało się również sklepy z wystawami jak w mieście. Skok w lewo przez wiadukt nad torami kolejowemi – to królestwo portu. Urząd morski, kilka domów mieszkalnych, magazyny, kapitanat portu, dworzec morski, dźwigi, niezliczone wagony i statki. Skok w prawo z Portowej dawał zupełnie inny wynik. Przez pl. Kaszubski, Świętojańską, do 11 Listopada. Tak, tutaj wygląd zupełnie inny. Port robił wrażenie czegoś skończonego, pogrążonego w żywej, nieustającej pracy; w mieście natomiast czuło się dopiero zaczątki czegoś co miało być miastem. Wprawdzie tu i ówdzie były duże gmachy, lecz nie zawsze wykończone. Obok stały małe domki, pozostałość wsi rybackiej, dalej wprost pole lub czysty piasek.

Tak w porcie jak w mieście czuło się morze. Tutaj prawie z każdego miejsca można je było widzieć. Jeśli ktoś nieuważny zapomniał spojrzeć w tamtą stronę, wystawy sklepowe z muszelkami czy bursztynami przypominały mu, że jest nad morzem.

Odrębność tego młodego miasta nie ograniczała się jedynie do jego fizycznego wyglądu. Ludność gdyńska była również inna niż – pozostałych miast Polski. Poza nieliczną stosunkowo garstką bogatych Kaszubów, którzy dorobili się miljonów na piaskach gdyńskich, przeważającą warstwą była młodzież, i to męska. Kto nie miał szczęścia być mieszkańcem Gdyni w początkach jej istnienia, stracił wiele. Każdy z nas czuł się pionierem. Życie było trudne i ciężkie, dawało jednak zadowolenie, jakie daje jedynie praca twórcza. Te specjalne warunki wytwarzały typy ludzi pełnych zapału, przedsiębiorczych, często nawet zbyt przedsiębiorczych, lecz było to towarzystwo przyjemniejsze od młodzieży szukającej posady państwowej.

Praca w Gdyni była ciężka. Każdy musiał uczyć się nowych rzeczy, obcych języków, morskich zwyczajów i morskich wyrażeń. Rozrywek kulturalnych prawie wcale. Trzy kina, żadnego teatru, dwa koncerty w zimie. Życie rodzinne prawie nieistniejące. Wszystko niesłychanie drogie. Po większe zakupy opłacało się jechać do Warszawy. Ale braki te sowicie wynagradzała natura. Spacer przez rozległe wzgórze Focha (bez zabudowań, kilka domków pod Redłowem), Redłowo do Orłowa. Urocze wypady w nieznane, poprzez witomińskie lasy.

Pewnej zimy zorganizowaliśmy zebrania towarzysko-kulturalne. Pamiętne zebrania w podziemiach Banku Rolnego. Wieczory spędzane na wspólnych pogawędkach. Odczyty Szyszki-Bohusza z zakresu malarstwa, czy Cywińskiego, który później dzielnie walczył i poległ w obronie Gdyni, o poezji, dowcipne pogadanki muzyczne kpt. Dulina, wykład pani Iżyckiej o sztuce ludowej. – Zebrania te w dalszym swoim rozwoju przeobraziły się w czwartki literackie w domku Żeromskiego przy Świętojańskiej.

Życie gdynian dzieliło się na dwie części.

Pierwsza, to pionierska, ciężka praca w zimne, wietrzne dni od września do maja; druga, to beztroskie, hulaszcze życie w czasie sezonu. Pierwszy okres, to spokojne codzienne życie. Rano marsz przez ulice w szczerem polu do pracy (kiedy wreszcie postawią więcej domów na ulicach, żeby tak nie wiało?). Na ulicach spotykało się same znajome twarze. („Aha! ten przyjechał kilka dni temu i pracuje w Żegludze Polskiej”). W maju gdynianin tracił spokój. Ulice pełne nowych ludzi, moc uroczych pań. Konkurs piękności w Jastarni, week-end na Helu czy w Jastrzębiej Górze. Plagą dla nas były t.zw. P.W.K., co znaczyło w naszym języku przyjazd wszystkich krewnych. Na nic nie było czasu. Sytuacje ratował Yacht-Club, z możnością ucieczki w morze (szczególnie w czasie „święta morza”). Drugim ratunkiem był wyjazd na urlop w góry. Trzeba wiedzieć, że gdynianie kochali góry. Hel był dla nas czarujący w marcu lub kwietniu, kiedy powracał do właściwego wyglądu rybackiej wioski.

Zawsze jednak działo się coś interesującego. Każdy żył życiem nowobudowanego gmachu. „Czy wiesz że ta willa na Tatrzańskiej wygląda po otynkowaniu wcale nieźle?”. Jutro otwarcie „Ermitage’u”. Z przyjemnością wymyślało się na architekta za każdem przejściem obok Grażyny. „Znowuż postawili ohydną kamienicę na Abrahama”.

Rozmowy pełne były codziennych zdarzeń. „Bartosiak z Olszowskim założyli nową firmę maklerską”. (Coraz więcej młodych stawało na czele własnych przedsiębiorstw.) „Wczoraj zaczęli wbijać pale pod nowe molo”. „Czy wiesz jak będzie wyglądał skwer Kościuszki?” „Ciekawy jestem jak wypadnie nasz nowy basen yachtowy?” Ciekawiej jednak było oglądać te wszystkie urzeczywistniające się cuda. Cieszyliśmy się każdym nowym O.R.P. „Sobieskim” lub „Lechem”.

Gdynia, mimo swojego olbrzymiego rozrostu, pozostała uroczem pomieszaniem wielkiego portu, dużego miasta i cudownej wioski. Miasto przeciwieństw. Pięć minut za miastem cudowne lasy bukowe, złote od żarnowca zbocza, spadające do morza.

Gdynia przedwojenna spełniła swoją rolę chwalebnie, nie tylko jako port. W przyszłej Polsce nie będzie to jedyny duży port. Według mnie ważniejszą zasługą było wychowanie licznego zastępu miłośników morza oraz znawców i pierwszorzędnych fachowców w sprawach morskich. Oksywie dało bohaterskich marynarzy, których sława zapewnia nam bezprzeczne prawa do morza.

Tu również należy podkreślić chlubną pracę admirała Unruga, który potrafił wpoić w swoich podwładnych obowiązkowość i zamiłowanie do ciężkiej służby w morzu.

GDYNIA W CZASIE WOJNY

Dn. 31 sierpnia 1939 r. dworzec główny w Warszawie był przepełniony. Masy żołnierzy i cywili. Dużym kontrastem tego tłumu był prawie pusty pociąg do Gdyni. Kilkanaście osób przeważnie wojskowych, z czego większość do Kutna. Trasa pociągu też była inna niż zazwyczaj. Musieliśmy ominąć Gdańsk, który kilka dni temu zatrzymał pociąg polski jadący do Gdyni.

O świcie znaleźliśmy się na dworcu gdyńskim. W powietrzu czuło się już wojnę. Próżno byłoby szukać robotników portowych, wracających z nocnej zmiany, czy kobiet, pachnących wędzonemi rybami. Ulice puste, okna sklepowe pozabijane deskami, worki z piaskiem. Port wyglądał jeszcze żałośniej. Trudno o bardziej przykry widok niż bezczynny port. Zawsze pełen życia, z przepełnionemi dokami, ze statkami na redzie, tego dnia był zupełnie pusty. Zrezygnowane dźwigi odwrócone tyłem do morza, opuściły bezczynnie smutne ramiona, jak płaczące wierzby.

Powróciłem na dworzec. Kilkanaście kobiet z dziećmi i tobołkami czekało na pociąg, który miał nie przyjść. Rozmowa ze znajomymi też się nie kleiła.

– Cóż panie Zieliński, zarabialiśmy w Gdyni, teraz będziemy bronili jej własną krwią.

Słowa moje sprawdziły się szybciej niż przypuszczałem. Ostry dźwięk syren oznajmił pierwszy nalot nieprzyjacielski. Trzy Heinkle pojawiły się nisko nad miastem. Przyjęte ogniem artylerji i c.k.m. – ów, zakręciły nad portem i poleciały w stronę Gdańska. Były to te same samoloty, które rzuciły pierwsze bomby w Pucku i Zagórzu. Na Gdynię nie starczyło ładunku.

Bezradne kobiety z płaczącemi dziećmi szukały rady u wojskowych. „Co mamy robić, czy to był atak gazowy?” i t.p. pytania upewniały o całkowitej zmianie położenia. Wojna nerwów wreszcie się skończyła. Gdańsk nie jest już „enfant terrible”, ale otwartym wrogiem.

W chwilę potem na dworzec wjechał pociąg ewakuacyjny z Orłowa. Parowóz i trzy platformy, pełne przerażonych dzieci i kobiet. Ci już widzieli pierwsze walki. Wiadomości z Zagórza i Pucka też nie kazały długo na siebie czekać. Obydwa lotniska były pierwszym celem niemieckich bombowców. Kilka osób zabitych, pierwsze domy zburzone. Niewykończone linje obronne Redłowa, Orłowa i Witomina przyjmowały pierwszy impet huliganów gdańskich.

Akcja rozwijała się bardzo szybko. W południe dn. 1 września byliśmy odcięci od reszty Polski. O tej też mniej więcej porze pierwsze bomby padły w porcie wojennym. Fale rannych napływały już nie tylko z pierwszych linij lecz i z portu.

Huk dział stał się powszednim chlebem wszystkich obecnych w Gdyni. Ciągłe naloty z początku wypędzały ludność z miasta do pobliskich lasów. Ponieważ trwały one praktycznie cały dzień, widziało się karawany ludzkie idące o świcie z miasta na okoliczne zalesione wzgórza. O zmroku karawany odbywały drogę w odwrotnym kierunku. Po kilku dniach tłumny udział w tych pielgrzymkach malał. Ludzie przyzwyczajali się do nowego stanu rzeczy.

Jak przedwojenna ludność Gdyni była istną mozaiką Polaków ze wszystkich zakątków kraju i zawodów, tak i jej obrońcy przedstawiali nie mniej barwny obraz.

Architekci i budowniczy użalali się widząc swoje prace w tak oczywistem niebezpieczeństwie. Dodawało im to ducha w walce. Robotnicy i urzędnicy portowi, celni, pracownicy firm maklerskich, z dziką pasją patrzyli prosto w oczy niebezpieczeństwu, zagrażającemu ukochanej Gdyni. Wszystkie zawody walczyły z jednakowem zawzięciem i równem bohaterstwem.

Pierwszego wieczora przyprowadzono młodego Francuza, który będąc marynarzem na statku „Jeanne d’Arc” wysiadł tuż przed wojną żeby zwiedzić miasto. Tymczasem statek nagle opuścił port. Francuz znalazł się na obczyźnie i to prawie bezpośrednio w działaniach wojennych. Na zapytanie co ma zamiar robić ze sobą, odpowiedział mi:

– Eh bien, mon vieux, de mon àge, je suis jeune, mais mon physique ne m’empéchera pas d’étre un bon soldat.

Tak więc, zanim Francja zdążyła wypowiedzieć wojnę Niemcom, jej siedemnastoletni obywatel stanął z bronią w ręku w obronie Polski. Jak się później okazało, jego „physique” było naprawdę dobre. Walczył dzielnie i ranny dostał się w mundurze polskiego żołnierza do niewoli niemieckiej.

W ciągu 19 dni walk w obronie Gdyni i Oksywia, obywatele gdyńscy dali świadectwo, że Gdynia spełniła swoje zadanie w stu procentach dobrze. Ludzie ci wykazali nie tylko odwagę cywilną i przedsiębiorczość w życiu handlowem i społecznem młodego miasta, lecz również odwagę bojową. To nasze młode miasto napisało swoją krótką historję najładniejszemi zgłoskami. Gdynia potrafiła bronić swego honoru. Wielu jej mieszkańców oddało swoje młode życie w obronie świętej sprawy. Wszyscy mężczyźni i chłopcy chwycili za broń. Ochotników było więcej niż broni, toteż niektórzy zmuszeni byli walczyć kosami przeciw broni maszynowej. Kiedy zgłosiliśmy się do pułku, pułkownik przyjął nas słowami:

– Proszę panów, broni nie mamy, mają ją Niemcy, musimy zdobyć ją na nich. Na pomoc liczyć nie możemy.

Zgodnie z tym stanem rzeczy Niemcy mieli inicjatywę w dzień, my – w nocy. W dzień naszem zadaniem było utrzymać pozycje, w nocy wypadami – zdobyć broń i amunicję na następny dzień.

Przez pierwsze dni główny nacisk był jedynie od strony Gdańska, potem jednakowy od Gdańska i od strony Rzeszy.

Pierwsze dni dały również możność zorjentowania się w rzeczywistości. Nie mamy lotnictwa, brak broni i amunicji, duch, poza nielicznymi Kaszubami (najsłabszy element w obronie Gdyni, a szczególnie Helu), wspaniały.

Żywności w Gdyni nie brakowało. Magazyny strefy wolnocłowej dały najlepsze papierosy świata, wina z winnic najbardziej odległych. Pod tym względem czuliśmy od początku że jest to wojna światowa. Podtrzymywała nas na ciele żywność ze wszystkich zakątków świata. Kalifornijskie owoce, francuskie herbatniki, afrykańskie kakao. Podstawowym jednak pokarmem był chleb z polskiego żyta. Samochody bez przerwy woziły zboże z elewatorów portowych do młynów. Na nieszczęście Niemcy bombardowali nam młyny bardzo akuratnie, i ilość ich malała w zastraszający sposób. Mimo to żywności zabrakło nam dopiero w obronie Oksywia, kiedy opuściliśmy Gdynię.

W tej pierwszej fazie obrony wybrzeża, najwięcej cierpiała Kamienna Góra i Orłowo. Front trzymał się przez długich 8 dni. Niemcy nie mogli przełamać oporu ani bohaterskiej załogi Orłowa, Redłowa, Witomina z 2-m pułkiem morskim strzelców wzmocnionym Obroną Narodową, ani bohaterskiej załogi Wejherowa, 1-go pułku morskiego strzelców również z Obroną Narodową. W ciężkiem tem zadaniu pomagały bataljony marynarki wojennej. Należy podkreślić dzielną postawę naszych marynarzy, którzy zmuszeni byli walczyć pieszo. Dowiedli, że nie tylko znają walkę morską ale i piechocie nie ustępują na lądzie. W swoich białych drelichach byli stałym postrachem Niemców, uzyskując zaszczytną nazwę „białych psów”.

Życie cywilne Gdyni było w tym czasie dalekie od normalnego. Wprawdzie restauracje były otwarte i nawet pojawiał się „Dziennik Gdyński”, jednak wszyscy żyli teraz inaczej. Jeden cel – bronić się jak najdłużej. Wszystko wspólne. Pieniądz bez znaczenia. Bierz jeśli potrzebujesz. Rekwizycje koni, wozów czy samochodów nie powodowały najmniejszych trudności.

W drugiej fazie obrony, dowództwo, stwierdziwszy duże straty w ludziach i wzrastający napór nieprzyjaciela, postanowiło zmniejszyć teren obrony. Bronić miasta nie było celu a może trudno byłoby z lekkiem sercem patrzeć na zniszczenie tego co było dumą całej Polski, co było dowodem naszej żywotności. Zaczęła się pośpieszna ewakuacja miasta. Kto silny i zdrowy, nie wyłączając dzielnych niewiast, szedł na Kępę Oksywską, reszta pozostawała w bezbronnem mieście. Obrońcy Wejherowa, mocno skrwawieni w walkach pod Wejherowem, osłaniali Gdynię obroną Redy. Pozycja bardzo trudna. Mała, długa wieś położona w dole ze słabą obsadą. Niemcy w posiadaniu najlepszych pozycyj na wzgórzach. Rano spokojna wieś pomorska, w południe była w ogniu, wieczorem w dymiących zgliszczach. Żądanie jednak spełnione. Uzyskane na czasie cenne 24 godziny. Udane oderwanie się przez błota, na Kępę Oksywską. Ten okres walki był już ostateczną walką na życie i śmierć. Tutaj też naszych poległo najwięcej, ale jeszcze więcej Niemców.

Dotychczas Niemcy nie atakowali nas w nocy. Na białą broń walczyliśmy z zawsze narkotyzowanym nieprzyjacielem tylko w dzień. Na nocnych wypadach korzystaliśmy z zaskoczenia i używaliśmy prawie wyłącznie granatów. Teraz Niemcy nabrali więcej odwagi i atakowali nas również w nocy. Brak lepszych umocnień nie pozwalał na utrzymanie pozycji. Każda wioska, osada, wzgórze czy lasek przechodziły z rąk do rąk po kilkanaście razy. Nie było czasu na odpoczynek. Jedzenia brak. Magazyny stale bombardowane i palone. Naszej artylerji, na której celność uskarżali się Niemcy, brakowało jednak lotnictwa wywiadowczego. Nieprzyjaciel natomiast latał, wypatrując każdy nasz ruch, każde miejsce godne bombardowania. Na jedną pozycję naszej artylerji widziałem czterdzieści bomb rzuconych w czasie jednego tylko nalotu. Aż dziwny wydawał się wynik: 1 działo uszkodzone, 1 człowiek zabity. Szpitale przepełnione. Dzielność naszych lekarzy była zadziwiająca. W szpitalu w Babim Dole oporowano przy świecach, pod obstrzałem artyleryjskim. Jedna sala operacyjna, 600 rannych czekających na opatrunki. Tak, to była praca nadludzka.

Przy takich stratach należało zmniejszać teren obrony. Teraz naprawdę nie było gdzie schować się przed pociskami. Otoczeni ze wszystkich stron, nawet od morza. Bombardowani z lądu, morza i powietrza. Głodni, upadający ze zmęczenia, umierający z ran, zabijani nawet w szpitalach. Szpital w ochronce Sióstr i w szkole na Oksywiu ostatniego dnia był głównym celem bombardowania przez osiem godzin bez przerwy. Dzielni obrońcy Gdyni walczyli naprawdę do ostatniej kropli krwi, pobici jedynie przewagą liczebną wroga. Kapitulacji nie było.

Nie mniejszem piekłem były przeżycia pozostałych w Gdyni. Działa niemieckie z Kamiennej Góry, z Działek Leśnych, karabiny maszynowe z dachów magazynów portowych waliły bez przerwy. Każdy pocisk wybuchający na Oksywiu był nożem wbijanym w serce obecnych w mieście. Każdy pocisk, tak dokładnie widziany z miasta, skierowany był w tych najdroższych, którzy walczyli o honor naszej obrony wybrzeża.

Krwią pisana historja Gdyni dowiodła, że nie tylko potrafiliśmy umiejętnie gospodarować na naszym skrawku Bałtyku, ale również bronić go z całem poświęceniem. W ciągu 19 dni walk o to morze, wróg drogo zapłacił za przejściowe powodzenie.

Dn. 19 września około godz. 16 dowódca obrony wybrzeża płk. Dąbek, walcząc w garstce ostatnich, odebrał sobie życie. Oksywie padło. Lecz nawet Hitler nie usiłował obniżyć wartości jego obrońców. Musiał oddać im cześć.

GDYNIA POD ZABOREM

Walki gdyńskie skończyły się popołudniu dn. 19 września 1939 r. Ale był to zaledwie początek kalwarji Gdyni. Żołnierze polscy, brudni, głodni, skrwawieni, w asyście czysto ubranych, wypoczętych Niemców (stale nowe siły dowożone do terenów walki) wracali do Gdyni. Wracała ich garstka. Wynagrodzeni zostali sowicie łzami gdynian. Te sceny wzruszały nawet Niemców. Niejeden też tego dnia ułatwił ucieczkę co zdrowszemu Polakowi.

Teraz dopiero Niemcy zaczęli czuć się w Gdyni jak u siebie w domu. Pierwsze ogłoszenia dwujęzyczne bezcześciły mury gdyńskie.

Gdynia ul. 10 lutego (Gotenhafen - Hermann Göring Straße) - pocztówka

Gdynia ul. 10 lutego (Gotenhafen – Hermann Göring Straße) – pocztówka

Następnego dnia na teren walk na Kępie Oksywskiej zapowiedział swój przyjazd czekający w Gdańsku Hitler. Niemcy nie usiłowali jednak zarządzić wywieszenia swastyk w oknach domów. Gdynia nie była miastem Volksdeutschów nawet w przekonaniu Hitlera. Ograniczono się do wywieszenia flag na komisarjacie rządu, urzędzie morskim i kilku innych gmachach rządowych. Na kilka godzin przed przejazdem Hitlera przez miasto, obstawiono ulice żandarmami, w odległości pięciu kroków jeden od drugiego. Pojawienie się w oknach równało się samobójstwu. Hitler wiedział dobrze, że Gdynia jest polska. Ludność męską zamknięto w kościołach i kinach. Tegoż dnia Hitler rozpoczął germanizację Gdyni od zmiany jej nazwy na Gotenhaven. Wizytę swoją ograniczył do wspólnej fotografji na tle komisarjatu rządu, zwiedzenia portu i terenów walki. Tam też, znając straty własnych ludzi, czuł się zmuszony podnieść dzielność polskich żołnierzy, tuszując efekt silną krytyką wyższych oficerów.

Równocześnie z rozpanoszeniem się Niemców w Gdyni, zaczęły napływać niewiarogodne wiadomości o zajęciu Poznania, Śląska, o oblężeniu Warszawy, o walkach pod Lwowem, o ucieczce rządu i marszałka Śmigłego-Rydza, wreszcie o bolszewikach. Wiadomości te braliśmy za jeden z wielu kruczków propagandy niemieckiej.

„Danziger Vorposten” rozpoczął sadystyczną kampanję przeciwko znienawidzonej Gdyni. Przez tyle lat hodowana nienawiść rozlała się teraz brudną rzeką bezsensownych krytyk. Na pierwszy ogień poszło ośmieszanie obrony Gdyni. W jednych z numerów, czołową stronicę zaopatrzono w fascimile listu komisarjatu rządu do dyrektora Żeglugi Polskiej o wykonanie drążków do kos. Obok znajdowała się fotografja wziętych do niewoli kosynierów. Napis wyjaśniał, że nawet Abisyńczycy nie używali takiej broni przeciwko Włochom. Dalsze numery przynosiły zdjęcia małych domków czy szop podwórzowych jako obrazów nowoczesnego miasta, wybudowanego przez nieudolnych i zarozumiałych Polaków.

Z uwięzionych mężczyzn wyławiano, według przygotowanych list, ważniejsze osobistości. Oskarżenie – przynależność do Związku Obrońców Kresów Zachodnich lub poprostu działalność przy budowie portu. Kara – pobyt w samotnych celach więzienia gdańskiego, kończący się wyrokiem śmierci. Tak ofiarna obrona Gdyni nie skończyła się przelewem krwi na polach walki. Zawistny i okrutny Gdańsk, a właściwie jego nasłani kierownicy, pokazywali swoją małość, znęcając się nad pokonanymi w nierównej walce. W ten sposób męczeńską śmiercią padło wielu współtwórców Gdyni, ludzi którzy kochali swoje miasto. Liczba ich jest niemała. Jednemu z zasłużonych księży wytoczono proces o niemoralny tryb życia, również z karą śmierci w perspektywie.

Gdyńskie kawiarnie napiętnowano nazwami niemieckiemi oraz zaopatrzono w napisy zabraniające wstępu Polakom i Żydom.

Ulice przemianowano; tak Świętojańska – została Adolf Hitler Strasse, 11 Listopada – Hermann Göring Strasse. Ulica Kwiatkowskiego nosiła przez kilka dni nazwę Blumenstrasse!

Miasto nie zostało zniszczone w czasie działań wojennych. Najwięcej uszkodzeń odniosła Kamienna Góra, Wzgórze Focha, Orłowo, no i Oksywie.

Z dziką pasją niszczono wszelkie oznaki religji i polskiej państwowości. Krzyż na Kamiennej Górze zrąbano w pierwszych dniach. Ten sam los spotkał wszystkie inne krzyże i kapliczki. Z wszystkich urzędów zdejmowano orły i napisy. Zamknięto wszystkie kościoły. Gestapo usadowiło się na Kamiennej Górze, policja – w mieście w dawnym gmachu sądowym. Gmach „Żeglugi Polskiej” zajęło dowództwo floty niemieckiej.

Właściciele sklepów otrzymali polecenie szybkiego sporządzenia inwentarzy, poczem towar wywożono do Gdańska. W kilkanaście dni pozostało w całej Gdyni pięć sklepów spożywczych i jeden fotograficzny (przez przeoczenie). Pozostałe świeciły pustemi oknami wystawowemi.

Życie gdynian skupiało się teraz w szpitalach. W godzinach odwiedzin tłumy czekały na swoją kolejkę, ażeby dostać się na dozwolone pięć minut rozmowy. Ludność cywilna chciała po raz ostatni odwdzięczyć się jej obrońcom. Przynoszono do szpitali wszystko. Ostatnie słodycze z domu, często ostatnie pieniądze, ubrania, bieliznę. Samotnie leżących w czasie odwiedzin nie było. Wszyscy byli sobie bliscy. Gdynianie do końca pobytu w swojem mieście wytrwali na posterunku z dumnie podniesioną głową i z gorącem sercem.

W miarę upływającego czasu Niemcy śpieszyli się z wykończeniem polskiej Gdyni. Przedewszystkiem zaczęto usuwać rannych. Komisja ewakuacyjna urzędowała codziennie. Rannych, bez względu na stan zdrowia, pośpiesznie wywożono, morzem i koleją, w głąb Rzeszy. Ludzie, którzy dzień przedtem byli w szpitalu u swoich najdroższych, następnego dnia zastawali puste łóżka. Z pośpiechem likwidowano szpital w szkole morskiej. Gorączkowo robiono miejsca niemieckim żołnierzom w szpitalu Sióstr.

W początkach października zaczęli przyjeżdżać ludzie z Warszawy i z innych części Polski. Nie było już wyjścia, należało uwierzyć w straszną prawdę.

Nadomiar złego Hel skapitulował przed kilkoma dniami. Jeszcze mieliśmy w oczach walkę Helu z okrętami na redzie gdyńskiej. Gdańsk tryumfował. Zdjęcia umocnień helskich, zwiedzanych przez oficerów niemieckich, pokrywały nieomal każdy kawałek pism niemieckich.

Dotychczas goście przychodzili tłumnie do coraz to bardziej pustego szpitala. Teraz i odwiedzających zaczynało brakować. Wyrzucanie ludności cywilnej następowało jeszcze szybciej niż rannych. Zaczęto od Orłowa. Nikt początkowo nie przewidywał całej ohydy zbrodniczego planu. Łudzono się, że część miasta będzie opróżniona by pomieścić okupantów. Ale kto mógł przypuszczać, że każdy będzie pozbawiony dachu nad głową i mienia, często tak ciężko zdobytego? Początkowo też zaczęło się wędrówka miejscowa, z zagrożonych dzielnic do bardziej pewnych. Dużą popularnością cieszyły się Działki Leśne. Ponieważ nie wolno było ruszać mebli, przenoszono się z ręcznym bagażem do znajomych albo nieznajomych, mieszkających za torem kolejowym. Rzeczy materjalne straciły wszelką wartość, jedyną walutą w obiegu było uczucie przyjaźni i braterstwa. Ludzie szlachetnieli.

Niemcy nabierali tupetu i rozmachu. O godz. 4 rano lub 1 w nocy, zajeżdzał samochód z megafonami i pruskim marszem budził ludność. W chwilę potem megafon ryczał termin opuszczenia dzielnicy i udania się z bagażem ręcznym na dworzec. Pieniądze wolno było zabierać (ustna instrukcja Gauleitera Forstera nakazywała odbieranie pieniędzy dopiero w drodze). Transporty kolejowe odchodziły w niewiadome. Jeden pod Częstochowę, drugi w okolicę Krakowa, trzeci do Kielc. W wagonach rozdzielano dzieci od matek. Pociąg szedł dniami i nocami, drogą okrężną przez Śląsk niemiecki. Ludzie umierali z głodu i zimna. Wielkim sukcesem było uzyskanie przepustki indywidualnej, zwalniającej od transportu zbiorowego. „Ceny” przepustek wahały się od 50 do 500 zł.

Meble i urządzenia domowe odbywały drogę do zachłannego Gdańska. Puste mieszkania zapełniali Baltendeutsche. Ta nowa odmiana mieszkańców wielkiej Rzeszy wykazywała większe zrozumienie strasznego losu Polaków. Niejeden z nich zwierzał się dawnemu właścicielowi domu:

– Wasz los jest lepszy. Wy tutaj wrócicie kiedyś, ale gdzie my podziejemy się wówczas?

Magazyny portowe pustoszały na korzyść Gdańska jeszcze szybciej. Kolumny samochodów ciężarowych płynęły nieprzerwanym strumieniem do „konkurencyjnego” portu. Jak władze niemieckie twierdziły, Gotenhaven miał od tego czasu współpracować z Gdańskiem jedynie jako baza floty wojennej. Nieużyteczne dźwigi ładowano na statki. Port zmieniał swój wygląd z dnia na dzień.

Z dużą przyjemnością przeczytaliśmy ogłoszenie o powołaniu wszystkich Volksdeutschów do szeregów Niemieckiej Obrony Krajowej. Zapał nowych synów Rzeszy gasł szybko.

Zakony religijne rozwiązywano. Szpital Sióstr przeszedł w posiadanie floty niemieckiej. Ostatnie siostry wyjechały nazajutrz po odjeździe ostatniego transportu rannych Polaków. Szpital Sióstr i same siostry zajęły poczesne miejsce w historji Gdyni. Siostry posiadały cudowny dar pokrzepiania zbolałych dusz. Patrjotyzm ich nie był mniejszy niż żołnierzy. Narażały życie z całą świadomością i zimną krwią. Dawały przykład dumnej i godnej postawy wobec najeźdźcy, w którym potrafiły wzbudzić należny szacunek.

Cmentarz witomiński i cmentarz w Oksywiu przyjęły swoich bohaterów skromnie, często do nieznanych, wspólnych mogił. Mieliśmy w wolnej Polsce mauzoleum narodowe w postaci cmentarza obrońców Lwowa, będziemy mieli w wolnej Polsce również cmentarz obrońców Gdyni.

Gotenhaven, to symbol czczej pychy niemieckiej, Gdynia przedwojenna, to obraz żywotności Polaków. Gdynia w czasie wojny, to dowód miłości Polaków do własnego morza. Gdynia powojenna będzie symbolem silnej i rozumnej Polski.

Hitler, połączywszy Gdańsk, Sopoty i Gdynię jedną długą Adolf Hitler Strasse, dowiódł że to wybrzeże Bałtyku stanowi jedną całość gospodarczą. Rozwój Gdyni i dobre czasy Gdańska przed wojną dowiodły nie tylko historycznej przynależności tej części Bałtyku do Polski.

JANUSZ WITEK.

Pełny tytuł: Wiadomości Polskie Polityczne I Literackie – emigracyjny tygodnik społeczno-kulturalny ukazujący się w latach 1940 – 1944. Wydawany początkowo w Paryżu a od lipca 1940 roku w Londynie. Formalnym redaktorem naczelnym był Zygmunt Nowakowski ale założycielem i faktycznym redaktorem pisma był Mieczysław Grydzewski. „Wiadomości Polskie” były więc de facto kontynuacją przedwojennych „Wiadomości Literackich”. W związku z poruszanymi na łamach tygodnika niewygodnymi dla władz brytyjskich tematami, te ostatnie uznały, że „Wiadomości” godzą w sojusz z ZSRR i doprowadziły do zamknięcia pisma. Dla „Wiadomości Polskich” pisali min. Antoni Słonimski, Stefania Zahorska, Ksawery Pruszyński, Stanisław Stroński, Marian Hemar, Kazimierz Wierzyński, Adam Pragier, Arkady Fiedler, Stanisław Baliński, Stanisław Cat-Mackiewicz czy Maria Kuncewiczowa. Kontynuacją tygodnika były powstałe w 1946 roku „Wiadomości”, które ukazywały się aż do roku 1981.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close